|
PROJEKT >>KETURI<< | |
┌─────────────── Pokrywka szkatułki I ──────────────┐
Spotykaliśmy się zawsze w trzeci piątek każdego parzystego miesiąca. Zawsze u Ryśka, bo jego plebania była prawie równo oddalona od naszych. Robert, Rafał i ja przyjeżdżaliśmy do niego po południu, a wracaliśmy do siebie w sobotę. To były spotkania składkowe, żeby nie wyszło na to, że Rysiek musi karmić i poić pasibrzuchów za darmo, wciąż do tego interesu dokładając. Dość, że jego gospodyni przygotowywała z chęcią te wieczory i wcale nie marudziła. Może nawet wierzyła, że to dla jakiegoś wyższego celu? Niech jej to, dobrej kobiecie, Pan Bóg wynagrodzi!
Byliśmy w podobnym wieku, a Rafał i ja kończyliśmy nawet to samo seminarium, choć nie w tym samym roku. Człowiek potrzebuje jednak wytchnienia i spotkania piątkowe dawały nam kupę radości, zwłaszcza że gospodyni gotowała po prostu świetnie, a Rysiek nigdy nie żałował wina. Przy okazji można było podzielić się plotkami z Kurii, czy wrażeniami, których dostarczały nam nasze owieczki.
Tego dnia było tak, jak zawsze. Na stole, oprócz zwykłych zakąsek, królowała tym razem pieczona gęś i moje ulubione pstrągi z orzechami, a bateria butelek wyglądała zaiste imponująco. Muszę przyznać uczciwie, że podochociliśmy zdrowo i atmosfera stała się bardziej niefrasobliwa, niż zwykle, bo każdy chciał opowiedzieć pozostałym jakąś ciekawą historyjkę. W tych pikantnych Rysiek nie miał sobie równego, więc kulaliśmy się ze śmiechu, kiedy raczył nas kolejnymi opowieściami, polewając przy tym obficie wino do kieliszków. Później Robert opowiedział swoje przygody w warsztacie samochodowym, gdzie był cztery razy pod rząd ze swoim mercedesem, a chłopcy za nic nie mogli wpaść na to, co jest nie tak. Moja opowieść o parafialnej pielgrzymce do Rzymu nie wywołała wielkiego entuzjazmu, bo każdy z nas przeżywał takie historie wielokrotnie i nie było w tym żadnej nuty świeżości. Dopiero Rafał zadziwił nas niepomiernie, kiedy wyznał, co przydarzyło mu się kilka tygodni temu. Wszystko zaczęło się od tego, że nagle źle się poczuł.
- Poczułem nagle ból w mostku. Ból zamostkowy, czujecie grozę sytuacji? - Zaczął Rafał.
- Bo ty za gruby jesteś. – Z tą swoją zwykłą finezją odezwał się Rysiek. - Powinieneś więcej ruchu zażywać, ot co! Jak chcesz, to będę zabierać cię ze sobą do Wilna.
- A po co mi do Wilna? - Zdziwił się Rafał.
- Gintare ma pełno koleżanek, to któraś by ci się na pewno spodobała. – Ciągnął, niczym nie zmieszany Rysiek. - One nie są zbyt pruderyjne, a trochę gimnastyki poziomej zaraz by ci wagę zbiło.
- A odwal się ze swoimi litewskimi babami. – Przeciął te spekulacje Rafał. - Jak już będę bardzo potrzebował, to chyba nie będę musiał tak jak ty, za góry i rzeki jeździć. Do Wilna kawał drogi.
- No. – Śmiał się Rysiek, wyraźnie niezrażony odpowiedzią - Jakbyś się jednak do tej myśli przekonał, to cię przyjmę na pokład jak nawróconego grzesznika.
- No, dobrze. – Wtrącił się Robert, pociągając spory łyk wina. - Więc dostałeś bólów za mostkiem i wtedy...
- … i wtedy kościelny zawiózł mnie na izbę przyjęć, bo zdrowo się wystraszyłem. W końcu to byłoby głupio umrzeć w moim wieku.
- Też mi wiek. – Skrzywił się Rysiek, który był z nas wszystkich najstarszy. Minimalnie, ale zawsze.
- Dajcie mu wreszcie powiedzieć. – Powiedziałem, dokładając sobie jeszcze jedną porcję pstrąga. Wyśmienite!
- Co racja, to racja. Romek ma, jak zawsze, rację. – Palnął z wyraźnym przekąsem Robert, który często kłóci się ze mną na różne tematy, zwłaszcza te nie dotyczące pracy. - Chłopaki, cicho sza! Głos ma...
- Towarzysz mauzer... – Zaśmiał się Rysiek.
- Nie. – Ciągnął Robert. - Głos ma Rafał, a my słuchamy niczym te myszki pod miotłą.
- Prędko zrobili mi jakieś tam podstawowe badania, ale na wyniki trzeba było poczekać, jak zawsze. Usiadłem więc na korytarzu...
- Nasze szpitale mają to do siebie, że większość czasu spędza się tam na korytarzu. – Zauważył z przekąsem Rysiek.
- A tam – kontynuował Rafał – cały kłąb ludzi. Młodzi i starzy. Jedni cisi i przejęci, a drudzy jakby u siebie w domu byli. Gadatliwi i skorzy do zwierzeń.
- Długo czekałeś? - Dociekał Rysiek.
- Ze cztery godziny. – Odparł z uśmiechem Rafał.
- No, pięknie... - Podsumował tę sytuację Rysiek. - Dobra, wal dalej.
- No więc, jak już powiedziałem, ludzie tam mają skłonność do różnych wyznań. Taka panuje atmosfera, powiedziałbym, konfesyjna, kiedy ludziom w oczy kłopoty zdrowotne zaglądają. Najpierw słuchaliśmy babci, tak na oko, dwustuletniej, która z zapałem opisywała nam swoje wypróżnienia i to, jaki ma kłopot z niesłyszącym mężem. Później głos zabrał kierowca wywrotki, dzięki czemu wiem dokładnie ile można naraz załadować mokrego żwiru i co to znaczy „kipować”.
- Nie zazdroszczę ci. – Przerwał Robert – Toż to gorzej jak w konfesjonale, bo nie wypada przerwać chorym ludziom.
- Aż wreszcie – ciągnął Rafał – głos zabrała pani koło siedemdziesiątki, siedząca pod filarem. Ubrana przeciętnie. Ani specjalnie bogato, ani jakoś biednie. Ze sposobu wypowiedzi mogłem wywnioskować, że jest wykształcona i opanowana. Tym bardziej zadziwiła mnie swym opowiadaniem. Wspominała wydarzenie, w którym brała udział jako młoda dziewczyna. Była wtedy praktykantką w jakimś domu wariatów.
┌──────────── Pokrywka szkatułki II ───────────┐
Kiedy ludzie siedzący na korytarzu szpitala zmęczyli się już opowiadaniami o chorobach i nieszczęściach, głos zabrała starsza pani, która siedziała obok filara pomalowanego na obrzydliwy kolor łuszcząca się farbą olejną.
- Proszę państwa, – powiedziała – opowiem państwu zdarzenie, które zaważyło na całym moim życiu. Nigdy dotąd nikomu o nim nie mówiłam, ale teraz czuję, że powinnam. Nie rozumiem zupełnie, skąd ten wewnętrzny imperatyw, ale właśnie czuję taką potrzebę podzielenia się tym z innymi.
- Było to kilkadziesiąt lat temu, – ciągnęła - kiedy byłam młodą dziewczyną. Zdałam na medycynę i po pierwszym roku studiów trafiłam na praktykę na oddział zamknięty. To, co tam zaszło, spowodowało, że wyleciałam ze studiów, miałam przykre przejścia z UB i sama zaczynałam powątpiewać we własne zdrowie psychiczne.
- A co to, – zapytała trzęsąca się staruszka w okularach z jednym uchem – co to ten oddział zamknięty? Dom wariatów, znaczy się?
- Praktycznie tak. Osobny budynek w pięknym parku. – Powiedziała pani pod filarem.
- Aj, pani starsza. Dajże pani kobicie opowiadać. – Żachnął się kierowca wywrotki – Bo zaczyna się ciekawie.
- To stało się już pod koniec mojej praktyki. Któregoś ranka zostałam przydzielona do spaceru z pacjentem, którego choroba cechowała się manią religijną. Miałam go pilnować podczas pobytu na tarasie zakładu. W sumie nic specjalnego, bo pacjent był zawsze spokojny. Do tego, na wszelki wypadek, pod wpływem środków uspokajających. No a sam taras był otoczony trzymetrowymi ściankami z jakiegoś włókna szklanego. Było przez nie dość dobrze widać, co jest na zewnątrz, ale ścianki były nie do złamania. No i na tyle wysokie, że nie dało się ich bez drabiny sforsować. W dodatku drzwi na taras zawsze zamykano, a jedyne przejście wiodło przez pomieszczenie ze strażnikiem, więc żadna ucieczka nie była możliwa.
- I się paniusia nie bała tych wariatów? - Zapytała babcia w okularach z jednym uchem, żegnając się ostentacyjnie.
- Musisz pani przeszkadzać? - Zapytał kierowca wywrotki.
- Niektórych to się i bałam. Ale ten, którego mi przydzielili, był spokojny. Miałam chodzić z nim po tarasie około kwadransa. No i klucz do drzwi miałam w kieszeni, bo personel musiał mieć.
- Eee, bajanie jakieś. – Zawołała niestrudzona babcia – A toż wszystkie wiedzą, że wariatów to na łańcuchach trzymają, żeby kogo nie zaciukali, albo nie zgwałcili. A tu jakiesi spacery?
- Kobito, daj pani mówić. – Sprzeciwił się kierowca wywrotki.
- Nie, nie ma łańcuchów i przykuwania do ściany, zapewniam panią. – Powiedziała spokojnie pani pod filarem – A tego pacjenta wyprowadzano codziennie w ramach jakiejś terapii. Ja za mało wtedy wiedziałam, bo byłam tylko praktykantką, więc żadnych zaleceń medycznych pani tu nie przedstawię. Ale, jeśli pani pozwoli, będę kontynuować moje opowiadanie.
- A pozwolę, pozwolę. Czemu nie? - Uśmiechnęła się filuternie babcia w okularach z jednym uchem.
- No więc chodziliśmy sobie w kółko po tarasie, a tu on, zawsze taki spokojny i małomówny zaczął mi opowiadać niestworzone historie.
- Proponował pani świństwa jakieś, jak to chłopy zwyczajnie? Nawet jeśli głupie, to w grzechu zakamieniałe? - Przerwała babcia.
- Kobito, daj pani mówić. – Sprzeciwił się znowu kierowca wywrotki.
- Nie, – pokręciła głową pani spod filaru – on nie czynił mi żadnych zdrożnych propozycji. On zaczął mi tam opowiadać jakieś dziwaczne historie religijne. Przy tym, muszę podkreślić, bardzo spokojnie, rzeczowo i składnie.
┌───────── Pokrywka szkatułki III ────────┐
Przechadzając się po szpitalnym tarasie pacjent zaczął opowiadać towarzyszącej mu młodej dziewczynie dziwne rzeczy. Przede wszystkim to, że jest wybrany, co dużo znaczy, gdyż wielu jest wezwanych lecz mało wybranych. A, co najważniejsze, że spotkał był Pana Naszego. Że ten, w swojej łaskawości, zstąpił do niego i nakazał mu głoszenie prawdy i konieczności zaprowadzenia ważkich zmian w Matce Naszej.
- Jakie znowu zmiany? W jakiej matce? - Zdziwiła się dziewczyna.
- W Matce Naszej, Kościele Katolickim – Wyjaśnił poważnie pacjent, po czym ciągnął z niezmąconą godnością dalej.
- Zaczęło się niewinnie. Pewnego ciepłego dnia w parku spotkał mnie On. Rozpoznałem Go od razu. Podszedł do mnie, pozdrowił i zapytał, czy umiem się przeżegnać. Co za pytanie? Jasne, że umiałem.
- To pokaż. – Zażądał On. Pokazałem.
- Nie tak. – Powiedział. – Wszystko trzeba zmienić. Rób, co ci powiem i powtarzaj za mną. Przyłóż palce prawej dłoni do czoła i mów „w imię Ojca...”.
- W imię Ojca... - Powiedziałem, przykładając palce do czoła.
- A teraz przyłóż je do mostka i mów „i Matki...”.
- I Matki... - Powiedziałem, przykładając palce do mostka.
- A teraz do lewego ramienia. „I Syna...” - Zażądał On.
- I Syna... - Powiedziałem, przykładając palce do lewego ramienia.
- A teraz do prawego ramienia. I mów: „i Duszycy Świętej”.
- I Duszycy Świętej... - Powiedziałem, przykładając palce do prawego ramienia.
- Amen.
- Amen. – Powtórzyłem posłusznie.
- I powtarzamy jeszcze raz, tylko już ciurkiem, a nie na tempa. – Zażądał On.
- W imię Ojca i Matki, i Syna, i Duszycy Świętej. – Powtórzyłem za Nauczycielem.
- No! - Powiedział On.
- Rebe, – zapytałem zdumiony – co to wszystko znaczy?
- To Projektas Keturi.
- Nie rozumiem.
- Bo to w języku aktualnie przeze mnie umiłowanym. Znaczy: „Projekt cztery”.
- Oświeć mnie, Rebe, jeśli taka jest Wola Twoja.
I Nauczyciel rozpoczął monolog, którego słuchałem, stojąc z Nim pod drzewem kwitnącego kasztanowca, podobnego do tego, który widać przez te szklane ściany. O! Tam. Nikt nam nie przeszkadzał. Byliśmy sami i tylko jakiś ptak przyglądał się nam z gałęzi, jakby mógł objąć swoim rozumkiem słowa płynące z Jego ust.
┌─────── Pokrywka szkatułki IV ──────┐
Pamiętam ten dzień dokładnie. Była wiosna, czas matur. Niebo zachmurzyło się i pomyślałam, że dobrze byłoby znaleźć zawczasu schronienie przed deszczem w jakimś listowiu wolnym od kotów. Pod dużym, gęstym drzewem stało dwóch młodych mężczyzn, samotnych w obsadzonej kasztanowcami alei parku. Ten wyższy, brodaty, coś mówił z pasją, podczas gdy jego towarzysz słuchał w skupieniu, kiwając jedynie głową. Podleciałam bliżej, przycupnęłam na gałęzi i wtedy spłynęło na mnie olśnienie. Wiedziałam już, z kim mam do czynienia.
- Nie próbuj nawet pytać o szczegóły. – Mówił mężczyzna o długich włosach, gładząc się po brodzie. - Gdyż nie będziesz w stanie ich zrozumieć.
- Dobrze, Rebe. – Odpowiedział drugi mężczyzna.
- Wiesz-że, co to jest „parytet”? Ludzkość doszła już do takiego stopnia rozwoju, że można już będzie wreszcie potraktować ją jak zbiór osobników rzeczywiście myślących, a nie jak stado przypadkowych hodowców kóz, które chyba cuchnęły mniej od swoich właścicieli. Koniec z gadaniem z takimi, którym wydawało się, że baba jest głupsza od ich własnego psa, oczywiście pasterskiego.
- Tak, Rebe. – Odpowiedział drugi mężczyzna.
- Dlatego sytuacja dojrzała do tego, żeby (oczywiście powoli) wyjawić wreszcie prawdę i nadać wszystkiemu właściwe znaczenie. Zastanawiałeś się kiedyś, gdzie podziała się Matka, skoro jest Ojciec i Syn? Nie? Jasne. Przez tyle wieków wszystkim tym nienormalnym mizoginistom, którzy wmawiali sobie i innym, że przemawiają w moim imieniu, do łbów to jakoś nie przyszło!
- Tak, Rebe. – Odpowiedział drugi mężczyzna.
- No więc nadszedł czas objawienia dogmatu Czwórcy Świętej. Bóg Ojciec, Matka Boska, Syn Boży i Duszyca Święta. Tylko tyle i aż tyle. Nie żadnej tam Trójcy, tylko Czwórcy Świętej. Cz-w-ó-r-c-y. Powtórz.
- Czwórcy. – Powtórzył drugi mężczyzna.
- Dobrze. A nie przyszło ci na myśl zapytać, czemu mowa o Duszycy Świętej, a nie o Duchu Świętym?
- Zabroniłeś pytać o szczegóły, Rebe. – Odpowiedział drugi mężczyzna.
- A prawda. – Zgodził się długowłosy brodacz. – Płeć zmieniła się po to, żeby osiągnąć parytet. Dokładnie pół na pół. Dwie istoty boskie płci męskiej, a dwie płci żeńskiej. Przy czym to i tak sprawa umowna, bo wszak płeć boska jest dla ludzi nie do zrozumienia.
- Tak, Rebe. – Odpowiedział drugi mężczyzna.
- No i niech Wielką Tajemnicą pozostanie to, że Bóg nadal jest jeden. Przykładny monoteizm. Na oświecenie w tej kwestii przyjdzie kiedyś czas.
- Tak, Rebe. – Odpowiedział drugi mężczyzna.
- No, to z grubsza przynajmniej ci tę rzecz wyłożyłem. Teraz idź i głoś to, chociaż posłuchu raczej nie znajdziesz. Ale ciebie wybrałem na siewcę.
Byłam bardzo poruszona, zwłaszcza wiadomością o Duszycy. To istna rewolucja, bo dotychczas to samce naszego gatunku puszyły się, uważając za spokrewnionych z samym Duchem Świętym! A tu taka niespodzianka! Jeśli już ktoś miałby się z Nim utożsamiać, to my, samki. Zresztą, co ja plotę... Przecież nie z Nim, tylko z Nią. Z całej tej emocji o mało nie spadłam z gałęzi i musiałam ratować swoją równowagę trzepotaniem skrzydeł. Wtedy On spojrzał na mnie i zrozumiałam, że życzy sobie, bym odleciała.
└─────── Spód szkatułki IV ───────┘
Gdy Nauczyciel przestał mówić, zrobiło się ciemniej, bo wiatr przywiał chmury wiszące nisko nad ziemią. Poprosiłem mego Rozmówcę, żeby wytłumaczył mi, po co objawił to wszystko właśnie mnie.
- To proste. – Rzekł On. – Będziesz głosić to Nowe Słowo.
- Ja?
- Ty, ty. – Uśmiechnął się On.
- Nie dam rady. Nie jestem godzien.
- Dasz radę. Ale ludzie nie będą cię słuchać i nie uwierzą twoim słowom.
- Czemu więc?
- Bo takie jest postanowienie Ojca mego. Ty będziesz ziarnem rzuconym na ugór i mierzwę. Z pozoru utraconym bezpłodnie, jednak ostatecznie triumfującym. Po drodze będą jeszcze dawane znaki, żeby ludzkość zaczęła się przyzwyczajać do myśli o niezbędności zmian.
- Jakże to, Rebe?
- Nie pytaj o szczegóły. Czas właściwy nastąpi wówczas, gdy okaże się, że omszały wiekami skostnienia różaniec nie tylko można, ale wręcz trzeba zmienić, dodając do niego ożywcze nowości. A ty, niedługo przed tym, znajdziesz się, wzgardzony i odrzucony, oplwany przez wielu, w szklanej pułapce z dzieweczką niewinną.
- Panie mój? Niewinną, powiadasz?
- Zaprawdę, powiadam ci, niewinną. – Rzekł On. – I wtedy to objawisz jej wszystko, a sam będziesz mógł dostąpić łaski spotkania się ze mną twarzą w twarz w domu moim. Cała reszta dokona się już bez twojego udziału. Poprzez zaniechanie, nieufność, szyderstwo i poniżenie.
└────────── Spód szkatułki III ─────────┘
Gdy tylko pacjent skończył swoją tyradę, odsunął się o kilka kroków od swojej opiekunki i zaczął, ku jej zdumieniu, lewitować. Wisząc na wysokości około dwóch metrów pomachał jej przyjaźnie, krzyknął „Panie, dokonało się!”, a później wzniósł się jeszcze wyżej i wyżej. Jego sylwetka malała na tle nieba. Po chwili zniknął całkiem z pola widzenia.
Władze nie chciały uwierzyć w opowiadanie praktykantki, chociaż nie sposób było wytłumaczyć zniknięcia pacjenta. Wietrzono spisek, a młodą dziewczynę przesłuchiwano wielokrotnie. Nikt nie chciał wierzyć w to, że pacjent poszedł żywcem do nieba, a już samo streszczenie jego słów wypowiedzianych tuż przed nienaukowym wniebowstąpieniem przyprawiało odpowiedzialnych śledczych o ból głowy. Wreszcie wydalono praktykantkę ze studiów medycznych jako element niepewny i podatny na religianctwo, zaś sprawę z ulgą zamknięto.
- I na tym, proszę państwa, – pani siedząca pod filarem poprawiła sobie jakieś niesforne włosy przy uchu – sprawa się skończyła. Opowiadam o tym po raz pierwszy. Sama nie rozumiem, dlaczego.
- O Jezusie, Maryjo! – Pisnęła babcia w okularach z jednym uchem. – I ta dzieweczka niewinna to była pani?
- Byłam bardzo młoda. – Uśmiechnęła się pani spod filaru – Ale później pochowałam trzech mężów.
- I medycyny pani nie skończyła. – Upewnił się kierowca wywrotki.
- Nie. – Potwierdziła pani. – Przez kilka lat miałam straszne kłopoty ze strony organów państwowych, a później jakoś przycichło i udało mi się zostać nauczycielką biologii.
└──────────── Spód szkatułki II ────────────┘
- I na tym skończyło się opowiadanie tej pani na korytarzu szpitala. Aż zachrypłem od tego gadania. – Rafał upił tęgi łyk ze swojego kieliszka.
Zapadła krępująca cisza. Spoglądaliśmy po sobie w zakłopotaniu, obracając głowy i lustrując jeden drugiego z głupimi uśmiechami na twarzach. Wiedzieliśmy dobrze, że, z zawodowego punktu widzenia, ta sprawa była niepokojąco nieprzyjemna.
- Z tego, co ja wiem, „keturi” to po litewsku, więc co to za język umiłowany. – Zaczął powątpiewać Rysiek.
- A ten znowu z Litwą i tą swoją piękną Gitarą, czy jak jej tam. – Zaśmiał się Rafał. – Dałbyś sobie na wstrzymanie, bo w naszym wieku trzeba już zacząć uważać na siebie.
- No a jak ze zdrowiem? Miałeś faktycznie stan przedzawałowy? - spytał Robert z troską.
- A skąd. – Odparł Rafał. – Jakiś refluks, czy coś. Nic groźnego. Nawet lekarstwa mi nie dali, bo im zabrakło i ból sam przeszedł po paru godzinach. Sam z siebie, że tak powiem.
- Taka to i ta nasza służba zdrowia... – Zauważyłem filozoficznie, dokładając sobie kolejną porcję pstrąga, ze szczególnie dużą ilością orzechów. Szczęściarz z tego Ryśka! Moja gospodyni nie potrafi tak dobrze gotować.
- A co, Romku? – Spytał Rysiek. – Wolałbyś, żeby Rafał miał zawał?
- Słuchajcie... – zaczął niepewnym głosem Rafał – bo ja tak sobie myślę...
- No, no... - zachęcał go Rysiek. – Wyduś z siebie.
- Bo ja tak sobie myślę, czy nie powinienem o tym powiedzieć Kurii. Jeżeli to prawda, to w papierach będzie jakiś ślad o zaginięciu tego pacjenta, co to rzekomo wniebowstąpił. Może to jednak sprawa poważna, a nie bredzenie szaleńca?
- Zgłupiałeś? - zapytał otwarcie Robert.
- Nawet nie próbuj. – Poradziłem półgębkiem, bo usta miałem pełne ryby.
- Apage satanas. – Niby to żartobliwie pogroził mu palcem Rysiek, polewając zgrabnie wina drugą ręką.
Rafał opuścił głowę. Siedział tak chwilę, po czym wyciągnął swój kieliszek w stronę gospodarza.
- Macie rację. – Powiedział. – To nalej jeszcze.
└─────────────── Spód szkatułki I ───────────────┘
KONIEC