|
AGRADACJA | |
Obudzić się jako zwierzę w Chinach to chyba nie jest ziszczenie najskrytszych
marzeń, bo zdecydowana większość zwierząt jest tam traktowana jako źródło
cennego białka. Nie można jednak powiedzieć, że nikt nie ma tam swoich ulubieńców,
kochanych zwierząt domowych, bo nie byłaby to prawda. Trudne warunki mieszkaniowe
przyczyniają się do tego, że zwierząt domowych traktowanych jako maskotki nie ma
zbyt wiele, ale jednak trafiają się przecież od czasu do czasu. W hutungach ludzie
trzymają ptaki śpiewające w klatkach, wystawiają te klatki na dwór, żeby sobie
ptaszek posiedział na powietrzu, wynoszą do parku (wstęp płatny), potrafią nosić
na spacer. Ci, którym wystarczy cykanie świerszcza, czy cykady, kupują malutką
plecioną klateczkę, w której trzymają owada, karmiąc go i ciesząc się jego głosem.
Są specjalne rynki zwierzęce, gdzie można kupić psy w paski, które zdecydowanie
traktuje się jako zwierzę domowe, a nie opasowe. Co prawda na tych rynkach
większość ekspozycji stanowią różne rośliny typu bonsai, powykręcane
koszmarnie w paralityczne kształty, ale tam to się właśnie wszystkim podoba, nie
zabiera wiele miejsca i stanowi żywy dowód na to, że nie to jest ładne, co jest
ładne, tylko to, co wszyscy jako ładne znajdują. Mniejsza część (10-20%) takiego
ryneczku oferuje oprócz roślin także ptaszki, wyposażenie akwariów, tudzież
wspomniane już psy. Chińczycy muszą odczuwać silną chęć obcowania z przyrodą, bo
zawsze jest tam pełno ludzi.
W pobliskim hutungu jeden z mieszkańców trzymał dwa koty, które miał zwyczaj
czyścić, gdy tylko się uwalały. Idąc tamtędy po piwo można było gratulować mu na
widok śnieżnobiałego kota na łańcuszku. Podnosiło się kciuk w geście aprobaty,
pokazując głową na kota. Pan uśmiechał się wtedy szeroko i rozchylał koszulę,
pokazując ślady kocich pazurów. Najwyraźniej zwierzę nie podzielało zapału swego
właściciela do czystości. A może to był ten drugi kot? Prywatne psy widywało się
rzadko, a dzieci na widok jamnika prowadzonego przez cudzoziemca uciekały z
piskiem, jakby ujrzały jakiegoś mięsożernego dinozaura.
Cyrk był tym miejscem, gdzie można by się zwierząt spodziewać, ale wcale nie było
ich tam w nadmiarze. Ot, pokazy tresowanych psów, małpa jeżdżąca na rowerku,
papugi i tyle. Rzadko kiedy pojawiały się tam inne zwierzęta, a pokazywano
głównie akrobatykę i prestidigitatorstwo. Raz jednak zaprowadzono autora (który
w cyrku specjalnie nie gustuje) na szczególny występ, gdzie miał się produkować
prawdziwy słoń. I faktycznie, na arenę wszedł niewielki słoń, pokręcił się tu i
tam, coś tam pacnął trąbą, a na koniec stanął na chwilę na tylnych nogach, stając
się kolejnym dowodem chińskiej pruderii. Był to bowiem samiec i na czas występu
założono mu pod brzuch rodzaj czarnego cache sexe, zakrywając na wszelki
wypadek różnicę pomiędzy samcem a samką. Chwilę później zapowiedziano występ lwów,
więc powiało grozą, bo nie założono żadnych krat oddzielających widownię od areny.
Wszyscy siedzieli jednak spokojnie, co mogło świadczyć albo o tym, że doskonale
wiedzą, co się dzieje, albo o absolutnym braku wyobraźni. Po chwili jednak
wszystko stało się jasne. Lew to było dwóch ludzi, z których pierwszy stał
wyprostowany i trzymał sobie na ramionach sztuczny łeb, zaś drugi, zgięty w pół,
udawał grzbiet i zad. Przykryci byli wspólną, żółtą kapą z błyszczącego materiału.
Po chwili wybiegł drugi taki lew, trzeci i czwarty. Pobaraszkowały chwilę
uciesznie, radując publiczność i znikły.
Drugą możliwością obcowania z fauną jest wycieczka do ogrodu zoologicznego. Jest
to wycieczka dla cudzoziemców o twardych nerwach, którzy nie boją się niczego.
Zoo chińskie może bowiem niektórym zupełnie się nie podobać poprzez pewną
swoistość. Przede wszystkim większość zwiedzających traktuje wyprawę tam jak
spacer do parku, a zwierzęta mają im jeszcze pobyt dodatkowo uprzyjemnić.
Dlatego jeśli któreś leży i śpi, to mnogie ręce klaszczą, żeby bydlę obudzić i
skłonić do przechadzki. Skoro się niemało zapłaciło, chce się skorzystać jak
najwięcej. Obcy ma też często nieprzyjemne wrażenie, że wszyscy oprócz niego
cały czas żrą, rzucając odpadki pod siebie. Papierki, patyczki po lodach, skórki
banana, mandarynek i pomarańczy lądują na ścieżkach, które upodabniają się do
jakiegoś wysypiska. Ludzie mają dobre serca i próbują karmić niektóre zwierzęta,
co nie zawsze kończy się dla dokarmianych dobrze. Autor sam widział, jak jakiś
dobroczyńca rzucił słoniowi cały worek plastikowy bananów, a ten, zamiast worek
rozplątać i jeść po jednym bananie przez długi czas, chwycił wszystko zachłanną
trąbą i pożarł jednym rzutem wraz z opakowaniem, ku szczerej uciesze gawiedzi.
Obok stał drugi słoń z chorobą sierocą, bo miał naprężony na całą długość łańcuch
(obejma na przedniej nodze) i kiwał łbem w tę i we w tę, niczym babka poleska,
której właśnie na oczach wytłuczono całą rodzinę. Widzowie byli wyraźnie
rozentuzjazmowani, pokazywali zwierzę palcami, matki podnosiły dzieci, żeby
lepiej widziały, coś im tam do uszek szepcząc.
Jeszcze ciekawsze było pomieszczenie hipopotama. Wchodziło się do betonowego
bunkra, w którym trzy czwarte miejsca zajmował jakiś silos ze śmieciami. Bokiem
poprowadzono przejście. Po pierwszej chwili zdziwienia zwiedzający orientował się,
że to, co wziął za śmietnisko jest w rzeczywistości basenem pełnym wody, tyle
tylko, że na powierzchni pływa gruba na paręnaście centymetrów warstwa
wszelakiego śmiecia nawrzucanego przez ludzi. A jeśli tak, to gdzieś tam pod
spodem powinien kryć się zwierz. I tak też było - po chwili spod warstwy śmieci
wynurzył się hipopotam, z którego głowy spadały pudełka po sokach i kubeczki po
lodach. Nie można powiedzieć, wynurzył się, rozejrzał, rozwarł ziewy straszliwe.
Błysnęły flesze, dzieci przywarły do matek, wszyscy poczuli, że nie są robieni w
trąbę - zapłacili i zobaczyli. Nie trzeba było nawet klaskać.
Panda oddzielona była od ludzi pancerną szybą i bezczelnie spała, pomimo wszelkich
wysiłków czynionych przez widzów. Nic nie było w stanie spowodować, by wstała, czy
choćby tylko otworzyła oczy. Prawdę mówiąc, wyglądała dość nędznie i brudno, ale
to pewnie tylko kwestia oświetlenia. Chiny utrzymują specjalny ośrodek hodowli
pand gdzieś w górach Sichuanu, a za zabicie zwierzęcia grożą jakieś okrutne kary.
Jednak wraz ze znikaniem lasów bambusowych (panda niczego innego właściwie nie je)
nie ma chyba wielkiej szansy na zwiększenie populacji tego zwierzęcia. Panda
wielka (bo istnieje jeszcze panda mała, zupełnie do znanej kuzynki niepodobna)
wcale nie jest miłym pociesznym misiem, tylko dzikim zwierzęciem. Przekonał się
o tym przed laty pewien fotograf, który, uzyskawszy pozwolenie na robienie zdjęć
pandy w ogrodzie zoologicznym, wszedł ponoć do klatki i (ponieważ zwierzę
niefotogenicznie leżało) próbował je pobudzić do życia. Skończyło się to tym, że
śpiąca panda obudziła się i podniosła, ale zamiast spokojnie pozować do zdjęć
rzuciła się na zbyt przedsiębiorczego fotografa i zaatakowała go tak dokładnie,
że (podobno) pozbawiła nieszczęśnika męskości. Ciekawe, swoją drogą, czy zostało
to potraktowane jako wypadek przy pracy. Znając podejście chińskich pracodawców
do ludzi - pewnie nie.
Tam, gdzie mieszkają miliony ludzi, tam nawet wyraźnie wynędzniały kucyk w parku
(rzadkość) wydaje im się bardzo groźnym stworzeniem. Dopiero na terenach, gdzie
ludzi jest niewielu (Mandżuria, Xinjiang, Tybet, Qinghai) żyją na swobodzie
tygrysy, śnieżne pantery, niedźwiedzie, czy jaki. Długo pewno nie pożyją - w
Szanghaju można było prawie zawsze spotkać Ujgurów, którzy oferowali elementy
tygrysa (prawie zawsze oczy przyciągała wystawiona na pokaz pazurzasta łapa) na
tradycyjne chińskie medykamenty.