FORMICA RUFA

Ze względu na zawarte treści, nie zaleca się dla osób poniżej 30 roku życia

Wchodzisz na własne ryzyko!

Grzeczność na co dzień

To nie był łatwy dzień. Kiedy wreszcie udało mi się zasnąć, ktoś zaczął dobijać się do drzwi. To znaczy, wydawało mi się, że było to w chwili, gdy przyłożyłem głowę do poduszki, ale tak naprawdę zegarek pokazywał już wpół do drugiej. Środek nocy. Żona też się ocknęła i zaczęła mnie słabo szturchać.

- Wstawaj, to pewnie Maryla ze Zdziśkiem; mówili, że wpadną do nas w końcu tygodnia. Pewnie uciekł im poznański i dopiero teraz przyjechali. No, rusz się, rusz, miśku! Nie trzymaj ich pod drzwiami!

- Już idę - krzyknąłem w kierunku przedpokoju, szybko znalazłem kapcie i spodnie od piżamy, no i po chwili znalazłem się przy drzwiach wejściowych, potykając się po drodze o plastikową piłkę dzieciaków. Wyjrzałem półprzytomnie przez wziernik: na ciemnym korytarzu majaczyła jakaś pojedyncza postać. Nie byli to Zdzichu z Marylą! Ki bies?

- Kto tam? - zapytałem ostrożnie.

Zza drzwi dało się słyszeć jakiś rozpaczliwie chrapliwy szept z prośbą o otwarcie. Zdzichu zalał tak pałę? A gdzie Maryla? Zdecydowałem się ostrożnie otworzyć, niech żona zobaczy swojego wzorowego szwagra w stanie rozkładu, proszę bardzo! Osobnik, który mrużył oczy w smudze światła żarówki z naszego przedpokoju nie był z pewnością Zdzichem. Maryli też ani śladu.

- Czego? - zapytałem rozdrażniony niskiego faceta w brązowym płaszczu, kiwającego się przed naszymi drzwiami.

- Szefuniu, litra poproszę - ręka z przygotowanymi pieniędzmi wyciągnęła się energicznie w moją stronę.

- Panie - żachnąłem się - pomyłka. To dwa piętra wyżej.

- Aa, to przepraszam - osobnik był wyraźnie przyjacielsko nastawiony. - Naprawdę bardzo pana przepraszam.

Polazł po schodach do góry. Uff - można iść spać. Zamknąłem cichutko i wróciłem do pokoju.

- Kto to był? To nie Marylka ze Zdziśkiem? - spytała śpiącym głosem małżonka.

- Nie, jakiś opój. Spij, jutro trzeba do roboty.

- Jutro - mruknęła żona - chyba kpisz. To już dzisiaj.

- Dzisiaj, jutro - śpij wreszcie, bo o piątej wstajesz.

Zasnęliśmy natychmiast, ale nie była to spokojna noc. Znowu ktoś zaczął stukać do drzwi, budząc nas powtórnie.

- Jezu, no teraz to ani chybi Zdzichowie - jęknęła żona, podciągając kołdrę na piersi. - otwórz, Jasiu. Boga chyba w sercu nie mają. O tej porze?

Zielone cyferki budzika pokazywały 01:47. Cholera! Dobrze chociaż, że dzieci twardo śpią. Znalazłem kapcie i poczłapałem do drzwi.

- Zdzichu, to ty? - zawołałem cicho, wyglądając przez judasza. Niestety, nie wyglądało to na szwagra. Tknęło mnie niedobre przeczucie, ale zdecydowałem się uchylić drzwi. Tak, to był ten sam facet w brązowym płaszczu.

- Kierowniku kochany, dziękuję serdecznie za wskazanie adresu. Trafiłem bezbłędnie i już sobie idę. Raz jeszcze dziękuję.


Aby wrócić do strony początkowej naciśnij tutaj
Aby wrócić do Spisu Treści naciśnij tutaj. / Aby przejść do Indexu naciśnij tutaj
Powrót do poprzedniego rozdziału / Jesteś w rozdziale 10 / Przejście do następnego rozdziału