|
ZAPISKI CHIŃSKIE | |
O podróży sentymentalnej; 02.02.2019
Śpieszę donieść, że w nocy z 24 na 25 stycznia wróciłem do domu z krótkiego pobytu
w Szanghaju. Ponieważ nie było mnie w Chinach przez 24 lata, więc mam mnóstwo
spostrzeżeń, skojarzeń i nowin. Kończę już nawet opisywanie mojego wojażu i
chciałbym niedługo zamieścić tutaj ten tekst w odcinkach. Jako mały przedsmak
zamieszczam zdjęcie typowego ulicznego sklepu mięsnego. Wszelako doszedłem do
wniosku, że nie warto wołać na puszczy i przemawiać do pustej sali. Dlatego (nawet
w Sodomie były jakieś warunki brzegowe) cykl ukaże się, jeśli (do poniedziałku
włącznie) wolę przeczytania go wykaże w komentarzach przynajmniej dziesięć osób.
Uważam, że to uczciwe postawienie sprawy - dawno już przestałem wierzyć w zapewnienia,
że warto pisać choćby dla jednej osoby. Brak czytelników oznacza śmierć bloga. A dla
małżonki i najbliższych przyjaciół mogę pisać zawsze, bez konieczności prowadzenia
tej strony.
============
Trochę później.
============
Pobieżny looklook (to taki żart słowny, pochodzący od chińskiego zwrotu oznaczającego
przyjrzenie się: kankan) pozwolił skonstatować wypełnienie mojego warunku. Co więcej,
niektóre głosy twierdziły, że należy je traktować jako mnogie, więc tym bardziej.
Dodatkowo przyznać muszę, że otrzymałem surową reprymendę od Wachmistrza, którego
zdanie cenię sobie bardziej niźli sceptr. Dlatego kończę ten suspens i oświadczam,
że w najbliższej przyszłości opublikuję krótki cykl o moim pobycie w Szanghaju w
styczniu. Ostrzegam jednak, że będą to zapisy moich bardzo subiektywnych odczuć.
O Szanghaju w styczniu 2019 - #1/5; 04.02.2019
Civitas Sciamhaevum est omnis divises in partes tres. Część pierwsza to drogi
wysoko ponad poziomem ziemi, druga to zwykła substancja miasta, zaś ta trzecia to
największe na świecie metro. Ocenia się, że na obszarze 6.341 kilometrów kwadratowych
mieszka tam dobrze ponad 24 miliony ludzi (a może i więcej). Wyznać muszę, że całość
sprawiła na mnie mieszane wrażenie.
Kiedy, po kilku latach pobytu i pracy, wyjeżdżałem z Szanghaju wczesną jesienią 1995
roku nie przypuszczałem, że zobaczę go znowu dopiero po prawie dwudziestu czterech
latach. Przed tym ponownym pobytem ostrzegano mnie po przyjacielsku (że zapewne
oznam szoku), więc najpierw pooglądałem współczesne obrazki miasta w sieci, później
poczytałem relacje szanghajskich ekspatów i, tak przygotowany na różne zmiany,
jechałem pewny, że wielkiego zaskoczenia nie będzie. A przecież to, co zobaczyłem,
przerosło wszelkie moje oczekiwania.
Jeszcze przed styczniowym wyjazdem pojawił się niepokój: czy w ogóle warto jechać
w miejsce o średniej gęstości populacji równej 3.800 osób na kilometr kwadratowy?
To, w końcu, trzydzieści jeden razy więcej, niż w Polsce (123 os./km2).
Cały czas niczym w wyjściu z kościoła po sumie? A niby za jakie grzechy? Natychmiast
przyszło jednak otrzeźwienie. Po pierwsze: przed laty nie było chyba dużo lepiej.
Po drugie: ciekawość rosła. Po trzecie: sam z siebie pewnie bym jednak nie pojechał,
ale to był wyjazd służbowy. Po czwarte: to był krótki pobyt, a takie - jak mówi
mądrość wojskowa - można przetrzymać nawet w klatce z jeżami.
Skoro wyjazd służbowy, to zaczęto natychmiast brać pod uwagę koszty (to ważne,
skoro nie jestem żadnym dyrektorem). Najtańszym połączeniem był lot z Kopenhagi
bezpośrednio do Szanghaju, na lotnisko Pudong. Linie Północnej Europy (bo tak po
chińsku brzmi nazwa firmy) znana jest mi z tego, że daje obrzydliwe żarcie, a za
alkohol każe sobie płacić. Może jest w tej idei jakieś ziarno rozsądku, skoro
odsetek alkoholików jest tam u nich wyjątkowo wysoki. Tym razem też się na nich
nie zawiodłem w oczekiwaniu jakiegoś dziadostwa, bo w drodze powrotnej wręczono mi
posiłek składający się głównie z zimnego pęczaku. Widać to dzisiaj w Skandynawii
jakiś ekologiczny krzyk mody, ale mnie akurat niezbyt odpowiadający. Przypomniała
mi się natychmiast scena z "Lalki", gdzie któryś z warszawskich dandysów przekonywał
towarzystwo do swojego najnowszego, cudownego odkrycia kulinarnego - kaszy gryczanej
(podaje się zwyczajnie, na srebrnym półmisku).
Tak więc - lądowanie na lotnisku Pudong. To słowo wymaga pewnego wprowadzenia w
geografię miasta. Patrząc na mapę może się wydawać, że Szanghaj leży na południowym
brzegu estuarium rzeki Jangcy. Nic bardziej mylnego! Na brzegu Jangcy znajduje się,
co prawda, większa część szanghajskiego portu (dzisiaj największego na świecie), ale
samo miasto każdy Chińczyk sytuuje nad niewielką rzeczką, która jest południowym
dopływem Jangcy. Cudzoziemcy, przynajmniej do niedawna, z całym spokojem mówili, że
to Whampoa. Dzisiaj jednak, kiedy znaczenie Chin rośnie z każdą chwilą, trzeba
przyzwyczaić się do nazwy chińskiej: Huangpu Jiang.
No i czas na kolejny wtręt językowy. Chiński jest specyficzny i stawia pewne wymogi,
które uczącemu się cudzoziemcowi wydają się dziwaczne. Nie można, na przykład
powiedzieć, że "ja jem", albo "ja piję". Nie, trzeba sprecyzować, co się je lub
pije. A jeśli nie ma to znaczenia, to wciąż jeszcze trzeba tę frazę porządnie
rozwinąć i powiedzieć: "ja jem jedzenie", albo "ja piję picie". Tak samo jest z
nazwami geograficznymi. Nie ma w starannym chińskim "Szanghaju". Jest "miasto
Szanghaj". No i, tak samo, nie ma "Huangpu" - jest "rzeka Huangpu". No i teraz
każdy już wie, że słowo "jiang" to właśnie "rzeka" (co prawda, "rzeka" może
być także określona przez słowo "he" - patrz Huang He, ale to już zupełnie
inna historia).
Tak więc - przez miasto Szanghaj płynie rzeka Huangpu, dzieląc je na dwie części:
zachodnią i wschodnią. A co oznacza nazwa rzeki? To akurat sprawa banalna - "huang"
to tyle, co "żółty", zaś "pu" oznacza "brzeg". Doszliśmy w ten sposób do
rozwiązania tej niewinnej zagadki: Huangpu Jiang = rzeka Żółtego Brzegu.
Szanghajczycy uchwycili się tego brzegu rzeki (Pu) i odpowiednio określali nazwy
głównych części miasta. Tę na zachód od rzeki (albo może lepiej: na zachodnim brzegu
rzeki Pu) - nazwali Puxi (bo "xi" to "zachód"), a tę na wschód od rzeki - Pudong
(bo "dong" to "wschód"). Ot, i wszystko. Od początku żywszego rozwoju
Szanghaju (połowa XIX wieku) wszystko koncentrowało się w Puxi, podczas, gdy na
przeciwległym brzegu nic się nie działo aż do końca XX wieku. To dopiero w latach
dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku rozpoczął się nagły rozkwit Pudongu, który ma
wielkie ambicje przegonienia Hong Kongu. Już z kronikarskiego obowiązku napiszę, że
żółty brzeg rzeki być może istniał w zamierzchłych czasach, jednak z całą pewnością
nie dzisiaj.
Lotnisko Pudong leży, oczywiście, na bardzo dalekim skraju dzielnicy (dalekim od
centrum) - bo właściwie już na brzegu oceanu. Za czasów mojego poprzedniego pobytu
nie było najmniejszego sensu tam jechać, bo na Pudongu nie było dosłownie niczego.
Ot, jakieś stare budy, dużo błota, coś tam rosło i nawet dojechać nie było tak łatwo
(pierwsze mosty zaczęto budować w latach dziewięćdziesiątych, był już za to tunel
pod rzeką; a podobno nawet dwa, tylko ten drugi z jakichś powodów technicznych był
zamknięty); najpopularniejsze były promy. Czy już napisałem, że Huangpu ma raptem
114 kilometrów długości? To nie jest jakaś wielka rzeka, za to nadspodziewanie
szeroka i głęboka, bo mogą na nią wpływać wcale spore statki oceaniczne. W dodatku
do niedawna była, w zasadzie, obrzydliwym ściekiem, bo większość nieczystości
miejskich spuszczano właśnie do niej (i do Suzhou Creek). Otwarcie powiem, że nie
wiem, czy dzisiaj ma to też miejsce, czy może zbudowano już jakieś oczyszczalnie
miejskie. Sam optowałbym za tym drugim rozwiązaniem, ale szczegółów wszak nie znam.
Lotnisko Pudong rozpoczęło pracę w roku 1999. Wcześniej miasto miało tylko jedno
lotnisko - Hongqiao, położone w zachodniej części miasta; kilkanaście kilometrów
od centrum. Hongqiao to dzielnica w Puxi, a jej nazwa wzięła się od takiego typowego
dla starych Chin mostu, który tworzył nad rzeką łuk. Kiedy w latach osiemdziesiątych
pierwszy raz lądowałem na Hongqiao, to dworzec lotniczy był malutki i, prawdę mówiąc,
kojarzył mi się z dworcem kolejowym w Kościerzynie. Jednak już parę lat później
zastąpiono go istnym, jak mi się wówczas wydawało, mastodontem, którego nie
powstydziłoby się żadne miasto w krajach rozwiniętych. Dzisiaj, jeśli się nie mylę,
Hongqiao obsługuje ruch krajowy i azjatycki, a Pudong krajowy i międzynarodowy (poza
Azją). Pewną ciekawostką jest to, że te dwa lotniska są połączone linią metra (nr 2),
której długość wynosi - bagatela - 60 kilometrów. Nie, nie pomyliłem się. Długość
jednej tylko linii metra wynosi w Szanghaju sześćdziesiąt kilometrów, zaś przystanków
na niej jest 30. Tam wszystko ma inną skalę - zarówno to, czym się tubylcy szczycą,
jak i to, o czym woleliby nie mówić.
Po przejściu kontroli paszportowej w Kopenhadze znalazłem się w tej wyraźnie mniej
przyjemnej części lotniska - ciemnej i mało przyjaznej. Właściwie rozumiem Duńczyków:
niech każdy odlatujący do Azji żałuje, że opuszcza cudny kraj niczym z klocków lego.
Samolot oferował każdemu pasażerowi małe stanowisko sterowania mediami: telewizor
w oparciu następnego siedzenia. Najwięcej czasu spędziłem na kontemplacji mapy
pokazującej aktualną pozycję samolotu, bo oferowana rozrywka jakoś do mnie nie
przemówiła. Gry były infantylne, sudoku w wersji hard mnie przerosło, a dostępne
filmy to była jakaś krwawa jatka (próbowałem oglądać kilka), albo głupoty adresowane
do Azjatów. Ostatecznie doczekałem do końca tylko jednego filmu: obejrzałem "Żonę"
z Glenn Close i Jonathanem Pryce.
Już na początku lotu powiało realną realnością (gdyby ktoś jeszcze nie wiedział,
dokąd leci). Stewardessy rozdały Bardzo Ważne Karteluszki. BWK składały się z dwóch
części. Jedna dotyczyła przylotu pasażera do Chin, a druga - niewymyślnie - jego
wylotu. Wydrukowane były na wcale przyzwoitym papierze z nagłówkiem koloru kremowego.
Od razu po chińsku i po angielsku. Należało podać wszystkie szczegóły dotyczące
siebie, lotu, celu i adresu pobytu. No i od razu zaznaczono, aby - Hospody pomyłuj!
- przypadkiem owej kartki nie zgubić; ani w całości, ani (a może nawet tym bardziej)
części niezbędnej do szczęśliwego wyjazdu. Łza zakręciła mi się w oku, bo ten chiński
wymóg biurokratyczno - statystyczny przypomniał mi młode lata, kiedy to w Polsce
obowiązywała dokładnie taka sama metoda dodatkowej kontroli. Tyle tylko, że nasze
karteluszki nie dorastały chińskim do pięt, bo były kilkukrotnie mniejsze. A jednak
pewne pomysły pozostają wieczne.
Albo takie wizy. Wydaje mi się, że Chiny dają je dość liberalnie i w krótkim terminie
(mnie wyznaczono odbiór po trzech dniach). Przed laty była to pieczątka koloru
niebieskiego, na której urzędnik wpisywał konkretne dane czarnym tuszem. Dzisiaj
to specjalna naklejka, od początku do końca wydrukowana komputerowo. Nie wiedzieć
czemu otrzymałem wizę uprawniającą do dwukrotnego przekroczenia chińskiej granicy.
No i dobrze. Więcej nie może być gorzej, niż mniej. A warto też wspomnieć, że
istnieje specjalny program, który pozwala (tylko dla osób w tranzycie) przebywać
w Szanghaju i okolicy przez 144 godziny bez wizy. Jedynym wymogiem jest posiadanie
ważnych biletów samolotowych (kraj przylotu musi być różny od kraju docelowego).
Nie sądzę jednak, żebym to ja właśnie tutaj miał opisywać go szczegółowo.
Lot Kopenhaga - Szanghaj trwa ponad jedenaście godzin. To długi lot i pod jego koniec
czuć pośladki. Dlatego moment lądowania wyzwala poczucie prawdziwego szczęścia i
nadziei. Wreszcie w Szanghaju. Wot ana - priekrasnaja kitajskaja ziemla. Wyjście,
rękaw i już wpadło się w szpaler pracowników lotniska, którzy kierowali łagodnie,
choć stanowczo, w bok w ścieżkę z napisem "Foreigners". I co to? Jakieś stanowiska
komputerowe wzdłuż ściany? Po chwili wszystko stało się jasne: aby wkroczyć na
świętą chińską ziemię cudzoziemcy muszą zgodzić się na pobranie odcisków palców.
Wszelkie pogłoski, że w inwigilacji Chiny wkroczyły w bardzo zaawansowane rozwiązania
okazały się faktem (pobieranie odcisków palców jest o wiele nowocześniejsze niż,
dajmy na to, w takich Stanach Zjednoczonych). Cudzoziemiec staje bowiem przed maszyną,
naciska przycisk Start i ta prowadzi go za rękę. Najpierw każe zeskanować paszport
na stronie ze zdjęciem. Chwilę później na dużym ekranie pojawiają się kolejne komendy.
Proszę na poziomym okienku przyłożyć centralnie cztery palce lewej ręki. Dziękuję.
Proszę na poziomym okienku przyłożyć centralnie cztery palce prawej ręki. Dziękuję.
Proszę na poziomym okienku przyłożyć centralnie oba kciuki. Dziękuję. Proszę pobrać
wydrukowany kwit potwierdzenia przejścia procedury. (A może nie było owych "dziękuję"?
Już nie pamiętam). Osoba wyposażona w kartkę z dużymi literami OK zostaje
przepuszczona dalej i może udać się do kolejki odprawy paszportowej.
Nie pamiętam już także, czy teraz, czy dopiero później przechodziło się przez bramkę,
która odczytuje zdalnie temperaturę podróżnego (w celu wychwycenia osobników słabych
i chorych, które mogłyby wwieźć na teren kraju jakąś ohydną zarazę. Obok siedziały
znudzone dziewczyny w mundurach służb sanitarnych, obowiązkowo noszące maseczki na
twarzach, żeby groza była bardziej dotkliwa. Skoro automat nie wykrył podniesionej
temperatury, można było iść dalej. Mogę się tylko domyślać, co się działo, jeśli
system aktywował alarm temperaturowy.
Przy odprawie paszportowej znowu dzieliło się pasażerów na swoich i obcych.
Poskręcana kolejka cudzoziemców stała karnie, oczekując na swoją kolej. Kiedy jest
się już bliżej stanowiska odpraw specjalny pracownik sprawdza, czy aby na pewno
ma się przy sobie BWK. I tu objawia się chiński pragmatyzm, bo ci, którzy ów
dokument nieszczęśliwie zagubili nie są w żaden sposób karani, czy cofani z kolejki,
tylko mogą wypisać nowy, używając czystych blankietów położonych na półeczce przy
filarze, gdzie przymocowane są także długopisy. "Stanowisko odpraw" nie jest
najszczęśliwszym opisem, bo faktycznie jest tych stanowisk kilka i z kolejki jest
się kierowanym do tego, które właśnie staje się dostępne. Ku zdziwieniu cudzoziemca
teraz następuje drugi etap weryfikacji. Pracownik służb granicznych bierze do ręki
paszport i BWK, po czym wskazuje ręką na kolejne urządzenie, które pasażer znajduje
już to po swojej lewej, już to prawej ręce na wysokości wątroby. To ukośnie
zorientowany ekran z okienkiem na poziomej części maszyny. Na ekranie ukazują się
(po angielsku) komendy. Proszę patrzeć na ekran. W tej chwili cudzoziemiec widzi
tam swoją banalną twarz i rozumie, że jego oblicze właśnie zostało sfotografowane
dla celów bezpieczeństwa, czy inwigilacji (w zależności, jak kto jest nastawiony
do chińskich osiągnięć w tym względzie). Drugim etapem jest ponowne zeskanowanie
(proszę przyłożyć cztery palce lewej ręki do poziomego okienka) odcisków
palców. Zapewne po to, aby sprawdzić, czy w poprzedniej fazie pobierania odcisków
palców jakiś wredny cudzoziemiec nie oszukiwał i nie starał się obejść systemu,
wykorzystując rękę kogoś innego. Jeśli tak zrobił, to teraz zostanie to wychwycone.
W trakcie tej procedury moje urządzenie gadało do mnie po japońsku (gadał dziad
do obrazu), co świadczy o tym, że coś tam jeszcze w systemie można zmodyfikować,
bo, do kogo, jak do kogo, ale do Japończyka nie jestem podobny nic a nic. Jeszcze
sprawdzanie ważności wizy, oderwanie wjazdowej części BWK, przywalenie owalnego,
czerwonego stempla z datą przekroczenia granicy w paszporcie i voila! Jesteśmy w
Chinach.
Myliłby się ten, który sądziłby, że w ten sposób można już było wyjść na zewnątrz.
Nic bardziej mylnego. W końcu trzeba było najpierw odebrać swój bagaż (o ile miało
się tyle szczęścia, że doleciał tym samym samolotem), później przemknąć się
ścieżką "Foreigners - nothing to declare", a następnie dokonać, tuż przed
opuszczeniem lotniska, zwyczajowego skanowania całego bagażu, ręczny w to
wliczając. Tu można było obserwować (o ile ktoś nie miał dotąd takiego doświadczenia)
elastyczność chińskich obywateli względem zasad przestrzegania kolejki. Myliłby się
bowiem ten naiwny cudzoziemiec, który oczekiwałby spokojnego stania jeden za drugim.
Nie, skoro w tej kolejce nastąpiło już wymieszanie cudzoziemców oraz local people,
to ci ostatni stosowali już na całego swoje zwyczaje, tu obowiązujące od pokoleń.
Najpierw ustawiali się obok cudzoziemca, a później omijali go łagodnie, często
zadziwionego, co właściwie tu zachodzi. W ten sposób (zwłaszcza na łukach) Chińczyk
potrafił za jednym zamachem ominąć kilku zamorskich diabłów, bo on był u siebie i
wiedział, co i jak, a oni i tak zapewne mieli czas.
O Szanghaju w styczniu 2019 - #2/5; 07.02.2019
W ten sposób, po długim i męczącym locie z Europy, w niecałą godzinkę po wyjściu z
samolotu, znalazłem się w sali przylotów lotniska Pudong. Huanyíng lái dao Zhongguó
(welcome to China). Według czasu, do którego przyzwyczaiło się moje ciało, była
mniej więcej godzina czwarta nad ranem. Tutaj dochodziło południe. Tak zwany jet lag
(zespół nagłej zmiany strefy czasowej) dokuczał mi jeszcze przez kilka dni, a kiedy
już, już przyzwyczaiłem się w końcu do siedmiogodzinnej różnicy czasu, musiałem
wracać do domu i ponownie wystawić się na kolejną zmianę strefy czasowej. No i nie
wpadłem na to (za głupi jestem), żeby odpowiednio (czyli jak?) zażywać melatoninę,
która ponoć w takim przypadku zaburzenia rytmu dobowego pomaga. Po chwili jechałem
do miasta drogą szybkiego ruchu, położoną na wysokości drugiego piętra (elevated road).
I tak, po tym krótkim wstępie, udało mi się nawiązać do pierwszego akapitu tekstu.
Drogi szybkiego ruchu to osobny punkt opisu. Te dwadzieścia kilka lat temu przejazd
taksówką odległości kilku kilometrów był istną gehenną. Zagęszczenie ruchu kołowego
było takie, że auto przejeżdżało za jednym zamachem już to pięć, już to osiem metrów
i musiało hamować. A to po to, żeby kogoś jadącego szlakiem kolizyjnym przepuścić, a
to po to, żeby z jakimś rowerem, czy pieszym obładowanym tobołkami się nie zderzyć.
Często kierowcom puszczały nerwy, uchylali szybę i wołali coś gromkim głosem do
innych użytkowników drogi, powodując chwilową pyskówę, bo druga strona zwykle wcale
nie czuła się niczemu winna i wcale nie zamierzała odpuścić. Obowiązkowo (gdzieś tak
co pięćdziesiąt metrów) kierowca sięgał po słoik po nesce, ostentacyjnie odkręcał
pokrywkę i popijał łyk nalanej tam w bazie herbaty - w bazie, bo wszystkie taksówki
były albo państwowe, albo spółdzielcze, ale na pewno nie prywatne. W tamtych czasach
jako taksówki jeździły głównie Volkswageny Santana, produkowane w Chinach w ramach
chińsko-niemieckiego joint venture. Wtedy były to najnowocześniejsze samochody, chociaż
zdarzało mi się widzieć w roli taksówek produkty krajów obozu pokoju i postępu, czyli:
łady, polonezy, duże fiaty, a czasem to nawet maluchy. Te ostatnie były bardzo cenione,
bo nie dość, że opłaty (z racji wielkości) były niższe, to jeszcze (z tego samego
powodu) bez żadnego kłopotu mieściły się w sieci hutongów. No i dużo zależało od
upodobań samego kierowcy, co mogło przekładać się na zdrowie pasażerów. Chodzi o to,
że kierowcy mieli zdecydowany stosunek do klimatyzacji. Jedni nie włączali jej w
ogóle (opuszczali za to szyby), a drudzy, jeśli już, to na wartość maksymalną. No
i wsiadał klient do taksówki, na zewnątrz +37 stopni Celsjusza, a w środku +18. I
jedź tu, człowieku swoje cztery kilometry przez dwadzieścia pięć minut! No to
przeziębienie prawe pewne.
Współcześnie zdarzało mi się Santany zobaczyć, ale w Szanghaju stanowią relikt
przeszłości i, zapewne, to już ich ostatnie chwile (nie wiadomo, czy jest to także
obowiązująca zasada gdzieś w chińskim interiorze, bo spotkałem się z opinią, że
Szanghaj to tak nie do końca Chiny). Samochody na tutejszych drogach są, w
zdecydowanej większości, nowe i dobrze wyglądające. Wiele z nich ma napęd elektryczny.
Niektóre marki rozpoznawałem bez trudu, ale przecież nie wszystkie, bo duża część
jest produkowana lokalnie i poza Chinami (poza Azją?) ich nie zobaczy. Łatwo napotkać
bogactwo, bo, podczas mojego krótkiego pobytu, w oczy rzuciły mi się dwa maserati,
kilka porsche i bodaj czy nie lamborghini.
Drogi szybkiego ruchu (elevated roads) są kilkupasmowe, dobrze utrzymane i
oznakowane. Oznaczenia drogowe są, oczywiście, po chińsku, ale na plus Chińczyków
trzeba przyznać, że zawsze pod spodem podawany kierunek jest opisany literami
łacińskimi; prawda, że sporo mniejszymi, ale wciąż łatwo czytelnymi. Co jakiś
czas nad tymi autostradami pojawiają się stalowe bramownice pozbawione jakichkolwiek
tablic informacyjnych, za to umieszczone na nich elementy wyraźnie rozbłyskają
(tymi drogami jeździłem, jako pasażer, zawsze w biały dzień), gdy zbliża się do
nich jakiś pojazd. Takie same zresztą migające formy widziałem również na tych
konstrukcjach, na których były tablice drogowe pokazujące cel ruchu. Mogę tylko
przypuszczać, że to jakaś część systemu inwigilującego w Chinach wszystko i
wszystkich.
Od kilkunastu lat obowiązuje w Chinach ten sam układ tablicy rejestracyjnej -
białe litery na błękitnym tle. Najpierw chiński znak oznaczający prowincję, później
duża litera alfabetu łacińskiego, kropka, a po niej kombinacja pięciu cyfr i/lub
liter. Czarne tło oznacza samochód misji dyplomatycznej lub cudzoziemca mającego
prawo zamieszkiwania w Chinach. Żółte tło zarezerwowane jest dla ciężarówek, autobusów
i motocykli. Zdarzają się jednak odmienne tablice rejestracyjne (zielonkawe), ale
nie zdołałem zrozumieć, co to oznacza. Generalnie, jeśli pierwszym znakiem będzie
"Hu" (沪), to ma się pewność, że auto jest zarejestrowane w Szanghaju.
Proszę o zwrócenie uwagi, że ten podany powyżej znak, to forma uproszczona,
obowiązująca w Chińskiej Republice Ludowej. Tam, gdzie stosuje się formy tradycyjne,
wyglądałby nieco bardziej skomplikowanie (滬).
Ilość pasów może być myląca, bo zdarzało się, że droga, którą brałem w swej
naiwności za czteropasmową w jedną stronę, po bliższym przyjrzeniu się okazywała się
dwoma równoległymi drogami dwupasmowymi (pomiędzy środkowymi pasami przez kilka
kilometrów namalowana była ciągła linia). Kierowcy karnie owej linii nie przekraczali.
Ale już tam, gdzie mogli sobie poszaleć, to często nie mieli żadnych zahamowań. Wiele,
oczywiście, zależy od cech indywidualnych, bo jeden z nich jechał spokojnie i pewnie,
ale już drugi był nerwowym kierowcą rajdowym, który cały czas podróży mrugał wszystkim
światłami, żeby go przepuścili, zmieniał pasy, próbując ominąć inne samochody już to
z lewej, już to z prawej, przyśpieszał i hamował gwałtownie, aż mi ze strachu skręcało
palce u nóg. Mogę więc z całym spokojem zapisać, że dzięki drogom szybkiego ruchu
samochody zaczęły wreszcie jeździć w Szanghaju z normalną prędkością (przed laty
średnia prędkość wynosiła kilka kilometrów na godzinę), ale luzacki stosunek kierowców
do ruchu pozostał, moim zdaniem, niezmieniony. Na plus mogę im zapisać, że, generalnie,
są skłonni do wpuszczania aut włączających się do ruchu i ze spokojem traktują tych,
którzy, w poszukiwaniu szybszego przejazdu, latają po autostradzie od skraju do
skraju niczym wyziębiona prostytutka od latarni do latarni.
Drogą szybkiego ruchu świetnie się jedzie, ale od czasu do czasu trzeba z niej
zjechać na ziemię. Wówczas kierowca samochodu automatycznie przestaje być królem
stworzenia, bo trafia do tej drugiej, najważniejszej, części składowej miasta. Układ
ulic, w zasadzie, nie zmienił się przez te wszystkie lata, ale już budynki przy
nich stojące - tak. Najważniejszą zmianą, która od razu rzuciła mi się w oczy (a
tak naprawdę - w uszy) był brak zgiełku. Kiedyś ulicą ciągnął tłum ludzi, po jezdni
w każdą stronę jechały tysiące tysięcy rowerów i rozklekotane samochody. Śrubki
rowerów nie były porządnie dokręcone, rowerzyści dzwonili ze wszystkich sił, a ci
co bardziej ostrożni ostrzegali w głos, że "jedzie się" (lai lai lai!!!). Dzisiaj
nic z tych rzeczy! Rowery, owszem, wciąż są na ulicy obecne, ale to już tylko marne
wspomnienie dawnej chwały. Dzisiaj ich rolę przejął skuter elektryczny. Ma to tę złą
cechę, że kiedyś łatwo było usłyszeć nadciągający rower, a dzisiaj skuter elektryczny
bezgłośnie otrze się o nas, nieomal urywając na kieszeń. A niby dlaczego ma się
ocierać? To proste - bo musi. Miałby się nie ocierać? Żarty jakieś?
Musi? - zapyta zdumiony czytelnik, który nigdy nie był w Chinach, podejrzewając
pomyłkę lub żart. A musi, musi - powtórzę. I nie ma tu ani rzekomej pomyłki, ani
też żartów ze spraw najpoważniejszych w życiu Chińczyka. Bo (chyba od zawsze) osoba
przemieszczająca się w Chinach pojazdem jednośladowym za punkt honoru brała sobie,
żeby się nie zatrzymywać po drodze. No i co z tego? - ponownie zapyta zdumiony
czytelnik, który nigdy nie był w Chinach. Żeby odpowiedzieć na to naiwne pytanie,
trzeba najpierw nakreślić obraz lokalnego przejścia dla pieszych, wyposażonego w
sygnalizację świetlną. I dopiero na tym tle powrócić do zagadnienia ruchu
jednośladów.
Kiedyś na pasach nie obowiązywały żadne normy. To znaczy, żeby się dobrze rozumieć,
jakieś tam zasady ruchu były prawnie określone i nawet, jak podejrzewam, nie
różniły się od amerykańskich, czy tam europejskich. Tyle tylko, że nikt tych
zasad nie przestrzegał i wynikający z tego stanu rzeczy rozziew pomiędzy teorią,
a praktyką przechodzenia przez ulicę był wielki i trudny do zrozumienia przez
cudzoziemców o krótkim stażu pobytu. Przed laty obowiązywała zasada: "kto ma
potrzebę, ten idzie / jedzie, starając się zrozumieć innych". W ten sposób
cztery strumienie pojazdów i pieszych (po dwa w każdą stronę - tam i nazad)
płynnie przenikały się w tym samym czasie na dowolnym skrzyżowaniu, już to troszkę
przyspieszając, już to troszkę zwalniając lub nawet całkiem hamując, przy absolutnym
ignorowaniu wskazań świateł, a nawet policjanta z pałką. I wszyscy byli zadowoleni,
a przypadki rozjechania przez ciężarówkę z kapustą były bardzo, bardzo rzadkie.
Dzisiaj (podobno przy dużym nacisku władz miejskich) istnieje silna tendencja do
przestrzegania wskazań świateł drogowych. Tych ostatnich postawiono dużo (nie to,
co przed laty), także na skrzyżowaniach całkiem niewielkich uliczek, a nawet na
przejściach daleko od skrzyżowań. Tak więc użytkownik drogi (pieszy, kierowca
samochodu, skutera, roweru) widzi swoje światło, a nad nim informację, za ile
sekund zajdzie zmiana z zielonego na czerwone lub na odwrót.
Dane wyświetla się bodaj, czy nie począwszy od 16 sekund. Tak więc: stoją piesi
i czekają na zmianę świateł. Piętnaście, czternaście, trzynaście - już niedługo.
Dwanaście, jedenaście - czas się sprężać. Osiem, siedem
- tak, to właśnie ten
moment, żeby wystartować! I startują: zarówno młodzi ludzie, jak i dwustuletni
starcy, bo wszyscy czują, że ile niby można czekać? A pojazdy na prostopadłej
trasie wciąż przecież jadą, bo mogą (mają zielone), więc piesi je zręcznie omijają,
skręcają nagle na środku ulicy, żeby nie wpaść pod koła, samochody też trochę
zwalniają i wymijają święte piesze krowy, no a już jednoślady to przechodzą same
siebie! Jeżeli na skrzyżowaniu pełni służbę policjant, to coś tam nawet pokrzykuje
do niesfornych obywateli, ale ci tylko zmieniają tor swojej drogi, żeby się od
niego oddalić. W takim przypadku stróż prawa nie próbuje ich gonić, bo z przeciwnego
kierunku na jezdnię wkracza już kolejna wataha tych, co to im prawo ruchu drogowego
ciąży. No i w ten sposób można już, nakreśliwszy zgrubny obraz przejścia po pasach
w Szanghaju, wrócić do rozpatrywania teorii ruchu jednośladów w tymże mieście.
Najważniejsze, co trzeba tu zapamiętać, to wdrukowana w chińskie serce zasada
drogowa: kto się z własnej woli zatrzyma, przechodząc przez jezdnię, ten jest
marną szczeżują! Zasady tej nie unieważnia to, że Chińczyk wsiadł na rower,
czy skuter. Wsiadł, ale przecież dalej jest użytkownikiem drogi. No i, gdy zbliża
się do skrzyżowania, a tu do zmiany świateł jeszcze z dziesięć sekund, to trzeba:
(a) zwolnić, żeby nie trzeba było stanąć, (b) skręcić błyskawicznie w prawo, żeby
nie trzeba było stanąć (trzeba nie dać się rozjechać przez jadące wciąż z lewej
pojazdy), a później przebiegle zawrócić i skręcić w prawo na tym samym skrzyżowaniu,
żeby trzymać pierwotny kurs, (c) jechać zygzakiem, bo to spowalnia zbliżanie się
do skrzyżowania, (d) wjechać na chodnik, żeby światła przestały zobowiązywać i
pojechać trochę inaczej, niż się planowało, albo zastosować wersję "b", (e) w
każdej z powyższych opcji uważać, bo, najdalej za trzy sekundy, piesi ruszą hurmem
na jezdnię i trzeba będzie ich omijać z iście małpią zręcznością. A tu jeszcze
czasem (to, niestety, Szanghaj, w innych częściach kraju tej szarańczy jakby mniej)
na skraju chodnika / jezdni stoi nieprzystojny cudzoziemiec (waiguó rén, laowai,
xiyáng guizi), który za nic tą swoją zamorską łepetyną nie ogarnia i wtedy to
dopiero jest kłopot! Omijać takiego, jak Chińczyka? No nie sposób przecież, bo
wiadomo, że ruszy się toto w najmniej odpowiednim momencie i, zapewne, w najmniej
dogodnym kierunku. No i o wypadek wtedy nietrudno. To już może lepiej nogę wysunąć
zza sztucznego misia i się nią podeprzeć, chociaż to straszny wstyd dla porządnych
ludzi.
No i rodzi się natychmiast kolejne naiwne pytanie: jakiego znowu misia? Dobrze
chociaż, że odpowiedź jest lekka, prosta, łatwa i przyjemna. Wystarczy spojrzeć
na mapę - Szanghaj jest przecież miastem południowym, bo na południe od rzeki
Jangcy (to rozwiązuje autorytatywnie kwestię ogrzewania w domostwach, ale to
znowu zupełnie inna historia), ale zimą temperatura potrafi spaść do poziomu
przenikliwego, dotkliwego dla mieszkańców chłodu. Wtedy strach wyjść na ulicę,
nie wspominając już o jeździe na skuterze! Dlatego każdy, kto przy zdrowych
zmysłach (a więc, praktycznie, wszyscy), zaopatrują swoje skutery w ciepłe "ubranko"
nakładane na kierownicę. W ten sposób ręce na niej są chronione przez grubą warstwę
tego ubranka, a ono jest tak długie, że zakrywa jeszcze nogi kierowcy po podeszwy.
Czasem ten ocieplacz jest faktycznie z misia, a czasem z czegoś pikowanego. Ważne
przecież, że jest ciepły.
Pikowane ubranka stały się jakąś istną obsesją Chińczyków, bo widzi się je na ulicy
powszechnie. Chodzą w nich zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Ale może trzeba zacząć
od głowy. Obydwie płcie z trudno zrozumiałą lubością farbują sobie włosy. Najczęściej
na ciemny kasztan, ale widziałem też jasny blond. Pofarbowanie kruczoczarnych włosów
na ciemny kolor daje dziwne efekty, bo, w zależności od kąta oświetlenia, ten kolor
widać lepiej lub gorzej. Poniżej królują kurtki lub płaszcze w formie prostej tuby.
Koniecznie pikowane. Ponieważ to styczeń, więc ziąb (było zaledwie +12 oC), no to
jeszcze szaliki, czapki i rękawiczki. Prawda, że te dodatki nosiło tylko gdzieś tak
50% ludzi, ale zawsze. Spotyka się przechodniów w maseczkach na twarzy - ci bardziej
widać, niż inni, obawiają się skażenia i pyłów (nie jest to może czymś powszechnym,
ale przecież to częsty wybór mieszkańców). Pod pikowaną kurtką chłopcy noszą bardzo
wąskie, rurkowate spodnie, w których wyglądają - przypominam, że to osobiste relacje
z pobytu - pedalsko. Modne są też okulary; odniosłem nieodparte wrażenie, że im
większe, tym lepiej. Uwaga o okularach dotyczy także dziewczyn. Te, z kolei, w
przeważającej większości ubierają się z całkowitą pogardą dla gustu. A to dobór
kolorów oszołamia, a to założone ciuchy nie pasują jeden do drugiego. Nie jestem
przecież jakimś znawcą mody damskiej (a już w szczególności młodzieżowej), ale na
ulicy w Szanghaju doznawałem nagłych ataków bolejącego poczucia estetyki na widok
porażającego bezguścia. Widoczne są wpływy Japonii, bo spotkałem dziewczynę
przebraną za pokemona Pikachu. No i, o czym też trzeba wspomnieć, kilka procent
dziewczyn ubiera się w taki sposób, że Europejczykowi kojarzyć się to może tylko i
wyłącznie z, proszę wybaczyć słowo, kurewstwem. Chociaż, kiedy rozmawiałem z ekspatem
mieszkającym w mieście od dawna, to on wytłumaczył mi, że te akurat dziewczyny nie mają,
najprawdopodobniej, nic wspólnego z takim zawodem, a tylko ubierają się niestereotypowo,
bo taki właśnie styl im się akurat podoba bez żadnych konotacji zarobkowych. No, w
porządku, zapamiętałem, że dziewczyna ubrana w kuse, obcisłe spodenki, spod których
wyzierają jaskrawe pończochy zakryte kozakami po kolano, w rozpiętej, króciutkiej
kurtce, z kolorowymi pazurami i o włosach pofarbowanych na jaskrawy kolor (żarówiasty
blond był najdelikatniejszym napotkanym kolorem) to nie jest żadna call girl. Może i
tak, bo nie wszystkie napotkane kobiety w tego typu emploi były młode. Zdarzyło mi
się zobaczyć panią dobrze po pięćdziesiątce, która z olimpijskim spokojem szła sobie
po ulicy w takich właśnie kusych majteczkach, krzykliwych pończochach i botach. Te
kilkadziesiąt lat temu po prostu nie do pomyślenia.
W rękach dziewczyn i chłopców, starych i młodych obowiązkowe dopełnienie całości - telefon.
Ludzie idą i czytają swój telefon; jedzą i kątem oka nań spoglądają, a nawet - sam
widziałem w Shanghai Museum - niby oglądają ekspozycję, ale tylko od czasu, do czasu,
bo wpatrzeni są w ekranik. Za pomocą telefonu można w Chinach płacić w wielu miejscach.
I na odwrót - jest sporo miejsc, które akceptują płatność jedynie aplikacją telefoniczną.
A przecież wiele znajomych osób w Polsce nie do końca wierzyło mi, że przy użyciu
zwykłego telefonu można pisać po chińsku (bo to pismo ma przecież kilka tysięcy znaków).
W tym króciutkim eseju o mojej nagłej wizycie w Szanghaju nie ma miejsca na dokładne
wyjaśnianie zasad używania chińskiego w nowoczesnych urządzeniach elektronicznych.
Musi więc wystarczyć zapewnienie, że wszelkie związane z tym problemy zostały dawno
temu rozwiązane.
O Szanghaju w styczniu 2019 - #3/5; 13.02.2019
Sieć ulic pozostała, w zasadzie, niezmieniona od czasu mojego poprzedniego pobytu.
Tylko w niektórych miejscach - tam, gdzie poprowadzono drogi szybkiego ruchu - coś
mogło się zmienić. Zmiany nie dotyczą jednak biegu ulic, tylko raczej wyburzenia
jednego, czy drugiego domostwa, które miało nieszczęście stać w miejscu, w którym
trzeba było stawiać podpory autostrad. To oczywiste, że (nawet przy stosunkowo
niewielkich zmianach tego typu) ogrom sieci dróg szybkiego ruchu spowodował konieczność
wysiedlenia niemałej grupy ludzi. Ale o wiele większe i bardziej znaczące zmiany są
widoczne w architekturze. Stary Szanghaj to było morze niewysokich domów. Niektóre
(te na Bundzie i w byłych koncesjach) tworzyły pierzeje ulic europejskiego typu,
podczas gdy większość to była jednak plątanina hutongów pomiędzy głównymi arteriami.
Obecnie postawiono mnóstwo wysokich, wielopiętrowych domów. Są one w Puxi właściwie
wszędzie, ale wciąż jeszcze (zwłaszcza poza centrum) sporo jest także domów starego
typu. Mam do nich sentyment, pomimo tego, że są brzydkie i dziadowskie. Najbardziej
reprezentacyjną częścią Puxi jest obszar od Placu Ludowego do Nankińskiej i Bundu.
To właśnie tam, na rogu Nankińskiej i Bundu znajduje się najsłynniejszy chyba hotel
Chin - Peace Hotel (kiedyś Cathay Hotel). Do przejęcia władzy przez komunistów należał
on, tak samo, jak kilka innych pobliskich, bardzo ekskluzywnych budynków, do
przedstawiciela jednej z najbogatszych żydowskich rodzin świata, Victora Sassoon'a.
Dopiero w latach 90. ubiegłego wieku zaczęto budować Pudong - wizytówkę nowoczesnego
Szanghaju, która dawno już przyćmiła nieco staroświecki urok Bundu.
Pudong to miejsce szczególne. Zaprojektowano je z rozmachem, pełno tam zieleni i
miejsca, których w Puxi brak (no, bez przesady, na niektórych ulicach Puxi rosną
platany, a gdzieniegdzie nawet palmy owijane na zimę gigantycznymi onucami). Ściana
wysokościowców jest bardzo charakterystyczna. Znajduje się tam wieża telewizyjna,
która była pierwszą wysoką budowlą Pudongu (Chińczycy zamontowali na niej różnokolorowe
światła, które mnie się nie podobają, ale - jak się zdaje - oni dostają na ten widok
orgazmu estetycznego). Obok wieżowiec przypominający kształtem otwieracz do piwa, a
kawałek dalej najwyższy budynek Szanghaju, który mnie kojarzy się z tamponem, bo
jest dziwacznie skręcony wokół pionowej osi. To tam za marne 40 yuanów można wjechać
na poziom ponad pół kilometra ponad ziemią, żeby podziwiać imponującą panoramę miasta.
Inne drapacze chmur nie mają w sobie niczego szczególnego, więc nie warto o nich
wspominać, ale dobrze pamiętać, że parę ich tam jest. Obok zbudowano (niewysokie)
nowoczesne oceanarium. A jeśli ktoś pofatyguje się nad ocean, to dotrze do, ozdobionego
imponująco wielkim żaglem, muzeum żeglugi, noszącego imię eunucha Zheng He.
O Zheng He warto napisać co nieco więcej, bo to postać przypadkiem ważna w historii
żeglugi. Jego rodzina pochodziła z Yunnanu i dała się poznać jako zwolennicy panowania
tam mongolskiej dynastii Yuan. Nosiła nazwisko Ma, często używane przez chińskich
muzułmanów. Okazało się jednak, że postawili na złego konia, bo prowincje zajęły
wojska nowej, chińskiej dynastii Ming. Cóż więc dziwnego, że rozprawiono się z
zaprzańcami? Trzynastoletni młodzieniec dostał się do niewoli i został (to Azja)
wykastrowany. Jako eunuch został wytypowany do służby na dworach (to była częsta
dola eunuchów). Miał tu trochę szczęścia, bo trafił do pałacu czwartego syna
cesarza (a ten cesarz był założycielem dynastii Ming). Okazał się zdolny i ambitny,
więc piął się po szczeblach kariery. A kiedy tatko - cesarz wyzionął ducha, to w
rodzinnej kłótni wygrał jego pan, który został kolejnym cesarzem, odsuwając resztę
rodziny. Ma He wyróżnił się odwagą i oddaniem w czasie tej zawieruchy i cesarz
mianował go za to szefem swojej cesarskiej służby pałacowej, a więc nie byle kim.
Zmienił mu też, w swej łaskawości, nazwisko z Ma na Zheng. Nie wiem, co prawda,
co zmiana nazwiska znaczyła w ówczesnych Chinach, jednak, z całą pewnością, było
to wyróżnienie, które należało docenić. Kilka lat później cesarz mianował go
dowódcą wielkiej floty (ponoć 250-300 statków, na których służyło ponad 27 tysięcy
ludzi). Zheng He nie miał żadnego doświadczenia morskiego, ale przecież nie o to
chodziło. Jako admirał floty odbył kilka podróży po Oceanie Indyjskim, docierając
także do Afryki (z której przywiózł cesarzowi żyrafę, okrzykniętą na dworze cesarskim
mitycznym qilinem, chociaż długa szyja stworzenia powinna dać dworakom do myślenia).
Później, ponieważ budowa i utrzymanie takiej floty kosztowała znaczną część rocznego
dochodu państwa, podróży zabroniono, a statki zniszczono. Można się spotkać z opiniami
entuzjastów, że niby niewiele brakowało, żeby w okolicach bitwy pod Azincourt, czy
pod Grunwaldem chińskie statki zawinęły do Europy, ale wydaje mi się to pomysłami
znacznie na wyrost.
Gdy turysta na Bundzie odwróci się plecami do Pudongu, to zwykle wchodzi w głąb Pux
ulicą Nankińską. Pewnie każdy wie, że Nankin to takie jedne miasto w centralnych
Chinach, liczące około 6 milionów mieszkańców. Może nawet ktoś słyszał o masakrze
ludności cywilnej, jaką Japończycy urządzili tam podczas okupacji. Ale już pewnie
nie każdy wie, co znaczy jego nazwa. Zacząć należy od chińskich określeń stron
świata. "Północ" to "bei", a "południe" to "nan". Słowo "stolica" to "jing". No i
bierzemy teraz oficjalną nazwę Pekinu: Beijing. A Nankin po chińsku to Nanjing.
Eureka! Pekin to "Północna stolica", zaś Nankin to tyle, co "Południowa stolica".
To niby ile tych stolic mają Chiny? Nie odpowiem tu na to pytanie, bo wykracza ono
poza założone ramy tego tekstu. Zainteresowani muszą sprawdzić sobie sami.
Nanjing lu (ulica Nankińska) jest na sporej części swego wschodniego biegu deptakiem.
Co znowu z autorem? Jakiego raptem wschodniego biegu? Chodzi o to, że długie ulice w
Chinach (mające nieraz wiele kilometrów długości) są podzielone na trzy części. Jeśli,
dajmy na to, ulica Tybetańska (Xizan lu) przebiega w mieście południkowo (z północy
na południe), to będzie podzielona na trzy odcinki: (a) Xizan Bei lu (północna
Tybetańska), (b) Xizan Zhong lu (środkowa Tybetańska) oraz (c) Xizan Nan lu
(południowa Tybetańska). A, biegnąca równoleżnikowo (z zachodu na wschód), ulica
Nankińska będzie nazywana odpowiednio: (a) Nanjing Xi lu (zachodnia Nankińska), (b)
Nanjing Zhong lu (środkowa Nankińska) i (c) Nanjing Dong lu (wschodnia Nankińska).
Widać więc od razu, że "xi" to "zachód", "dong" to wschód, a "zhong" to środek,
co zgadza się z popularną nazwą Państwa Środka = Zhong guo. Podsumowaniem zagadnienia
niech będzie informacja, że po chińsku "Tokio" to Dongjing (Wschodnia stolica).
Nankińska to azjatycki blichtr i ekskluzywność. Ten, kto tam kupuje, chce innym (i
sam sobie też) udowodnić, że go stać. Ale takich stref dla bogaczy jest w Szanghaju
więcej. Bo też władza pozwoliła się tu bogacić, co ludzie przedsiębiorczy z zapałem
robią. Gdzieś tak po kwadransie spokojnego spaceru dochodzi się do Placu Ludowego.
To spory kawał zieleni w centrum miasta. Tu krzyżują się linie metra. Tu znajduje
się słynne Muzeum Szanghajskie. Tu, rozejrzawszy się, człowiek musi się zapytać,
olśniony eleganckimi drapaczami chmur, czy jest w Hong Kongu, czy może gdzieś w
Ameryce (Meiguo)? Drapacze chmur poza centrum (jest ich mnóstwo wszędzie) nie są
już tak ładne i lśniące, a nawet skłonny byłbym powiedzieć, że wyglądają dość
dziadowsko. Jednak tym wokół Placu Ludowego nawet bardzo niechętni nie mogą niczego
zarzucić, bo za wyłożone bardzo wielkie pieniądze zbudowano bardzo imponujące budynki.
Za moich czasów była tu tylko zieleń na dużym placu. A kiedy kilka lat po powstaniu
ChRL był tu mój świętej pamięci teść (pływał na linii dalekowschodniej), to zobaczył
wieczorem na środku Placu wielką żarówę o mocy czy nie kilkunastu tysięcy watów,
przy świetle której dzieci w czerwonych chustach na szyjkach odrabiały lekcje, bo
w domach było na to zbyt ciemno. Teraz pionierów, uzbrojonych w telefony komórkowe,
można spotkać w kolejce do Muzeum Szanghajskiego.
Zanim poszedłem do tego muzeum postanowiłem najpierw przejść się prostopadłą do
Nankińskiej ulicą Tybetańską. To tutaj stawiałem moje pierwsze nieporadne kroki
w Chinach, bo właśnie w hotelu na Tybetańskiej mieszkałem podczas pierwszego pobytu
w Chinach - jeszcze bez rodziny. Hotel wciąż stał. I nadal był hotelem! Za moich
czasów był jednym z wyższych budynków w okolicy. Teraz - przeciwnie, był tu
zdecydowanym mikrusem. Przed wyburzeniem chroniło go chyba stwierdzenie, że
należy do spuścizny architektonicznej starego Szanghaju. To właśnie na przejściu
przez jezdnię przed tym hotelem po raz pierwszy bałem się zejść z chodnika (pomimo
zielonego światła), bo zdeprymował mnie brak jakichkolwiek reguł ruchu drogowego.
Później nauczyłem się, że reguły (niepisane) istniały, tylko były swoiste i trzeba
było do nich przywyknąć. Wtedy ulica była bardzo szeroka: miała dwa pasy w jedną
stronę i dwa w drugą. Teraz w jednym kierunku prowadziło pięć pasów. Ale co to? Non
omnis moriar! Zostało coś i ze starych czasów! Skręt w lewo był wyraźnie oznakowany:
trzeba było go dokonywać ze skrajnego prawego pasa. Poczułem coś w rodzaju krzepiącego
wzruszenia: tyle lat minęło, a ta zasada pozostała.
Muzeum Szanghajskie (Shanghai Museum) to wyjątkowo ciekawe miejsce. Już sam budynek
jest symboliczny. Jego kształt przypomina bowiem (Chińczykom) wielce antyczne
trójnożne naczynie kuchenne z brązu, zwane ding. W dodatku mieści w sobie symbolikę
skali kosmicznej, bo każdy (Chińczyk) wie, że "niebo jest okrągłe, a ziemia kwadratowa".
A budynek muzeum ma okrągły dach i zbudowany jest na planie kwadratu. Czegóż chcieć
więcej? Żeby wejść trzeba odstać swoje w pozawijanej kolejce i poddać się obowiązkowemu
przejściu przez bramkę wykrywającą metal. Pozytywnym zaskoczeniem jest to, że wstęp
jest darmowy. Wewnątrz można obejrzeć kilka stałych wystaw: brązów, rzeźby, ceramiki,
jadeitów, malarstwa, kaligrafii, pieczęci, monet, mebli oraz wyrobów mniejszości
narodowych. No i czym innym jest czytać o antycznych monetach w kształcie noża, a
czym innym zobaczyć je na własne oczy. To samo dotyczy naczyń z brązu, a w szczególności
zestawu dzwonów markiza Su, co do którego instrumentu nie ma pewności, czy liczy
sobie "tylko" 20, czy może 36 wieków. I tu mógłbym pisać długo, bo to bardzo bogate
w eksponaty muzeum, ale zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdego ten temat interesuje.
To już tylko na koniec chciałbym wspomnieć, że w dziale "numizmatyka" można było
obejrzeć papierowy pieniądz z XIX wieku, emitowany przez bank niemiecki: Banknote
über 20 Tael (Zwanzig Tael) - Peking Währung zahlt die Deutsch-Asiatische Bank dem
Einlieferer dieser Banknote an ihrer hiesigen Kasse; 1 marca 1907.
Po wyjściu zalazłem plakat reklamujący wystawę specjalną - słynne "Zięby na
bambusie" nieszczęśliwego cesarza Huizonga z dynastii południowe Song (nieszczęśliwego,
bo w wyniku przegranej wojny musiał abdykować i umarł w długoletniej niewoli u
Dżurdżenów), wypożyczone zza granicy! Wewnątrz wcale tej wystawy nie zauważyłem!
Zakląłem szpetnie po francusku, bo nie miałem już czasu na ponowne wejście do muzeum.
No i - dla pamięci - muszę zanotować, że Muzeum Szanghajskie to było to jedyne w
tym mieście miejsce, w którym zaakceptowano płatność moją kartą. Kupiłem córce
komplet magnesów na lodówkę.
Nie miałem już czasu, bo byłem umówiony z pewnym ekspatem, który już dwa i pół
roku przebywał w Szanghaju. Spotkaliśmy się przed wyjściem z Muzeum i postanowili
pójść na pogawędkę na siedząco przy dobrze zasłużonym piwie. Mój rozmówca, młodszy
ode mnie o pokolenie, wciąż nie mógł, najwyraźniej, wyjść z szoku, że spotkał kogoś,
kto mieszkał tu przed prawie trzydziestu laty. Pewnie dlatego proponował, żebym to
ja wybrał lokal. Został łagodnie wyśmiany (moje restauracyjki i bary od lat już
były przecież pozamykane) i, bez długiego certolenia się, podjął decyzję: jakieś
czterysta metrów stąd jest modny zaułek z wieloma lokalami. Poszliśmy. W lokalu
było sporo cudzoziemców, a drugie tyle Chińczyków. Nie zdecydowaliśmy się na jedzenie,
kontentując toczonym piwem. Najtańsze kosztowało 30 yuanów (1 yuan, czyli renminbi
[pieniądz ludowy], to mniej więcej 50 groszy; podzielenie ceny chińskiej przez
dwa daje niezłe przybliżenie w złotówkach). Oznaczało to, że jesteśmy w modnym
lokalu, służącym do pokazywania, że stać nas na wydawanie pieniędzy, bo podczas
moich dotychczasowych eskapad po mieście nauczyłem się już, że pół litra piwa
w miejscach niewymyślnych kosztuje zwykle 18 yuanów. Nie braliśmy żadnych zakąsek,
paluszków, chrupków, meduz, ani czegokolwiek. Na stole nie leżał żaden obrus, ani
nawet nie było chusteczek higienicznych do ocierania pyska z piany - nie było
podstawy, żeby narzucać na nas jakiekolwiek dodatkowe obciążenie poza wypitym piwem.
No to, jak sądzisz, drogi czytelniku, ile w tym lokalu trzeba było zapłacić za
cztery piwa po trzydzieści juanów? Uważasz, że 4×30 = 120? Ja też tak myślałem,
ale tylko na początku. Nasza kelnerka przyniosła piao (rachunek) na 158 yuanów.
Oniemiałem, ale mój kolega - ekspat ani nie mrugnął, więc zrozumiałem, że jestem
chorobliwie oszczędnym, stetryczałym starcem, który nie wie, co i jak. Zapłaciliśmy
zgodnie po 79 yuanów i było to dobre. Szybko uczyłem się nowego Szanghaju.
A przecież, łażąc intensywnie po mieście zdobyłem już jakie takie, pierwsze
wrażenie obowiązujących cen. W dzielnicach oddalonych od nowoczesnego centrum,
zwłaszcza, jeśli w pobliżu znajdował się szpital (bo odwiedzający chorych muszą
coś zjeść, żeby się posilić) łatwo było znaleźć mini-dziuple na sześć stolików,
gdzie chińskie menu, zawieszone na ścianie ziało cenami w granicach 10-15 yuanów.
Jasne, że tam nie było rarytasów, tylko proste jadło. Jakieś kluski z tanimi
dodatkami, taki sam ryż, czy zupa na cienkim wywarze z kury. Jednak symptomatyczne
było to, że już za pięć złotych można było czymś zamulić żołądek. Trochę od takich
miejsc odstręczała ich czystość i domniemanie bliskie pewności, że pałeczki czyści
się tam dość zdawkowo. Wyżej na drabinie gastronomicznej umiejscowiły się nieco
większe lokale, w których menu było, co prawda, wciąż po chińsku, ale obok każdej
propozycji znajdowało się zdjęcie, które naprowadzało dzikich klientów (dzikich
= słabo znających chiński, bo przecież takich, co to w ogóle chińskiego nie znają,
nie ma, bo skąd by się wzięli?) na właściwy trop, obrazując to, co chcieli zamówić.
W ten sposób nikt nie mógł już powiedzieć, że chciał trepangi, a za przyniesione
kacze łapy w soli serdecznie dziękuje. Danie w tym rodzaju restauracyjek kosztował
średnio 25-40 yuanów. Poza tym było wyraźnie czyściej, niż w tych pierwszych
mordowniach. Jeszcze wyżej stały lokale, w których szanowny klient dostawał do
rąk menu. Tu wszystko zależało od konkretnego miejsca i jego właścicieli.
Założeniem knajp tego typu było to, że klienci przychodzili w większej liczbie
(minimum we dwoje) i zamawiali kilka dań do podziału, jak to podczas przyzwoitego
chińskiego posiłku. Znawcy utrzymują, że zamawia się tyle dań, ilu jest uczestników
posiłku plus (i tu zdania stają się podzielone i nie wiadomo, kto ma rację) albo
minus jeden; w dodatku nie licząc zakąsek. Danie kosztuje tu średnio od 30 do 90
yuanów, więc, licząc piwo albo wino, na dwie osoby potrzeba ze 150-200 RMB, w
zależności od stopnia rozochocenia. Są restauracje, w których menu jest dwujęzyczne
(chińskie i angielskie), ale to mniejszość. Zwykle menu jest tylko chińskie.
Trzeba także pamiętać, że zdarzają się miejsca, w którym właściciel trzyma pod
kontuarem drugie menu (tylko dla cudzoziemców), gdzie wszystkie ceny dla obywateli
chińskich są przemnożone przez współczynnik korekcyjny K, równy od 2 do 5
(albo i więcej), w zależności od bezczelności.
O Szanghaju w styczniu 2019 - #4/5; 13.02.2019
Cóż to znowu za RMB? Już o tym pisałem - oficjalnie chińskie pieniądze nazywają się
renminbi (pieniądze ludowe) i to jest często używany skrót. Nazwa ta jest
całkowicie tożsama z yuanem. Co prawda, w mowie potocznej, ludzie mówią na
nie po prostu kuai (sztuka). Od mojego poprzedniego pobytu także na tym polu
wiele się zmieniło. Kiedyś banknoty miały zróżnicowane obrazki, w zależności od
nominału. Na przykład niebieskie 100 yuanów to było słynne "si ren" (czterech
ludzi), bo widniały na nim oblicza czterech komunistycznych działaczy chińskich.
Na zielonej pięćdziesiątce trzy główki były symbolem sojuszu robotniczo - chłopsko -
inteligenckiego, a na szarawej dziesiątce widniało chyba z dziewięć osób. Dzisiaj
na każdym banknocie znajduje się oblicze Mao Zedonga i tylko kolory są różne. Wydaje
mi się też, że znikły całkowicie małe banknoty, które były kiedyś odpowiednikami 1,
2, 5, 10, 20 i 50 fenów (1 yuan = 10 jiao = 100 fen).
Całkowitym odlotem był, za czasów mojego poprzedniego pobytu, zupełnie odrębny system
banknotów dla cudzoziemców, tak zwane FEC (Foreign Exchange Certificate).
Cudzoziemcy, przynajmniej nominalnie, byli zobowiązani do wymiany swoich cudzoziemskich
pieniędzy tylko i jedynie na FEC, które różniły się fizycznie od zwykłych RMB. Miało
to, w zamyśle, odciąć ich od czarnego rynku i możliwości spekulacji, a choćby tylko
zmusić ich do płacenia drożej (kurs FEC był kursem oficjalnym, a więc mniej korzystnym
od faktycznego kursu RMB na rynku).
Zagraniczny przybysz może dokonać wymiany swoich pieniędzy na lotnisku, po przylocie.
Muszę jednak otwarcie przyznać, że jest to tylko mój domysł, bo w hali przylotów
żadnego kantoru nie zauważyłem, za to w hali odlotów - i owszem. Na pewno da się
zrobić to później, w jakimś banku na terenie miasta. Tak właśnie uczyniłem, bo tuż
obok domu, w którym mieszkałem była placówka Bank of China. Po wejściu do banku
zaatakowała mnie natychmiast młoda pracownica, pytając (po angielsku), jaki jest cel
mojej wizyty. Wymiana pieniędzy. A, to proszę - Chineczka podeszła do stojącej obok
szafy grającej, coś tam nacisnęła i wręczyła mi kartkę z numerkiem: N016. Pozostało
mi tylko czekać. W sali było z osiem osób, więc nie wyglądało to źle, skoro widać
było gołym okiem, że klientów obsługują dwa okienka. Naprzeciwko nich stały dwa
rzędy krzeseł dla czekających. Trzy krzesła były oznaczone jako miejsca dla starszych
i moja Chineczka próbowała być uprzejma i właśnie tam mnie usadzić. Była wyraźnie
zdumiona, że kategorycznie odmówiłem, powtarzając wo hěn niánqing (jestem
bardzo młody), ale odpuściła. Musiałem mieć wyjątkowo marny akcent, bo teraz przyglądali
mi się wszyscy: i klienci, i druga dziewczyna pomagająca klientom w sali, i strażnik
ubrany w czarny mundur. Na miejscu dla starszych siedział już sobie jakiś sędziwy
starzec, przeglądając z uwagą swoje papiery. Rychło pożałowałem mojej dumy z rzekomej
młodości, bo okazało się, że bank nie robi żadnej różnicy pomiędzy klientami dużymi
i małymi. Ja byłem, niewątpliwie, małym, skoro wyniosłem stamtąd raptem kilkaset
yuanów, ale inni rozporządzali całkiem już sporymi sumami. Ot, siadła przed okienkiem
starowinka, co to, na moje cudzoziemskie oko, liczyła w codziennym życiu każdego fena,
pogadała, pogadała, coś tam panu w okienku podpisała, potwierdziła to na małej
klawiaturce po prawej ręce i zaczęło się dziać! Kasjer wyciągnął z szuflady pliki
różowawych stujuanówek, zdjął banderole i wrzucił plik pieniędzy do maszyny liczącej:
trrrrr i wyświetlacz pokazał wynik. Trzysta pięćdziesiąt, czyli 350 x 100 = 35.000
yuanów. Kasjer zapakował tę sumę do koperty z nadrukiem logo i danych banku, po
czym podał ją szanownej klientce. Może słowo "podał" nie całkiem opisuje sytuację,
bo on tę kopertę wrzucił do przestrzeni pod szybą, łączącej klienta z kasjerem, tak,
jak to jest często u nas w różnych urzędach, czy na dworcu. Z tym, że tutaj ta
przestrzeń nie była tak płytka, jak u nas, tylko miała głębokość dobrych dwudziestu
centymetrów, żeby się spore pakiety mieściły. Następny klient i następny klient,
a na wyświetlaczach wciąż nie ma mojego numerku! Wtem czcigodnemu starcowi, siedzącemu
na miejscu dla starszych osób (oprócz chińskiego był tam także napis po angielsku,
bo oni się tam naprawdę starają: courtesy for old people), wypadł z pliku
dokumentów dowód osobisty, podobny do karty kredytowej. I wtedy właśnie poczułem,
że jestem w Chinach i nic się od czasu mojego poprzedniego pobytu nie zmieniło.
Policzyłem do pięciu, ale NIKT nie zamierzał temu panu pomóc. Nikt ani nie próbował
mu powiedzieć, że coś mu upadło, ani - tym bardziej - tego podnosić. I było jak
zawsze: zamorski diabeł rzucił się na kolana, podniósł zgubę i wręczył ją, zdumionemu
takim obrotem sprawy, obywatelowi, który wytrzeszczył bezradnie oczy na cudzoziemca
i zaczął powtarzać cichym głosem xiexie xiexie (dziękuję, dziękuję), nie wiedząc,
zapewne, czy ów cokolwiek rozumie w ludzkim języku. Tak, na tym polu nie zmieniło
się nic.
Nieco później tenże starszy pan, kornakowany przez młodą kobietę, która znalazła
się nagle nie wiadomo skąd, wyniósł w grubej kopercie 80.000 yuanów, a kolejna
klientka, zasiadłszy przed okienkiem, miała sprawę tak skomplikowaną, że nie wstała
aż za 35 minut. Może dlatego kierownictwo zdecydowało się przysłać posiłki. Zgrzyp,
zgrzyp i otworzono trzecie okienko. Po niedługim czasie przyszła moja kolej i okazało
się, że nic nie jest takie proste, jak mi się wydawało. Poproszono o paszport, czego
się spodziewałem. Później dwa razy pytano, dlaczego nie mam konta w Bank of China.
Bo za parę dni wyjeżdżam. Wreszcie dano mi papier, na którym osobiście musiałem podać
moje najróżniejsze dane, adres mailowy w to włączając. Na cholerę bankowi mój adres
mailowy? Kiedy pokonałem i tę rafę, obsługująca mnie kasjerka (ubrana w przepisowy
mundurek, ale przy pasku miała doczepionego tygrysa) podsunęła mi do podpisania bumagę
formatu A4, gęsto zadrukowaną chińską treścią, w której, u góry, tkwiło, niczym
kartofel w dziobie tuczonej gęsi, moje nazwisko. Wo bu shuo zhongwén (nie
mówię po chińsku) - zaprotestowałem łagodnie, co jednak wcale nie przejęło mojej
rozmówczyni. It is necessary - odrzekła z mocą. Cóż było robić, kiedy trudno
poruszać się po obcym mieście bez grosza przy duszy? Wziąłem do ręki długopis, napisałem
"I do not understand" i podpisałem się najładniej, jak potrafię. Spowodowało
to przywołanie jakiegoś kierownika zmiany, który, patrząc już to na mnie, już to
na nieszczęsny dokument, polecił (jak podejrzewałem) pracownicy okazanie nieobytemu
dzikiemu łaski i wypłacenie mu jego śmiesznej sumy. Na ekraniku po moje prawej ręce
pojawiła się owa suma, którą miałem otrzymać za moje euro (kurs był w normie),
zostałem poproszony gestem o jej zaakceptowanie, poprzez przyciśnięcie większego
klawisza, którego koloru nie pamiętam, i tyle. Kilka banknotów zostało zapakowane
do bankowej koperty, na to dołożono dwie bite strony wydruku opisującego całą
tę moją transakcję i wrzucono wszystko do zagłębienia pod szybą. Od chwili wejścia
do banku minęło 85 minut. Następnym razem na pewno usiądę.
Tego samego dnia, kiedy byłem w Muzeum Szanghajskim, o poranku (żeby wprowadzić
modną inwersję czasową) zdołałem już zaliczyć Muzeum Plakatu Propagandowego
(Propaganda Poster Museum). To muzeum jest prywatne i nie tak łatwo je
znaleźć, bo mieści się na bocznej uliczce w suterenie sporego bloku. Życie
pokazało natychmiast swoją wyższość na teorią, bo w sieci utrzymywano, że wstęp
kosztuje 20 yuanów, a przy kasie zastałem gustowną kartkę, że jednak 25 yuanów.
I to było jedyne miejsce w Szanghaju, gdzie objaśnienia były nie tylko po angielsku,
ale także po francusku. Co prawda dotyczyło to tylko, że tak powiem, objaśnień
wyższego rzędu (co która kolejna epoka komunizmu przynosiła ludziom), bo karteczki
przy poszczególnych plakatach były już tylko po angielsku. Ponieważ temat interesuje
mnie od dawna, więc byłem trochę rozczarowany, bo większość plakatów już kiedyś
widziałem. Prawda, że nie bezpośrednio, ale zawsze. Na jednym, chwalącym
internacjonalizm, odnalazłem, wśród innych przywódców krajów postępu i pokoju, naszego
towarzysza Gomułkę, trochę tylko zdeformowanego. W pewnym momencie ekspozycji
właściciele się pogubili, bo, bez żadnego ostrzeżenia, w ciągu plakatów z czasów
komunistycznych wstawili plakaty reklamowe z lat dwudziestych i trzydziestych XX
ieku. Seksowne dziewczyny reklamujące już to papierosy, już to alkohol, już to
musztardę. A na skraju takich plakatów kalendarz, żeby było przyjemne z pożytecznym.
Później widziałem, że te same zdjęcia dziewczyn są wykorzystywane współcześnie w
reklamach wyrobów chińskich. Ciekawe, czy prawem kaduka, czy wykupiono prawa do
nich.
Szanghajczycy są zwykle dość szczupli i średniego wzrostu, ale przecież widywałem
też osobników trzykrotnie większych od przeciętnej. No i nie chodzi tu o jakichś
rosłych Tarzanów, tylko o ludzi zwyczajnie grubych, z dużymi, niepokojąco płaskimi
twarzami. Zagadką jest dla mnie, czy to chorzy, czy może to jakieś odpryski polityki
jednego dziecka, kiedy to dwie pary dziadków futrowały wnuka na potęgę.
Od mojego miejsca zamieszkania na Bund było kilka (pięć - sześć) kilometrów.
Pierwszego dnia przeszedłem tę trasę pieszo, później już używałem metra. Ten
dobrowolny spacer uświadomił mi przez pryzmat pojmowania roli prostytucji, że to
jednak kraj trzeciego świata. Nie jestem od moralizatorskich kazań; uważam, że kto
jest dorosły, ten ma wolny wybór na tym polu. Z tym, że proceder winien być ujęty
w jakieś karby, żeby uniknąć wynaturzeń, wykorzystywania kobiet etc. Dlatego akceptuję
ze spokojem myśl, że burdele i agencje powinny być zlokalizowane w konkretnych,
znanych ludziom miejscach, żeby żądni usług klienci mogli tam spokojnie pojechać,
a ci, których to nie interesuje nie musieli się na każdym kroku opędzać od prostytutek -
stachanówek albo ich naganiaczy klientów (częstsze w Chinach). Tymczasem cudzoziemiec
chodzący po Szanghaju spotyka się co chwila z propozycją masażu (by ladies) albo
otwartej usługi prostej (fucking, fucking). W trakcie tego pierwszego spaceru po
mieście zaczepiano mnie (w końcu przestałem już liczyć) chyba z pięćdziesiąt razy
i tyleż razy musiałem, z kategorycznym wyrazem twarzy, machać ręką w odpędzającym
geście i mówić "bu yao". Z przyczyn obiektywnych wtopienie się cudzoziemca
w tłum nie jest w Chinach możliwe.
Muzeum Historii Naturalnej leży nieco na uboczu, ale przecież ma własną stację
metra, żeby szkoły łatwo dojeżdżały ze swoimi wychowankami. Ja wybrałem przejazd
bez przesiadki, skutkiem czego musiałem podejść od innej stacji metra około pół
kilometra. Przy okazji obejrzałem brudne wody Suzhou Creek, bo ten strumień musiałem
na swojej drodze pokonać. Słowo "strumień" nie jest tu, według mnie, tak całkiem na
miejscu, bo ten ciek wodny jest jednak dość szeroki i pływają po nim całkiem spore
barki (a przynajmniej takie widziałem). Kiedy zobaczy się park wypełniony dziwacznymi
rzeźbami, jest się pewnym, że właśnie dochodzi się do właściwego muzeum. Te rzeźby
to pomieszanie z poplątaniem, bo to i stary dostawczak postawiony na sztorc kabiną
w dół, i jakieś metalowe bezkształtne twory wysokości jednego piętra, i czarny
termofor do pasa dorosłego człowieka, z podpisem "Mutter", i wreszcie, tuż przy
wejściu, stado krów (a może bawołów?) tego samego koloru, w skali 2:1. Tu wejście
kosztuje 30 yuanów, a moje żarty, że mogę przecież przykucnąć, aby zmieścić się pod
linią, poniżej której wchodzi się za darmo, zostały pominięte milczeniem. Obywatelka
bileterka albo nie zrozumiała, co też tam fafluni w swoim barbarzyńskim narzeczu siwy,
kudłaty dziki albo też była wyprana z poczucia humoru.
Budynek muzeum jest bardzo nowoczesny a jego ściany wyglądają, jakby były zbudowane
z pojedynczych komórek jakiejś rośliny. Natomiast wnętrze sprawiło na mnie wrażenie
pewnego chaosu - twórczego splątania ekspozycji poważnych i jarmarcznych. Bo to i
dinozaury, i wypchana fauna z całego świata, i poglądowe mapy rozprzestrzeniania się
ryżu po świecie, i różnorodność ekologiczna, i przykłady ewolucji, i flora okolic
Szanghaju, i figura pokazująca ze szczegółami, jak krokodyl pożera tubylca -
w zamyśle chyba Afroafrykanina. W tym muzeum schodzi się stopniowo w dół, aż do poziomu,
który imituje Afrykę. U góry chodzi się wśród istnych cudeniek taksydermii. Wystawa
jest pogrupowana rodzajami zwierząt. Jeśli chce się zobaczyć niedźwiedzia, to, na
pewno, będzie to cała grupa zwierząt: bo to i niedźwiedź brunatny, i polarny, i panda,
i baribal, i co tam jeszcze nauka do tego rodzaju przypisuje. I tak ze wszystkim, co
na ziemi żyje. Dla uczniów mogą to być bardzo pouczające wycieczki. Poza tym są tam,
o ile dobrze zrozumiałem, jakieś wyznaczone ciągi tematów i laboratoria, w których
można z konkretnym już tematem zaznajamiać się poprzez ćwiczenia.
Są też szkielety, jakże współcześnie modnych, dinozaurów. Znając umiejętności
Chińczyków nie zakładałbym się, czy to prawdziwe okazy, czy tylko współczesne podróbki,
wykonane lepiej, niż oryginały. Ciekawe oczy zwiedzających cieszą modele (w skali
aturalnej) brontozaura i T-rexa. Obydwa zwierzaczki mają w sobie całą gamę siłowników
i, sterowane jakimś komputerem, bardzo udatnie poruszają łbami, a tyranozaur to nawet
przeraźliwie ryczy, odsłaniając swe ziewy straszliwe. Dla dzieci jak znalazł. Może,
dzięki temu muzeum, nauka wyda im się choć trochę ciekawsza. Wszędzie tłumy, a
największy - tak, zgadłeś, czytelniku - przy barze, bo trzeba jeść, żeby żyć. To
akurat spostrzeżenie było, jest i, zapewne, będzie najbardziej ważkim odkryciem
udzoziemca w Chinach. Wszystko może być ciekawe, ale dla Chińczyków en masse zawsze
najważniejszą i najpilniejszą sprawą będzie rozwiązanie kwestii aprowizacyjnych.
Warto podkreślić, że w Muzeum Historii Naturalnej dokładnie WSZYSTKIE informacje były
podane w dwóch językach: po chińsku i po angielsku. W Muzeum Szanghajskim większość,
ale przecież nie wszystkie. To trzeba docenić. No i to tutaj, gdzieś niedaleko wypchanych
antylop i gazeli musiałem "robić" za całkiem oswojonego potwora. Przysiadłem, zmęczony,
na ławeczce, kontemplując jakieś tam kolejne wypchane stworzenie. I wtedy poczułem się
obserwowany. Szybko odnalazłem wzrokiem osobnika, który pilnie mi się przyglądał, z
wyraźną mieszaniną fascynacji i strachu na buzi. Chłopczyk miał tak z osiem lat, był
przytulony do babci, ale ciekawość kazała mu mnie obserwować. Kiedy, z kolei, babcia
spostrzegła, że ich namierzyłem, schyliła się do wnuka i zaczęła go przekonywać, żeby
do mnie zagadał. Byli niedaleko, więc słyszałem niektóre jej słowa: ni xuexi
yingyu... shuo... (uczysz się angielskiego... powiedz...). Dobrą chwilę trwało,
zanim dziecko się przemogło. Chłopczyk zrobił dwa ostrożne kroki w moim kierunku i
powiedział "Hello".
O Szanghaju w styczniu 2019 - #5/5; 13.02.2019
Niech nikt nie myśli, że skoro Chiny są jednym z najbardziej skażonych krajów świata,
to kwestie ekologiczne się tam nie liczą. Nic bardziej mylnego! Parę lat temu partia
pochyliła się nad tym problemem i ogłosiła bardzo poważne programy mające na celu
uzdrowienie sytuacji. Podobno (bo tę informację muszę jednak przyjmować na wiarę)
za tymi programami idą też wielkie pieniądze. Na razie widać w centrum Szanghaju
kosze z opisem recyklingu śmieci, a zwykli ludzie na ulicy też wyraźnie śmiecą mniej,
niż przed dwudziestu kilku laty, gdy całkiem powszechne było rzucanie rzeczy zbędnych
po prostu pod nogi. Ciekawiło mnie, czy w zwykłych domach wprowadzono już segregację
śmieci, czy nie. Zakładałem jednak trzeźwo, że tego nie zobaczę, bo musiałbym łazić
po wewnętrznych podwórkach domów i zagadywać ludzi z koszami, co, przy moim krótkim
pobycie, wydawało mi się nierealne. A przecież zostałem wysłuchany. Na jednej z
małych uliczek daleko od centrum (a blisko mojego miejsca popasu) zbiorcze pojemniki
na śmieci umieszczono przy wjeździe na podwórko bloku w taki sposób, że były dostępne
z ulicy. No i nie mogę powiedzieć niczego krytycznego! Były bardzo porządnie
skonstruowane, z czystym podejściem i dokładnym opisem, co gdzie wrzucać. Zrobiłem
nawet zdjęcie, żeby móc pokazywać ten wzorcowy śmietnik w kraju. Był podzielony
na kilka komór, opisanych rzeczowo na drzwiach wejściowych do nich (u góry pionowe
pręty, na dole opis). Każdy rodzaj śmieci na tle innego koloru; informacja dla
analfabetów (rysunek) i podpis po chińsku. Tutaj po angielsku już nie było. Osobno
butelki plastikowe, osobno elektronika, osobno resztki zwierzęce. Najwięcej miejsca
przewidziano dla śmieci na czarnym tle - aż trzy pomieszczenia. Kiedy jednak
przyjrzałem się dokładnie piktogramom, ogarnęło mnie niedobre podejrzenie. Tu
należało wrzucać duże kości, pieluchy, podpaski i jeszcze wiele innych wyrobów.
A obok był rysunek - no właśnie, czego? Na pierwszy rzut oka mogła to być rolka
ręcznika kuchennego, ale równie dobrze rolka papieru toaletowego. Dopiero później
udało mi się wprowadzić do komputera (tyle umiem) podpis tego rysunku:
卫生间用纸 (weishengjian yong zhi). Nie było już żadnej wątpliwości.
Tak, chodziło o papier toaletowy. W tej samej chwili Szanghaj, ta perła wschodu
i Paryż Azji zaczął mi się podobać wyraźnie mniej. Pomysł, żebym wyciągnięty z
tyłka, brudny papier toaletowy wrzucał nie do muszli, tylko do specjalnego koszyczka
nigdy nie wydawał mi się pociągający.
Nadszedł więc czas opisania ostatniej z wymienionej przeze mnie na początku,
trzeciej części (a może trzeciego kręgu?) współczesnego Szanghaju. Metra. Dzięki
niemu na ulicach nie ma dawnego zgiełku, tłoku i wiecznego korka. Ludzie uzyskali
możliwość łatwego przemieszczania się za niewielkie pieniądze (cena biletu zależy
od przebytej odległości i waha się od 3 do 11 yuanów). Moim zdaniem to nie drogi
szybkiego ruchu, tylko metro zmieniło to miasto tak diametralnie. Kiedy podczas
mojego ostatniego pobytu otworzono z pompą pierwszą linię metro (a budowano z zapałem
drugą), powiało psychodelicznością. A to dlatego, że wówczas nie do końca zdawano
sobie sprawę, jak mają wyglądać wejścia i wyjścia do tego nowego środka transportu.
Początki metro to była bardzo silna współpraca z niemieckimi specjalistami (nie
mam pojęcia, jak jest dzisiaj). No i Herr Ingenieur zaprojektował, że na stacji X
będzie dziesięć bramek wejściowych i drugie dziesięć bramek wyjściowych, ale Chińczycy
wiedzieli lepiej i z tych dwudziestu otwierali JEDNĄ. No i przez tę jedną jedyną
bramkę w tej samej chwili wchodzili ci ludzie, którzy zamierzali dopiero jechać
metrem i, jednocześnie, wychodzili ci, którzy właśnie tutaj chcieli wyjść na
powierzchnię. Obok stała grupka kontrolerów, sprawdzających bilety. Dodatkowo w
tamtych, pionierskich czasach metro kończyło swoją pracę o 21:00. Dlaczego? A bo ja
wiem? Krążyły żarty, że obsługa też chce zdążyć do domu na kolację. Było, powiedzmy
to sobie otwarcie, dziwacznie.
Dzisiaj sytuacja jest diametralnie inna. Metro szanghajskie jest największe na
świecie. Działa chyba z osiemnaście linii, a mówi się, że w najbliższych latach
władze miasta mają zamiar zbudować jeszcze kilka tak, że w sumie będzie ich
dwadzieścia parę. Nie liczyłem, ale przystanków musi być kilkaset, a każdy
przystanek ma kilka ponumerowanych wyjść, żeby podróżnym łatwo było się odnaleźć.
Pewnym mankamentem jest to, że stacje przesiadkowe nie zawsze są blisko siebie i
zmiana linii może oznaczać konieczność drałowania pod ziemią nawet kilkaset metrów.
To wszystko jednak blednie przy nowoczesności i funkcjonalności systemu. Opisy są
tak czytelne, że nawet cudzoziemiec nieznający chińskiego ma niewielką szanse
zgubienia się (gorzej, gdy już wyjdzie na powierzchnię). Żeby nie było samych
superlatyw - mnie nie podoba się pomysł, że w trakcie jazdy pomiędzy przystankami
jakiś tam system laserowy generuje za oknami obrazy, które poruszają się razem
z wagonem. Poza tym jednak trudno mi znaleźć kwestie związane z metrem, które mógłbym
otwarcie zaatakować. No, może wieczny tłok, ale to już nie sprawa metra, tylko
miejskiego molocha.
Zakup biletu jest dość łatwy. Na każdej stacji stoi rząd maszyn biletowych. Można
w nich doładować specjalny bilet wielorazowego użytku, albo kupić pojedynczy bilet
na jedną podróż. Załatwiając sobie ten pierwszy rodzaj trzeba wpłacić chyba ze 20
yuanów zwrotnej kaucji. Ponieważ mój pobyt był krótki, a używanie metro sporadyczne,
skoncentrowałem się tylko i wyłącznie na drugiej opcji. Maszyna daje dwie możliwości
zakupu. Pierwsza to wybór linii, którą będzie się jechać i wskazanie stacji, na
której się wysiądzie. Wówczas maszyna sama oblicza koszt biletu i, po otrzymaniu
zapłaty, wypluwa kartonik biletu. Obsługa zarówno po chińsku, jak i po angielsku.
Niektóre maszyny akceptują każde pieniądze (to znaczy banknoty i bilon), a inne
tylko bilon. Druga opcja to wskazanie stacji docelowej, która nie leży na linii,
którą za chwilę podróżny ma zamiar pojechać, więc będzie zmuszony do przesiadania
się po drodze. Tu muszę wyznać, że ta opcja przerosła moje możliwości i nie
potrafię jej obsługiwać. Na szczęście, podczas pobytu nie musiałem jej wykorzystywać,
bo moje podróże metrem były krótkie i zawsze mogłem jechać jedną linią.
Mając bilet trzeba znaleźć wejście do metro. Wszystko jest bardzo ładnie i czytelnie
oznakowane, więc odnalezienie bramek wejściowych nie stanowi problemu. Na szczycie
kolumny bramki jest czytnik, po którym trzeba przesunąć swój bilet. Wtedy mały
wyświetlacz pokaże, ile jeszcze na bilecie pozostało (to dla tych, którzy mają
bilety wielokrotnego użytku) i już można ręką (czy nogą) przesuwać turnikiet,
wchodząc tym samym do przestrzeni metro. Później należy odnaleźć peron właściwej
linii (nie ma problemu, jeśli na stacji przystaje tylko jedna linia, gorzej, gdy
z tej samej stacji można wsiadać do kilku linii), później odcyfrować właściwy
kierunek i już można czekać na swój pociąg. Przestrzeń peronu jest oddzielona
(tak samo, jak w Singapurze) od torów plastikową ścianką z drzwiami, które otwierają
się automatycznie dopiero wtedy, kiedy za nimi stanie pociąg i zrówna swoje drzwi
z tymi w tej przegrodzie. Przed każdymi z takich drzwi formuje się kolejka chętnych
do wsiadania, a strzałki na ziemi sugerują, którą stroną wsiadać, a którą stroną
z pociągu będą wysiadać podróżni. Ten aspekt nie jest jeszcze tak zupełnie do końca
dopracowany, bo Chińczycy są skłonni pchać się zawsze i wszędzie, ale jakiejś
specjalnej biedy nie ma.
Przy pierwszym wychodzeniu z metro najadłem się wstydu. Z pewnością siebie
podszedłem bowiem do bramki wyjściowej, przejechałem biletem po czytniku, chwyciłem
za turnikiet i
nic, ani drgnął. Niczym niezaniepokojony, powtórzyłem czynność
jeszcze raz - z tym samym skutkiem. Rozejrzałem się nerwowo. Kilka metrów dalej
był posterunek pani, która zajmowała się problemami podróżnych. Podszedłem i,
możliwie zwięźle, streściłem problem po angielsku (po chińsku nie dałbym rady).
Pani wysłuchała mnie z kamienną twarzą, wzięła bilet, coś tam sprawdzała, po czym
nagle rozjaśniła się i wyjaśniła mi coś uprzejmie po chińsku. A widząc, że patrzę
na nią niby przysłowiowe cielę na malowane wrota, westchnęła, coś tam w komputerze
sprawdziła (pewnie miała ściągi językowe) i rzuciła rozwiązanie po angielsku:
"in the slot". Teraz ja oblałem się pąsem, bo zrozumiałem, że jestem
zwykłym gapą. Jednorazowe bilety trzeba było przy wyjściu z metro wkładać w szczelinę
na czołowej powierzchni kolumny bramki. Przesuwanie po czytniku zarezerwowane było
dla biletów wielokrotnego użytku! Te pojedyncze znikały w czeluści i były używane
po raz kolejny, żeby taniej wychodziło. Małą pociechą było to, że na tej stacji
szczeliny odbiorcze nie były podświetlone. Na innych były i to dość intensywnym
światłem. Cóż, czasem trzeba się uczyć na błędach, ciesząc się, że ani nie bolało,
ani nie kosztowało.
Wyjazd z Chin nie nastręcza żadnych specjalnych kłopotów. Na lotnisko lepiej wyjechać
ze sporym zapasem czasu, bo zdarzają się korki i wówczas można mieć problem. W wejściu
do hali odpraw czeka podróżującego pierwsze skanowanie bagażu i przejście przez bramkę
bezpieczeństwa. Teraz trzeba znaleźć stanowisko odprawy. Na szczęście, tak jak wszędzie,
pomagają w tym monitory. Hala podzielona jest na sektory, nazywane literami alfabetu.
Mój przewoźnik miał siedzibę w sekcji F. Na dalekim podejściu do stanowisk odpraw
czatowała już panienka w uniformie, która coś do mnie zagadała, ale - ku memu
niepokojowi - w ząb jej nie zrozumiałem. Na szczęście powtórzyła swoje pytanie,
starannie modulując głos i wtedy chwyciłem sens: pytała, czy odprawiałem się przez
internet, czy nie. Gdybym odpowiedział "Tak", zostałbym skierowany do jednej kolejki,
a że musiałem wyznać, że "Nie", trafiłem do tej dłuższej, dla osób, które odłożyły
odprawę na lotnisko. W kolejce spędziłem prawie pół godziny, czyli więcej, niż
się spodziewałem (bo wydawała mi się dość krótka). Miły pan, który mnie obsługiwał,
dwa razy prosił o sprawdzenie, czy dobrze wydrukował naklejki, bo nie spotkał się
dotychczas z takim dziwnym docelowym portem lotniczym (Gdansk). Kiedy nadałem już
walizkę, skierowałem się do sklepów bezcłowych, bo miałem bardzo wyraźne zamówienie
od przyjaciela. To na tym terenie, gdzie powinni być, przynajmniej w teorii, sami
odprawieni już pasażerowie, zaczepił mnie jakiś człowiek, proponując (very cheap)
sprzedaż dość wypasionej komórki. Nie podjąłem rozmowy, bo niby po co mi kradziona
albo zepsuta? Odszedł proponować innym.
Teraz musiałem przejść odprawę paszportową. Tutaj także specjalny pracownik badał,
czy aby mam BWK (część wyjazdową). Na szczęście go nie zgubiłem. Paszport i BWK
okazały się niewystarczającą ilością dokumentów, bo zażądano ode mnie także karty
pokładowej (którą także podbito czerwonym stemplem wyjazdowym, jakby w paszporcie
było mało). W ten sposób przekroczyłem granicę Chin. Jeszcze tylko następna kolejka
do prześwietlenia bagażu podręcznego i przepuszczenia mnie przez kolejną bramkę
skanującą i już. Było po wszystkim. Wystarczyło odnaleźć odpowiednią bramkę, usiąść
obok i czekać na wchodzenie na pokład samolotu. Okazało się, że wszystkie te
lotniskowe kolejki zabrały tak wiele czasu, że wcale nie musiałem długo czekać
na boarding.
Jedenaście godzin lotu do Kopenhagi byłoby ciężkie, gdyby nie to, że mój sąsiad
okazał się człowiekiem rozmownym i ciekawym świata. Okazało się, że pracuje w
Szanghaju od ponad dwóch lat i często lata do Skandynawii, żeby nie zwariować.
Tak częste loty zaowocowały posiadaniem karty bardzo ważnego pasażera bodaj czy
nie najwyższej klasy, przez co miał prawo do zamawiania dowolnej ilości alkoholu
za darmo. Była to dobra okoliczność, bo dzięki temu rosła chęć rozmowy. Okazało
się, że mamy bardzo rozbieżne spostrzeżenia na temat globalnego ocieplenia,
traktowania imigrantów, rozwoju Szanghaju i jakości szwedzkiego alkoholu. Podróż
upłynęła dzięki temu wesoło i niebanalnie.
W Kopenhadze musiałem czekać ponad trzy godziny na lot do Gdańska. Samolocik to
była jakaś mała pchła, bo nawet bagaż podręczny nie mieścił się w nim nad głowami.
Wreszcie doleciałem na miejsce. Znowu różnica czasu, którą odchorowywałem kolejne
dwa dni. Jeszcze odbiór bagażu z kręciołka (walizka, na szczęście, doleciała),
złapanie taksówki (na zewnątrz minus dwanaście stopni) i dojazd w niecałe pół
godzinki do domu. Dom. Po raz kolejny przekonałem się o banalnej prawdzie.
Ciekawie jest w dalekim świecie, ale, jak to mówią Chorwaci: kuća, slatka kuća.
O koniu trawiastych błot; 08.04.2019
Gdzieś tak mniej więcej dziesięć lat temu ogłoszono w Chinach odkrycie całkiem
nowego gatunku dużego ssaka. Koń trawiastych błot ([1] 草泥马, czytaj: căonímă) miał
zamieszkiwać skraj pustyni Gobi - tak zwany obszar Mahler Gobi ([2] 马勒戈壁,
czytaj: Măle Gobi) i szczególnie nienawidzić krabów rzecznych ([3] 河蟹;
czytaj: héxie), na które z lubością polował. Wizję takiego właśnie konia
pożerającego kraba można obejrzeć tutaj.
Ten nowoodkryty byt okazał się dla Chińczyków tak ważny, że natychmiast stworzyli
osobny, specjalny znak,
oznaczający to właśnie stworzenie. A jednak ta biologiczna ciekawostka została
poważnie osłabiona informacją, że nowy gatunek ze szczególną zaciekłością tępi
takie kraby, które noszą trzy zegarki.
W tej chwili jasnym stało się, że cała ta sprawa nie ma nic wspólnego z fauną Chin,
tylko z jakąś ideologiczną walką toczoną na polu, które ludziom zachodu jest
niedostępne, bo są zbyt głupi, żeby zrozumieć chińskie wyrafinowanie.
Może niektórzy z czytelników słyszeli nazwisko znanego chińskiego artysty i architekta
Ai Weiwei. Mam z nim tyle wspólnego, że jesteśmy w podobnym wieku, obydwaj mamy
cukrzycę i nadciśnienie. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Na potrzeby tego
tekstu wypada powiedzieć, że Ai Weiwei (będąc już znanym i rozpoznawanym na całym
świecie artystą) pojechał w 2008 roku na własną rękę do Syczuanu doświadczonego
przez wielkie trzęsienie ziemi. Pominąwszy różne szczegóły, najważniejszą sprawą
jego podróży było pytanie, które zadał bezczelnie i publicznie. Zapytał mianowicie,
jak to jest, że na obszarach dotkniętych kataklizmem wszystkie szkoły rozsypały
się niczym domki z kart połączonych serem tofu (grzebiąc ponad 5 tysięcy uczniów),
a wszelkie budowle państwowe (komisariaty policji, domy partii, więzienia itd.)
pozostały nietknięte? Co więc dziwnego, że za chwilę pobili go nieznani sprawcy,
a jego samego zaczęto ciągać po sądach. Już to o niezapłacone rzekomo podatki
od studia artystycznego prowadzonego w Pekinie (wyliczono niedopłatę odpowiadającą
równowartości prawie dwóch milionów dolarów), już to o propagowanie pornografii
Zarzut pornografii dotyczył, przede wszystkim, serii zdjęć takiego typu.
Prawda, że przy swojej nadwadze Ai Weiwei nie jest specjalnie apetyczny, ale
znacznie gorszą sprawą był podpis zdjęcia. Artysta twierdził bowiem z miedzianym
czołem, że "harmonizuje" swoją nagość zakrywając ją w części środkowej
koniem trawiastych błot ([3] 草泥马挡中央, czytaj: căonímă dăngzhongyang, czyli:
"środek przykryty koniem trawiastych błot"). Zdjęć było, oczywiście, więcej.
Jakaś firma chwyciła była już dużo wcześniej wiatr w żagle i wyprodukowała "konie
trawiastych błot" po 40 yuanów za sztukę, więc niedrogo. To właśnie taką
maskotką
(opisywaną często dla niepoznaki jako "alpaka") zakrywał swą nagość Ai Weiwei na
inkryminowanym zdjęciu. No i co z tego miałby zrozumieć człowiek zachodu? Jasne,
że nic, bo go takie sprawy przerastają. Chodzi bowiem o rolę pisma w życiu Chińczyka
od kilku tysięcy lat i o możliwości, jakie daje tonalny język tudzież homofoniczność
wielu sylab. Mówiąc krótko: wymowa daje możliwości wieloznaczności treści, a -
gdy pominie się kurczowe trzymanie się tonów - ta sama wypowiedź może być rozumiana
na wiele sposobów.
Dlatego "koń trawiastych błot" może być zapisany jako ([6->1] 肏你妈, caonima (widzicie
tony odmienne od tych w [1]?), co dosłownie znaczy: "baise ta mère"*)). W dodatku w
kulturze chińskiej takie przekleństwo sugeruje nie to, że matka adresata się puszcza,
tylko że autor wypowiadanych słów sam ją aktywnie posiadał. Mahler Gobi jest jeszcze
gorsze, bo można to rozumieć jako: [7->2] 妈了个逼 (malegebi >znów różne akcenty!<),
czyli "putain de la chatte de ta mère". No a podpis pod zdjęciem Ai
Weiwei'a to już pójście po bandzie, bo kojarzy się jednoznacznie ze zwrotem: [8->3]
肏你妈党中央 (caonima dăngzhongyang), czyli: "baise ta mère le parti central".
A co z krabami? Tu wytłumaczenie jest oczywiste dla Chińczyka, choć niekoniecznie dla
zamorskich diabłów. Krab rzeczny ([4] 河蟹; héxie) jest fonetycznie podobny
do słowa "harmonia" ([9->4] 和谐; héxié). A cenzura w Chinach (słowo "policja" to
po chińsku 警察 jingchá, czytaj: dzingcza; stąd właśnie imiona cenzorskich
maskotek: Jing Jing [on] oraz Cha Cha [ona]) przekonuje zawsze, że dokonała
"zharmonizowania", gdy coś z sieci usunęła (patrz powyżej, co "harmonizował" Ai
Weiwei). Dlatego krab jest dla Chińczyka oczywistym synonimem cenzury internetu,
choć nie tylko (harmonizowanie życia obywateli partia obiecywała, jako szczególnie
pozytywne osiągnięcie, już kilkanaście lat temu). Tak więc walka z krabami to walka
z cenzurą. Pozostało jeszcze powiedzieć, co oznaczają kraby z trzema zegarkami? Tu
już, niestety, dochodzimy do polityki. Kilka lat temu władze Chin ogłosiły Zasadę
Trzech Reprezentacji ([5] 三个代表; sange daibiăo), mówiące o nacisku partii na:
zwiększenie produkcji, rozwój kultury oraz konsensus polityczny. Podobnie brzmiący
zwrot: [10->5] 三个戴表; sange dai biăo to "noszący trzy zegarki". I wszystko
stało się jasne. A przynajmniej tak mi się wydaje.
Koń trawiastych błot nie był jedynym zwierzęciem "odkrytym" ostatnio w Chinach. W
tym samym momencie ogłoszono listę dziesięciu takich, nieznanych dotychczas Chinom,
zwierząt. Następnym jest "francusko-chorwacki kalmar", a za nim idą kolejne dziwaczne
stwory.
*) Dla przyzwoitości zdecydowałem brzydkie słowa i zwroty zapisywać po francusku
(niekoniecznie zgodnie z francuskimi zasadami), żeby uświadomić czytelnikom,
że warto uczyć się języków.