- A coście, panie, tacy markotni? Nie zagadacie, nie przygarniecie? Toć bym się bronić nie mogła, bo i jak? Dyć to środek lasu i nikoguśko, kto by mi pomógł. - rosła dziewczyna napierała biodrem wyraźnie stropionego takim obrotem sprawy, szczupłego młodzieńca odzianego z cudzoziemska na czarno. - No, coście taki jako ten kołek? Nie usuwajcie się... Uuuu! Nie to o was starsze dziewuchy mówiły. - dodała, wyraźnie rozzłoszczona - O, Jezusicku! Wypadło mi z kosza i zbierać muszę... a dla babki to niosę, co słabuje.
- Sie ist eine Luft für mich - mówił do siebie w duchu całkiem na dalekich uniwersytetach scudzoziemczały panicz z pobliskiego dworu, poprawiając na nosie okulary w srebrnej oprawce. Prawda, że jeszcze parę lat temu starałby się zaciągnąć gładką włościankę w krzaki, jak wiele innych przed nią, jednak teraz przyświecały mu wyższe ideały. Przykucnął, pomagając dziewczynie zbierać rozsypane zawiniątka: kawałek kołacza, jakąś sperkę, pół bochenka czarnego chleba, sporą flaszkę i inne, zawartości których nie zdążył rozpoznać. Odwracając oczy od widoku piersi rozpierających koszulę pochylonej dziewczyny zaczął jej tłumaczyć: - Es ist unmöglich. Znaczy... nie jest możliwe. To jest... nie może tobą rządzić Lust... no, ten... Was soll das heissen? - skończył prawie bezgłośnie, bo z twarzą pomiędzy bujnymi piersiami dziewczyny, która nagle przygarnęła go do siebie mocnymi ramionami, nie tracąc widać nadziei. Wyrwał się gwałtownie, tracąc równowagę.
- No i jaki z was pożytek - roześmiała się wrzaskliwie młódka, spoglądając na leżącego panicza. - Pierwsiście, którzy ode mnie uciekają, ale nie chcecie, to nie! Żebyście jeszcze nie zatęsknili, bo drugi raz o konfidencyi żadnej mowy nie będzie.
- Ja, ja, gut. - odparł nieco enigmatycznie młody dziedzic, podnosząc się żwawo z grubej warstwy ciemnozielonego mchu.
- Dajcie, otrzepię was trochę, boście się cały uwalali, chociście jakowyś przygłup na urągowisko. Gdzie macie strzelbę?
- Was? Kein Gewehr...
- Patrzajcie ludzie, panicz, a bez strzelby po lesie chodzą! To się pilnujcie, bo wilk pokazał się w okolicy i szkód wiele narobił.
- Was? Was für ein Wolf? No... co za jeden wilk?
- A zwyczajny, jak to wilk. E, czasu na was szkoda, to i z Bogiem, a ja do babki muszę, bo czeka starowinka... - dziewczyna zapięła guzik rozchełstanej koszuli, poprawiła czerwony czepek, podniosła koszyk i ruszyła pewnym krokiem ku skrajowi lasu.
- Czekaj! Ty się zaś nie boisz wilka?
- Tfu! Niechaj on mnie się boi - odkrzyknęła dziewczyna przez ramię. - Nie mam czasu, żeby długo wam tłumaczyć, zresztą trza było inaczej śpiewać na początku, a teraz szukajcie se szczęścia gdzie indziej!
Młody student siadł na zwalonym pniu i spoglądał w ślad za odchodzącą dziewczyną. Po chwili westchnął, wyjął z kieszeni surduta małą książkę w twardej oprawie i zagłębił się w jej lekturze, nie zdając sobie sprawy, że z gąszczu śledzi go pilnie para gorejących oczu.
* * * * *- Jestem, babko! - wrzasnęła pełną, zdrową piersią dziewczyna, zbliżając się do małej chatki przycupniętej na skraju lasu. Po czym dodała rozsądnie - Żywiście to jeszcze?
- Żywam, żywa.... - odezwał się starczy głos ze środka - Zachodź, dziecko. Pchnij jeno drzwi, bo nie są zawarte na skobel.
Skrzypnęły krzywe zawiasy i już po chwili dziewczyna wykładała dary matki z wiklinowego koszyka na poczerniały ze starości stół.
- Tu wam matulka przysłali trochę dobra, cobyście prędzej z choróbska wyszli, a się wzmocnili.
- Ooo, dobrą mam córkę, dobrą, nie ma co mówić. A to co? Flaszka? Siwuchy przyniosłaś, czy to głogowe?
- To - dziewczyna silną ręką wyciągnęła z wprawą zatyczkę i powąchała - głogowe, babko. Tatko dużo go ostatnio napędzili.
- No, to rozlej do kubeczków. Weź z półki nad kuchnią. Nie, nie te. Za małe! W prawo. O! Te z kogutkiem, te właśnie będą dobre. Ale pokaż no się; no, odwróć się w moją stronę, mówię. Ho, ho, rozwinęłaś się, moja wnuczko. Pewnie tam kawalerowie drepczą od strony sadu, co?
- A jakże by! Macie tu wino, nie rozlejcie; kręci się ich tam wielu, jeno co każdy chciałby pomiętosić, a ulżyć se na mnie, a do żeniaczki jakoś nie ma wielu chętnych.
- Iii, to i zawsze tak było, dziecko, zawsze... własny rozum mieć musisz i - przede wszystkim - uważać, żeby cię złe języki nie obmówiły, a cała reszta ujdzie na sucho, jako i innym. No, nalej jeszcze, nie żałuj starowince.
- Co, jużeście wytrąbili? O, babko, babko, żeby wam nie zaszkodziło, ale żałować wam nie będę, macie po brzegi. Sobie też kapkę doleję. Pewno, że zważam na to, co robię, niegłupiam przecie. A wiecie? paniczam młodszego spotkała w lesie. Mało co po ludzku już gada, tak mu te zamorskie szkoły w głowie popsowały. Gładki, jucha, ale nieludzki - wcale na mnie i nie spojrzał, chociaż rozumiał przecie, że mu przeciwna bym tam i nie była.
- Dziadka jego pamiętam dobrze. O, to był wielki pan! Jak chwycił, gorąco się robiło, moje dziecko; a majster był! tak, tak... Ojciec też wiele w okolicy dokonał... Do dziś ludziska wspominają, bo jest o czym. I mówisz, że młodszy panicz nieludzki? Nie cmoknął? Nie szczypał? Nie obalił? Za cycki chociaż nie łapał? Co to się powyrabiało teraz... Prawdę chyba mówią, że koniec świata blisko. Taką dziewuchę spotkać w lesie i zmarnować okazję? Dolej mi jeszcze, wnuczko, bo czego mam sobie żałować?
- Macie, ale to już koniec, chociaż ponad litr tatko natoczyli.
- Nie martw się, moje dziecko, mam schowany antałeczek za paką z cebulą, sama nie ruszałam, bom osłabła, ale ty pomożesz teraz starej babie, to i dla ciebie dobry uczynek, a dla mnie radość.
- Babko, toć wam powtarzam, żeby nie za dużo, bo wam zaszkodzi.
- Zaszkodzi? A co mnie jeszcze może zaszkodzić? W moim wieku? Eee... I czyj to w końcu antałek? Nalewaj z niego prędziutko, żebym nie powtarzała dwa razy. I daj kawałek chleba, bo wyraźnie mi pomogło - smak na jedzenie mi wraca.
Gwarzyły tak sobie przyjaźnie nad kubeczkiem z kogutkiem - leciwa babka i jej młoda wnuczka, snując opowieści z przeszłości i teraźniejszości, o chłopach, którzy dawno już w proch się obrócili i o osiłkach wzrok dziewek dzisiaj ciągnących, aż zrobiło się późno i trzeba było wracać do domu. Pożegnawszy się grzecznie dziewczyna weszła na ścieżkę wiodącą przez las do rodzinnej zagrody. Silny wiatr chłodził jej rozpaloną twarz, a myśli krążyły uporczywie wkoło zbliżającej się nocy w ojcowym sadzie. Po dobrej chwili jednak to, co ujrzała na niewielkiej polanie sprawiło, że miłe marzenia pierzchły i spadło na nią zimne, gwałtowne otrzeźwienie. Zbliżyła się ostrożnie do wielkiego, zwalonego pnia i, zdumiona i przerażona, zakryła usta ręką, żeby nie krzyczeć, bo i na cóż by się to zdało?
* * * * *- O Jezusicku, matko! A to panicza cosi w lesie zagryzło! - dziewczyna w czerwonym, przekrzywionym czepku wpadła prawie bez tchu do domu.
- Co opowiadasz? Nie czas na takie żarty, córko. - skrzywiła się kobieta skubiąca przy kuchni czubatą kurę, ocierając łokciem pot z czoła.
- Nie do żartów mi teraz, nie. Rety! Cosi go zagryzło w lesie!
- Wilk!
- A może i wilk. Leży ci na drugiej polanie, przy kłodzie, krwią zalany. O, książkę jakowąś podniosłam i tu jest. Patrzajcie, jaka pokrwawiona. Ani chybi jego.
- No, książka. Zaraz, co tu stoi napisane: "Geschlechtsenthaltsamkeit - Taschenratgeber". E, nic się nie da wyrozumieć, cudzoziemska jakaś. No, nic. Leć, stary, do wójta, coby dwór powiadomił. A my za cepy, widły i trzeba iść do lasu.
- Może lepiej nie, matko, bo coś się i do nas przyplącze.
- Gromadą pójdziemy, to i strach mniejszy. A zmarłego należy dopilnować, bo to obowiązek chrześcijański, chociaż...
- Co: "chociaż", matulu?
- Chociaż panicz wcale sobie na naszą życzliwość nie zasłużył. Za nic prostego człeka miał. Za granicą więcej czasu spędzał, niż u nas. Może już i kalwinem jakim się stał w tych zamorskich krajach, kto wie? Mówią też ludziska, że proeuropejski był, a to grzech śmiertelny.
- Pro.. nie dam rady powtórzyć. Jaki? Wytłumaczcie, matko, bo tak żeście mądrze rzekli...
- Nie martw się, córuchno. Za młodu służyłam u dworu, otarłam się o ludzi, a oni o mnie, to i słów trudnych nabyłam. "Proeuropejski" to znaczy tyle, że chciałby tu różnego tałatajstwa, Niemców, Żydów i innych Francuzów na naszą zgubę sprowadzić, coby się pysznili, panoszyli, a narodem pomiatali, do upadku go doprowadzając. Zgorszenie, ruja i porubstwo, bo tam chłop z chłopem, baba z babą żyje, a państwo im jeszcze za takie bezeceństwa dopłaca i chcieliby i tutaj swoje porządki wprowadzić.
- A, to teraz rozumiem zachowanie panicza w lesie...
- Ale ty za młoda jesteś, żeby sobie płową główkę ową ohydą zaprzątać. Pamiętaj jeno, żeby od takich europejczyków, tfu!, uciekać i nam natychmiast o nich mówić, jakby się tu jakiś znowu pokazał. Ze swoimi się trzymaj, to i dobrze na tym wyjdziesz.
- Pewno, pewno, mateczko. Aże gęsiej skóry dostałam. O, tatko wrócili!
- Idziemy - powiedział ode drzwi zarośnięty po oczy chłop w przybrudzonej świtce. - Ja mam cep; dla ciebie, żono, widły, a siekierka - mała lecz poręczna, dla ciebie, cobyś się bezpieczniej czuła, Czerwony Kapturku.