Agradacja AGRADACJA

Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział



ROZDZIAŁ XIII: ULICA

Sporo o ulicy powiedziano już przy omawianiu transportu, ale przecież nie wszystko i dużo jeszcze do powiedzenia zostało. Tam bowiem toczy się duża część życia Chińczyka z miasta (na wsi autor bywał sporadycznie, więc nie odważy się jej opisywać ze szczegółami, znawstwem i smakiem). Muszą więc wystarczyć wspomnienia miejskie. Ulice mają swoje nazwy, jak wszędzie (może oprócz Japonii). Zbiór wszystkich możliwych nazw nie jest specjalnie imponujący, bo zwykle tworzy się je od nazw geograficznych miast, rzek, czy gór chińskich. Jednak nie zawsze, bo czasem sięga się po sławnych ludzi, a bywa też tak, że później trwa się w uporze, nie zmieniając niczego, nawet jeśli gdzie indziej dawno już to zrobiono. I tak, na przykład, jedna z głównych ulic Dairenu jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku nazywała się Sidalin lu86) i dopiero nieco później przemianowano ją na bardziej swojskie Zhong Shan lu87). W miastach - molochach ta sama ulica może się ciągnąć kilometrami, więc chiński pragmatyzm wymyślił, że wydzieli się z nich główne części i nazwie odpowiednio do położenia. Zachodnia część ulicy będzie miała pomiędzy nazwą, a słowem oznaczającym "ulicę" (lu) jeszcze słowo Xi, wschodnia - Dong, środkowa - Zhong, północna - Bei, no i południowa - Nan. List zaadresowany jedynie alfabetem łacińskim idzie o dobry tydzień - dwa dłużej, bo na poczcie muszą wpierw odcyfrować adres. Chyba, że napisało się swój adres także po chińsku, skopiowało i tę kopię przesłało jakoś bliskim, żeby go drukowali (naklejali) na kopertach, co wyraźnie przyśpieszało doręczanie.

Na ulicy nie trzeba nawet specjalnie się starać, żeby zobaczyć coś ciekawego - wystarczy trochę się porozglądać. Pierwsze, co uderzy w Szanghaju to to, że ulice w centrum nie są wytyczone prosto, tylko jakimiś dziwnymi łukami i zakrętami i, wypatrując jakiegoś charakterystycznego punktu, nie można spojrzeć dalej niż na jakieś trzysta metrów, bo tam już ulica skręca, co z początku znakomicie utrudnia orientację. Jedna z ulic była pierwotnie bulwarem nad strumyczkiem, z którego teraz nawet śladu nie zostało, więc ona, w porządku, niech będzie kręta. Ale dlaczego inne? Nie ułatwiało to poruszania się po mieście, przynajmniej z początku. Ulice nie są szerokie, ruch, jak już wspomniano, ogromny, a ludzi tysiące. Budynki najczęściej kilkupiętrowe, w różnych odcieniach szarości i czerwieni, raczej nieciekawe, wyraźnie przykurzone. Rozmach zaczynał się dopiero po wschodniej stronie rzeki, na Pudongu, który miał w zamyśle przyćmić Hong Kong. Jednak za pobytu autora ta dzielnica stawiała dopiero pierwsze kroki i gros ludzi mieszkało w Puxi - po zachodniej stronie rzeki.

Idąc ulicą łatwo było natknąć się na szkołę. W dwóch momentach dzieci na pewno przebywały przed nią, wprost na ulicy. Po pierwsze - na początku zajęć, kiedy grano hymn chiński (Marsz Ochotników) i podczas zajęć gimnastyki, bo sal gimnastycznych raczej nie było. Ustawione karnie czwórkami dzieci tarasowały wtedy cały chodnik, wyprostowane, w postawie na baczność, słuchając hymnu. Ubrane zupełnie przypadkowo, w jakieś kurtki, swetry, dresy (nie było mundurków), często nosiły na szyjach czerwone chusty. Gdy miały zajęcia z WF-u, to też nie biegały jak szalone, tylko głównie ćwiczyły w miejscu jakieś tam gimnastyczne wygibasy, czy tak ulubione przez wojskowych ćwiczenia na tempa. Chyba już wspominano, że szkoła nie jest tam na żadnym etapie bezpłatna, co dla rodzin niezamożnych może być bardzo dużym obciążeniem.

Na parterze domów pełno było sklepów. Niech no jednak tylko ktoś przyzwyczaił się, że na rogu jest sklep z meblami, to po paru miesiącach okazywało się, że szyby są zamazane farbą, a w środku trwa remont. Patrząc z boku wyglądało to tak, jakby każdy kolejny właściciel chciał zlikwidować wszelkie ślady istnienia swoich poprzedników. Zmieniano nie tylko wystrój sklepu, ale także kafelki położone na ścianie zewnętrznej, a często także drzwi, okna, ozdobne lustra przy wejściu itp. No i dobrze: ich pieniądze, ich decyzja. Zdarzało się tak, że zaciekawiony remontem cudzoziemiec ujrzał pewnego dnia, że w jakimś miejscu otworzono teraz nowy sklep z ekskluzywnymi ubraniami. Było trochę hałasu (trzeba podpalić specjalnie przygotowane kiście małych ładunków wybuchowych; podkłada się ogień z dołu i kolejne elementy wybuchają z dołu do góry, czyniąc miły azjatyckiemu uchu zgiełk), obowiązkowa uczta na otwarcie, a później sklep ział pustką, bo nawet stosunkowo zamożny cudzoziemiec truchlał, widząc ceny. W środku nudziły się trzy, czy cztery panienki z obsługi. Wszystkie szykowne, zadbane, elegancko ubrane, sztucznie uśmiechnięte i umalowane. A po kolejnych kilku miesiącach - trach - zamknięte i kolejna brygada zrywa wszystko, co się da, bo następny właściciel widzi szczegóły swego lokalu inaczej. Państwowe sklepy były bardziej stabilne i potrafiły przetrwać całe lata. Za to wszystkie miały tę samą cechę - obowiązywał, zupełnie jak w baroku, blichtr tylko od strony fasady. W największych sklepach towarowych, gdzie lśniło z kryształowych żyrandoli, aluminiowe panele były tak wypolerowane, że świeciły, w podłodze można było się przejrzeć - to i tam, gdy tylko weszło się na klatkę schodową (pożarową - przecież wszyscy mieli jeździć wieloma klimatyzowanymi windami szybkobieżnymi albo, w ostateczności, ruchomymi schodami), napotykało się stan znany u nas jako kiła i mogiła. Tu i tam walały się otwarte worki z cementem, leżały jakieś kształtki budowlane, resztki kabla, pustaki i morze, morze śmieci.

Zaciekawiało, dlaczego wielka ciężarówka przystaje obok niewielkiego budyneczku postawionego pomiędzy jezdniami i tam następuje wymiana wielkich, plastikowych beczek. Jedne zrzucano na ziemię, ustawiając obok tej budowli, a drugie mozolnie ładowano i gdzieś zabierano. Napis nad wejściem tłumaczył wszystko - to była publiczna toaleta. Z rozmów prowadzonych z innymi cudzoziemcami można było wywnioskować, że na większość z nich działała tak samo - to znaczy silnie wstrzymująco. Bo też jest o czym napisać. Składała się z części męskiej i żeńskiej. Wchodziło się do pomieszczenia o wymiarach gdzieś tak dwóch metrów na jakieś pięć. Środkiem biegł chodniczek z lastriko. Po bokach wykonano dwa rowki o przekroju trapezu, u góry szersze, u dołu węższe. Rowki te zaczynały się przy jednej ścianie, a kończyły aż przy przeciwległej. W dodatku (po pilnych obserwacjach) można było stwierdzić, że mają one spadek - koniec bardziej oddalony od drzwi wejściowych był o kilka centymetrów niżej. Na ścianie przy drzwiach nad każdym z rowków umieszczony był mały kurek czerpalny. Nic tam więcej już nie było. W celu skorzystania z takiej toalety należało wejść do środka, wybrać sobie rowek (lewy lub prawy), zręcznie wyminąć innych korzystających tak, by znaleźć miejsce dla siebie, spuścić spodnie, kucnąć na rowkiem88), załatwić swoją potrzebę, powtórzyć poprzednie czynności w odwrotnej kolejności i pójść dalej, wesolutki, niczym szczygiełek. Żadnych ścianek działowych, boksów, czy jakichś drzwi zapewniających minimum intymności w takich toaletach nie było. Co pewien czas do środka zaglądał ktoś z obsługi, sprawdzając, czy już czas. Jeśli stwierdzał, że nie, wracał do siebie, a jeśli uważał, że tak, to odkręcał kurek z wodą i rozczapierzoną miotełką zgarniał nieczystości ku niższemu końcowi rowka, który nie był zakończony ślepo, tylko rurką o sporym przekroju wyprowadzoną na zewnątrz tak przemyślnie, że wszystko wpadało wprost do podstawionej tam beczki. Drugim obowiązkiem obsługi była kontrola, czy z beczki już się czasem nie wylewa i czy nie trzeba jej zakręcić pokrywką i wymienić na nową, całkiem pustą. Tak uzyskany surowiec jechał do podmiejskich komun ogrodniczych, stanowiąc dużą (o ile nie zasadniczą) część używanego nawozu. Pewnie i dlatego nikt przy zdrowych zmysłach nie jadł surówek z warzyw tym podlewanych.

Tu ktoś grał na ulicy w badmintona, tam w bramie stał rzemieślnik naprawiający rowery, szewc, czy pucybut. Od czasu do czasu przechodziło się obok ulicy zamienionej na rynek, albo na bar pod gołym niebem, gdzie można było zamówić mniej wyszukane dania, ale wciąż w oszałamiającym dla cudzoziemca wyborze. Czasem spotykało się zupełny rarytas - wiekową kobietę, która chwiała się na maleńkich nóżkach. Była to kolejna ofiara wielowiekowej tradycji, która kazała (dla dobra córek) krępować im stopy bandażami, tak silnie podwijając wszystkie palce oprócz palucha pod spód stopy, że praktycznie im te palce łamano. A wszystko dlatego, że mężczyźni już parę tysięcy lat temu osiągnęli zbiorowy amok azjatyckiego retifizmu, podniecając się na widok maleńkiej stopki. Jeśli więc córka miała zrobić karierę nie jako kuchta, czy pomoc domowa, ale zostać małżonką lub choćby tylko żoną możnego pana, to nie mogła mieć buta wielkiego jak szufla. No i katowano ją, doprowadzając do takiego stanu, że z trudem chodziła na większe odległości, a zdeformowane stopy bolały ją do końca życia. Czego jednak nie robi się dla dobra dziecka, zwłaszcza, gdy cierpi ono, a nie rodzice? A wszystko wzięło się stąd, że w jakiejś tam opowieści liczącej sobie wiele tysięcy lat mowa była o wybitnej piękności (bodajże miała coś wspólnego z księżycem, ale ta opowieść zawsze budziła w autorze odruchy sprzeciwu, więc nigdy, pomimo prób, nie był w stanie zapamiętać jej do końca), która miała superhipermałe stópki. A taka rekomendacja, która ma wiele wieków była w Chinach przez kolejne stulecia oczywistym nakazem, istną oczywistą normą piękna. Bo, co już niejednokrotnie tu wykazano, przodkowie mylić się nie mogli. Dopiero po obaleniu cesarstwa obyczaju zabroniono.

Ale co to? Czemu jakiś nieznany nam obywatel podchodzi do nas coraz bliżej, zrównuje krok do naszego, wreszcie faktycznie przytula się do naszego boku? Jakiś rasista, niechętny obcym, który zaraz nas znieważy i zanieczyści? Kochający inaczej? Tajniak? Uczestnik kursu angielskiego, który pragnie w ten sposób zamanifestować swoją chęć konwersacji, choć jeszcze wstydzi się ust otworzyć? Nic z tych rzeczy. To zwykły oszust i naganiacz. Zaraz zbliży swe usta do naszego ucha i wydyszy jedno z magicznych zaklęć, pachnących kłamstwem. Pierwsze: "FEC, FEC89). Change money". Drugie: "Would you like a girl?". Trzecie: "Cheap antiquities. Tang dynasty". Na żadne lepiej nie reagować przychylnie, chyba że chce się mieć niezapomniane doznania. Wymiana pieniędzy była nielegalna, więc jeśli już ktoś to robił, to powinien zadbać o znalezienie zaufanego miejsca, a nie robić tego w miejscu publicznym, z obcymi ludźmi, którzy często ponoć starali się oszukać zamorskiego diabła, wepchnąwszy jedynie część należnych pieniędzy w drobnych banknotach rozpierzchali się nagle z okrzykiem "police, police". Używanie prostytutki o sterczących zębach na brudnym sienniku w jakiejś podejrzanej norze też mogło się bardzo źle skończyć i dobrze, jeśli tylko na zwykłym ograbieniu. Odpowiadanie "no, a boy" też prowadziło donikąd (autor sprawdzał), bo naganiacz informował natychmiast z żarliwym entuzjazmem, że "O.K., O.K., no problem". A o "okazyjnym" zakupie wykopalisk z dynastii Shang już pisano w poprzednich rozdziałach.

W tamtych czasach mało kto mówił dobrze po angielsku. Przez całe lata kontakty z cudzoziemcami były zabronione i, podobno, można było za złamanie tego przepisu trafić do przymusowej pracy na ryżowisku. Jednak, skoro formalny zakaz został uchylony, całe tabuny ludzi zaczepiały nieszczęsnych cudzoziemców, zadając im sakramentalne pytanie: "where are you from?". Najczęściej było to jedyne zdanie, które ludzie potrafili z siebie wydać, ale wcale im to nie przeszkadzało i nie odczuwali żadnego skrępowania, że kogoś zaczepiają, a później nawet niezbyt rozumieją, co on im odpowiada. Ci, którzy przeszli widać już jakiś wyższy kurs potrafili czasem jeszcze sklecić dwa - trzy rozsądne90) zdania i na tym zwykle się kończyło. Trafiali się też, co prawda, i tacy, którzy mówili całkiem poprawnie, ale zwykle byli to jacyś wydrwigrosze. Bo też zdarzało się tak, że cudzoziemiec szedł sobie ulicą z silnym postanowieniem zakupu czegoś tam. Ponieważ mieszkał już w mieście parę lat, więc wiedział dokładnie, co i gdzie kupić, co ile kosztuje i dlaczego popsuje się to za najdalej trzy miesiące. Wchodził do sklepu, dogadywał się ze sprzedawcą, wyciągał pieniądze, a tu - myk! - ręka człowieka stojącego obok wyrywała mu banknot i podawała go sekundę później sprzedawcy. Zamorski diabeł już wiedział, w czym rzecz, wchodził w obcego biodrem, odpychał go od lady, sam przejmował resztę, chwytał swój zakup i wychodził na ulicę. A ten natrętny człowiek za nim. I zaczynał tłumaczyć po angielsku, że on bardzo był właśnie pomógł cudzoziemcowi, to teraz cudzoziemiec powinien pomóc jemu. Na przykład - dając marne sto yuanów. Silne wrażenie robił na takich oszustach krzyk po niemiecku91). Bo to i niemiecki nie jest językiem dla przyjaciół i nie był wówczas nieszczęsny wydrwigrosz pewien, czy dziki zna angielski, więc czy w ogóle można się z nim dogadać. Chociaż czasem zdarzały się rzeczy, o których nie śniło się nawet filozofom. Pewnego razu autor jechał z drugim Polakiem taksówką, rozmawiając beztrosko, a tu na kolejnym skrzyżowaniu kierowca odwrócił się i zapytał: "Entschuldigung. Woher sind Sie, meine Herren?".

Byli też tacy, którzy nic nie mówili, tylko potrząsali jakimś kubeczkiem, pewni, że zamorski diabeł po to tylko przyjechał do ich kraju, żeby dać im sutą jałmużnę. A kiedy taki obcy omijał ich jak zapowietrzonych, to często gonili z krzykiem, usiłując zagrodzić drogę i wymusić sprawiedliwość. Najwięcej takich ludzi było w okolicy najdroższych hoteli. Bo też wydawało się, że w zamyśle władz cudzoziemiec w ogóle nie powinien wychodzić z hotelu, tylko tam żyć, płacąc słono za miejsce, przepłacając kilkakrotnie za posiłki, a na wycieczki udając się jedynie poprzez wyspecjalizowane biura turystyczne, które potrafiły rozdmuchać koszty dziesięciokrotnie i więcej, bo przecież szanowni goście czuliby się zdeprecjonowani, gdyby zapłacili mało.

A na placach, skwerach i w parkach (wejście do parku było płatne, co prawda za dość symboliczną kwotę) ćwiczyli gromadnie ludzie. Jedni zwykłe taiqi, drudzy jakieś ćwiczenia z szarfami, szablami, układy gimnastyczne, taneczne, czy coś podobnego. Prowadzący (mistrz) i kilkunastu, albo i kilkudziesięciu uczestników. Rankiem na ulicy można było spotkać pojedynczych ludzi machających rękoma powolnymi, wystudiowanymi gestami lub stojących na jednej nodze w pozycji żurawia polującego na rybę i gracko tę nogę zmieniających na drugą. Gimnastyka jest tam bardzo popularna i, co ciekawe, bardziej chyba wśród starszych ludzi, którzy po przejściu na emeryturę mają więcej czasu, niż wśród młodzi. Jedno z ćwiczeń to chodzenie tyłem, co w pierwszej chwili dziwi obcych, ale i do widoku starszego pana zasuwającego chwacko jak przestraszony rak, też można łatwo przywyknąć.

Czasami ulicami sunęła odkryta ciężarówka, która po obu stronach powierzchni ładunkowej miała wypisane jakieś wielkie hasło na czerwonym tle. Na niej siedziała orkiestra złożona z kilku ludzi, która bez przerwy uświetniała doniosłe wydarzenie. Muzyka była tylko trochę podobna do opery pekińskiej, to znaczy dużo grzmiących tam tamów, sporo czyneli czyniących przeraźliwy zgiełk, za to żadnego śpiewania na głosy. Bum bum bum brzmiało wolno, dostojnie i z rozmachem, a za to dźwiąk dźwiąk dźwiąk dźwiąk było szybkie, nerwowe i przenikliwe. I jeszcze raz i jeszcze raz, aż samochód odjeżdżał i dźwięki stawały się coraz cichsze, uszczęśliwiając już inne dzielnice. Co świętowały te orkiestry, to pozostało dla autora do dzisiaj nierozwiązaną zagadką. Widać jednak coś ważnego, skoro decydowano się na takie obwoźne przedstawienie.

W starszej części miasta (jeszcze wówczas nie skanalizowanej) można było czasem natknąć się na obrazek jak z naszych przedwojennych sztetli. Raptem otwierały się drzwi na parterze, ktoś dawał krok na ulicę, wysuwała się ręka i ziuu! Zawartość nocnika leciała wprost do rynsztoka. Nie było żadnego rozglądania się, czy się kogo nie ochlapie, czy też może ktoś idzie w pobliżu. A gdzieniegdzie stały pod murami plastikowe beczki - takie same, jak te pod publicznymi toaletami, więc pewnie w zamyśle należało jednak wszystko wylewać tam. Poza tym jednak dbano o czystość. W tamtym okresie po ulicach chodziły jakieś grupy emerytów - strażników czystości z opaskami na ramionach, którzy dopadali takich, co to rzucili papierek na ziemię i wlepiali im inkasowany na miejscu mandat w wysokości kilku yuanów, więc wcale niemały. Najciekawsze w tym wszystkim było to, że przyłapani na brudzeniu ludzie płacili trzęsącym się starcom, zamiast zbluzgać ich ciężkim słowem i skopać, jak to pewnie miałoby miejsce u nas. Inne trójki emeryckie łapały tych, którzy chcieli przejść przez jezdnię w miejscu, gdzie za ciężkie pieniądze władze postawiły przejścia nadziemne. A wieśniaka, który, niczym nie skrępowany, spuścił, ku szczeremu zadziwieniu przechodzącego tam akurat autora, spodnie na Bundzie92) i bardzo niedwuznacznie zabierał się do defekacji, powstrzymał, złapawszy go na próbie dokonania przestępstwa, jak spod ziemi wyrosły, policjant, po czym coś mu tam tłumaczył, pewnie jak dojść do toalety93), bo ten temat nie jest w Chinach żadnym tabu.

Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział



© YPY - Strona poprawiona i publikowana 30.05.2009