|
AGRADACJA | |
Trzeba jeść, żeby żyć. Banalna ta prawda ma jednak swoje konsekwencje - żeby jeść,
trzeba pożywienie zdobyć. Najczęściej ludzie decydują się na kupno środków
spożywczych, rzadziej sami je uprawiają, czy hodują, a ci, którzy zdobywają je
rozbojem to już raczej nieistotny ułamek procenta całej populacji. Na wsi sprawa
wydaje się być łatwiejsza: a to po podwórku biega kura, a to obok domu coś tam na
polu dojrzewa, a to w pobliskiej wodzie można złowić rybę, żółwia, czy żabę.
Jednak w mieście sprawa jest dość jednoznaczna - trzeba mieć pieniądze, iść na
rynek i wybrać sobie to, czego się potrzebuje. Zwykle nie trzeba daleko szukać,
bo w promieniu kilku, a co najwyżej kilkunastu minut drogi od domu prawie zawsze
usytuowano jakiś targ. Po prostu któraś z sąsiednich uliczek została kiedyś takim
targiem ogłoszona i wnet pojawiło się na niej po obu stronach mnóstwo kramów,
które zabrały dwie trzecie, jeśli nie trzy czwarte jej szerokości. Jeśli w taką
uliczkę wjedzie ciężarówka z zaopatrzeniem, to zatka ją całkowicie, ale nikomu
nie będzie to przeszkadzało. Kierowca będzie posuwał się z prędkością dwóch
kilometrów na godzinę, co chwila hamując i zupełnie bez nerwów znowu ruszając,
żeby powoli przeciskać się przez gęsty tłum. Może, co najwyżej, od czasu do czasu
wychyli się przez okno, żeby zawołać, że się
jedzie73). Ludzie
będą się niespiesznie odsuwać na boki, wprowadzać rowery pomiędzy kramy, odciągać
za rękę małe dzieci, które właśnie kucały na środku, żeby się spokojnie
wysiusiać74). Ciężarówka
odnajdzie wreszcie właściwy kram mięsny, zatrzyma się, pomocnik kierowcy wskoczy
na pakę, zrzuci kopniakiem dwie, czy trzy półtusze wieprzowe na ziemię, podsunie
przekupniowi jakiś kwitek do podpisania, wsiądzie do szoferki i samochód znowu
powoli, z godnością zacznie przemieszczać się przez ciżbę. W prawo idzie dziesięć
tysięcy ludzi na godzinę, w lewo tak samo, od rowerów aż czarno, część ludzi pluje,
dzieci przykucają, akurat mży delikatnie, więc powierzchnia ulicy pokryła się cienką
warstewką błota. Półtusze leżą na ziemi. Sprzedawca wyciąga z zaplecza długaśny
hak podobny do pogrzebacza, wbija jego ostry koniec w mięso i zaczyna je ciągnąć
z mozołem po glebie. Przyciąga je do swego stoiska, jeszcze kolejny wysiłek (ciężkie)
i hop! Półtusza wisi na haku. Jeszcze jedna i jeszcze jedna. Uff, zrobione. Obrazek
taki był jednym z pierwszych, które oszołomiony jeszcze autor ujrzał w trakcie
swego najdawniejszego pobytu w Chinach, tuż na tyłach hotelu średniej klasy.
Oczywiście, ufny w szkolną wiedzę o higienie, sterylności produktów itp. zaczął
głupawo wypytywać tłumacza, jak to właściwie jest. Ten długo nie rozumiał, o co
faktycznie zamorskiemu gościowi chodzi. Gdy wreszcie werbalnie zrozumiał, to ciągle
jeszcze nie docierała do niego istota problemu. Wyraźnie rozbawiony tym, że ktoś
przywiązuje wagę do spraw tak nieistotnych, opanował się jednak i zapytał poważnym
głosem: "a ty jesz takie mięso na surowo? Bo w Chinach poddaje się mięso obróbce
termicznej i wszelkie ewentualne bakterie zostaną w ten sposób usunięte. Nie ma
więc żadnego niebezpieczeństwa." No i rzecz stała się jasna - ponoć dzicy
koczownicy najeżdżający w ubiegłych wiekach Kraj Środka z północnych stepów
potrafili wozić surowe mięso pod siodłem. Pozostało tylko robić dobrą minę do
złej gry, zapewniając, że od dziecka zna się dobrodziejstwo dań gotowanych i
smażonych, a pytało się tylko tak, z czczej ciekawości. Ciekawe, czy uwierzył.
Najbliższy rynek był jednak głównie rynkiem warzywno - owocowym. Wieśniacy,
którym pozwolono uprawiać małe, przyzagrodowe działki mogli robić, co chcieli z
plonami z tych działek. Ochoczo sprzedawali swe nadwyżki, uzupełniając sobie
budżet domowy. Było tam więc wszystko, czego wegetarianin mógł sobie zażyczyć.
Od pietruszki i marchwi począwszy, poprzez najróżniejsze liście, qincai, selery,
pomidory, rzodkiew, strączkowe, jabłka aż po banany, gruszki, melony,
kaki75) i
liczi76). Kupuje się
normalnie - na dziny (1 jin = 0,5 kg), wiec szybkie przemnożenie ceny razy dwa
dawało wartość za kilogram. Dość typową sprawą było uznanie kupującego cudzoziemca
za "swojego". Dopóki traktowano takiego gościa jako przybysza z innego świata,
dopóty próbowano orżnąć go dosłownie na wszystkim, bo przecież drugi raz już tu
nie wróci. Chciał cztery dziny? Odważono mu niecałe trzy i jeszcze bezczelnie
podsuwano wagę pod nos, żeby sobie sprawdził. Że cena pokazana na kartce wsadzonej
w mandarynki to 1,20 yuana? No to co, powie mu się, że 4 dziny razy 1,2 yuana to
dziesięć sześćdziesiąt, może nie załapie. A na końcu poda mu się siatkę z zupełnie
innymi owocami, która leży pod nogami od rana. Kupiec przyłapany na takim niewinnym
oszustwie śmieje się szeroko, zupełnie nieskrępowany. W końcu to tylko business.
Niech nikt nie da się oszukać uśmiechowi Azjaty! On się uśmiecha, kiedy jest
zakłopotany, kiedy nie wie, co zrobić i zapewne będzie się tak samo miło uśmiechać,
wbijając nóż w plecy. Jeśli jednak zauważono, że cudzoziemiec wraca stale,
najwyraźniej mieszkając gdzieś w pobliżu na dłużej, to zaczynano traktować go jak
potencjalnego klienta, a nie jak przypadkową dojną krowę jednorazowego użytku.
Wówczas odpadało już najbezczelniejsze oszukiwanie na cenie, a uciekano się tylko
(a i to nie zawsze) do pozostałych prób, bo nie spróbować oszukać cudzoziemca
chyba nie honor. Taki zamorski dziwak to, wiadomo, chodzący worek złota. Z tych
obcych krajów do Chin zewsząd daleko, sam bilet kosztuje majątek, a doba w hotelu
to zwykle więcej niż normalny człowiek zarabia w miesiąc. Wniosek nasuwa się
jeden - jak kogoś na to stać, to jest bogaty. A skoro jest bogaty, to nawet nie
zauważy, że zapłacił więcej, niż inni. A nawet jeśli zauważył, to co to dla takiego
nababa. Bywało, że taki obcy protestował i sprawa była jasna -
Sulian77). Oni tam,
niby biali, a gorzej mają od nas - mruczał sobie przekupień i od razu robiło mu
się przyjemniej.
Typowa chińska waga to równo obrobiony kawałek patyczka, na którym zaznaczono
różne karby o zróżnicowanej długości. Na jednym końcu zawieszony jest ciężarek o
znanej masie, a na drugim końcu podwiesza się szalkę z towarem. Gdzieś pomiędzy
umieszcza się uchwyt, który trzyma się na palcu, a który staje się punktem obrotu
dźwigni dwustronnej, jaką jest taka waga. Jak powszechnie wiadomo, waga porównuje
momenty siły, a więc iloczyny sił pochodzących od mas na końcach drążka
przemnożonych przez długości odpowiednich ramion. Przesuwając punkt podparcia
całej wagi, zmienia się więc długości ramion, a przez to wskazania samej wagi.
Dlatego na tym samym drążku jest kilka skal, a obserwator powinien dokładnie
wiedzieć, którą skalę do którego punktu pomiarowego przypisać. I Chińczyk pewnie
nawet wie, ale już biedny cudzoziemiec gubi się w tym całkowicie i bezapelacyjnie.
Dlatego sprzedawcy czują się z taką wagą w rękach całkowicie bezkarni wobec
obcych w morzu chińskiej kultury. Do czasu jednak - rolowana przez kilka tygodni
małżonka autora zaklęła szpetnie po francusku, po czym zakupiła małą ręczną wagę
sprężynową (ze wskazówką i czytelną skalą), a w obudowie posiadającą jeszcze
podręczny kalkulator. Wówczas nastąpił przełom - gdy kolejny przekupień potwierdził
z miedzianym czołem, że odważył był właśnie trzy dziny czegoś tam zielonego po
pięć mao za dzin, małżonka wyjęła tę wagę, sprawdziła, że w siatce jest tylko 1,16
kilograma, przemnożyła to na oczach ogłupiałego kupca (1,16 kg * 2 jiny/kg * 0,50
RMB/jin = 1,16 yuana) i tyle mu zapłaciła zamiast oczekiwanego 1,50 yuana. I
skończyło się - zobaczono w niej człowieka, który wie, co i jak. Od tego czasu
zdarzało się, że bywalcy rynku prosili ją, przy swoich własnych kłótniach o wagę
towaru, o użyczenie zamorskiego urządzenia, które kończyło swary definitywnie. W
zamian za to zdarzało się też, że z pozoru obcy ludzie przypominali małżonce w
dżdżysty dzień, że przed ważeniem warzyw trzeba je dobrze otrząsnąć z wody, a z
szalki wylać tę jedną kroplę, która się tam z powietrza zgromadziła, a za którą
kupiec bez mrugnięcia okiem policzy przecież jak za towar.
Za rogiem mieściła się hala targowa, urządzona na parterze i pierwszym piętrze
zwykłego domu mieszkalnego. Czego tam nie było! Bo to i mięso i ryby, i warzywa
na parterze, i pozostałe rzeczy na piętrze. Z początku wydelikacone nosy czuły
smród jatki połączonej z halą rybną, ale dość prędko przestawało to dokuczać.
Ryby najczęściej czekały w szaflikach z wodą, bo zarżnięte mogłyby się zbyt
prędko zepsuć. Na miejscu można było sobie zażyczyć zaszlachtowania, wypatroszenia,
odgłowienia i oskrobania takiej ryby (cudzoziemcy). Ale już tubylcy albo brali
łeb ze sobą (rzadkie), albo wręcz prosili tylko o przeciągnięcie sznurka przez
wargi ryby, zawiązanie go w gustowną pętelkę, tak potraktowaną żywą rybę brali
na palec, wychodzili na ulicę, odnajdywali swój rower, wieszali rybę na kierownicy
i odjeżdżali do domu. Niektóre rybska zwisały im prawie aż do ziemi, majtając
ogonami ku uciesze przechodniów. Kury natomiast wożono również żywe, tyle tylko,
że wieszano je na kierownicy za związane łapy, łbem w dół. Przez kilka lat pobytu
autor nie zauważył, żeby taka sponiewierana kura gdakała, nadmiernie się wyrywała,
czy coś takiego. Nie, charakterystyczne było to, że większość tych zwierząt była
już całkiem zrezygnowana.
Na piętrze królowały jajka. Kurze, gęsie, kacze i przepiórcze. Ponieważ sprzedawano
je nie na sztuki, tylko na wagę, a cena jaj kurzych była niewiele niższa od
przepiórczych, więc pobyt w Chinach do dzisiaj kojarzy się rodzinie autora z
pławieniem się w tych jajkach przepiórki. Raz powiało grozą, bo wyszło jak dwa
razy dwa, że zamorskie diabły chciały okraść ubogą lecz uczciwą kobietę. Byli to,
wstyd powiedzieć, autor wraz z małżonką, którzy zupełnie niechcąco stali się na
krótką chwilkę mimowolnymi bohaterami skandalu. A było to tak - cudzoziemcy szli
przez halę, starając się natrafić na ładne i niedrogie jajka kurze. Wybrali towar
ogorzałej młodej chłopki, która chętnie odważyła im kilogram (2 dziny). Później
jednak cudzoziemcy zapytali jeszcze o cenę jaj przepiórczych, która wydała im się
cokolwiek wygórowana. Pokręcili więc głowami, że na to się nie godzą, bo za drogo
i godnym krokiem skierowali się ku wyjściu. A w owłosionych łapskach trzymali już
przecież plastikową siatkę z wziętymi uprzednio jajkami! Nie minęło i pięć sekund,
a chłopka stała już przed nimi, blokując drogę ucieczki, podparta pod boki, hardo
wysuwając brodę, dobitnie rzuciła cokolwiek zdumionym takim obrotem sprawy dzikim
jedno słowo: "qian78)!".
Oj, głupio się zamorskim diabłom zrobiło, głupio. Bo i cóż - wina była całkowicie
po ich stronie. Dlaczego obydwoje zapomnieli, że już coś u wiejskiej dziewczyny
przecież kupili, jeden diabeł, który w tym maczał pazury, wiedział. Cóż było robić?
Cudzoziemcy byli już jednak wówczas w Chinach od dawna, więc potrafili sytuację
rozładować. Co robi człowiek, kiedy nie wiadomo, co robić? To akurat każdy wie -
śmieje się w głos. Tak samo postąpili i oni, zaśmiewając się do łez, powtarzając
słowa przeprosin (duibuqi79),
duibuqi) i płacąc natychmiast za kupione jaja, prawda że z niewielką i dobrowolną
nawiązką. O sprawie natychmiast zapomniano, a chłopka stała się z miejsca przyjazna.
Wszyscy uznali incydent za niebyły.
W tej samej hali można też było dostać słynny chiński rarytas - tak zwane stuletnie
jaja (song hua dan). Wcale, jak można się domyślać, nie są stuletnie, bo przygotowuje
się je w okresie dużo krótszym. Trzeba wziąć jaja (podobno kacze), oblepić je lepką
mieszaniną gliny, wapna i sieczki, poczekać, aż trochę podeschną, włożyć kilka takich
oblepionych jajek do glinianego naczynia, szczelnie je zamknąć i odstawić w spokojne
miejsce na kilka miesięcy. Gliniane garnki zwykle na ten czas zakopywano, ale czy
jest to wymóg konieczny przepisu, czy robiono to tylko dlatego, żeby garnki nie
przeszkadzały w obejściu, tego autor nigdy się nie dowiedział. Po przyniesieniu
jajek w burym, zastygłym błocie do domu trzeba je z zaschłej skorupy wydobyć -
najlepiej zeskrobując ją nożem do kosza, a później myjąc jajka dokładnie pod
bieżącą wodą. Skorupka będzie wtedy delikatnie sinawa. Po ostrożnym obraniu oczom
ukazuje się prawie przeźroczyste białko ścięte na kolor brązowy, a na powierzchni
gdzieniegdzie widoczne są takie jakby gwiazdeczki. No a po przecięciu jajka widać
dokładnie dużo ciemniejsze żółtko, wpadające odcieniem już prawie w czerń, a w
centrum jakby ciemnozielone i często mniej zestalone. Nie trzeba nawet bardzo się
do przygotowania takich jajek do spożycia przykładać. Ot, wystarczy wziąć ząbek
czosnku, zmiażdżyć go na deseczce, wymieszać z solą na jednorodną masę, którą
smaruje się jajko z wierzchu, pokrapia odrobiną sosu sojowego i gotowe.
To wszystko ma się prawie pod nosem, a bogactwo oferty zależy od tego, gdzie się
mieszka (to znaczy, w której prowincji kraju). Na północy podaż będzie wyraźnie
mniejsza, niż na południu, a związane to jest bezpośrednio ze zróżnicowaniem
kuchni. Wraz z przemieszczaniem się na południe kraju oferta odnaleziona na
lokalnych rynkach będzie coraz bogatsza, właściwie aż do pełnego przerażenia
cudzoziemca w Guangzhou (Kantonie). Bo tam wchodzi się na rynek na swoje własne
ryzyko. Zarówno w źródłach, jak i w sieci można z łatwością znaleźć pełne horroru
opisy tego targu. Podobno zdarzało się tak, że co słabsi psychicznie turyści z
zagranicy mdleli w trakcie podziwiania go. Bo też i było co podziwiać. Rynek
mieścił się na niewielkim w sumie obszarze, w samym środku miasta (stan na lata
dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku - dzisiaj może został przeniesiony, ale autor
nie zamierza tego sprawdzać). Dawał niezapomniane wręcz przeżycia każdemu, kto
tam zajrzał. Proszę tylko wyobrazić sobie kilka niewielkich w sumie uliczek,
tworzących prostokątną sieć. Na brzegu nic jeszcze nie wskazywało na to, że
dobrowolnie wkracza się w zonę specjalną. Wchodziło się bowiem w część roślinną,
gdzie pełno było różnych kolorowych ziaren, tajemniczych suszonych owoców,
nieznanych ziół, chyba nawet kory, jakichś pękatych worów pełnych orzeszków, czy
bliżej nieznanych strączków. Część dóbr kryła się w półotwartych sklepikach
ulokowanych na parterze domów, a część pyszniła się na zajmujących większość
ulicy kramach. Tu można było chodzić wyłącznie pieszo, a samochodu nie było widać
ani jednego, bo też pewnie żaden by się nie zmieścił w wyjątkowej ciasnocie
zabudowy. Nieco dalej wchodziło się w obszar mieszany, gdzie zdarzały się już
słoje z suszonymi konikami morskimi, woreczki z rekinimi płetwami, jakieś zasuszone
cykady, czy świerszcze, a także eksponat, który budził pierwszy dreszcz nieprzywykłego
do Chin wędrowca. Oto bowiem na jednym z kramów leżało (część zwieszała się
zamocowana spod pasiastego daszku) mnóstwo podwójnych drewnianych krzyżyków, do
których były przywiązane za cztery łapki (do dwóch porzecznych drewienek) jakieś
niewielkie jaszczurki, zupełnie martwe, bo zasuszone. Wrażenie było nieprzyjemne,
bo nie wiadomo było, czy jaszczurki przytraczano do tych narzędzi kaźni za życia,
czy rozciągano je na nich już po wypędzeniu z nich ducha. Przyśpieszało się więc
kroku, żeby nie oglądać tego widoku, gdzieś skręcało i wychodziło na główną aleję
rynku, dopiero teraz wpadając z deszczu pod rynnę.
Ta ulica nie była nawet specjalnie szersza, za to nie było na niej prawie widać
ani parasoli, ani płóciennych daszków i może przez to wydawała się jaśniejsza.
Po obu stronach gęsto stali przekupnie ze swoim towarem, tworząc wyraźne strefy
według rodzajów zwierzyny. Na początku była jatka i to w dosłownym tego słowa
znaczeniu, bo na hakach wisiały kawałki różnych obdartych ze skóry zwierząt i
nawet niewprawne oko mogło wśród nich rozpoznać ćwiartkę sarenki z łbem i
kopytkiem. Po dużym oku łaziły jakieś muchy. Inne kawałki wiszące obok były już
mniej rozpoznawalne, ale i tak budziły żywe zainteresowanie kupujących. Naprzeciwko
oferowano żywe zwierzęta: znowu sarenki i całego dzika. Ten ostatni leżał tuż
obok przechodzących tysięcy par nóg i ani mrugnął, apatycznie wpatrzony w dal.
Autor zaciekawił się tym stanem przypominającym nirwanę i po dłuższych oględzinach
stwierdził bez pudła, że dzik ma połamane wszystkie cztery nogi, żeby nie sprawiał
kłopotów, więc pewnie to ból go otępiał na bodźce, których, w końcu, nie brakowało
na rojnej ulicy. Ponieważ jednak ta obserwacja spowodowała zainteresowanie
właściciela bestii autorem (pewnie cudzoziemiec chce się potargować; waiguoren,
a wie, co dobre), więc trzeba było odejść z godnością, żeby nie musieć niczego
kupować. Dalej była strefa psów opasowych i takich samych kotów. Smutne zwierzaki
siedziały w metalowych klatkach, dość gęsto stłoczone. A klatki stały (z braku
miejsca) jedna na drugiej w pełnym słońcu. Dalej szły podobne klatki z kurami,
tyle że jeszcze gęściej napełnione. Kury to żadna atrakcja, bo to i te zwykłe, i
te ich kędzierzawe kuzynki o czarnej skórze. Nic ciekawego - istna nuda i zwykły
banał. Ale za to zaczyna do przeciskającego się przez kupujący tłum cudzoziemca
docierać jakaś niepokojąca, choć jeszcze nie do końca uświadamiana, myśl: coś tu
nie pasuje. Coś jest nie tak, jak być powinno, tylko, u licha, co? Nie chodzi
przecież o ludzi, którzy gnają w obydwie strony ulicy, już to targując jakieś
cudo na obiad, już to unosząc zakupiony skarb poza rynek. Nie - to też akurat
jest normalne i oczywiste. Kawałek dalej młody człowiek sprzedaje węże, trzymane
w worku, a jednego (pewnie niegroźnego) trzyma na pokaz na wierzchu, w jakiś
metalowych cęgach. Gad wije się bezgłośnie, prężąc nadaremno ciało, ale nie jest
przecież w stanie uciec. I nagle na cudzoziemca spada iluminacja: to cisza! To
cisza jest tak nienormalna na tego typu rynku. To znaczy - żeby nie było żadnych
nieporozumień - ciszy nie ma, bo tłum Chińczyków hałasuje w najlepsze, zachwalając
towar, pytając o mięsność poszczególnych okazów, kłócąc się zawzięcie przy kupnie,
targując wniebogłosy i zwyczajnie pokrzykując do siebie. Nie - tłum zawsze będzie
się drzeć, niezależnie od tego, czy to będzie targ w Kartuzach, czy w Mombasie.
Tu jednak brakowało ważnej składowej targowego zgiełku. ŻADNE zwierzę nie
otwierało w ogóle pyska. Choć to wydaje się nieprawdopodobne, większość siedziała
osowiała, czekając spokojnie swego końca. Musi to o czymś świadczyć i niekoniecznie
jest to chwalebne dla ludzi, którzy zajmowali się tymi zwierzętami.
Czasem na ulicy można zobaczyć, jak węża obrabia się na miejscu. To proste - obcina
mu się czymś ostrym (można i zwykłymi nożyczkami) łeb, spuszcza do kubeczka krew,
ściąga skórę, wyrywa kręgosłup i tyle. Kupujący najczęściej wypija krew od razu
(wierzy się, że to silny afrodyzjak, więc może idzie na randkę z narzeczoną), a
węża zabiera już sprawionego. Chyba, że to uliczna restauracja specjalizująca się
w wężynie, to tuszę jeszcze posiekają, doprawią, usmażą na miejscu i podadzą zaraz
po pucharze z krwią. Na rynku jednak kuchni nie ma i trzeba swojego węża oprawiać
w domu samemu. Dalej stanowiska z żółwiami: małe, duże, twarde, skórzaste, zielone,
brązowe, z wypukłą skorupą i takie bardziej spłaszczone. Wodne, błotne. Do wyboru,
do koloru; idealny składnik tak ulubionej tu zupy żółwiowej. Następnych kilka metrów
to sprzedawcy krabów, a też jest w czym wybierać, bo to i krabów cała masa, i kilka
różnych rodzajów. W jednej z plastikowych misek biega w kółko niewielki krab; zupełnie
jak oszalały, jakby brał udział w jakichś zawodach, kto pierwszy, bez chwili przerwy,
istny krabi Zatopek. Jeden rzut oka wyjaśnia wszystko - aby pokazać przechodniom,
jaki ten krab silny i mięsny, sprzedawca oderwał mu żywcem górną skorupkę, ukazując
światu smakowite wnętrze. Niam, niam - od razu ślinka napływa do ust i aż chce się
parę takich krabów nabyć. Z tym, że to działa chyba tylko na tubylców, bo autor
czuje dla małego kraba jedynie współczucie, chociaż przecież zwykle nie posuwa się
do specjalnej miłości do braci mniejszych. Obok ryby w szaflikach z wodą, zasilane
leniwie małymi plastikowymi rurkami prowadzącymi z pobliskich kurków czerpalnych.
Sprzedawcy siedzą na małych przenośnych krzesełkach, w czapkach, z ciemnymi okularami
na nosie, często z wachlarzem w dłoni, bo zrobiło się bardzo gorąco i kantońskie
słońce mocno przygrzewa.
W kolejnej misce siedzi cała duża rodzina jeży. A może kilka rodzin? Właścicielka,
na widok cudzoziemca, chwyta jednego z opasowych jeży za tylną łapkę i macha nim
z energią tuż przed długim nosem obcego, zachwalając w głos swój towar. Cóż z tego,
kiedy dziki w ząb nie rozumie miejscowego języka (prawdę powiedziawszy w putonghua
też nie jest orłem) i przechodzi bez okazania najmniejszego zainteresowania!
Rozgoryczona kupcowa rzuca jeżem zza ucha, celując do michy z innymi jego
pobratymcami. Zadudniło, trafiła. Nieszczęsne zwierzę. A obok sprzedaje się
gołębie. Przy sprzedawcy stoją okrągłe wyplatane kosze z niewielkimi pokrywkami.
Kiedy taką pokrywkę się uniesie (robi to tylko sprzedawca), to w środku widać
jakiś jeden wielki kłąb piór, tak bardzo gołębie przypominają sardynki w puszce -
jeden siedzi tuż przy drugim i chyba nawet skrzydłem nie może poruszyć. Dalej zaś
istny rarytas, zgodny z przeświadczeniem, że co rzadkie, to szczególnie dobre.
W wielkiej misce rozpierają się trzy dziwne stwory, przypominające na pierwszy
rzut oka gigantyczne stonogi z ogonkiem. Ki diabeł? Dopiero w domu autor znalazł
nazwę tego morskiego stworzenia: skrzypłocz albo mieczogon. Widać wyraźnie, że to
jakiś stawonóg, pancerz składa się z zachodzących na siebie segmentów (pierwsza
część pancerza na dwie trzecie ciała), w środku ciała wyraźnie wyższy, niż na
końcu, pod spodem mrowie odnóży, z tyłu dość długi, lancetowaty ogon. Tak na oko
osobnik waży ze trzy kilo.
I jeszcze żaby kilku gatunków i jakieś świerszcze. Zaczyna się już mieć serdecznie
dość tego tak przecież egzotycznego miejsca. Ptaki, które na pewno nie były kurami.
Kolega twierdził, że widział skorpiony i szczury, ale autor tego nie może
potwierdzić, bo sam takich zwierząt tam nie spotkał. Podobno, jeśli ma się
szczęście, można napotkać prawdziwego
łuskowca80).
Najdziwniejsze jest jednak to, że nic tam nie gdaknie, nie zapieje, nie zakwiczy
i w ogóle nie wyda z siebie głosu. Nie to, co u nas, gdzie "kury gdaczą, gęsi
krzyczą, na ołtarzu jajca liczą", że zacytuje się księcia biskupa. Dziwny to targ.
I może lepiej, że nie wszyscy widzieli go na własne oczy. No i konkluzja
generalna, odautorska, nie roszcząca sobie buńczucznie żadnych praw do bycia
prawdą objawioną: jeśli istnieje reinkarnacja to po śmierci najgorsi
grzesznicy budzą się z pewnością jako jadalne zwierzę w Chinach.