A wie pani, pani Antoniowa, że my tu tak narzekamy, narzekamy, a wcale nie mamy źle, co to, to nie! Zresztą, niech by te wszystkie docenty bez nas parę dni posiedziały, to brudem by zarosły i tyle. Zobaczyłybyśmy dopiero! Zresztą, pamiętam, jak w szalecie miejskim pracowałam... Cukru? Pani ciągle kawę bez? Może to i lepiej, i zdrowiej... Więc jak w szalecie miejskim pracowałam, to przychodził taki jeden - habilitowany ponoć - i wie pani, jakie świństwa wypisywał na drzwiach kabiny? Tfu! Wstyd powiedzieć, jaka Sodoma i Gomora. Ci tutaj może wcale nie lepsi. Ten taki łysawy czasem jak co powie, to nie wiadomo, czy sobie kpi w żywe oczy, czy taki nawiedzony. Że co? Że on życzliwy i nawet pani wnuczce raz pomógł? No, no... Nie może być. Mogę jeszcze cukierka? Dzięki. A nie chciał czego od wnuczki, stary knur? To i dobrze. Zresztą, może on nawet i niezły, tylko ta uczoność do niczego dobrego nie prowadzi, bo kto takiego zrozumie. Ale powtarzam: bez nas, pani Antoniowa, brudem by tu zarośli i bez żadnego gadania, potrzebne my tu jesteśmy i kwita. I wie pani, spokój tu jest święty, co docenić jednak trzeba. Po pierwsze, nikt się nie czepia, bo te docenty nie zwracają uwagi na takie drobiazgi jak kurze, a po drugie nie ma imprez okolicznościowych i chwalić Boga miłościwego. Na co to ja się nie napatrzyłam, pani Antoniowa, w tym szalecie, to niech ręka boska broni. A najgorsze było na dwudziestolecie. Niby się nieźle na początku wydawało, bo wyremontowali pomieszczenia, a jakże; wymienili kafelki na takie fikuśne z szarotkami i nawet kible, wstyd powiedzieć, na włoskie wymienili, jakby to już naszych nie było. No i siedziałyśmy jak nie na swoim - same lśniące rurki, pisuary z fotokomórkami, nawiew świeżego powietrza i takie tam. Wreszcie kierownictwo przyszło i mówi, że musi być uroczyste poświęcenie i nadanie imienia. I że tego dnia mamy nie wychodzić, o ile się da, z naszego kantorka, chyba, żeby trzeba było co wytrzeć. I narobiło się, pani Antoniowa, narobiło! Tłum gości, sami biznesmeni, wiadomo, wielki świat. Spróbuje pani ciasta? Sama piekłam, tylko skórka pomarańczowa jakaś twardawa, to pani nią pluje, jakby co. No i stoją te goście, biskup poświęcił kropidłem, namachał się, a jakże; imię nadali takie, jak pięść do nosa, aż się mój stary ze śmiechu do dziś pokłada: Szalet Miejski im. ........................ (*). Wreszcie prezydent miasta, wie pani, ten taki oślizgły przemawia, a po przemówieniu - buch! i do pisuaru leci przy ludziach, że to, powiada przez ramię, uroczyste i symboliczne uruchomienie obiektu. Panienko Przenajświętsza! Żeby tak bez wstydu żadnego, widziane to rzeczy! Więc mówię pani, pani Antoniowa, że tutaj jeszcze nie jest wcale źle, a że czasem docenty napaskudzą, to ich prawo, że niezadowolone są, toż niewiele więcej od nas, pani Antoniowa, zarabiają. No, chyba kończymy już tego papieroska i za odkurzacze trzeba się wziąć, nie ma co, bo darmo niczego nie ma, chyba że się jest bardzo ważnym złodziejem na stanowisku. Tak, pani Antoniowa, dzisiaj pani robi na parterze, a ja na piętrze. No, to za pół godziny spotkamy się tutaj, tylko do córki do Kanady zadzwonię i tyle...
(*) Uwaga autora: Czytelniczko/Czytelniku! Wstaw sobie w miejsce kropek nazwisko patrona szaletu miejskiego, wybierając takie, abyś był(a) w stanie jak najwyższego wzburzenia, bo o to właśnie autorowi chodziło.