Krople gorącego dżdżu szumiały monotonnie na strzesze, ale nie czuliśmy się wcale senni, bo każdy był ciekaw, co powie M'kumbule. Wszystko, co żyło w puszczy pochowało się pod liśćmi, czekając na lepszą pogodę. Las umilkł, zalewany potokami codziennego, zenitalnego deszczu. Fununumu dolał swemu ojcu palmowego piwa do kalebasy i patrzył na nas wyzywającym wzrokiem. Nikt nie rozpoczynał rozmowy; milczeliśmy, szanując rozmyślania czcigodnego starca w tym tak ważnym dla niego dniu. Jasne, że Fununumu, będąc ulubionym synem, mógł liczyć na największy splendor, ale nie powinien z tego powodu wynosić się ponad innych. "Kto się wywyższa, będzie poniżony" - błysnęło mi nagle, z niewiadomego powodu, powiedzenie tego tłustego białego, który próbował (bezskutecznie, jak wszyscy przecież doskonale pamiętają) opowiadać o swoim bogu, dopóki swoim natręctwem nie znudził serdecznie wszystkich w całej wiosce i trzeba było temu położyć kres, żeby już nie marudził. M'kumbule upił niewielki łyk, poprawił się na stołku, ale dalej patrzył bez słowa na ryjącą w błocie łaciatą świnię, której - jedynej w całej wsi - padający deszcz wcale nie przeszkadzał, a nawet chyba przypadł do gustu.
Mirimba, druga żona Ngabaye karmiła piersią kolejne dziecko przytroczone ciasno do pleców. Nie działo się nic. M'kumbule uporczywie milczał, a wszyscy spokojnie czekali na jego słowa. Jakaś żywsza mucha, nic sobie nie robiąca z panującej wilgoci nie siedziała, jak inne, pod sufitem tylko latała po chacie, przebiegle unikając zbliżenia do parującego kociołka zawieszonego nad ogniskiem. Wreszcie Sambane, pozornie nie zwracający na nią uwagi, szybkim ruchem obu dłoni zatłukł ją w locie gdzieś w okolicy postawionych na sztorc kilku asagai. Zaskoczona mucha wydała między ciemnymi dłońmi o jaśniejszym podbiciu głośny dźwięk przypominający mlaśnięcie, po czym spikowała z cichym stuknięciem na ziemię, gdzie natychmiast dopadł ją gekkon o ogonie w kształcie liścia i połknął jednym ruchem zachłannego pyszczka. Sambane zamarł znowu w bezruchu, wpatrując się pytająco w Fununumu.
Sądząc po zapachu tapioka była już gotowa. Mamamayan Ng nalewała gęstą ciecz do miseczek i ceremonialnie podawała je dorosłym, pochylając się przed nimi głęboko, tak że jej odkryty obfity biust prawie dotykał ziemi, po której łaził leniwie i bezczelnie tam i nazad rozpaskudzony powodzeniem gekkon. Pierwszy otrzymał tapiokę M'kumbule, który zabrał się do jedzenia z wyraźną przyjemnością. Zjadłszy, poczekał, aż wszyscy skończą swoje porcje (M'kumbule zawsze był bardzo eleganckim mężczyzną), łyknął jeszcze piwa z kalebasy, odstawił ją ceremonialnie i zaczął wreszcie mówić.
- Fununumu, mój synu pierworodny - oczywiście zwrócił się najpierw do tego przydupasa, ignorując tym samym innych - czy możesz pokazać mi rodzinną maczugę, bo chciałbym jeszcze przypomnieć sobie jej wygląd?
Po porannej uroczystości byliśmy na to przygotowani, choć Mirimba wyraźnie na te słowa posmutniała. Fununumu wstał chyżo, wyciągnął z kąta poczerniałą ze starości maczugę, w powierzchni której wiele lat temu nasi przodkowie umieścili ostre krzemienne kolce i przekazał ją ojcu. M'kumbule gładził ostrożnie dłonią nierówną powierzchnię, jakby coś w duchu rozpamiętując. Pewnie wspominał odległe czasy, kiedy to on był tym, do którego zwracano się o przysługę pożegnania, jakiej teraz sam będzie domagał się od swych bliskich. Zapadła cisza i tak trwaliśmy w bezruchu - jedynie gekkon biegał po podłodze bez wyraźnego celu, a M'kumbule wciąż bez słowa głaskał maczugę drżącą dłonią. Po chwili ocknął się z zamyślenia, powiódł po nas wzrokiem i rozpoczął mowę, na którą wszyscy czekaliśmy.
- Nie muszę chyba przypominać - głos M'kumbule był słaby i cichy, więc wysunęliśmy jak na komendę głowy, by lepiej słyszeć starego, zmęczonego człowieka - że zgodnie z prastarym zwyczajem nadszedł mój czas. Rano nie byłem w stanie utrzymać się na gałęzi drzewa, którym z taką mocą potrząsaliście, więc teraz, według prawa plemiennego, muszę odejść tak, jak wielu przede mną, a z całą pewnością i wielu po mnie. Taka jest tradycja, a tradycja to rzecz święta. Wielokrotnie zwycięsko przechodziłem coroczną próbę drzewa, a w tym roku spadłem wraz z kilkoma innymi starcami. Jest to więc nasze pożegnalne spotkanie. Podporządkujcie się mojej woli po raz ostatni i wykonajcie ją dla udowodnienia szacunku dla mnie i pamięci o mojej osobie.
Deszcz nie szumiał już mocno, więc łatwiej było wsłuchiwać się w polecenia M'kumbule, który przerwał na chwilę, wodząc po nas przekrwionymi oczyma. Słuchaliśmy go wszyscy z pokorą, tak jak zresztą zawsze, a przynajmniej od kiedy tylko sięgam pamięcią. Mamamayan Ng dłubała z przejęciem w prawym uchu, Ngabaye otworzył nieświadomie usta, ukazując rząd spiłowanych ostro zębów i tylko Sambane wydawał się być całkowicie nieporuszony. Nawet Fununumu był wyraźnie niespokojny, czekając na ostateczny wybór Upadłego. Dzieci starały się nie oddychać za głośno, wiedząc, że uczestniczą w bardzo ważnym wydarzeniu. Jedynie najmłodsze Mirimby, nakarmione przed chwilą piersią beknęło potężnie, ulewając na prawe ramię matki. M'kumbule uśmiechnął się na ten dźwięk i ciągnął dalej.
- Nie będę już trzymał was w niepewności, więc wiedzcie, że moja wola jest taka: pożegna mnie w imieniu was wszystkich Fununumu. Fununumu, synu, czy przyjmujesz mój wybór?
- Z radością ojcze i cieszę się, że wybrałeś właśnie mnie - Fununumu był wyraźnie zadowolony, że nie stracił twarzy w oczach wioski. Musiał bardzo silnie przeżywać oczekiwanie na tę decyzję, bo jego pierś podnosiła się teraz szybko, jak po biegu.
- Dobrze, a teraz szczegóły. Pożegnasz mnie jutro o świcie, a uczta będzie w południe. Podzielcie się tak: Fununumu - serce, Sambane - mózg, Ngabaye - wątroba, Mamamayan Ng - lewa nerka, Mirimba - prawa nerka, Ababaye - policzki i wargi... - mój teść wyliczał monotonnie, co komu przeznacza, lecz uderzyło mnie to, że stale pomija moje imię. Obdarował już prawie całą rodzinę, a o mnie wciąż jeszcze nie wspomniał - dzieciom podzielcie ramiona i ręce, sąsiadom dajcie prawą nogę, płuca i jelita (tylko dobrze wymyjcie, żeby nie trzeba było się wstydzić!), Metembulu - uszy, a ....
Wreszcie doczekałem się! Metembulu - uszy. Oczywiście! Ohydny starzec! Teść nigdy mnie tak naprawdę nie polubił (i z wzajemnością) i nawet w tej ostatniej chwili nie mógł darować sobie niesmacznej złośliwości. Wiedział przecież doskonale, że czego jak czego, ale chrząstek uszu nie biorę do ust, a na pożegnalnej uczcie nie będzie mi wypadało odmówić hojnego poczęstunku, danego z serca. Rozgoryczony, wyjrzałem na zewnątrz. Łaciata świnia dalej ryła w poszukiwaniu czegoś smakowitego, zaś na niebie pokazała się, jakby na przekór wszystkiemu, wielokolorowa tęcza...