Fatalna setka FATALNA SETKA

Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


WSTĘP

06.08.2003


Zdyszany padł na kolana u wejścia do namiotu. Zajrzał – nikogo. Zostawił torbę z szampanem i słodyczami tam, gdzie ją przed chwilą niedbale rzucił i pobiegł do namiotu Ani i Danki. Zastał tylko puste miejsce i jedynie wygnieciona trawa świadczyła o tym, że jeszcze niedawno stał tu jakiś namiot. „Co jest?” - huczało mu we łbie - „mało jeszcze, jak na jeden dzień??”


Toż przecież zaledwie rano był najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. Wysunął się cichutko z namiotu i żwawym krokiem poszedł do wioski, żeby kupić lekki alkohol i słodycze. Dla uczczenia sytuacji. Dla podkreślenia miłości. Dla przyklepania wiecznego szczęścia.


Tak, jak się tego spodziewał, żadnych kwiatów nie było, a szkoda. Tak chciał obsypać ją całą pachnącymi, kolorowymi płatkami. Aż sam się dziwił, że taki romantyczny się zrobił. Zakupy poszły szybko i już, już miał wracać, kiedy zobaczył tego bachora. Miał może ze trzy lata, cały był usmarkany i ryczał tak, że aż się trząsł. Zwykle nie zwracał uwagi na dzieci, ale tego ranka czuł się istnym oceanem życzliwości. Podszedł do dziecka, przykucnął przy nim i zaczął pytać, gdzie mama. Bachor trochę przestał wyć, gdy wyczuł, że nie jest sam, bo ktoś się nim zainteresował, przetarł ślipka i wyjąkał, że mama „się zgubiła”. Oj, Łukasz poczuł, że wdepnął, no, bo jak tu zostawić zgubione dziecko samo? A on przecież się spieszy. Wszedł do sklepu spytać, czy ktoś nie zna matki dziecka. Nikt, oczywiście, nie znał. Pokręcił się chwilę przed sklepem, trzymając małego za rączkę – zaczepiał ludzi, wyjaśniając sytuację. Rezultat – ten sam, czyli brak rezultatu. Jeszcze raz wszedł do sklepu i tam ktoś rozsądny powiedział, żeby zaprowadził dzieciaka na komisariat, bo tam już pewnie zrozpaczona matka czeka. Trochę się skrzywił, bo policja była na drugim końcu wioski, prawie dwa kilometry, a chłopczyk miał krótkie nóżki. Zaraz jednak wymyślił, co trzeba robić – wziął go na barana i śpiewając półgłosem jakąś głupawą piosenkę o gąskach poszedł w stronę komisariatu. Mały podskakiwał mu na karku, usiłując śpiewać do wtóru. Nie uszli tak jeszcze połowy drogi, gdy z piskiem opon zatrzymał się obok nich policyjny gazik. Łukasz ani zdążył otworzyć usta, jak się cieszy, że widzi przedstawicieli prawa i porządku, gdy już silne ręce zdjęły mu dziecko z karku, a jego samego pchnęły brutalnie mordą w piach. Po chwili leżał jak związany baran na pace gazika, z rękami skrępowanymi kajdankami na plecach.


Posterunkowy utrzymywał później, że cała sprawa wyjaśniła się przecież nad wyraz szybko i sprawiedliwość zatriumfowała, a niewinna osoba oczyściła się wszak z niesłusznych zarzutów. Ktoś bowiem zadzwonił anonimowo na policję, informując, że pedofil porywa właśnie, pod samym nosem policji, niewinne dziecko. Zanim pojawiła się matka, przerażona tym, co usłyszała na komisariacie, zanim zjawiła się specjalistka z powiatu, zanim dziecko zbadał lekarz, a później jeszcze jakaś brygada ściągnięta z samego województwa – zrobiło się dobre południe. Ponieważ nie stwierdzono żadnych śladów czynów nierządnych; chłopczyk, badany przez biegłych psychiatrów, nie potwierdzał swymi wypowiedziami anonimowego oskarżenia, a świadkowie ze sklepu zaświadczali zgodnie, że podejrzany pytał na prawo i na lewo o matkę dziecka, uznano, ze sprawy nie ma. Spisanie odpowiedniego protokołu (porządek musi być) na rozklekotanej maszynie zajęło jeszcze z godzinę i gdy wreszcie pozwolono mu opuścić komisariat jako wolnemu i niewinnemu człowiekowi, było już dobrze po piątej. Dobiegł do pola namiotowego, mało nie padając na zawał, pomimo swoich dwudziestu lat. Zdyszany padł na kolana u wejścia do namiotu. Zajrzał – nikogo.


Sprawę wyjaśniła mu dopiero sąsiadka z namiotu obok. Początkowo nie chciała nic mówić, wyraźnie skrępowana taką sytuacją, ale w miarę jak otwierali kolejne butelki (bo miała przypadkiem w namiocie kilka piw), dotarła do niego cała gorzka prawda. Ania, jego Ania była małą, okrutną kabotynką i burżujką. Wykorzystała jego miłość, potraktowała go przedmiotowo i wyrzuciła, niczym zużytą chusteczkę papierową. Gdy on leciał, żeby kupić jej szampana, to ona spokojnie wstała, jakby niczego z nim tej nocy nie przeżyła, poszła do swego namiotu, zwinęła go i odjechała bez słowa. No, może nie tak całkiem bez słowa – wstydziła się widocznie spojrzeć mu w oczy, co świadczyłoby o tym, że nie jest jeszcze taka skrajnie zepsuta, ale za to przed odjazdem powiedziała jeszcze Agacie (bo sąsiadka okazała się być Agatką, co wyszło przy bruderszafcie pitym tym nieszczęsnym, ciepłym szampanem), że okazał się nikim, nie zdał nawet na studia, był zarozumiałym chamem, zwykłym szmondakiem i strasznie marnym kochankiem, który dbał tylko o siebie. Najlepszym dowodem był fakt, że wyjechała zupełnie bez słowa, nie dając mu żadnej szansy. Łukasz był kompletnie załamany i zrozpaczony, ale postanowił wziąć się w garść i nie wracać do tej smutnej przygody, zwłaszcza po tym, gdy następnego dnia obudził się z pękającą głową, zupełnie goły i umazany wszędzie czekoladkami, obok nagiej, równie umazanej, Agaty.


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział



© YPY - Strona poprawiona i publikowana 10.05.2010