Choroba morska BRAMA SMOKÓW



Chyba już niedaleko, bo zagęszczenie takich, co to, jak i ja, planują pewnie wielki skok i jakościową zmianę w swoim życiu jest wyraźnie większe. Z jednej strony to dobrze, bo będą skoncentrowani na celu, ale z drugiej... Z drugiej nie można wykluczyć, że niektórzy z nich będą chcieli się wzmocnić kosztem innych, więc ostrożność nie zawadzi. No i dobrze byłoby coś zjeść, bo to, w końcu, nie byle jaka próba. Trzeba się rozejrzeć, żeby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: pełny żołądek prowadzący do stalowych mięśni przytwierdzonych do silnego szkieletu (ech, te amficeliczne kręgi), a jednocześnie bezpieczeństwo, bo życie ma się jedno. Chociaż, co ja najlepszego wygaduję?

Aż śmiech bierze, ile to ja się nadrwiłem z takich, którzy zapragnęli przejścia na tamtą stronę! A teraz sam.... O! To wygląda smakowicie, trzeba zanurkować głębiej. Ejże! Zawracać! To przecież pułapka, bo widzę tam cień przyczajonego prześladowcy. Jeśli się znajdę w jego zasięgu, to po mnie. I moja jedyna szansa na zakończenie tej ciężkiej wędrówki przepadnie na zawsze. W bok! W bok!

Dalej, dalej... jeszcze trochę. Jeszcze jeden wysiłek! Wiem, że potrafię! Jestem dzielny! Uff, nie widział mnie albo nie chciało mu się mnie gonić. Niebezpieczeństwo minęło - całe szczęście, że można spokojnie wracać na szlak. Wszyscy na brzegu myślą, że to jedna sielanka, spokój i istna radość, podczas gdy to ciągłe nerwy, niepewność jutra i stałe niebezpieczeństwo.

Dziwne, że mam teraz świadomość poprzednich wcieleń. Z jednej strony to widomy znak, że osiągnąłem odpowiedni stopień świadomości, a to ośmiela. Oby tylko pozwoliło mi to wreszcie na przekroczenie progu, za którym osiągnę wymarzony spokój. Z drugiej strony chyba znacznie lepiej było żyć bez tych wspomnień, które opadają mnie niespodziewanie na kształt much kłębiących się na zepsutym mięsie gnijącej kaczki. Bo też: ile można mieć wspomnień?

Choćby to szczególnie natrętne, wracające z odczuciem spalenizny wiszącej w wilgotnym powietrzu. Dziewczyna i tak nie miała najmniejszych szans, kiedy już używało jej z pół oddziału. Leżała obojętna na wszystko wśród płonących okrągłych chat i to mnie, ostatniemu w kolejce (bo byłem najmłodszy) dowódca, śmiejąc się z prędkości, z jaką zakończyłem stanie się żołnierzem doświadczonym, nakazał wyeliminowanie zbędnego świadka przy pomocy maczety. Dowódca był, zaiste, zbytnio podejrzliwy. Jakiego świadka? Przecież tam do najbliższego sądu trzeba by było jechać dżipem kilka dni przez dżunglę pełną innych oddziałów naszej armii i, na dodatek, przekroczyć granicę. Ale rozkaz to rozkaz i z przełożonymi się nie dyskutuje. Dopiero później okazało się, że wstrętna dziwka zasługiwała na najbardziej wymyślne tortury, a nie szybkie i, w sumie, eleganckie ścięcie gładko ogolonego łba. Cała nasza grupa złapała od niej sidę! Wykorkowałem kilka lat później w obozie dla uchodźców prowadzonym przez europejskich zakonników. Z początku to jeszcze miałem chociaż wzięcie u kobiet i to mi pomagało żyć w całym tym syfilisie, ale kiedy wyniszczenie organizmu stało się widoczne, wszystko przepadło. Zdechłem bardziej z głodu niż z choroby, bo nie miałem już siły bronić przynoszonych mi porcji.

Płynę dalej, choć dobrze już czuję zmęczenie. Zwłaszcza w ogonie. To nie jest dobre miejsce, bo tutaj wielu wieśniaków stara się urozmaicić swoje ubogie menu przy pomocy kormoranów specjalnie tresowanych do pomocy rybakom. Dlatego muszę zachować czujność jeszcze większą, niż zwykle. Sądząc po odczuwalnych drganiach ośrodka, nie mogę być daleko od celu mej podróży. Oceniam, że będę na miejscu za dzień – dwa. No, maksymalnie: trzy.

A kiedy jeszcze byłem kudłatym, szarym psem, pilnie pilnującym obejścia, to bardzo się starałem. Wszystkie te niedospane noce, gonitwy za lisem podkradającym się do kurnika, szczekanie na obcych, ziąb byle jakiej budy, ciężki łańcuch w dzień, łaszenie się do gospodarza, który był chamskim mrukiem, oszczędzającym na moim żarciu. No i po tylu latach wiernej służby taki marny koniec. Wszyscy pojechali na sumę, a wtedy do obejścia przyszli jacyś, ale nie pachnęli obcym, tylko najbardziej gotową do bliskości suką w rui. To jakże tu było na nich szczekać, zwłaszcza, że czymś mi jeszcze prysnęli prosto w nos i zasnąłem? Rozumiem, że gospodarz, po powrocie do splądrowanego domu był zły i miał swoją rację rozbijając mi łeb siekierą, ale – doprawdy – nie musiał zaczynać od wypalenia mi ślipiów papierosem. Ech, było – minęło.

Wcale nie lepiej mi się wiodło, kiedy przesiadłem się w kota. Cholerna wędrówka dusz. Z początku to nawet nieźle wyglądało. Ta chałupa kapiąca od złoceń! Istny pałac o mnogich komnatach! Platerowana miseczka pełna żarcia! Służąca, której pan domu dosiadał zawsze wtedy, kiedy jego, piąta już chyba z kolei, żona nie widziała go w akcji, wyjeżdżając wielgaśnym, lśniącym samochodem na luksusowe zakupy! No i loczkowata, jasnowłosa córeczka, deklarująca najgorętszą miłość do swojego koteczka, kiciaczka, kizi-mizi, buzi buzi – czyli: mnie. Czegóż chcieć więcej? Było jak w raju i zakończyło się równie tragicznym wygnaniem. Wszyscy chyba zdają sobie sprawę, że każdy exodus jest tragedią. Najpierw pani wróciła wcześniej i zastała mężusia w sytuacji najzupełniej oczywistej z własną pomocą domową na stole kuchennym. Później była nieziemska awantura, natychmiastowe zwolnienie służącej i, na zgodę, wyjazd całej, pogodzonej już, rodziny na dwa tygodnie na Seszele. A kotek? Kupimy ci, kwiatuszku, nowego, nawet ładniejszego, takiego jak ma Pamela, bardziej rasowego, więc nic się nie martw, kochanie, albo i dwa. Tak trafiłem, rozpaskudzony dotychczas powodzeniem, na dwór. Był styczeń i temperatura spadła do minus dwudziestu ośmiu stopni. Nie miałem szans. Moje truchełko zjadły kruki i wrony z pobliskiego lasku.

Chociaż wcale o to nie prosiłem, uznano zapewne, że powinienem sam wymierzyć jakąś, minimalną choćby, sprawiedliwość i obudziłem się niedługo potem jako jastrząb w tymże lasku. Nie muszę chyba dodawać, że wyłapałem wrony do jednej. Gorzej było z rodziną kruków, bo to jednak duże ptaki, ale, dzięki roztropności, dałem radę. Dość długo czekałem za to na powrót moich byłych państwa z zagranicznych podróży. Ten jeden raz dano mi taką szansę i doprawdy nie wiem, czemu akurat wówczas. W innych przypadkach cierpiałem wielokrotnie bez możliwości oddania zła, a tu mogłem tego dokonać. Posunąłem się wtedy do tego, że, z całym impetem, zderzyłem się z wielką prędkością z przednią szybą samochodu moich byłych państwa (pan zawsze jeździł bardzo szybko, ufny w te swoje wszystkie ABS-y, ACC, AFIL-e, AFL-e, ASR-y, BAS-y, BLIS-y, Driver Alerty, EBD, ESP, NV-y, TPMS-y, TSR-y i tak dalej, bo przecież stać go było na wszystko), pan stracił nad nim panowanie i później jeszcze w prasie fachowej przez wiele lat mówiono o zdumiewającym przypadku kolizji auta z jastrzębiem, pokazując jednocześnie, jak bardzo samochód może owinąć się dookoła pnia drzewa i jak trudno jest z powstałej homogennej masy wywnioskować, ile osób pierwotnie zasiadało w podgrzewanych skórzanych fotelach z opcją masażu i automatycznego usuwania roztoczy.

Tak się nażarłem, że po defekacji bolą mnie płetwy odbytowe. Powinna mi za to wzrosnąć chyżość, więc niby nie ma na co narzekać. To prawdziwy dylemat: żreć albo nie żreć? Zaryzykować złapanie ociężałego obżarstwem ciała przez drapieżniki, czy raczej osłabnięcie w chwili ostatecznej próby przebicia się? Nie ma co – istne to be or not to be. A stawka jest przecież wysoka. Cała wieczność. I bądź tu mądry.

Albo też kiedy byłem innym psem. Tutaj to łatwo przyznaję, że nerwy mi niepotrzebnie puściły, chociaż przecież obiecywałem sobie prowadzić się nienagannie. Nie wytrzymałem, kiedy na placu zabaw zadbany, na oko, wnuś zaczął krzyczeć na siedzącą na ławce babcię, żeby mu natychmiast podała jakąś tam zabawkę. A ona, zamiast mu przyłożyć w głupi tyłek, zaczęła jeszcze dzielić się tą swoją radością z kilkoma obecnymi tam osobami: „słyszeli państwo? Jak ładnie mówi err? No powtórz, Sebastianku: >> ty stara kurwo, dawaj łopatkę<<, żeby wszyscy słyszeli! Jeszcze wczoraj mi mówił: >>ty staja kuj..<<”. Tu nie wytrzymałem i całym impetem mego czarnego, trzydziestokilogramowego cielska rottweilera wgryzłem się w obrzydliwego bachora. Pisnął cienko, nawet nie zdążył zamachać rękoma i było po wszystkim Za chwilę zastrzeliła mnie policja, bo dostałem szczękościsku. Taki los kogoś, kto pragnie brać sprawiedliwość we własne zęby.

Kilkakrotnie byłem też człowiekiem, więc wiem dokładnie, co to za uczucie. Raz, pewnie dla równowagi, obudziłem się jako pięcioletnia dziewczynka niedaleko Fish Town. Oddział wojskowych urządził sobie akurat w naszej wiosce mały wypoczynek, więc niewiele z niej, po ich przejściu, pozostało. Ja sama okazałam się za mała, żeby mnie wykorzystać na trupach naszych ojców tak jak matkę, starsze siostry i sąsiadki, ale (pewnie na wszelki wypadek, żebym nie miała możliwości szukania zemsty) przy mordowaniu starszych odcięto mi, tak jak wszystkim małym dzieciom z wioski, prawą rękę maczetą. Wykrwawiłam się na wtedy śmierć pod kwitnącym hibiskusem, który ślicznie pachniał. Niech nikt nie mówi, że bycie Afrykańczykiem to jakiś specjalny cymes, bo czarne jest takie wesołe i ciepłe.

No, a kiedy przez parę lat byłem pasterzem bydła w Sahelu, to już zaczęło mi się wydawać, że nie mogłem trafić lepiej. Okolica była spokojna – ostatnie lwy wytrzebiono ze trzydzieści lat temu, nawet susza nie była zbyt groźna i większość długorogich stad udało się uratować. Wojna, która przetoczyła się tu przed laty była już tylko wspomnieniem, a ja byłem wówczas zbyt młody, żeby porwano mnie do któregoś z oddziałów. Teraz zanosiło się już na to, że dostanę własną jałówkę, bo dorastający chłopak musi się nauczyć, jak się z nią właściwie obchodzić. I właśnie wówczas, kiedy wydawało się, że jest tak sielankowo i bukolicznie, wlazłem na minę, będącą pozostałością tamtych działań wojennych, oberwało mi obydwie nogi powyżej kolan, wdało się jakieś zakażenie i nawet wizyta w szpitalu prowadzonym przez Europejczyków przy misji (wieziono mnie tam cztery dni) nic nie pomogła.

Byłem jeszcze lamą w Tybecie i długowłosą lamą na pograniczu Peru i Boliwii. Bawołem na Sumatrze, żółwiem na Andamanach, boyem w Abidżanie, tragarzem w Nepalu i sprzedawcą obwarzanków pod Mariborem. Wiele razy wcielałem się w psa (najgorzej było w Chinach) i kota (najlepiej było, gdy okazałem się być ulubieńcem pewnego polityka w Europie wschodniej), kilkakrotnie w konie i osły (na Bałkanach zwykle marnie kończyłem), a raz byłem nawet bocianem, ale, nieostrożny, skończyłem w paszczy krokodyla. Zdechłem raz ze starości jako wapiti, a gdy, z kolei, byłem znanym kreolskim podróżnikiem pożarli mnie Indianie nad Amazonką. Długo by opowiadać. Rzucało mną po całym świecie – i tylko do Australii nigdy nie trafiłem i, doprawdy, nie wiem, dlaczego. A teraz jestem rybą. Silną, prężną, wrzecionowatą rybą o lśniącej łusce. Taką w sam raz: ani za dużą, ani za małą. Na dodatek w Huang-he, a to już powinno wam wyjaśnić wszystko. Dano mi szansę!

Pewnie, że czyhają tu liczne niebezpieczeństwa. Rybacy, sieci, kormorany, wędki, krokodyle, ryby drapieżne (ja jestem roślinożerną), śruby statków, strasznie mulista woda, skażenie i ścieki. Trzeba w dodatku przepłynąć kilka tysięcy kilometrów w górę rzeki, pod prąd. Ale tam jest słynne Longmen (龍門), czyli Brama Smoków. Każda ryba, która zdobędzie się na odwagę i będzie mieć dość sił, żeby sforsować tu rzekę, stanie się, już po tamtej stronie, s m o k i e m! Na zawsze!



* * * 2 dni 5 godzin i 11 minut później * * *



Po wszystkim... Jestem wykończony. Co tam wykończony – można powiedzieć otwartym tekstem: wypompowany do cna. Niewiele brakowało, a prąd porwałby mnie z powrotem i, doprawdy, ledwo ledwo udało mi się pokonać Smoczą Bramę. No i ta rana na prawym boku, kiedy uderzyłem o krawędź skalną. Boli... Nic to! Za chwilę będę smokiem! Choćby i niewielkim. Czekałem na tę chwilę tyle długich lat... Spokój... Nieśmiertelność... Teraz odpocząć...



* * * 37 minut później * * *


Zaczynam się niepokoić – powinienem już dawno stać się smokiem, a tu nic? Trzeba trochę pokrążyć, może coś się wyjaśni... Czemu tyle tu ryb o przekrwionych oczach? Chcecie coś powiedzieć, koledzy? Niestety: ryby głosu nie mają. A co to za podwodny napis? Czemu nie po chińsku? No przecież to... Aż mi z wrażenia skurczyło pęcherz pławny. Że co?? Cъжалявам информира че промяната в дракон е възможно само за шарани*). Jak!? Jakich znowu karpi? Karpie nie mają nawet żołądka, takie to dziadostwo; istna pomyłka natury. Przecież nie jestem karpiem! Żądam natychmiastowej sprawiedliwości. Pokonałem Longmen i mam prawo stać się smokiem! Chcę być smokiem! Smokiem!! SMOKIEM!!! SMOKIEM!!! SMO...




*) Może nie do końca, ale jakby po bułgarsku: „Z przykrością informuje się, że przemiana w smoka jest możliwa tylko dla karpi”.



POWRÓT do pierwszej strony.




© YPY - Strona poprawiona i publikowana 16.10.2012