To nie był łatwy dzień. Kiedy wreszcie udało mi się zasnąć, ktoś zaczął dobijać się do drzwi. To znaczy, wydawało mi się, że było to w chwili, gdy przyłożyłem głowę do poduszki, ale tak naprawdę zegarek pokazywał już wpół do drugiej. Środek nocy. Żona też się ocknęła i zaczęła mnie słabo szturchać.
- Wstawaj, to pewnie Maryla ze Zdziśkiem; mówili, że wpadną do nas w końcu tygodnia. Pewnie uciekł im poznański i dopiero teraz przyjechali. No, rusz się, rusz, miśku! Nie trzymaj ich pod drzwiami!
- Już idę - krzyknąłem w kierunku przedpokoju, szybko znalazłem kapcie i spodnie od piżamy, no i po chwili znalazłem się przy drzwiach wejściowych, potykając się po drodze o plastikową piłkę dzieciaków. Wyjrzałem półprzytomnie przez wziernik: na ciemnym korytarzu majaczyła jakaś pojedyncza postać. Nie byli to Zdzichu z Marylą! Ki bies?
- Kto tam? - zapytałem ostrożnie.
Zza drzwi dało się słyszeć jakiś rozpaczliwie chrapliwy szept z prośbą o otwarcie. Zdzichu zalał tak pałę? A gdzie Maryla? Zdecydowałem się ostrożnie otworzyć, niech żona zobaczy swojego wzorowego szwagra w stanie rozkładu, proszę bardzo! Osobnik, który mrużył oczy w smudze światła żarówki z naszego przedpokoju nie był z pewnością Zdzichem. Maryli też ani śladu.
- Czego? - zapytałem rozdrażniony niskiego faceta w brązowym płaszczu, kiwającego się przed naszymi drzwiami.
- Szefuniu, litra poproszę - ręka z przygotowanymi pieniędzmi wyciągnęła się energicznie w moją stronę.
- Panie - żachnąłem się - pomyłka. To dwa piętra wyżej.
- Aa, to przepraszam - osobnik był wyraźnie przyjacielsko nastawiony. - Naprawdę bardzo pana przepraszam.
Polazł po schodach do góry. Uff - można iść spać. Zamknąłem cichutko i wróciłem do pokoju.
- Kto to był? To nie Marylka ze Zdziśkiem? - spytała śpiącym głosem małżonka.
- Nie, jakiś opój. Spij, jutro trzeba do roboty.
- Jutro - mruknęła żona - chyba kpisz. To już dzisiaj.
- Dzisiaj, jutro - śpij wreszcie, bo o piątej wstajesz.
Zasnęliśmy natychmiast, ale nie była to spokojna noc. Znowu ktoś zaczął stukać do drzwi, budząc nas powtórnie.
- Jezu, no teraz to ani chybi Zdzichowie - jęknęła żona, podciągając kołdrę na piersi. - otwórz, Jasiu. Boga chyba w sercu nie mają. O tej porze?
Zielone cyferki budzika pokazywały 01:47. Cholera! Dobrze chociaż, że dzieci twardo śpią. Znalazłem kapcie i poczłapałem do drzwi.
- Zdzichu, to ty? - zawołałem cicho, wyglądając przez judasza. Niestety, nie wyglądało to na szwagra. Tknęło mnie niedobre przeczucie, ale zdecydowałem się uchylić drzwi. Tak, to był ten sam facet w brązowym płaszczu.
- Kierowniku kochany, dziękuję serdecznie za wskazanie adresu. Trafiłem bezbłędnie i już sobie idę. Raz jeszcze dziękuję.