nowy_gatunek NOWY GATUNEK



Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


ROZDZIAŁ I


Hala była nabita do ostatniego miejsca. „Skąd tu tylu ludzi, zwłaszcza po akcji Gniazdo” - przebiegła mi przez głowę nagła myśl, którą jednak zaraz odrzuciłem. Jak to skąd? Ludzi jest mnóstwo. Przestałem sobie głowę zawracać niedorzecznościami i skupiłem uwagę na tym, co działo się na scenie.

Cóż poradzić, spóźniłem się zamawiając wejściówki i trzeba było zadowolić się miejscem wysoko w tyle hali widowiskowej, która mogła pomieścić chyba całe miasto w momencie największej świetności. Jej budowę zaakceptowano jeszcze przed rozpoczęciem akcji gniazdowania, wybierając ambitny projekt, który nawet teraz, po blisko dwustu latach robił wrażenie. Te wszystkie ciągi piesze, ogrom schodów, elewatorów i ruchomych chodników, windy swobodnego ruchu, kontrola stanu wszystkich użytkowników w czasie rzeczywistym, regulowane fotele z indywidualnymi procesorami, ekranami i stołami podawczymi na wypadek, gdyby ktoś wolał widzieć szczegóły na wyciągnięcie ręki zamiast oglądać je przez lornetkę.

Patrząc ze sceny widać było morze foteli, których kolory odpowiadały sektorom hali. Było ich bodaj dwadzieścia pięć, ale żadnej pewności nie mam i mogę się w tej części opisu mylić. Toczono nawet zażarte boje słowne o sens budowy tak wielkiego obiektu, zwłaszcza w czasie, gdy technologicznie możliwe było uzyskanie konferencji wszystkich obywateli bez konieczności wychodzenia z mieszkań, a ważkim argumentem był zarzut wykorzystania energii na Gniazdo, a nie na halę.

Oponenci wykazywali, że projekt jest jeden, najważniejszy i kluczowy. A skoro został w powszechnym głosowaniu przyjęty, to wszystkie ręce na pokład i nie wolno niczym, najmniejszym nawet opóźnieniem, sprzeniewierzać się świętej idei. Tym bardziej, że temperatura podnosiła się nieubłaganie. Jednak wygrali zwolennicy budowy, podnoszący z początku konieczność kultywowania pewnej ludyczności cywilizacji, a wreszcie przebijający wszystkich porywającą ideą możliwości łatwego przekształcenia obiektu w ostatni zespół mieszkalny, kiedy akcja Gniazdo miałaby zbliżać się do końca. Podali nawet bombastyczną nazwę projektu: Bwat Kontra1).

Powiedziałem, że zamawiałem wejściówki? A po cóż miałbym ich załatwiać więcej, skoro jestem sam? Przecież... Zresztą, nieważne. Na scenie, wśród zgiełku fanfar, krystalizował się właśnie triumfalny finał wieczoru. Swoją drogą, że też ludzie mają jakąś niezrozumiałą dla mnie predylekcję do hałasu! Strasznie mnie te fanfary denerwują, ale – prawdę powiedziawszy – nieznośne w swoim infantylizmie zapowiedzi prezenterów są chyba jeszcze gorsze. Po co ja tu przyszedłem? Jarmarczne zabawy prymitywów, którzy pragną w ten sposób zagłuszyć strach przed nieznanym. A co ma powiedzieć grupa, do której sam należę?

Punktowe światła wydobyły z mroku dwie postaci ogromnych, muskularnych mężczyzn. Zdumiewające, że wciąż jeszcze, po tylu zabiegach genetycznych trwających, w końcu, od stuleci, zdarzają się tacy istni Herkulesi. Obaj mieli przynajmniej tak gdzieś po sto czterdzieści centymetrów wzrostu! Prowadzący coś tam krzyczał, zachwalając przewagi obydwu kandydatów, odzianych w dziwaczne szlafroki całe pokryte różnokolorowymi piórami. Na głowach mieli jakieś rozbuchane pióropusze, tylko te pióra były wyraźnie dłuższe od tych poprzyczepianych do ubioru. Przełączyłem na obraz indywidualny, żeby przyjrzeć się osiłkom z bliska. I wtedy sąsiad z prawej dał dowód swojego rozkojarzenia lub głuchoty, bo zapytał mnie o nazwisko pokazywanego właśnie osiłka, prężącego swą brunatną klatkę piersiową: „Eske ou konnen non li?2)”. A skądże mnie wiedzieć, prymitywie? Odpowiedziałem jednak uprzejmie „mwen pa konnen3)”, licząc na to, że się odczepi. No i się, zgodnie z przewidywaniem, odczepił, zwracając natychmiast do człowieka po jego drugiej stronie. Nie lubię języka oficjalnego, ale cóż...

Publiczność głosowała ze swoich foteli, dotykając odpowiednich miejsc indywidualnych ekranów. Śmieszne to wybieranie kota w worku, bo wszystko okaże się dopiero po odkryciu kart. Tymczasem głosowanie musiało już zostać zakończone, bo kiczowata muzyka zmieniła się teraz w podniecający rytm bębnów, obaj zawodnicy obrócili się do publiczności plecami i teatralnym gestem zrzucili w tej samej chwili swe szlafroki, prezentując węźlasto rzeźbione, mahoniowe nagie ciała przyozdobione teraz jedynie tymi sterczącymi aluzyjnie pióropuszami, a hala zadrżała wręcz od starannie modulowanego krzyku prezentera: „Panie i panowie! Mam niewątpliwą przyjemność ogłosić, że królem erekcyjnym zoostaaaaaał.......”.

Obudziłem się zlany potem. Znowu ten głupi sen. Znowu śniłem, że w domu mówię jakimś innym językiem niż ten, którym mówią wszyscy. Znowu te głupie wybory króla erekcyjnego. Co za dno. Z jakim upodobaniem podświadomość zamienia „elekcję” na „erekcję”! Może trzeba się zbadać? Chociaż... w moim wieku? I niby kto miałby to zrobić, skoro dr Dufour, ostatni psycholog w całym Moriso-Lewa, zmarła w zeszłym tygodniu? Czy może to już dwa? Zresztą – co da roztrząsanie? Nic. Lepiej sprawdzę klimatyzację, bo strasznie gorąco, chociaż na zewnątrz zaledwie +38 stopni; jak na noc całkiem nieźle. Elekcja króla? Tego przecież nigdy nie było w historii świata. Chory umysł.

Śmiesznie pomyśleć, że miasto nazywało się kiedyś Thule i leżało w rejonie wiecznej zimy, a dopiero zmiany klimatyczne spowodowały migrację ludności, która, z kolei, zmieniła nazwę na taką, która uhonorowała człowieka legendę. Tego, który wyprowadził pogardzany język potomków niewolników z czworaków i wprowadził go na salony.


======================

1) Arka.

2) Czy zna pan jego nazwisko?

3) Nie znam.


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


© YPY - Strona poprawiona i publikowana 27.12.2012