|
ZAPISKI CHIŃSKIE | |
O mocy trójcy, 05.01.2018
Opisywałem tu kiedyś do całkowitego znudzenia czytelników historię Turkiestanu
Wschodniego w XIX i w pierwszej połowie XX wieku. Dlatego nie będę się długo
rozwodził nad chińską nazwą tego rejonu (Xinjiang [新疆]) i, tylko dla
porządku, przypomnę, że znaczy ona: "Nowe terytoria". Dlatego, gdy przeczytałem
o stoczni remontowej na wyspie Zhoushan (trochę na południe od Szanghaju), która
nazywa się Xinya, byłem pewien, że to Stocznia "Nowa Azja" [新亞].
Okazało się jednak, że byłem w błędzie. Na pierwszy rzut oka obydwa te chińskie
słowa zaczynają się taką samą sylabą "xin", ale to tylko złudzenie obcokrajowców,
którzy nie używają chińskich znaków. Po przejściu z pomocniczego, w końcu, zapisu
alfabetem łacińskim na "krzaki" wszystko wyjaśnia się w jednej chwili - to dwa
zupełnie różne słowa, choć wymawiane dokładnie tak samo (nawet tym samym tonem,
zaznaczanym poziomą kreseczką nad "i"). Znaczenie pierwszego "xin" [新]
to "nowy". Znaczenie tego drugiego "xin" [鑫] (tego z nazwy stoczni) to tyle,
co: dostatni, zamożny, pomyślny, dobrze prosperujący, ewentualnie kwitnący, a
używa się go jedynie w nazwach własnych dla podkreślenia powodzenia.
Czyli to była Stocznia "Kwitnąca Azja" [鑫亞]. Zupełnym jednak
zaskoczeniem był sam odkryty znak (nowych czytelników informuję, że liznąłem
nieco podstaw chińskiego, ale nie na tyle, żeby wiedzieć wiele). Należy on bowiem
do grupy znaków powstałych przez powielenie kilku identycznych znaków, które tworzą
jeden nowy znak o innej wymowie, niż te składowe. Są więc znaki powstałe ze złożenia
dwóch znaków, ale też z trzech lub nawet czterech. Później rzecz staje się już nieco
kuriozalna dla samych mieszkańców Dalekiego Wschodu, chociaż źródła podają z
całkowitym spokojem, że istnieje japoński znak
składający się z sześciu innych (w dwóch grupach po trzy), który ma (podobno)
oznaczać zwrot "wyglądający niczym grupa lecących smoków".
Wróćmy jednak do tego drugiego znaku "xin" [鑫]. Okazał się być bowiem
złożeniem trzech znaków "jin" [金] (złoto), rozłożonych jakby na
wierzchołkach trójkąta równobocznego. I, właściwie, dopiero w tym miejscu - po
tym krótkim wstępie - rozpoczyna się moja właściwa opowieść, która przenosi nas
niespodziewanie do Korei. Wymowa "jin" i "xin" to wymowa chińska.
A w wymowie koreańskiej czyta się je, odpowiednio: "kim" i "heum". No
i teraz wszystko powinno stać się jasne: Koreą Północną od kilkudziesięciu lat
rządzi rodzina Kimów. To nazwisko Koreańczycy wymawiają "Kim", a Chińczycy
"Jin". Znaczenie jest dokładnie takie samo tu i tu - nazwisko tamtejszego
wodza to: pan Złoto (Goldman?). Obecny wódz kraju jest trzecim już z kolei przywódcą
o tym nazwisku. A, przypominam, chiński znak "xin" [鑫] (koreańskie
"heum") jest złożeniem TRZECH chińskich znaków "jin" (koreańskie
"kim"). No i stąd - podobno - ten potrójny znak, składający się z samych
"złot" to przydomek Kim Jong-una. Nie zrozumiałem tylko, czy oficjalny i oklaskiwany,
czy używany pokątnie, przez niechętnych.
Uwaga: Gdyby czyjaś przeglądarka nie pokazywała poprawnie znaków chińskich, to można
je zobaczyć pod następującymi linkami:
Znak "xin" [新] ze słowa "Xinjiang " [新疆] można zobaczyć tutaj.
Znak "jin" [金] można zobaczyć tutaj.
Znak "xin" [鑫] z potrojenia znaku "jin" [金] można zobaczyć tutaj.
Listę znaków potrójnych można zobaczyć tutaj.
O kalekich tygrysach; 21.03.2018
Korzystając z wiosennego odprężenia wczujcie się, proszę, w skórę chińskiego przedszkolaka
i z tą dziecięcą ufnością zaśpiewajcie sobie piosenkę:
两只老虎,
两只老虎,
跑得快,
跑得快,
一只没有耳朵,
一只没有尾巴,
真奇怪 ,
真奇怪 . Słowa to (część akcentów nie chciała się dać zapisać):
Liang zhi laohu, liang zhi laohu,
pao dé kuai, pao dé kuai, yi zhi méiyou yanjing, yi zhi méiyou wěiba, zhen qíguai,
zhen qíguai. A tłumaczenie: Dwa tygrysy, Dwa tygrysy, Biegną szybko, Biegną szybko, Jeden nie ma
ucha, Jeden nie ma ogona, Naprawdę dziwne, Naprawdę dziwne. Melodia: nasze "Panie Janie".
O sinizacji kuchni; 26.03.2018
Byliśmy dzisiaj z małżonką w pobliskim sklepie spożywczym, aby nakupić towarów, od
których zostaliśmy odcięci wprowadzeniem wolnych niedziel dla handlowców. To, oczywiście,
rozwiązanie niesprawiedliwe, bo wolne powinni mieć także pracownicy stacji benzynowych,
maszyniści, strażacy, pielęgniarki i lekarze, kontrolerzy lotów, kler, policja i wojsko.
Każdy, w końcu, ma bliższą lub dalszą rodzinę i chciałby z nią tego dnia iść na spacer
albo na jakąś adorację. Dlatego nie zgadzam się z asekuranckimi postawami związków
zawodowych, rządu, prezydenta oraz posłów szeregowych i tych, którzy osiągnęli wyższe
stopnie wtajemniczenia - nie tędy droga, aby się niezdrowo samoograniczać. Trzeba
doprowadzić do pełnej sprawiedliwości społecznej, kiedy kraj w niedzielę i święta
będzie zamierał niczym kahał żydowski w szabas. A jeśli już tak bardzo by trzeba
gdzieś zachować ciągłość pracy (a niby gdzie?), to trzeba by znaleźć sobie odpowiednik
szabesgojów i byłoby git. Z tym, że to państwo musiałoby tych ateistycznych Sundaymanów
zatrudniać ze swoich specjalnych funduszy, nie próbując zepchnąć tego obowiązku na
pracowników, bo ci ostatni aż tak bardzo za wolnymi niedzielami nie gardłowali i
zostali nimi, jak podejrzewam, uszczęśliwieni przez zawodowych benefaktorów.
Ja jednak nie o tym chciałem. Byliśmy bowiem, jak zacząłem już powyżej wyznawać,
w pobliskim sklepie spożywczym, a nawet skierowaliśmy tam kroki swe do stoiska
mięsnego. I tam doznałem istnej iluminacji, zerkając kątem oka na wielką reklamę
wypisaną na rozwieszonym na ścianie plakacie. Tak! - zawyło szczęście w mej piersi -
ich jeszcze tu nie ma (ale zapewne będą), ale ich kultura kulinarna właśnie zaczęła
się przebijać! Oto bowiem, gdy zwróciłem się do niej frontem, widziałem już teraz
bez żadnych przeszkód wykaligrafowany napis: "szynka z kotka". Postanowiłem
chwytać byka za rogi: poprosiłem o cały kilogram, prosząc małostkowo, aby było bez
pazurów. Ku mojemu rozczarowaniu pani sprzedawczyni najpierw udawała, że nie wie, o
co chodzi, a gdy przyparłem ją do muru, wyznała, że ma brzydki charakter pisma.
Okazało się, że to reklama "szynki z kotła". A tak się cieszyłem.
O sinizacji władzy jako regule; 18.05.2018
Państwo Środka od niepamiętnych czasów promowało skostniałe zależności społeczne.
W tamtych warunkach przez całe wieki, jeśli nie tysiąclecia, chłop był od roboty
na ryżowisku i, jeśli władza tego zażądała, budowy bez szemrania już to wielkich
murów, już to innych wielkich kanałów. Rządzącej kaście urzędników nie mieściło
się w głowie, że chłop mógłby być niezadowolony. No, bo - niby dlaczego miałby być?
A jednak takie zdumiewające przypadki, ku oburzeniu ludzi wykształconych, miewały
miejsce.
Oczywiście, najpierw coś musiało baardzo cierpliwego chłopa oburzyć. Później musiał
do wsi przyjść jakiś włóczęga - wykolejeniec. Wykolejeniec, bo jeśli nie został
urzędnikiem umiejąc czytać i pisać, to nie mógł być nikim innym. Teraz chłopi opłacali
ze swoich marnych groszy napisanie przez takiego typa skargi do władz w stolicy
prowincji lub tylko okręgu. (Tak na marginesie - wiecie, dlaczego monety chińskie
bardzo często mają w środku kwadratową dziurkę? To - jak wszystko w Chinach - pewien
symbol. Każdy tam wie, że ziemia jest kwadratowa, a niebo - okrągłe. I taka moneta
jest mini symbolem universum.) Najodważniejsi szli z tym pismem do miasta, przekradali
się przez liczne straże, siadali tam pod drzwiami Urzędu i CZEKALI. Nic poza tym nie
robili, nikogo nie zaczepiali, nie skandowali żadnych haseł. Mieli nadzieję, że
wreszcie los się do nich uśmiechnie, jakiś Bardzo Ważny Urzędnik będzie przechodził
obok (może zadowolony z wizyty u trzeciej nałożnicy lub po skromnym obiedzie z
czternastu dań?), zerknie na nich machinalnie, zastanowi się i podejdzie. Zapyta, w
czym rzecz, a oni wtedy, na kolanach (albo i na czworakach), bojąc się unieść nań
swoje oczy, podniosą nad głowy tę skargę, którą oby on, niech szczęście spływa na
jego potomków przez dziesięć tysięcy pokoleń! - raczył wziąć w swoje dostojne dłonie,
ukryte w szerokich rękawach kolorowej szaty.
Trzeba sobie jednak powiedzieć przykrą prawdę. Takie postępowanie chłopów wydawało
się otoczeniu sprawą oburzającą - oto znajdował się ktoś, kto utrzymywał przeniewierczo,
że nastąpiła jakaś skaza na harmonii przepełniającej całe państwo, a więc także tę
prowincję. Ich niema skarga zdawała się podważać wszystko: jakże to w Państwie Środka
mógł znaleźć się ktoś niezadowolony ze swego losu?
Władza, która uważa się za nadaną z Woli Niebios ma wszędzie podobne podejście do
obrazoburczo bezczelnych poczynań wichrzycieli. Moim zdaniem ta sinizacja władzy
nastąpiła właśnie także w naszym państwie tylko, na tym poziomie rozważań, trudno mi
zdecydować się, czy jest to sprawa przypadkowa, czy raczej to przejaw jakichś wyższych
reguł rozwoju. Ponoć wszystkim powinno teraz wystarczyć, że z mównic płynie patoka
dobrych wiadomości: że nastąpiła dobra zmiana i rządzą patrioci, w odróżnieniu od
poprzedników. Że, raz, dwa, trzy! nie ma już ruin, które poprzednio były taką
oczywistością, jak to, że w lesie sosny rosną. Że wszystkim się poprawiło, bo
wstaliśmy z kolan. Że z Polską nareszcie zaczęto się w świecie liczyć. Że skarb
państwa puchnie, bo przestano kraść. No i, że każde wystąpienie psujące ten obraz
(harmonię) nie może być dobre, skoro tak zadekretowała sama Warszawa.
A tu, nieoczekiwanie, znaleźli się tacy zaprzańcy, którzy zaczęli mówić "sprawdzam"!
I do tego mają nagrane, co obecna władza radziła im w takim samym sporze z ówczesnym
rządem - parę lat temu, kiedy była jeszcze opozycją. Zsinizowana władza zdumiała się
tak bardzo, że nie potrafi znaleźć rozwiązania, mając - najwyraźniej - nadzieję, że
problem sam kiedyś zdechnie. A tymczasem każdy, zupełnie niepotrzebny, dzień obecnego
sporu rodzi nowych wątpiących. Skoro uszczelniono system i skarb państwa ponoć puchnie,
to czemu mówi się, że nas na to nie stać? Kto kłamie? Są pieniądze, tylko władza nie
chce ich dać? Wcale ich nie ma, a historie o poprawie były tylko miłymi uchu kłamstwami?
Czy może, pomimo obietnic, zaczęto kraść? I czy Cesarz o tym wie?
Tymczasem jest sprawą pewną, że wszelka władza pochodzi od Boga. Dlatego, jako
posiadaczka Mandatu Niebios, może robić wszystko, co jej się spodoba, nie oglądając
się na nikogo. A bezbożni, którzy podnoszą rękę na władzę mogą być pewni, że im ta
władza tej ręki głaskać nie będzie. Doprawdy, Suweren mógłby wykazać się pamięcią
sięgającą poza magiczne dwa tygodnie. Dla własnego dobra.
PS Parę dni wypoczywamy z małżonką poza krajem. Z tego powodu odpowiedzi na wpisy
mogą być spóźnione.
O pewnej specyficzności, 17.07.2018
Jeszcze kilka dni temu dałbym sobie redukować gwałtownie objętość mojego ciała za
to, że Chińczyk zupełnie inaczej pracuje na państwowym, a inaczej na prywatnym
zresztą: czy tylko Chińczyk?). A przecież właśnie pożegnałem się z tą dziecinną
mrzonką, bo prawdą jest, że człowiek uczy się całe życie i (podobno) umiera głupi.
Żeby jednak dopowiedzieć szczegóły muszę cofnąć się w czasie.
Sporo już lat temu znaleźliśmy się z małżonką na proszonym obiedzie w Szanghaju.
Prosił znajomy, na okoliczność urodzin (Geburtstag), a zaproszonych gości
było około tuzina. To zwykle nie jest żaden problem dla tamtejszych, tych trochę
choćby większych, restauracji, które prawie zawsze dysponują odpowiednio dużym
stołem z obrotową nakładką. Znajomy poszedł do wybranego przez siebie lokalu
odpowiednio wcześniej, umówił się co do godziny (w samo południe - typowy czas
chińskiego obiadu [chifan]), liczby gości, tudzież zamówionego menu. Nie
wiem, jak to wygląda dzisiaj, kiedy podobno zamożność tam wzrosła, ale wówczas
dwunastu cudzoziemców to była dla każdego restauratora nie lada gratka, bo wiadomo,
że dzicy zamówią dużo, bez gustu i wcale nie tanio, a do tego dadzą się orżnąć jak
naiwne dzieci, po pierwsze nie do końca wiedząc, co i jak, a po drugie nie dbając
o pieniądze [qian], których mają jak lodu.
Tak więc w samo południe w wyznaczonym miejscu stawiła się gromada przyjaciół
jubilata i zaczęła się miła impreza, suto przetykana kuflami zimnego piwa. Gdy
ochota wzrosła i dzicy zaczęli się zastanawiać, czy da się powtórzyć niektóre
zamówienia (albo złożyć nowe), żeby zwielokrotnić radość i rzadkie chwile odprężenia
na obczyźnie, wtem na ich rozpalone głowy wylano kubeł chłodnej wody [shui].
Mniej więcej o 13:00 przyszedł do stolika przedstawiciel lokalu i w krótkich
żołnierskich słowach wyjaśnił, że goście mają zapłacić i się wynosić, bo obsługa
też chce się najeść, a już dawno po zwyczajowych godzinach spożywania, więc niby
dlaczego miałaby cierpieć przez cudzoziemców [laowai].
Pamiętam to, że wszyscy oniemieli. Cóż jednak było robić? Kłócić się z Kierownikiem
Sali, albo choćby tylko i ze Starszym Kelnerem? No przecież niepodobna. Znajomy
zapłacił i wszyscy, zaskoczeni i źli, znaleźli się na ulicy. Tu rozegrała się
najciekawsza część tej nieudanej wyżerki, bo dzicy zaczęli zastanawiać się, co
leży u podstaw takiego potraktowania (niektórzy byli już w tym kraju rezydentami
od kilku lat i nikomu jeszcze się coś takiego nie przytrafiło - przeciwnie, do tej
pory wszyscy restauratorzy okazywali wyraźne zadowolenie, że goście coś domawiają
i siedzą długo) oraz proponować w zacietrzewieniu, że należy wpisać tę knajpę na
czarną listę, zawsze już ją bojkotować i opowiadać o tym wydarzeniu wszystkim
ekspatom, żeby nieprzyjazne chamstwo miało mniejszy zysk. I wtedy głos zabrał ktoś
(nie pamiętam już, kto spośród nas), kto nie tylko mówił po chińsku, ale i potrafił
czytać, a to - proszę mi wierzyć - nie jest już takie proste i częste. Postudiował
chwilę szyld tej niegościnnej knajpy i dołożył swoją porcję goryczy. Oto okazało się,
że restauracja jest własnością państwową (Staatseigentum) i pewnie właśnie
dlatego jej obsługa ma wszystko w dupie, bo tyle samo zarobi urabiając sobie ręce
po łokcie, co nie robiąc nic. Dlatego nasz pomysł bojkotu itd. był zwyczajnie
śmieszny, bo tutejsza obsługa i tak nie odczułaby jego skutków. A ci wszyscy inni,
zawsze zadowoleni restauratorzy? Oni byli, najprawdopodobniej, reprezentantami
dopuszczonej już przez władze własności prywatnej (Privateigentum) i dlatego
zależało im na klientach, obrocie, zysku i takich tam kapitalistycznych drobiazgach.
Zaś napotkani tego dnia ludzie na państwowym byli ostentacyjnie ponad to i poczuli
kategoryczny imperatyw, że muszą nam dać odczuć, jak bardzo im przeszkadzamy w ich
znoju.
Do niedzieli pieściłem więc historycznie podbudowaną myśl, że na państwowym
Chińczyk potrafi być nieprzyjemny, a za to przyjacielski na prywatnym (własnym).
Jakież było moje zaskoczenie, gdy prymitywna ta konstatacja legła w gruzach w mojej
własnej dzielnicy. Jakiś czas temu pojawiła się w niej bowiem chińska restauracja,
która serwowała, proszę mi wierzyć na słowo, naprawdę chińską kuchnię. Nie jakieś
tam podróbki pod polski gust, tylko takie w 90-95% dania chińskie (no bo jednak
coś tam musieli zmodyfikować z braku pewnych ingrediencji, oczywistych w Chinach,
a trudnych do uzyskania tutaj). Byliśmy tam dotychczas z małżonką kilka razy i
nasza radość rosła z każdą wizytą, bo bardzo nam się to jadło podobało. A tu w
niedzielę taka niemiła niespodzianka! Usiedliśmy przy stoliku na zewnątrz. Obok
jakaś para jadła już kaczkę po pekińsku [beijing kaoya] (tu uwaga: to danie nie
zawiera jednak, przynajmniej zwykle, marchwi pokrojonej w słupki - dlatego pisałem
powyżej o dziewięćdziesięciu kilku procentach chińskości oferowanego jadła). Z
wnętrza restauracji wyszła kelnerka i podeszła do nich, coś tam przynosząc;
spojrzała na nas i poszła. Od tego momentu minęło dokładnie 20 minut. Nikt się
nami nie zainteresował. Zostaliśmy całkowicie zignorowani, choć przecież ta knajpa,
z całą pewnością, jest prywatna, a nie państwowa. A przecież i w niej potrafi
zapanować ten, tak dobrze nam znany, duch obrzydliwego chamstwa pewnego swojej
bezkarności (może chiński właściciel gdzieś wyszedł?). Wstaliśmy i poszli,
obiecując sobie, że długo nasza noga tam nie postanie. Chiński wiatr nie zawsze
okazuje się przyjemny. Pewien aksjomat właśnie mi runął, sięgając bruku, a chamstwo,
po raz kolejny, okazało się zwycięskie.
O chińskich burdelach; 29.07.2018
Jest tak gorąco, że nie chce mi się siedzieć przy komputerze, bo nie mogę liczyć
na ożywczy wiaterek. Dlatego pozwolę sobie tylko na zamieszczenie linku do
trzydziestu kilku zdjęć z Chin. No i, moim zdaniem, to dość ciekawe fotki, bo
pokazują chińskie prostytutki od czasów późnego cesarstwa do lat pięćdziesiątych
ubiegłego wieku. Mnie najbardziej zastanawiają te najstarsze obrazki. Może jestem
podejrzliwy i źle oceniam Chińczyków, ale moje wnioski wydają mi się dość mocno
podbudowane. (1) Pojęcie erotyki musi być dość rozciągliwe, bo ja nie widzę tam
niczego podniecającego. (2) Bez podpisu kilka pierwszych zdjęć kojarzyłbym raczej
z jakąś szkołą św. Zyty dla panienek, a nie grupą dziwek. (3) Gdzieś tak do
połowy tych zdjęć występują na nich nie kobiety, tylko dzieci (zresztą w opisie
mówi się wyraźnie, że gdy leniwy, lecz zamożny klient zażyczył sobie ośmio- czy
dziewięcioletniej prostytutki, to niosło się ją do niego na plecach zamtuzowego
osiłka). Daje to specyficzny obraz pedofilnych preferencji populacji dorosłych
Chińczyków płci męskiej, przynajmniej w tamtych czasach.
Myślę, że na oglądanie wystarczą 3-4 minuty. Trzeba tylko kliknąć na
ten link.
O nobilitacji przy gnoju; 01.08.2018
Stolicą Syczuanu jest Chengdu, które dzisiaj liczy sobie około 14 milionów ludzi.
To musi być dobra okolica, bo nazwy rejonu zawsze odzwierciedlają ludzką ocenę
życia w danym miejscu. Symptomatyczne jest więc to, że mieszkańcy mówią o tych
stronach już to "Niebiański Kraj", już to "Ziemia Obfitości". "Syczuan" znaczy
po chińsku "cztery rzeki". Dla zwięzłości daruję już sobie dywagacje, co dosłownie
oznacza "Chengdu".
Imię Chińczyka rodzice wybierają bez nijakiego skrępowania. Może to więc być
absolutnie dowolne słowo, pojęcie lub zwrot (np. "Kochający Technikę", "Mocny Krab",
albo "Czerwony Sztandar"). Dziewczynkom nadaje się zwykle miana kojarzące się z
powabem, pięknem, delikatnością itp. Skoro dobrego nigdy dość, to, żeby było
jeszcze lepiej, często takie słowo jest zdwojone (niczym niesławnej pamięci
Nefernefernefer z "Egipcjanina Sinuhe"). Często spotyka się więc takie imiona jak
"Feifei", czy "Lili".
W czasie Wielkiej Proletariackiej Rewolucji Kulturalnej komuniści wysłali setki
tysięcy młodzieży (o ile nie miliony) z miast na wieś. Młodzież nie przyjęła jednak
za swoją głoszonej przez władze dewizy, że nie ma to jak być chłopem i marzyła
jedynie o tym, żeby powrócić do domów rodzinnych. Gdy zatem, po kilku latach
ideologicznych szaleństw, pojawiła się możliwość wyjazdu z miejsc zesłania, to
skończyło się to tak, jak zawsze kończy się zachłystywanie się różnej maści
Fuehrerów władzą i pewnością bezkarności - chaosem i próbą powrotu do stanu
poprzedniego. Krótko mówiąc - kto tylko mógł, wrócił do domu w mieście. Pojedyncze
tragedie robiły wrażenie tylko na najbliższych.
Jeśli połączyć w jedno te trzy powyższe wiadomości, to mamy punkt wyjściowy filmu
znanego pod tytułem "Xiu Xiu: the sent down girl" (Siu Siu: zesłana dziewczyna),
chociaż tytuł oryginału chińskiego to "Kąpiel dzienna". Film ma już
dwadzieścia lat i chyba nie był nigdy pokazywany w Polsce.
Tytułowa Wen Xiu ma piętnaście, albo szesnaście lat i właśnie wyjeżdża, wraz z
koleżankami i kolegami, do nobilitującej pracy na wieś. Znak "xiu" ma wiele
znaczeń, ale można ze spokojem założyć, że rodzicom chodziło o takie, jak: "piękna,
delikatna, elegancka". (Dla dociekliwych: to "xiu" czyta się jak początek polskiego
słowa "siódmy"). Dalej jest już tylko gorzej. Dziewczyna trafia na głęboką
prowincję i nie do końca zrozumiałem, czy jest to Tybet, czy "tylko" Qinghai. Po
roku pracy w miejscowej komunie zostaje przez lokalnego kacyka wytypowana na
sześciomiesięczny kurs hodowli koni, po którym ma mieć szansę na zmianę swojego
dotychczasowego życia na lepsze. Trafia na otwarty step, trzydzieści li (15 kilometrów)
od dotychczasowego miejsca pracy, gdzie nie ma jednego krzaka, po wodę trzeba
jeździć konno kilka kilometrów, a jej mentorem (i jedynym, w tym miejscu, człowiekiem
oprócz niej samej) jest ponury drab, znany jako Lao Jin. "Lao" to
dosłownie "stary", ale należy to słowo raczej rozumieć jako "czcigodny". Jin nie
jest jeszcze taki stary, ale ma dobre prawo być ponurym, bo w przeszłości, w czasie
walk o Nowe Chiny, dostał się w ręce wrogów ludu, którym wpadł do głowy iście
azjatycki pomysł, żeby go nie mordować, tylko wykastrować i puścić wolno.
Mija sześć miesięcy i jeszcze więcej, a nikt z komuny nie przyjeżdża, żeby zabrać
Xiu Xiu z podartego namiotu w stepie i dotrzymać obietnicy o wyjeździe ze wsi.
Wreszcie przychodzi tam jakiś młody domokrążca, który obiecuje dziewczynie, że się
za nią wstawi, bo "zna różne osoby w komunie", ale za to ona powinna być dla niego
miła. I, na dodatek, daje jej jabłko, które tak zawraca Xiu Xiu w głowie (wspomnienie
rodzinnego Chengdu, gdzie wszystkiego było pełno), że dziewczyna decyduje się mu
oddać.
Dalej mamy już tylko postępujący upadek. Mężczyźni z komuny przyjeżdżają od tej
chwili masowo do namiotu, pokonując dzielnie te 30 li przez step, już to na motorach
marki "Jawa", już to nawet importowanym ciągnikiem gąsienicowym "Staliniec", w
nadziei, że przelecą młodą i ładną dziewczynę, obiecując jej pomoc w wyrobieniu
dokumentów zezwalających na powrót do Chengdu. Na początku wyciągają do niej ręce
z jabłkami (męska solidarność najwyraźniej działa), a później to już nawet i tego
pretekstu nie chce im się podtrzymywać, skoro i bez tego miejska dziwka wydaje im
się zawsze chętna. Co dalej? I o co chodzi z tą "dzienną kąpielą" w stepie bez
wody? Ci, którzy chcieliby wiedzieć, muszą zdecydować się na obejrzenie całego
filmu (1 h 39 min.). Ścieżka dźwiękowa nie będzie nikomu w niczym pomocna (bo jest
po chińsku), a napisy są angielskie. Nie ma ich jednak zbyt wiele, bo to poetycki
film, choć ta poetyka wydaje mi się koszmarnie brutalna. Za to pokazane chińskie
podejście do kobiet mniej więcej współgra mi z tym, co sam widziałem (i czego się
bardziej domyślałem, niż doświadczyłem, jako mężczyzna). Link tutaj.
Nie próbujcie później narzekać, że nie ostrzegałem.