Fatalna setka FATALNA SETKA

Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


ROZDZIAŁ I

10.03.2010

Był pełen niechętnego podziwu dla swojej szefowej. Gdy on, chwilę odsapnąwszy, zdejmował dopiero prezerwatywę, ona w tym samym czasie była już ubrana, choć nie zdążyła jeszcze założyć żakietu. Prawda, że nie nosząc stanika bardzo sobie prędkość wskakiwania w ciuchy podnosiła. Poprawiając jedną ręką ogniste włosy drugą szukała czegoś w stosie papierów. Przez głowę przemknęła mu myśl, że traktuje go jak żigolaka, ale zaraz sam przywołał się do porządku. Sprawa była jasna od początku - żadnych zobowiązań, czysty seks, a w zamian dostawał lepsze adresy. Zresztą pomimo wieku (szefowa była od niego starsza chyba tak gdzieś o dwanaście lat), była jeszcze całkiem, całkiem, chociaż zaczynała lekko tyć. Nie czuł żadnych wyrzutów sumienia – skoro był kawalerem, mógł robić, co chciał, gdzie chciał, kiedy chciał i z kim chciał. Poza tym – dzięki porządnym kursom był do przodu jakieś sześćset złotych miesięcznie, nie licząc codziennego spuszczania z krzyża, jeśli można tu użyć dosadnego, wojskowego języka.

- O, tu to mam – powiedziała szefowa, trzymając jakąś kartkę w palcach. Zapięła już tymczasem popielaty żakiet z czarnymi guzikami, przyczesała nawet włosy i wyglądała na ucieleśnienie niewinności.

- No, szybciej, Łukaszku, nie podziwiaj go tak, tylko schowaj wreszcie i do roboty. Masz kurs jak zawsze plus dostawa do...

- Podziwiam, nie podziwiam – mruknął zły, że tak go traktuje, zapiął jednak prędko spodnie – to pani go przecież podziwia, co nie?

Mimo intymnej zażyłości mówił do niej “pani”, a ona zwracała się do niego po imieniu, jak do wszystkich swoich pracowników. Była właścicielką dużej hurtowni produktów spożywczych, zatrudniała kilkanaście osób i udawało jej się doskonale prosperować na rynku.

- Ty chyba jeszcze nie dotrzeźwiałeś po jakimś wczorajszym z kumplami – głos szefowej stwardniał niebezpiecznie – jak ci się nie podoba, to droga wolna. Nikt cię nie trzyma, a chętnych do pracy i mojej dupy jest więcej, niż będę mogła przyjąć. To jak? Chcesz pracować, czy nie?

- Jasne, że chcę – babsko, chociaż choleryczne i erotycznie nienasycone, płaciło nieźle, to po co roboty szukać?

- Dokąd jadę? - dodał, uśmiechając się szeroko, żeby ją udobruchać.

- No, to lubię. Jak zawsze plus restauracja Dunaj. I bądź tam koniecznie przed południem, bo to nowy klient i zależy mi na tym, żeby byli zadowoleni. - szefowa wcieliła się błyskawicznie w rolę businesswoman. - Trzymaj papiery i do jutra.

* * *

Przechodząc z części biurowej do hali wpadł niemal na Sławka, jednego z kierowców. Znał go już na tyle, że widział jak na dłoni, że Sławek coś knuje. No i nie pomylił się.

- Stary, weź, proszę, moje paczki do Piekiełka i do Grubego Rycha może też, bo ja, rozumiesz, muszę jeszcze do Aśki podskoczyć, to nie zdążę tam obrócić. To co, weźmiesz?

- Co cię tak z tą Aśką przypiliło, debilu? Mało to dziewczyn na świecie?

- O, o! - Sławek lekko się jakby obraził – powiedział ten, co właśnie starą przeorcował tak, że aż w hali było słychać, a drugiemu nie da.

- Że co? Porąbało cię, palancie?

- No, dobra, dobra – nic nie mówiłem. To co, weźmiesz? Dunaj jest tuż obok Grubego Rycha, to ci będzie po drodze.

- No, niech będzie... Ale zaraz, skąd wiesz o tym, że tam jadę?

- Ty to chyba niedzisiejszy jesteś. Stara zawsze faworyzuje swoich kochasiów, no to jasne było, że skoro jest nowy klient, a o tym Dunaju mówiła wczoraj Kaśka, no to połączyć jedno z drugim nie jest chyba tak trudno.

- Zaraz ci, kutasie, przypierdolę. Jakich znowu kochasiów?

- Łukasz, kogo ty chcesz oszukać? Myślisz, że ty tu pierwszy jesteś od rypania starej? Nawet ci powiem, ze zdobyłeś takie jakieś uznanie ludzi, bo trzymasz się już od paru miesięcy, a my tu zawsze zakłady robimy, ile aktualny samiec wytrzyma. To co, weźmiesz paczki?

- Dobra, wezmę. Jakie znowu zakłady?

- To ty, kurwa, nic nie wiesz? Stara nie rusza zasadniczej części załogi, pewnie po to, żeby mieć spokój z robotą, ale zawsze ma jednego chłopa od uciech. I jak tylko jej się znudzi, to go bez pardonu wywala na ryj i przyjmuje następnego. Teraz na ciebie padło. O, trzymaj – ta jest do Rycha, a te cztery do Piekiełka. A tu papiery. No i my składamy się co tydzień po dwa złote i typujemy, ile jeszcze taki kochanek wytrzyma. Jak jest zmiana, to uskładane w puli pieniądze bierze zwycięzca i za nie wszyscy idziemy na piwo.

- To ilu było przede mną?

- Kto by tam pamiętał? Co parę tygodni się zmieniają. Ale ciebie to tu wszyscy za Casanovę mają, bo tyle to jeszcze żaden ze starą nie wytrzymał. Wszyscy dużo prędzej wymiękali. No, dzięki, odwdzięczę się kiedyś, jak ty będziesz potrzebował.

* * *

Mechanicznie rozwoził produkty do kolejnych klientów, myśląc przez cały czas o tym, czego się dowiedział od Sławka. “Wstrętna kurwa! Chociaż nie – trzeba być uczciwym, niczego nie obiecywała, a wszystko musi się kiedyś skończyć. Nie może się uskarżać. Robota niezła, zawsze na jedną zmianę i do tego to codzienne ciupcianie. Pewnie już niedługo to potrwa i trzeba będzie się rozejrzeć za inną pracą.” - zaśmiał się w duchu gorzko - “Swoją drogą reszta personelu musi mieć niezły ubaw z tym typowaniem. E nie... zwyczajnie zazdroszczą. A może rzucić tę robotę? A co to zmieni? Zemścić się na szefowej? Ciekawe jak... Mam! Przedziurawić w domu kondona i niech baba nosi mego bachora. Ale tam. Po pierwsze nie tak od jednego strzału, po drugie nawet jakby - to jest zamożna i da sobie radę. Po trzecie – to jednak nieetyczne. Jestem zwykłym kierowcą, ale przecież nie skurwysynem. Co robić? Wychodzi na to, że nic”.


Podjechał najpierw do Dunaju, żeby zdążyć na czas. Nigdy nie był w tej restauracji, bo to i za drogo i nie miał z kim. Jego związki z dziewczynami trwały zazwyczaj krótko – nie mógł znaleźć właściwej, a ta jedna, którą był kiedyś zainteresowany, puściła go zwyczajnie w trąbę. Podjechał pod drzwi dla dostawców, odsunął drzwi swego samochodu, ustawił kartony blisko krawędzi i zadzwonił. Krótko ostrzyżona panienka, która odbierała przesyłkę bardzo drobiazgowo sprawdzała każdy szczegół, aż nie wytrzymał i przygadał, że pomyliła się w wyborze roboty i powinna w policji pracować. Ku jego zdziwieniu (spieszył się do Grubego Rycha, żeby zdążyć wszystko obskoczyć i miał nadzieję, że panienka zawstydzi się i zakończy oględziny) roześmiała się tylko i spokojnie otworzyła kolejną paczkę.

- Panie kochany – powiedziała – jeżeli będzie pan tu przyjeżdżał częściej, to jeszcze zatęskni pan za moim widokiem, bo zwykle sprawdza wszystko sama szefowa, a ona to dopiero jest drobiazgowa.

- Szefowa? - Łukasz nie pałał tego dnia miłością do szefowych – niech swego starego lepiej sprawdza, a nie szykanuje porządnych dostawców, co nie?

- Szefowa jest wdową, a sprawdza to, co kupiła, więc jej prawo. A pan co, antyfeminista?

- Ja? Skąd – bardzo lubię kobiety, to jaki tam antyfeminista.

- No tak – pokiwała głową dziewczyna. - Wiem już o panu wszystko. Może nawet lepiej będzie, jak to szefowa pana weźmie w swoje ręce.

- A ile czasu jeszcze nie będę jej oglądać?

- Wraca w przyszłym tygodniu, więc o ile to pan będzie przyjeżdżać, to może się pan z kimś zamienić, skoro już się pan boi.

- Do końca tygodnia jeszcze dwa dni, to myślę, że na razie mogę się jeszcze nie bać. A panią za to chciałbym częściej oglądać.

- Żadnych kumpli, proszę pana. Niech pan sobie niczego nie roi. Po prostu – trzynaście!

* * *

Sześciopak piwa nie pomagał w przełknięciu prawdy. No i jeszcze matka wyskoczyła z tym swoim ciągłym marudzeniem przy obiedzie: “a może byś sobie, synku, jakąś porządną kobietę wreszcie znalazł? Czy ty wiesz, ile już masz lat?” I jak tu jej powiedzieć, że, owszem, chętnie by sobie znalazł, tylko nie wie, gdzie takiej szukać? No i skąd? Czy zwykły kierowca ma szansę, żeby spotkać tę swoją porządną kobietę? A lat – lat ma już dwadzieścia siedem, więc jeszcze nie pora na załamywanie rąk. No i za dojrzały teraz jest, żeby latać tak jak kiedyś, z wywieszonym jęzorem, jak pies za suką, po to tylko, żeby dowiedzieć się, że to mężatka. Chryste Panie, o kurwa jedna! Wciąż wspomnienie zdumionego wzroku ciecia powodowało falę gorącego wstydu. Otworzyć kolejną puszkę. Jak to mówiła niemra? Eine Dope? Eine Dose? Trzeba się było przykładać. Ee, jakby co, pokazałby palcem i też by sobie dał radę. Albo, jeszcze lepiej, poszedłby do samoobsługowego. Co tu pisze? Bier, beer. Jakaś cerveza? A to co znowu? Jakoś nigdy nie wczytywał się w napisy na puszce. Pusta? No to otworzy się kolejną. Zarabia i wymaga. Za swoje pije, kiedy chce. No.



Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział



© YPY - Strona poprawiona i publikowana 10.05.2010