Wódz nie mógł sobie - jakżeby inaczej - podarować okazji do publicznego wystąpienia. Wyglądał szczególnie uroczyście, przyozdobiony tymi wszystkimi piórami i skórami. Z pokrytą świątecznym reliefem kością kazuara w nosie musiał czuć się okazale i oficjalnie, co słychać było w jego sposobie mówienia. Wspomniał o naszych przyrodzonych cechach: bitności, uczciwości i szerokiej duszy, o, być może biednym, ale godnym stylu życia, o przywiązaniu do pryncypiów, o wartościach nadrzędnych...
Widziałem wyraźnie, że nie ja jeden niecierpliwię się, opętany tylko jedną myślą: jaka opcja zwycięży na dzisiejszym festynie? Lewicowa, czy prawicowa? Sąsiedzi przestępowali z nogi na nogę, nie zwracając specjalnej uwagi na wodza, tokującego właśnie o etosie. Nikt jednak nie chciał robić mu przykrości, więc wszyscy pokornie stali w promieniach popołudniowego słońca, spoglądając co chwila ze zrozumiałym zaciekawieniem na Wielkiego Wybierającego.
Wedle odwiecznego zwyczaju raz w roku, w dzień krótkiej nocy, organizowano wielki festyn, którego największą atrakcją było zgadywanie, jaką opcję wybierze specjalnie łapany na tę okazję bezstronny człowiek, zwany przez wszystkich Wielkim Wybierającym. Było to ważne, bo zakłady szły o dużą stawkę.
Wódz wyraźnie już dzisiaj przesadzał, bo zaczął przypisywać naszemu plemieniu cnoty, do których wcale a wcale się nie poczuwaliśmy, ale co tam! Miło choć posłuchać, jeśli to tylko nic nie kosztuje.
W tym roku obstawiałem opcję lewicową, a postawiłem całą przyszłą zdobycz łowiecką z trzech miesięcy, więc było czym się denerwować. Wielki Wybierający nie przejawiał większych emocji, pewnie z powodu odurzenia sokiem z drzewa metarongo. Żył już wśród nas od pięciu miesięcy, złapany daleko w dżungli. Na niczym mu nie zbywało, a najbardziej chyba podobało mu się to, że niczego nie musiał robić (jeszcze by uciekł i tyle trudu poszłoby na marne), za to stale były przy nim dwie wioskowe wdowy, gotowe zaspokoić każdą jego zachciankę.
Uff, nareszcie! Wódz skończył upajanie się podkreślaniem własnych sukcesów i swoich zasług dla plemienia, więc można było zacząć operację wyboru. Podniecenie rosło. Kobiety wyniosły z chaty spotkań kalebasy z narkotycznym sokiem, żeby po poznaniu tegorocznego wyniku można było się odurzyć - zwycięzcy z radości, przegrani ze smutku. Wódz podszedł do Wielkiego Wybierającego i obsydianową siekierką przeciął lianę przytrzymującą czubki dwóch drzew. Krzyk radości lub jęk rozpaczy wydarł się ze wszystkich gardeł. Niestety! Drugi już rok z rzędu przegrałem, bo głowa Wielkiego Wybierającego pozostała przy prawej połowie ciała rozdartego przez prostujące się drzewa, a nie przy lewej, jak obstawiałem. Cholerny świat! Dobrze chociaż, że dającego wizje soku drzewa metarongo nigdy nie zabraknie.