|
AGRADACJA | |
Słowo "riksza" pochodzi z japońskiego81).
Za to sam pojazd kojarzy się nieodparcie z Dalekim Wschodem, Indiami i czasami
kolonialnymi. Początkowo był to jednoosiowy wózek z kanapą i wysokim oparciem,
ciągnięty przez człowieka stojącego pomiędzy dwoma dyszlami. Nie było chyba
lepszej alegorii imperializmu niż widok spasionego białego człowieka, rozpartego
w rikszy ciągniętej przez chudego Azjatę z wytrzeszczonymi z wysiłku ślepiami -
idealne wręcz ucieleśnienie formuły wyzysku człowieka przez człowieka. Co więc
dziwnego, że chińska władza ludowa miała awersję do takich pojazdów i od 1949
roku znikły one z ulic. Jednak nie tylko Polak potrafi, bo Chińczyk też.
Wykoncypowano więc, że zamiast dwóch dyszli zamocuje się z przodu pół roweru i w
ten sposób godność ludzka zostanie uratowana. Takie
trójkołowce82) gęsto
pojawiły się w całych Chinach, a siła ludzkich mięśni została później zastąpiona
silnikiem spalinowym, gdy po miczurinowsku skrzyżowano riksze już nie z rowerem,
tylko z motocyklem. Z wielkich miast riksze rowerowe chyba już właściwie znikły,
ale wciąż można je zobaczyć na prowincji.
Za to rowerów w Chinach widzi się wciąż prawdziwe miliony, bo to podstawowy
środek transportu, używany do przewozu praktycznie wszystkiego i jeszcze paru
innych rzeczy. Przed laty nasza telewizja wyświetlała (późno w nocy) serial o
Chinach zrealizowany przez BBC we współpracy ze stroną chińską i każdy odcinek
był poświęcony jakiemuś konkretnemu tematowi. Jeden był o sprawach socjalnych i
o tym, jak władza stara się wpływać motywująco na rodzinę. Oto pewna młoda para
przeżywała kłopoty i zamierzała się rozstać, a żeby temu zapobiec dzień w dzień
przychodziła do nich na kilkugodzinne posiedzenia kilkuosobowa komisja z
dzielnicy, próbując ich pogodzić. Komisja była tak niezależna, że nawet herbatę
i wrzątek przynosiła swoje, żeby nikt nie posądził jej o stronniczość i
sprzyjanie komukolwiek. A małżonkowie wylewali swoje żale, nie przejmując się
nawet kamerą obecną przez cały czas w ich domu. "Bo on, gdy urodziłam córkę,
przestał się nami interesować" - mówiła kobieta. A na to on, natychmiast odbijał
piłeczkę: "Tak, a kto cię z dzieckiem ze szpitala na rowerze przywiózł?".
Na rowerze można bowiem przewieźć dosłownie wszystko, łącznie z dużą szafą i
żywą świnią. To tylko kwestia właściwego załadowania, a w najgorszym wypadku
jedna osoba więcej trzyma ładunek, żeby nie stracił na wybojach równowagi. Wieś
preferuje rowery mocnej konstrukcji, może niezbyt nowoczesne, ani też nie piękne,
za to praktycznie nie do zdarcia. Miastowi zaś posmakowali już mody, a mając
rzadsze potrzeby i różne inne możliwości przewozu towarów, zwykle chcą jeździć
modelami nowoczesnymi. Prawie każdy rower wyposażony jest w metalowy kosz nad
przednim kołem, który ułatwia przewóz różnych drobiazgów, zakupów itd. Na co
trzecim rogu stoi warsztat fachowca, który rowery naprawia i wyposaża według
wymagań właściciela, więc łatwo ze zwykłego roweru zrobić pojazd swoich marzeń.
Jest sprawą oczywistą, że każdy rower ma założony zamek blokujący przebiegle
tylne koło lub też zamykany jest na potężny łańcuch z kłódką. Minęły bowiem
czasy, kiedy każdy był tak samo ubogi i nawet cudzoziemców pracujących w Chinach
usiłowano przekonywać, że nie ma powodu, żeby zamykać mieszkania. No przecież
uczciwy obywatel nie ma niczego do ukrycia? - zdawano się mówić. Posiadanie
przyniosło jednak jad zepsucia i obecnie wszyscy wszystko zamykają, przykuwają,
przywiązują, zakładają kłódki itd. Przy pasku spodni mężczyzn zwykłym i banalnym
widokiem jest potężny pęk wielu kluczy, większych i mniejszych. Gdyby nie było
takiej potrzeby, pewnie by ludzie tak obsesyjnie wszystkiego nie zamykali na
zamki i kłódki. A skoro to robią, to widocznie wiedzą, dlaczego. To nie pierwsza
i nie ostatnia mrzonka komunistów, która przegrała z wymogami normalnego życia.
Ruch rowerowy jest dość swoisty, bo jego reguły są trudne do zrozumienia dla
cudzoziemca. Zwykle rowerzyści jadą najbardziej prawym pasem jezdni. I to akurat
nie jest jakąś specjalną egzotyką. Jednak już skręt w prawo wymaga od rowerzysty
przejechania w lewo (tak, to nie błąd), ku środkowi jedni i dopiero stamtąd
należy w prawo skręcać. Ci, którzy naiwnie sądzili, że skręt w prawo to jeden
ruch kierownicą i już, srodze się zawodzili, zderzając ze zdumionymi
współużytkownikami drogi, którzy w takim miejscu skręcającego się nie spodziewali
i najeżdżali na nich od tyłu. Skręcających w prawo spodziewali się bowiem widzieć
po lewej ręce, jak zawsze. Dobrze jest często dzwonić dzwonkiem (można wszędzie
dokupić taki o szczególnie donośnym głosie), albo, na wszelki wypadek, głośno
wołać, że się jedzie (lai lai lai). Wożenie kogoś na ramie (nawet stuletniej,
niedołężnej babki) lub na tylnym bagażniku jest na porządku dziennym i nikogo to
nie dziwi. Osoby jadące z otwartą książką w ręku też nie są jakimś ewenementem -
jak przystaną, to poczytają i przynajmniej czasu nie stracą. Niektóry próbują to
robić także w ruchu, ale to wyższa szkoła jazdy i w dużym tłoku ciut niebezpieczna.
Szczytem wszystkiego była pewna pani, która jechała na rowerze, dzielnie przy tym
robiąc na drutach jakiś szalik. Zaś przy deszczowej pogodzie wszyscy zakładali
specjalne peleryny, które były tak wyprofilowane, że można było przednią połę
zarzucić na kierownicę roweru i przynajmniej ręce nie mokły. Peleryny miały
kaptury, co miało dobre i złe strony. Dobre, bo się nie mokło, a złe, bo
utrudniały widoczność - przynajmniej na boki. A przecież na ulicy lepiej mieć
oczy dookoła głowy, bo używają jej też samochody.
Kiedy autor pierwszy raz podczas swego pobytu w Chinach wyszedł sam ze swojego
hotelu na jedną z głównych ulic Szanghaju, to zastanawiał się z pięć minut, jak
przejść na drugą stronę. Niby nic takiego, ale przecież był to wówczas dla niego
poważny problem, bo ruch był ogromny, czteropasmowa ulica zapchana po dziurki w
nosie autobusami, ciężarówkami, taksówkami, rowerami itd. Na rogu spostrzegł
dobrze widoczną sygnalizację świetlną. Zapaliło się zielone, autor postawił już
nogę na przejściu i mało mu tej nogi nie rozjechała ciężarówka wypełniona
sześcioma tonami głowiastej kapusty. Ruch nie zatrzymał się nawet na chwilę! To
już nie mieściło się w biednej, skołatanej głowie przybysza. Przecież po to
chyba są światła, żeby regulować ruch? Tymczasem nic z tych rzeczy w Chinach lat
dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku! Światła, owszem, były, ale to niczego nie
zmieniało. Po prostu - trzeba było być swojakiem, który wiedział, co i jak. Po
krótkiej obserwacji cudzoziemiec wnet zrozumiał, na czym to polega i jak to
działa. Światła miały jedynie znaczenie pomocnicze, a podstawową regułą,
akceptowaną nawet przez stojącego na środku skrzyżowania policjanta, było to,
kto bardziej się śpieszył. Przez skrzyżowanie trwał bowiem bezustanny ruch we
wszystkich kierunkach. Komu się śpieszyło, tan wjeżdżał bardziej zdecydowanie,
a pozostali, choćby mieli pierwszeństwo, przyhamowywali, przepuszczając go. I
tak to jakoś, na zakładkę, szło. Wielce pomocna była w tym średnia prędkość, tak
na oko w porywach osiągająca dwadzieścia kilometrów na godzinę. W morzu aut i
rowerów poruszali się, niczym rodzynki w cieście, piesi, tak samo nie
przestrzegający przepisów, jak wszyscy inni. Zasada była jedna: jeśli muszę, to
się poruszam, a inni powinni wziąć to pod uwagę. No i, co najciekawsze, doskonale
to działało, bo chociaż na każdym rogu powinny leżeć hałdy zmasakrowanych zwłok,
to przecież prawdziwy wypadek był rzadkością. Autor przez pierwszy tydzień
przemykał się przez ulicę zawsze w cieniu jakiegoś odważnego (jak mu się wydawało)
ponad miarę Chińczyka, ale wreszcie postanowił definitywnie z tym skończyć, żeby
móc się po mieście poruszać samodzielnie. No i rozwiązał problem już raz na
zawsze, stosując całkowicie lokalną terapię - wlazł mianowicie na jezdnię i
szedł jej środkiem83)
z dwieście metrów, owiewany pędem ciężarówek, w ryku klaksonów i dzwonków,
odprowadzany zaciekawionymi spojrzeniami przechodniów, zachodzących w głowę, co
też tak cudzoziemca sparło? Wszyscy jednak uznali, że skoro tak właśnie idzie,
to widać musi i omijali go zręcznie z lewa i z prawa. A kiedy zszedł już był z
powrotem na chodnik okazał się być innym człowiekiem, zahartowanym w boju
świadomym uczestnikiem chińskiego ruchu drogowego. Od tej chwili nic, co na
ulicy, nie było mu straszne. I tak już pozostało, choć po powrocie do kraju
trzeba było ostro zapominać azjatyckie nawyki
W tamtych czasach Chiny zaczęły już stawiać na rozwój przemysłu samochodowego,
więc na wąskich ulicach pojawiało się coraz więcej taksówek, a nie tylko
ciężarówek i autobusów. Skoro jednak ulice nie były jeszcze przystosowane do
wzmożonego ruchu (w latach późniejszych bardzo sieć ulic szybkiego ruchu
rozbudowano), więc wszystkie były zawsze zakorkowane i jadąc taksówką więcej
czasu się stało, niż jechało. Kierowcy co chwila odkręcali słoik z herbatą,
popijali łyk (ech, to wyschnięte gardło!), zakręcali pokrywkę, wrzucali bieg,
ruszali, podjeżdżali z osiem, a czasem i dziesięć metrów, dawali na luz, sięgali
po słoik z herbatą itd. I jeszcze jeden taki skok i jeszcze, i jeszcze. Na
miejscu taksówkarz wcale nieproszony wypisywał rachunek (wedle wskazań
taksometru), z uwzględnieniem miejsca wsiadania i adresu docelowego, bo taki
miał narzucony przez przepisy obowiązek. W niektórych miastach istniał element
niespodzianki - taksometry były zasłonięte serwetką i kierowca odrzucał ją
teatralnym gestem dopiero na końcu, jakby chciał powiedzieć: "no, no, ile się
ujechało", ale w Szanghaju takich zabaw nie było. Wszystkie taksówki wyposażone
były w łączność radiową, a każdy kierowca oddzielony był od pasażerów grubą
płytą z jakiegoś pleksiglasu dla własnego bezpieczeństwa. Obowiązywało to bodaj
nawet w małych fiatach, bo i takie taksówki można było wówczas w Chinach spotkać
(były podobno lubiane przez pasażerów, bo cena za kilometr w mniejszych
taksówkach była niższa, niż w większych, a w hutungi łatwiej było maluchem
wjechać). Jeśli samochód nie miał klimatyzacji, okna były otwarte na oścież.
Jeśli zaś klimatyzacja została już zamontowana, wszystko zależało od kierowcy.
Najczęściej taksówkarze znali tylko dwa położenia regulacji: albo zupełnie
wyłączone, albo włączone maksymalnie, do końca skali. Pozycji pośrednich nie
było, a pół godziny jazdy w temperaturze szesnastu stopni, po czym wyjście na
zewnątrz, w stojące powietrze o 90% wilgotności i temperaturze +36 deg C kończyło
się zwykle uciążliwym letnim przeziębieniem.
Autobusy były z roku na rok lepsze, ale na początku zdarzały się istne trupy,
które jeździły wieczorem bez świateł i ich zbliżanie należało zauważyć na
podstawie dudnienia luźnych części, telepiących z powodu niedokręcenia. Podobno
akumulatory miały słabe i dlatego trzeba było je oszczędzać. Kto się tego nie
nauczył, padał trupem pod ich kołami. Za to bilety były tanie. Rejsy dalekobieżne
oferowały pojazdy z miejscami leżącymi, obowiązkowym telewizorem i wątpliwą
możliwością spania w zgiełku puszczanych filmów. Na krótkich trasach jeździły
małe mikrobusiki, chyba należące do prywatnych właścicieli. Zasadą było to, że
nie miały ustalonych godzin odjazdu, bo czekało się zazwyczaj, aż wszystkie
miejsca (albo chociaż większość) zostały zajęte. Obok biegał naganiacz, który
darł się84), dokąd
ten autobus jedzie, a pasażerowie siedzieli w środku i grzecznie czekali. To, że
autobus ruszy, to dopiero połowa sukcesu, bo jeszcze musi przejechać przez
interior, a nie wszędzie wiodą nowoczesne autostrady. Tam, gdzie droga wiedzie
przez wsie, tam z pewnością wędrowiec napotka dowody przemyślności wieśniaczej.
Taka droga to ładny kawał równego, nikomu niepotrzebnego miejsca, a tego na wsi
nigdy dość. Zawsze można suszyć tam ziarno, ułożyć jakieś plony na sprzedaż itp.
Kto chce jechać, ten przecież może - drugą stroną, albo i środkiem, bo miejsca
dość. A że tam wlecze się pyrkoczącym traktorkiem (z napędem przenoszonym niczym
nieosłoniętą przekładnią pasową) Stary Zhang85),
skutecznie tarasując wszystkim drogę? No, co też wy, ludziska? Stary Zhang też
ma prawo korzystać z drogi, tak jak każdy inny. A może nawet większe, bo przecież
tu mieszka. Kto się śpieszy, niechaj go wyprzedza, wolna droga. Z tego powodu
mniej więcej sto kilometrów odległości pomiędzy Guangzhou a Macao taki autobusik
pokonywał w marne trzy godziny, a współtowarzysz tej męczarni, który sam o to
zapytał, uśmiechał się z niedowierzaniem na słowa autora, że w jego kraju można
taki dystans pokonać w godzinę. Akurat - zwyczajnie się zamorski diabeł
przechwala, bo wie, że i tak nikt nie sprawdzi.
Niezależnie od tego, czym się jedzie, zawsze trzeba się najpierw do tego środka
transportu wepchnąć, bo ludzi jest tu mnóstwo. Stały ścisk i współzawodnictwo,
komu się uda do autobusu wejść, a komu nie wystarczy na to sił, powodują
skłonność ludzi do przepychania się, nieraz bardzo aroganckiego. Jest to już
chyba niekontrolowany odruch, a Chińczycy czynią to nawet wówczas, kiedy wcale
nie muszą. Autor podziwiał kiedyś ruch na pętli autobusowej na samym południu
ulicy Tybetańskiej (Xizan lu). Obok były duże zakłady przemysłowe, więc gdy
wychodziła z nich hurma pracowników, przy autobusach aż się kłębiło. Jednak
pomału tłum topniał, odjeżdżając do centrum. Kiedy nie było już prawie nikogo,
na przystanek podjechały naraz cztery autobusy tej samej linii. Ludzie rzucili
się do wejść, torując sobie w drzwiach drogę łokciami. A przecież nie musieli
tego robić, bo dwa ostatnie autobusy odjechały z zaledwie kilkoma pasażerami na
pokładzie i każdy mógł tam nie tylko siedzieć, ale chyba nawet leżeć. Jednak
przymus walki o wejście był wdrukowany niczym jakiś atawizm. Trzeba było i już.
Innym przypadkiem bywa udowodnienie, że postawi się na swoim. Wygląda to tak, że
na zatłoczony przystanek podjeżdża pełny pasażerów autobus, rzuca się do niego
tysiąc ludzi, wsiada dziewięćset siedemdziesięciu, dwadzieścia dziewięć osób
rezygnuje, bo kątem oka widzi już nadjeżdżający kolejny autobus, za to ostatnia
osoba stoi z jedną nogą na stopniu, a drugą na przystanku i nie zamierza
zrezygnować. No, po prostu, musi jechać i tyle! I kto jej co zrobi? Z autobusu
wychyla się bileterka (która z tyłu daje też kierowcy znaki do ruszenia przez
pociąganie za sznurek przywiązany do dzwoneczka zamocowanego nad kierownicą) i
coś mówi. Nawet tępy cudzoziemiec rozumie z tonu głosu i gestów, że bileterka
pokazuje następny autobus (stojący już tuż tuż za tym) i sugeruje uprzejmie,
żeby się obywatel zmiłował, nie wygłupiał i przeszedł tam, do tego drugiego.
Obywatel jednak nie rezygnuje, tylko coś z prędkością karabinu maszynowego
odpowiada. I zazwyczaj tłum wciąga brzuchy, wyciągają się ręce - hop! - kłótliwy
obywatel TEŻ wsiadł do upatrzonego autobusu, który wtedy dopiero dzwoni
ręką bileterki i odjeżdża w trasę. Takie obrazki to norma.
Kosztem wielkich pieniędzy wybudowano w Szanghaju metro, co było istnym wyczynem,
bo tam, jak się łopatę za głęboko wbije, to już woda podskórna na wierzch wyłazi.
Ale za te pieniądze pozwolono sobie na niemieckich inżynierów, którzy znaleźli
rozwiązanie, a później całe wyposażenie, oprzyrządowanie, oprogramowanie i wagony
też kupiono niemieckie (bo Chińczycy odczuwają nieskrywany podziw dla niemieckiej
techniki). Co z tego, kiedy w pierwszych miesiącach metro zamykano o dziewiątej
wieczór. Śmiano się, że to dlatego, że obsługa też chce się wyspać i do domu
trafić na kolację, choćby późną. Drugim ciekawym smaczkiem było to, że wejście
na peron było istną drogą przez mękę. Niemiecki Herr Ingenieur zaplanował
trzydzieści wejść obok siebie, a kawałek dalej drugie trzydzieści wyjść. W końcu,
myślał, obciążenie będzie tu szło w dziesiątki tysięcy osób na godzinę. Ale tak
to może sobie myśleć Niemiec u siebie w Heimacie, a nie w Chinach! Tu rada w
radę ustalono, że nie potrzeba używać tylu bramek, bo wystarczy jedna. I tak
odtąd to działało. Tą samą bramką wchodzili nowi pasażerowie, a w tym samym
momencie tąż bramką wychodzili pasażerowie, którzy już na miejsce dojechali. I
żadne europejskie bidusie nie będą nas uczyć, jak kierować ruchem. I bez ich
wątpliwej "mądrości" działało, aż miło było patrzeć - każdy widział, kto tylko
chciał.
Równie śpiesznie wszyscy wpadali do samolotu, chociaż akurat tam naprawdę nie
mieli powodu, bo przecież wszystkie miejsca numerowane, no i nie da się więcej
biletów sprzedać. Nic to! Kto pierwszy, ten więcej mógł władować do szafek nad
głową, a spóźnialscy musieli trzymać swój bagaż pod nogami (bo to, co w Chinach
przepuszczano jeszcze jako bagaż podręczny w Europie zostałoby potraktowane jako
zwykły bagaż do nadania). Po wylądowaniu pasażerowie obowiązkowo klaskali, żeby
wyrazić swój szacunek załodze. A chwilę później wszyscy dostawali małpiego rozumu,
zrywając się z miejsc i tłocząc do wyjścia, aż przyzwyczajone do takiej reakcji
pasażerów stewardessy musiały wszystkich usadzać do czasu zakończenia kołowania.
Na głównych trasach latały najnowsze Boeingi, za to lokalnie można było natrafić
zarówno dużo starsze modele, jak również maszyny Aerofłotu, czarterowane wraz z
całą załogą. Lotniska też właśnie modernizowano, łożąc na to ogromne sumy
pieniędzy. Aeroport w Szanghaju wręcz na oczach zmienił się z małej, piętrowej
budki w ogromny, przeszklony terminal z wieloma salami, korytarzami i rękawami
prowadzącymi do samolotów. A chwilę później zbudowano drugi, jeszcze
nowocześniejszy na Pudongu, w dzielnicy na wschód od rzeki Huangpu. Ale to już
inna historia, do której można będzie wrócić w rozdziale mówiącym o nowoczesności.
Gorzej z oznakowaniem - dopóki leciało się na głównych szlakach, dopóty wszystkie
napisy były po chińsku i po angielsku. Biada jednak tym, których życie rzuciło
bez chińskiego przewodnika gdzieś w interior! Tam wszystkie informacje (na
lokalnych lotniskach też) były już tylko w miejscowym języku i kto nie wiedział,
jak pisze się znakami nazwę miejsca swego przeznaczenia, ten mógł łacno się
zdziwić. Może jednak przez tych paręnaście lat zmieniło się i to. W końcu Chiny
otworzyły się na świat.