|
AGRADACJA | |
Sporo o ulicy powiedziano już przy omawianiu transportu, ale przecież nie wszystko
i dużo jeszcze do powiedzenia zostało. Tam bowiem toczy się duża część życia
Chińczyka z miasta (na wsi autor bywał sporadycznie, więc nie odważy się jej
opisywać ze szczegółami, znawstwem i smakiem). Muszą więc wystarczyć wspomnienia
miejskie. Ulice mają swoje nazwy, jak wszędzie (może oprócz Japonii). Zbiór
wszystkich możliwych nazw nie jest specjalnie imponujący, bo zwykle tworzy się je
od nazw geograficznych miast, rzek, czy gór chińskich. Jednak nie zawsze, bo
czasem sięga się po sławnych ludzi, a bywa też tak, że później trwa się w uporze,
nie zmieniając niczego, nawet jeśli gdzie indziej dawno już to zrobiono. I tak,
na przykład, jedna z głównych ulic Dairenu jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych
ubiegłego wieku nazywała się Sidalin lu86)
i dopiero nieco później przemianowano ją na bardziej swojskie Zhong Shan
lu87). W miastach -
molochach ta sama ulica może się ciągnąć kilometrami, więc chiński pragmatyzm
wymyślił, że wydzieli się z nich główne części i nazwie odpowiednio do położenia.
Zachodnia część ulicy będzie miała pomiędzy nazwą, a słowem oznaczającym "ulicę"
(lu) jeszcze słowo Xi, wschodnia - Dong, środkowa - Zhong, północna - Bei, no i
południowa - Nan. List zaadresowany jedynie alfabetem łacińskim idzie o dobry
tydzień - dwa dłużej, bo na poczcie muszą wpierw odcyfrować adres. Chyba, że
napisało się swój adres także po chińsku, skopiowało i tę kopię przesłało jakoś
bliskim, żeby go drukowali (naklejali) na kopertach, co wyraźnie przyśpieszało
doręczanie.
Na ulicy nie trzeba nawet specjalnie się starać, żeby zobaczyć coś ciekawego -
wystarczy trochę się porozglądać. Pierwsze, co uderzy w Szanghaju to to, że ulice
w centrum nie są wytyczone prosto, tylko jakimiś dziwnymi łukami i zakrętami i,
wypatrując jakiegoś charakterystycznego punktu, nie można spojrzeć dalej niż na
jakieś trzysta metrów, bo tam już ulica skręca, co z początku znakomicie utrudnia
orientację. Jedna z ulic była pierwotnie bulwarem nad strumyczkiem, z którego
teraz nawet śladu nie zostało, więc ona, w porządku, niech będzie kręta. Ale
dlaczego inne? Nie ułatwiało to poruszania się po mieście, przynajmniej z
początku. Ulice nie są szerokie, ruch, jak już wspomniano, ogromny, a ludzi
tysiące. Budynki najczęściej kilkupiętrowe, w różnych odcieniach szarości i
czerwieni, raczej nieciekawe, wyraźnie przykurzone. Rozmach zaczynał się dopiero
po wschodniej stronie rzeki, na Pudongu, który miał w zamyśle przyćmić Hong Kong.
Jednak za pobytu autora ta dzielnica stawiała dopiero pierwsze kroki i gros ludzi
mieszkało w Puxi - po zachodniej stronie rzeki.
Idąc ulicą łatwo było natknąć się na szkołę. W dwóch momentach dzieci na pewno
przebywały przed nią, wprost na ulicy. Po pierwsze - na początku zajęć, kiedy
grano hymn chiński (Marsz Ochotników) i podczas zajęć gimnastyki, bo sal
gimnastycznych raczej nie było. Ustawione karnie czwórkami dzieci tarasowały
wtedy cały chodnik, wyprostowane, w postawie na baczność, słuchając hymnu.
Ubrane zupełnie przypadkowo, w jakieś kurtki, swetry, dresy (nie było mundurków),
często nosiły na szyjach czerwone chusty. Gdy miały zajęcia z WF-u, to też nie
biegały jak szalone, tylko głównie ćwiczyły w miejscu jakieś tam gimnastyczne
wygibasy, czy tak ulubione przez wojskowych ćwiczenia na tempa. Chyba już
wspominano, że szkoła nie jest tam na żadnym etapie bezpłatna, co dla rodzin
niezamożnych może być bardzo dużym obciążeniem.
Na parterze domów pełno było sklepów. Niech no jednak tylko ktoś przyzwyczaił
się, że na rogu jest sklep z meblami, to po paru miesiącach okazywało się, że
szyby są zamazane farbą, a w środku trwa remont. Patrząc z boku wyglądało to tak,
jakby każdy kolejny właściciel chciał zlikwidować wszelkie ślady istnienia swoich
poprzedników. Zmieniano nie tylko wystrój sklepu, ale także kafelki położone na
ścianie zewnętrznej, a często także drzwi, okna, ozdobne lustra przy wejściu itp.
No i dobrze: ich pieniądze, ich decyzja. Zdarzało się tak, że zaciekawiony
remontem cudzoziemiec ujrzał pewnego dnia, że w jakimś miejscu otworzono teraz
nowy sklep z ekskluzywnymi ubraniami. Było trochę hałasu (trzeba podpalić
specjalnie przygotowane kiście małych ładunków wybuchowych; podkłada się ogień z
dołu i kolejne elementy wybuchają z dołu do góry, czyniąc miły azjatyckiemu uchu
zgiełk), obowiązkowa uczta na otwarcie, a później sklep ział pustką, bo nawet
stosunkowo zamożny cudzoziemiec truchlał, widząc ceny. W środku nudziły się trzy,
czy cztery panienki z obsługi. Wszystkie szykowne, zadbane, elegancko ubrane,
sztucznie uśmiechnięte i umalowane. A po kolejnych kilku miesiącach - trach -
zamknięte i kolejna brygada zrywa wszystko, co się da, bo następny właściciel
widzi szczegóły swego lokalu inaczej. Państwowe sklepy były bardziej stabilne i
potrafiły przetrwać całe lata. Za to wszystkie miały tę samą cechę - obowiązywał,
zupełnie jak w baroku, blichtr tylko od strony fasady. W największych sklepach
towarowych, gdzie lśniło z kryształowych żyrandoli, aluminiowe panele były tak
wypolerowane, że świeciły, w podłodze można było się przejrzeć - to i tam, gdy
tylko weszło się na klatkę schodową (pożarową - przecież wszyscy mieli jeździć
wieloma klimatyzowanymi windami szybkobieżnymi albo, w ostateczności, ruchomymi
schodami), napotykało się stan znany u nas jako kiła i mogiła. Tu i tam walały
się otwarte worki z cementem, leżały jakieś kształtki budowlane, resztki kabla,
pustaki i morze, morze śmieci.
Zaciekawiało, dlaczego wielka ciężarówka przystaje obok niewielkiego budyneczku
postawionego pomiędzy jezdniami i tam następuje wymiana wielkich, plastikowych
beczek. Jedne zrzucano na ziemię, ustawiając obok tej budowli, a drugie mozolnie
ładowano i gdzieś zabierano. Napis nad wejściem tłumaczył wszystko - to była
publiczna toaleta. Z rozmów prowadzonych z innymi cudzoziemcami można było
wywnioskować, że na większość z nich działała tak samo - to znaczy silnie
wstrzymująco. Bo też jest o czym napisać. Składała się z części męskiej i
żeńskiej. Wchodziło się do pomieszczenia o wymiarach gdzieś tak dwóch metrów na
jakieś pięć. Środkiem biegł chodniczek z lastriko. Po bokach wykonano dwa rowki
o przekroju trapezu, u góry szersze, u dołu węższe. Rowki te zaczynały się przy
jednej ścianie, a kończyły aż przy przeciwległej. W dodatku (po pilnych obserwacjach)
można było stwierdzić, że mają one spadek - koniec bardziej oddalony od drzwi
wejściowych był o kilka centymetrów niżej. Na ścianie przy drzwiach nad każdym
z rowków umieszczony był mały kurek czerpalny. Nic tam więcej już nie było. W
celu skorzystania z takiej toalety należało wejść do środka, wybrać sobie rowek
(lewy lub prawy), zręcznie wyminąć innych korzystających tak, by znaleźć miejsce
dla siebie, spuścić spodnie, kucnąć na rowkiem88),
załatwić swoją potrzebę, powtórzyć poprzednie czynności w odwrotnej kolejności i
pójść dalej, wesolutki, niczym szczygiełek. Żadnych ścianek działowych, boksów,
czy jakichś drzwi zapewniających minimum intymności w takich toaletach nie było.
Co pewien czas do środka zaglądał ktoś z obsługi, sprawdzając, czy już czas.
Jeśli stwierdzał, że nie, wracał do siebie, a jeśli uważał, że tak, to odkręcał
kurek z wodą i rozczapierzoną miotełką zgarniał nieczystości ku niższemu końcowi
rowka, który nie był zakończony ślepo, tylko rurką o sporym przekroju wyprowadzoną
na zewnątrz tak przemyślnie, że wszystko wpadało wprost do podstawionej tam
beczki. Drugim obowiązkiem obsługi była kontrola, czy z beczki już się czasem nie
wylewa i czy nie trzeba jej zakręcić pokrywką i wymienić na nową, całkiem pustą.
Tak uzyskany surowiec jechał do podmiejskich komun ogrodniczych, stanowiąc dużą
(o ile nie zasadniczą) część używanego nawozu. Pewnie i dlatego nikt przy zdrowych
zmysłach nie jadł surówek z warzyw tym podlewanych.
Tu ktoś grał na ulicy w badmintona, tam w bramie stał rzemieślnik naprawiający
rowery, szewc, czy pucybut. Od czasu do czasu przechodziło się obok ulicy
zamienionej na rynek, albo na bar pod gołym niebem, gdzie można było zamówić
mniej wyszukane dania, ale wciąż w oszałamiającym dla cudzoziemca wyborze. Czasem
spotykało się zupełny rarytas - wiekową kobietę, która chwiała się na maleńkich
nóżkach. Była to kolejna ofiara wielowiekowej tradycji, która kazała (dla dobra
córek) krępować im stopy bandażami, tak silnie podwijając wszystkie palce oprócz
palucha pod spód stopy, że praktycznie im te palce łamano. A wszystko dlatego,
że mężczyźni już parę tysięcy lat temu osiągnęli zbiorowy amok azjatyckiego
retifizmu, podniecając się na widok maleńkiej stopki. Jeśli więc córka miała
zrobić karierę nie jako kuchta, czy pomoc domowa, ale zostać małżonką lub choćby
tylko żoną możnego pana, to nie mogła mieć buta wielkiego jak szufla. No i
katowano ją, doprowadzając do takiego stanu, że z trudem chodziła na większe
odległości, a zdeformowane stopy bolały ją do końca życia. Czego jednak nie robi
się dla dobra dziecka, zwłaszcza, gdy cierpi ono, a nie rodzice? A wszystko
wzięło się stąd, że w jakiejś tam opowieści liczącej sobie wiele tysięcy lat
mowa była o wybitnej piękności (bodajże miała coś wspólnego z księżycem, ale ta
opowieść zawsze budziła w autorze odruchy sprzeciwu, więc nigdy, pomimo prób, nie
był w stanie zapamiętać jej do końca), która miała superhipermałe stópki. A taka
rekomendacja, która ma wiele wieków była w Chinach przez kolejne stulecia
oczywistym nakazem, istną oczywistą normą piękna. Bo, co już niejednokrotnie tu
wykazano, przodkowie mylić się nie mogli. Dopiero po obaleniu cesarstwa obyczaju
zabroniono.
Ale co to? Czemu jakiś nieznany nam obywatel podchodzi do nas coraz bliżej,
zrównuje krok do naszego, wreszcie faktycznie przytula się do naszego boku?
Jakiś rasista, niechętny obcym, który zaraz nas znieważy i zanieczyści? Kochający
inaczej? Tajniak? Uczestnik kursu angielskiego, który pragnie w ten sposób
zamanifestować swoją chęć konwersacji, choć jeszcze wstydzi się ust otworzyć?
Nic z tych rzeczy. To zwykły oszust i naganiacz. Zaraz zbliży swe usta do
naszego ucha i wydyszy jedno z magicznych zaklęć, pachnących kłamstwem. Pierwsze:
"FEC, FEC89). Change
money". Drugie: "Would you like a girl?". Trzecie: "Cheap antiquities. Tang
dynasty". Na żadne lepiej nie reagować przychylnie, chyba że chce się mieć
niezapomniane doznania. Wymiana pieniędzy była nielegalna, więc jeśli już ktoś
to robił, to powinien zadbać o znalezienie zaufanego miejsca, a nie robić tego w
miejscu publicznym, z obcymi ludźmi, którzy często ponoć starali się oszukać
zamorskiego diabła, wepchnąwszy jedynie część należnych pieniędzy w drobnych
banknotach rozpierzchali się nagle z okrzykiem "police, police". Używanie
prostytutki o sterczących zębach na brudnym sienniku w jakiejś podejrzanej norze
też mogło się bardzo źle skończyć i dobrze, jeśli tylko na zwykłym ograbieniu.
Odpowiadanie "no, a boy" też prowadziło donikąd (autor sprawdzał), bo naganiacz
informował natychmiast z żarliwym entuzjazmem, że "O.K., O.K., no problem". A o
"okazyjnym" zakupie wykopalisk z dynastii Shang już pisano w poprzednich
rozdziałach.
W tamtych czasach mało kto mówił dobrze po angielsku. Przez całe lata kontakty z
cudzoziemcami były zabronione i, podobno, można było za złamanie tego przepisu
trafić do przymusowej pracy na ryżowisku. Jednak, skoro formalny zakaz został
uchylony, całe tabuny ludzi zaczepiały nieszczęsnych cudzoziemców, zadając im
sakramentalne pytanie: "where are you from?". Najczęściej było to jedyne zdanie,
które ludzie potrafili z siebie wydać, ale wcale im to nie przeszkadzało i nie
odczuwali żadnego skrępowania, że kogoś zaczepiają, a później nawet niezbyt
rozumieją, co on im odpowiada. Ci, którzy przeszli widać już jakiś wyższy kurs
potrafili czasem jeszcze sklecić dwa - trzy rozsądne90)
zdania i na tym zwykle się kończyło. Trafiali się też, co prawda, i tacy, którzy
mówili całkiem poprawnie, ale zwykle byli to jacyś wydrwigrosze. Bo też zdarzało
się tak, że cudzoziemiec szedł sobie ulicą z silnym postanowieniem zakupu czegoś
tam. Ponieważ mieszkał już w mieście parę lat, więc wiedział dokładnie, co i
gdzie kupić, co ile kosztuje i dlaczego popsuje się to za najdalej trzy miesiące.
Wchodził do sklepu, dogadywał się ze sprzedawcą, wyciągał pieniądze, a tu - myk! -
ręka człowieka stojącego obok wyrywała mu banknot i podawała go sekundę później
sprzedawcy. Zamorski diabeł już wiedział, w czym rzecz, wchodził w obcego biodrem,
odpychał go od lady, sam przejmował resztę, chwytał swój zakup i wychodził na
ulicę. A ten natrętny człowiek za nim. I zaczynał tłumaczyć po angielsku, że on
bardzo był właśnie pomógł cudzoziemcowi, to teraz cudzoziemiec powinien pomóc
jemu. Na przykład - dając marne sto yuanów. Silne wrażenie robił na takich
oszustach krzyk po niemiecku91).
Bo to i niemiecki nie jest językiem dla przyjaciół i nie był wówczas nieszczęsny
wydrwigrosz pewien, czy dziki zna angielski, więc czy w ogóle można się z nim
dogadać. Chociaż czasem zdarzały się rzeczy, o których nie śniło się nawet
filozofom. Pewnego razu autor jechał z drugim Polakiem taksówką, rozmawiając
beztrosko, a tu na kolejnym skrzyżowaniu kierowca odwrócił się i zapytał:
"Entschuldigung. Woher sind Sie, meine Herren?".
Byli też tacy, którzy nic nie mówili, tylko potrząsali jakimś kubeczkiem, pewni,
że zamorski diabeł po to tylko przyjechał do ich kraju, żeby dać im sutą
jałmużnę. A kiedy taki obcy omijał ich jak zapowietrzonych, to często gonili z
krzykiem, usiłując zagrodzić drogę i wymusić sprawiedliwość. Najwięcej takich
ludzi było w okolicy najdroższych hoteli. Bo też wydawało się, że w zamyśle władz
cudzoziemiec w ogóle nie powinien wychodzić z hotelu, tylko tam żyć, płacąc słono
za miejsce, przepłacając kilkakrotnie za posiłki, a na wycieczki udając się
jedynie poprzez wyspecjalizowane biura turystyczne, które potrafiły rozdmuchać
koszty dziesięciokrotnie i więcej, bo przecież szanowni goście czuliby się
zdeprecjonowani, gdyby zapłacili mało.
A na placach, skwerach i w parkach (wejście do parku było płatne, co prawda za
dość symboliczną kwotę) ćwiczyli gromadnie ludzie. Jedni zwykłe taiqi, drudzy
jakieś ćwiczenia z szarfami, szablami, układy gimnastyczne, taneczne, czy coś
podobnego. Prowadzący (mistrz) i kilkunastu, albo i kilkudziesięciu uczestników.
Rankiem na ulicy można było spotkać pojedynczych ludzi machających rękoma
powolnymi, wystudiowanymi gestami lub stojących na jednej nodze w pozycji żurawia
polującego na rybę i gracko tę nogę zmieniających na drugą. Gimnastyka jest tam
bardzo popularna i, co ciekawe, bardziej chyba wśród starszych ludzi, którzy po
przejściu na emeryturę mają więcej czasu, niż wśród młodzi. Jedno z ćwiczeń to
chodzenie tyłem, co w pierwszej chwili dziwi obcych, ale i do widoku starszego
pana zasuwającego chwacko jak przestraszony rak, też można łatwo przywyknąć.
Czasami ulicami sunęła odkryta ciężarówka, która po obu stronach powierzchni
ładunkowej miała wypisane jakieś wielkie hasło na czerwonym tle. Na niej
siedziała orkiestra złożona z kilku ludzi, która bez przerwy uświetniała
doniosłe wydarzenie. Muzyka była tylko trochę podobna do opery pekińskiej, to
znaczy dużo grzmiących tam tamów, sporo czyneli czyniących przeraźliwy zgiełk,
za to żadnego śpiewania na głosy. Bum bum bum brzmiało wolno, dostojnie i z
rozmachem, a za to dźwiąk dźwiąk dźwiąk dźwiąk było szybkie, nerwowe i
przenikliwe. I jeszcze raz i jeszcze raz, aż samochód odjeżdżał i dźwięki
stawały się coraz cichsze, uszczęśliwiając już inne dzielnice. Co świętowały te
orkiestry, to pozostało dla autora do dzisiaj nierozwiązaną zagadką. Widać
jednak coś ważnego, skoro decydowano się na takie obwoźne przedstawienie.
W starszej części miasta (jeszcze wówczas nie skanalizowanej) można było czasem
natknąć się na obrazek jak z naszych przedwojennych sztetli. Raptem otwierały
się drzwi na parterze, ktoś dawał krok na ulicę, wysuwała się ręka i ziuu!
Zawartość nocnika leciała wprost do rynsztoka. Nie było żadnego rozglądania się,
czy się kogo nie ochlapie, czy też może ktoś idzie w pobliżu. A gdzieniegdzie
stały pod murami plastikowe beczki - takie same, jak te pod publicznymi
toaletami, więc pewnie w zamyśle należało jednak wszystko wylewać tam. Poza tym
jednak dbano o czystość. W tamtym okresie po ulicach chodziły jakieś grupy
emerytów - strażników czystości z opaskami na ramionach, którzy dopadali takich,
co to rzucili papierek na ziemię i wlepiali im inkasowany na miejscu mandat w
wysokości kilku yuanów, więc wcale niemały. Najciekawsze w tym wszystkim było to,
że przyłapani na brudzeniu ludzie płacili trzęsącym się starcom, zamiast
zbluzgać ich ciężkim słowem i skopać, jak to pewnie miałoby miejsce u nas. Inne
trójki emeryckie łapały tych, którzy chcieli przejść przez jezdnię w miejscu,
gdzie za ciężkie pieniądze władze postawiły przejścia nadziemne. A wieśniaka,
który, niczym nie skrępowany, spuścił, ku szczeremu zadziwieniu przechodzącego
tam akurat autora, spodnie na Bundzie92)
i bardzo niedwuznacznie zabierał się do defekacji, powstrzymał, złapawszy go na
próbie dokonania przestępstwa, jak spod ziemi wyrosły, policjant, po czym coś mu
tam tłumaczył, pewnie jak dojść do toalety93),
bo ten temat nie jest w Chinach żadnym tabu.