|
AGRADACJA | |
Wojna od wieków niosła oprócz zniszczenia, pożogi i śmierci także postęp w wielu
dziedzinach. Nie inaczej było i w Chinach. Pewnego razu, w czasach bardzo
starożytnych, wybuchła kolejna wojna (kto choćby tylko przekartkował rozdział o
historii, ten powinien zapamiętać, że wojen tam było ponad zwykłą miarę, co rusz
to jakaś nowa) i powołano wielu mężczyzn pod broń. A skoro ojczyzna wzywa, to
najczęściej nie wybiera, tylko bierze z brzegu, jak leci. Tak było i tym razem -
więc poszli kolejni chińscy ochotnicy, zarówno młodzi, jak i starzy. A był między
nimi mąż najwyraźniej wiekowy, którego tu i ówdzie coś tam łupało. Wydawało się,
że nie miał szczęścia, bo w bitwie oberwał strzałą, ale przecież - z drugiej
strony - przeżył, a to już coś. Jednak okazało się, ku zdumieniu wszystkich, a
zapewne wielkiej uciesze samego zainteresowanego, że te dokuczliwe bóle odeszły,
jak ręką odjął. Dało to uczonym do myślenia i zachęciło ich do obserwacji, i tyle
z tego wyszło, że ten postrzał okazał się być rzekomo ojcem akupunktury. Już w
rozdziale o jedzeniu wspominano półgębkiem o przepływie energii przez ciało
ludzkie, o zamkniętym cyklu dobowym i wpływie jednych organów na drugie. A skoro
przepływ energii, to muszą istnieć owego przepływu drogi, jakieś kanały, a co za
tym idzie, zapewne i miejsca bardziej szczególne od innych, które mają bezpośrednie
połączenia z różnymi organami ciała. W końcu wspomniany na początku żołnierz
pozbył się bólu, choć strzała ugodziła go w zupełnie inną część ciała, niż ta,
na którą się przez tyle lat uskarżał. I na tym, z grubsza, zasadza się idea
akupunktury.
Lekarze chińscy przez wieki doskonalili swą sztukę, ustalając na
ciele człowieka charakterystyczne punkty, które mają (przynajmniej według nich)
bezpośredni wpływ na najróżniejsze organy. I jeśli w taki punkt wbije się cienką,
długą igłę, to będzie to mieć wpływ na ten organ. Specjalista wie dokładnie, że
skoro pacjent uskarża się, na przykład, na ból głowy, to trzeba go kłuć w punkt,
dajmy na to, na prawym
udzie72). Żeby nic
nie było zbyt oczywiste, można taki punkt nie tylko nakłuwać, ale też tylko
uciskać (akupresura), albo i przyżegać. Społeczeństwa zachodnie powitały ten
rodzaj leczenia z dużą atencją i zaciekawieniem, a Chińczycy traktują go jak coś
oczywistego, choć gdy uznają, że są ciężko chorzy, domagają się antybiotyków, w
tradycyjnej medycynie dalekowschodniej zupełnie nieznanych. I na odwrót - białych
leczy się z automatu antybiotykami w szerokim spectrum i trzeba się wiele namęczyć
i natłumaczyć, że nie chce się od razu tak silnych leków. Jakże to, biały człowiek
myśli, że w Chinach nie ma antybiotyków?
Nawet w całkiem nowoczesnych szpitalach można dostać leki tradycyjne. Koleżanka
autora przyniosła kiedyś była z wizyty u lekarza (szpital był przeznaczony do
obsługi cudzoziemców w tym mieście) spore saszetki, które miała zaparzać, a wywar
pić kilka razy dziennie. Ponieważ zaniepokoiły ją słowa lekarza, który uprzedzał,
żeby przypadkiem tych saszetek nie rozrywać, więc pierwsze, co zrobiła po powrocie
do domu, to - zgodnie z przewrotną zachodnią logiką - natychmiast je otworzyła.
Zdumionym oczom ukazała się mieszanina jakichś ziół, liści, kory drzewa (do tej
pory zdumienie było cokolwiek na wyrost) oraz coś, co zostało zidentyfikowane jako
elementy suszonej cykady. Lek został małodusznie odstawiony na półkę, a koleżanka
zaczęła się kurować jakimiś specyfikami przywiezionymi z Europy. Przeżyła, ale być
może męczyła się dłużej, niż to było potrzebne.
Środowisko jest w Chinach skażone, w Pekinie potrafi w powietrzu hulać pył
przyniesiony znad pustyni Gobi, gdzie indziej też zapylenie bywa spore, choć nie
do końca wiadomego pochodzenia. A ponieważ zimą spora część kraju jest niedogrzana,
to ludzie są permanentnie przeziębieni, a jeśli nawet nie są, to i tak kilka
tysięcy lat przyzwyczajenia każe im co chwila pluć. Podobno organizowano już nawet
oficjalne kampanie przeciw pluciu. Ciekawe, czy to prawda, czy tylko kalumnie
powtarzane przez cudzoziemców. Faktem jest jednak, że stosunek do plucia zmienia
się w czasie. Osoby, które przebywały w Chinach w latach pięćdziesiątych ubiegłego
wieku opowiadały autorowi o podróży pociągiem. Według tych opowieści na podłodze
każdego przedziału w ówczesnych wagonach kolejowych był okrągły otwór zasłonięty
czymś w rodzaju pokrywki z małym uszkiem (czy otworkiem), a w kącie przedziału stał
gigantyczny pogrzebacz. W każdej chwili można było tę pokrywkę za pomocą kociuby
podnieść, splunąć potężnie i znowu otwór zasłonić. Autor już takich przemyślnych
rozwiązań nie widział, ale podczas swego pierwszego pobytu natknął się na kratki
na rogach większych ulic, które to urządzenia służyły wszystkim do spluwania.
Były to zwykłe prostopadłościenne wgłębienia w chodniku, o wymiarach może kilkunastu
na kilkadziesiąt centymetrów, a głębokości góra jakichś dziesięciu, przykryte
żeliwnym rusztem. Tam, jak można było się domyśleć z widoku, należało pluć, żeby
nie brudzić ulic. O ile rankiem zbiorniki plwocin nie były jeszcze zapełnione, o
tyle po południu poziom znacznie się podnosił i nieszczęsny autor na tych rogach
starał się nie patrzeć zbyt dociekliwie pod nogi, żeby nie musieć kontemplować
zawartości. Przy drugim pobycie w Chinach te kratki opluwcze jakoś znikły,
przynajmniej z ulic Szanghaju. A cały problem bierze się stąd, że Chińczyk nie
pluje ot, tak sobie. O, nie! On pluje z poczuciem misji, z głębokim przekonaniem
dbałości o zdrowie. Biały człowiek nie pluje i choruje, a Chińczyk sobie na tym
polu folguje, ile wlezie i jest zdrowy i wesoły. Plwocinę często się w skupieniu
bada, przyglądając się jej ze znawstwem i uwagą. A przed pluciem dobrze jest
odcharczeć jakieś złogi na płucach, wciągając treść do nosa z niższych partii ciała,
a obserwujący to zamorski diabeł, słysząc towarzyszące temu głośne dźwięki, ma
często nieprzyjemne wrażenie, że przygotowujący się do splunięcia zasysa w ten
sposób do wyplucia zawartość chyba już z dwunastnicy, choć to przecież niemożliwe.
Tam jest to normalne, naturalne i nikomu nie przychodzi do głowy, że miałoby to
być coś nieodpowiedniego.
Chińczycy są za to strasznie pruderyjni. Badanie stetoskopem przeprowadza się
najczęściej bez zdejmowania koszuli. Może dlatego, że zbyt często jest chłodno?
A równocześnie badania potrafią być przeprowadzane przy otwartych drzwiach na
korytarz tak, że kolejni pacjenci z uwagą mogą śledzić zmagania lekarza z
cudzoziemcem. Kiedy autor stanął przed koniecznością wykonania EKG, wyraźnie
zażenowana młodziutka pielęgniarka coś mu tam pokazywała na migi, a później
porzuciła go na długi kwadrans, bardzo zdumionego takim obrotem sprawy. Powróciła,
dzierżąc triumfalnie w dłoni maszynkę do golenia i zaczęła golić mu tors bez
żadnego żelu, czy choćby mydła. A przecież autor nie jest wcale owłosiony niczym
małpa i w kraju żadnych takich sztuczek nie trzeba było nigdy robić! Za to w
trakcie oczekiwania kolejka nad czymś tam debatowała, aż wreszcie wydelegowała
takiego obywatela, który potrafił się z cudzoziemcem jakoś tam dogadać. I tenże
obywatel wywalił zdumionemu dzikiemu z tą chińską bezpośredniością, delikatnością
i znanym z różnych dalekowschodnich opowiadań niezrównanym taktem, że kolejka
uważa, że cudzoziemiec ma duży brzuch. Cudzoziemiec nie stanął na wysokości
zadania, bo chwycił wysłannika kolejki za dłonie i zaczął nimi kordialnie
potrząsać, dziękując z całych sił i tłumacząc, że do tej pory o tym nie wiedział,
ale teraz już, dzięki chińskiej uprzejmości, wie. Zapadła taka jakby konsternacja,
ale wiadomo, że z cudzoziemskimi gośćmi to nigdy nie wiadomo, co takiemu do łba
wpadnie. Ku wyraźnej uldze wszystkich wróciła jednak skrępowana sytuacją Chineczka
z trójostrzową golarką w rękach.
Ta pruderyjność mija jednak, jak ręką odjął, w aptekach. Autor pamięta swoje
zdumienie, gdy pierwszy raz natknął się na wielki napis "sex shop". No bo jak to?
Sex shop w Chinach? W komunistycznych, w końcu, Chinach? Okazało się jednak, że
wcale nie chodzi o zachodnie wygłupy, tylko o różnego rodzaju leki wspomagające,
które w Chinach były znane na długo przed Viagrą. Po bliższym zbadaniu tematu
wyszło na jaw, że w każdej aptece jest wydzielony dział, lada lub choćby tylko
szafka z tego typu medykamentami. Najmniejszym problemem były środki
antykoncepcyjne. Poza tym mnóstwo było aparatów mechanicznych, których kolorowe
opakowanie pokazywało jakieś pompki i to, o ile zszokowane słowiańskie oko mogło
rozróżnić, zarówno tłoczące, jak i ssące. Obok leżały małe saszetki z chusteczkami
nasyconymi jakimiś środkami pobudzającymi. Pomyślano zarówno mężczyznach, jak i
o kobietach, bo na jednych opakowaniach stało jak byk "Man's pleasure towel", a
na drugich "Woman's pleasure towel". No i na tym podziwianie się kończyło, bo
cała reszta to były dziesiątki, a może nawet i setki flaszek, flaszeczek,
pojemników i pudełek z najróżniejszymi pigułkami, a przez napisy wyłącznie po
chińsku całkowicie niedostępnymi zachodnim możliwościom poznawczym. No i niczym
dziwnym nie był obrazek nobliwie wyglądającego pana, który ze stoickim spokojem
dyskutował z obsługą, wskazując na któryś tam z tych licznych specyfików. Tu
wykazywano zero pruderii, czy zakłamania, rozmawiając przy świadkach takim tonem,
jakby mówiono, że ładną mamy dzisiaj pogodę. Pospolitość takich działów aptek
oraz mnogość oferowanych tam lekarstw dała autorowi asumpt do sformułowania własnego
wniosku, który może być całkowicie pochopny i bezpodstawny, a jednak nasuwał mu
się niemal automatycznie. Gdyby nie było zapotrzebowania, nie byłoby podaży. No
i, skoro to aż tak popularne, to najwyraźniej miejscowa rasa jest już tak stara,
że do podtrzymania gatunku potrzebuje ponadnormatywnej ilości środków pomocniczych.
Ergo - Chińczycy wkroczyli chyba w fazę wyginięcia, choć może to dopiero
wczesne stadium.
Szpitale, jak to zwykle, jedne były lepiej, a inne gorzej wyposażone. Zdarzały
się i takie, gdzie cały sprzęt był najnowszej produkcji francuskiej i jeszcze
lśnił. Bywały też uboższe, a równie gęsto oblegane. Szpital można było rozpoznać
nie tylko po napisie (ten sposób tylko dla potrafiących czytać i pisać), ale i
po najbliższym otoczeniu. Nie było bowiem niczym dziwnym, że w cieplejszych
porach roku w okolicy szpitala przechadzali się swobodnie pacjenci w
charakterystycznych pasiastych piżamach. Autor sam widział takiego, który kroczył
dumnie ulicą, a druga osoba postępująca krok w krok niosła za nim na kijku
(żeby trzymać to na odpowiedniej wysokości) worek kroplówki, podłączonej rurką do
ciała uśmiechniętego spacerowicza. W tamtych czasach nie było jeszcze w Szanghaju
żadnych obwodnic, czy dróg szybkiego ruchu, więc karetki pogotowia musiały jechać
zwykłymi ulicami. No i, pomimo koguta, wyjącego alarmu i takich tam marginaliów,
NIKT jej nie ustępował drogi nawet na milimetr, co skłaniało do niedobrych
rozmyślań nad naturą ludzką w ogólności i do zaklinania o dobre zdrowie na cały
czas pobytu w Chinach w szczególności.
Energia bywa wielkim problemem chińskich miast - molochów. Nic więc dziwnego, że
czasem gdzieś zabraknie prądu. A gdy go zabraknie, to zawartość szaf chłodniczych
może się rozmrozić. Skoro się rozmrozi, to przecież później, po włączeniu prądu,
się zamrozi, więc w czym problem? Problem jednak w tym, że taką powtórnie mrożoną
żywnością łatwo się zatruć. Autor pamięta jak dziś, jak to jego rodzina została
jeszcze na dłuższych wakacjach w Europie, a on sam wrócił już był do pracy i żywił
się czym popadło, ze szczególnym wskazaniem na gotowe mrożone pierożki z krewetkami,
żeby stale nie łazić po jakichś knajpach. No i któreś z tych pierożków były
siedliskiem zła, bo spowodowały nad wyraz długie sesje w toalecie, z koniecznością
powrotu na sedes nieraz w kilka minut po wyjściu. Na domiar złego, to wówczas
osłabioną ręką trzeba było zatłuc dzikiego szczura, który zalągł się nieproszony
w mieszkaniu. Wreszcie, drugiego dnia, zwolniwszy się telefonicznie w pracy,
autor ścisnął z całej siły pośladki, wybiegł na ulicę, rzucił się na maskę
przejeżdżającej taksówki, wskoczył rączo do wewnątrz, budząc niemy podziw kierowcy
(ludzie tam uważają cudzoziemców do niezdolnych do zachowań typowych dla Chińczyków,
stąd zdziwienie), zamówił kurs do szpitala, szczęśliwie tam dotarł i został ze
zrozumieniem przyjęty i potraktowany. Pełen leków zaczął zastanawiać się, czemu
to lekarz tak natarczywie chciał dowiedzieć się, czy stolec autora przypomina
hm... kleik ryżowy. Na wiadomość, że nie - lekarz wyraźnie posmutniał, jeszcze raz
się upewnił i zapisał właściwe leki. Po chwili przyniesiono je z przyszpitalnej
apteki, chory obżarł się nimi niczym małpa rambutanów i odważnie wrócił do siebie.
Po ozdrowieniu zaczął jednak pytać na prawo i lewo znajomych o wykształceniu
medycznym o ten kleik, aż wszystkim zbrzydł i ktoś, pewnie na odczepnego, poinformował,
że jest to jeden z objawów cholery. I wszystko stało się jasne - szpital miał
nadzieję na duży zarobek, bo osobołóżko dla cudzoziemca kosztuje o wiele więcej
niż w przypadku krajowca.
Obsługa aptek jest zwykle bardzo miła i stara się pomóc obcym, ile tylko można.
Autor chciał raz kupić tak zwaną kredę na karaluchy (smaruje się nią ścianę, czy
podłogę i z jakichś tam względów karaluchom to nie odpowiada, więc unikają odtąd
tego miejsca. Kto był w Azji i twierdzi, że nie miał karaluchów to albo się nie
przyjrzał, albo obmierźle kłamie, fałszywie się wstydząc), a najłatwiej zrobić
to właśnie w aptece. Po wejściu do środka spłynęła nań nagle istna pomroczność
jasna, bo zapomniał absolutnie, jak się ten specyfik po chińsku nazywa. W tej
chwili, oczywiście, też nie pamięta, jednak od tamtego pobytu minęło parę ładnych
lat, a poza tym - to był środek pierwszej potrzeby. No więc stoi nieszczęsny biały
w aptece i usiłuje sobie przypomnieć dwa słowa, a tu nic! Pustka we łbie. Nagle
przypomniało mu się, jak się pisze "owad", więc do lady, za długopis i - koślawo,
bo koślawo - napisał. Siwy aptekarz popatrzył z uwagą i pokazał palcem na żołądek.
Tu? Nie - biały zaczął pokazywać, że coś łazi po ścianie, wcale udatnie imitując
ruch wielu nóżek za pomocą rozczapierzonych palców. A - roześmiał się pan aptekarz,
zniknął na zapleczu i wrócił z kredą. Tak przy okazji - skoro już mowa o aptekach -
spirytus w Chinach był traktowany jak lekarstwo i dostępny bez recepty (przynajmniej
dla cudzoziemców) po bardzo umiarkowanej cenie. U nas nie do pomyślenia, ale tam
nie ma wielkiego problemu z alkoholizmem.
Charakterystyczne jest traktowanie dzieci. Z całkowitym niezrozumieniem spotykały
się te nie-chińskie matki, które chciały badać wzrok swoim kilkuletnim dzieciom.
Ponieważ płaciły, więc badania robiono, nie ukrywając jednak zdziwienia, bo
przecież "dzieciom się jeszcze wzrok zmieni". Wszystkim znajomym kobietom -
cudzoziemkom, którym przyszło urodzić dzieci w Chinach proponowano z automatu
cesarskie cięcie. No i autor znów czuje się na tym polu niedouczony i nie wie,
czy była to jedynie sprawa opłat (znacznie wyższych, niż w przypadku porodu
naturalnego), czy też to sprawa powszechna w tym kraju i doskonale wpisująca się
w rozważania autora na temat starości rasy i następstw za tym idących. A
najbardziej bulwersujące było szeroko omawiane wśród przyjezdnych pytanie lekarza,
który widząc przywiezione do niego bardzo ciężko chore cudzoziemskie dziecko
spytał poważnie, czy zamorskim gościom na pewno opłaca się je leczyć, skoro mają
nieograniczone niczym możliwości posiadania nowego dziecka.
Mnogość ludzi przekłada się jednak na byle jakie ich traktowanie. Niczym dziwnym
ponoć nie było borowanie zębów kilku pacjentów tym samym wiertłem. Może dzisiaj,
w dobie AIDS wprowadzono bardziej rygorystyczne przestrzeganie procedur, chociaż -
kto to wie, zwłaszcza na prowincji? W końcu nawet w dobrej klinice dla
cudzoziemców dentysta potrafił skleić pacjentowi dwa zęby do kupy, łącząc je jedną,
wielką plombą. Jednak łatwo jest wyśmiewać to, co się widziało, nie mając
porównania, od jakiego poziomu tam się startowało. A przecież wprowadzenie przed
wielu laty tak zwanych "bosonogich felczerów", obiektywnie rzecz biorąc -
niedouczonych po krótkich, wręcz podstawowych kursach, było wielkim przełomem
dla zwykłych ludzi, którzy przedtem nie obchodzili nikogo.