|
AGRADACJA | |
Przy sąsiedztwie pociągającej i rozwiniętej kultury chińskiej trudno było się
uchować mniejszościom. Dlatego na nizinie we wschodniej części kraju właściwie
można ich nie szukać. Jednak niech no tylko pojawią się niedostępne góry, gdzie
trudno było się dostać, tam prawie na pewno jakąś mniejszość można spotkać.
Drugą ostoją mniejszości jest step, gdzie Chińczykom najwyraźniej niezbyt się
podoba, bo od tysięcy lat odwykli od koczowniczego trybu życia, preferując
osiadły. Dlatego mniejszości mieszkają na obrzeżach państwa, przy czym w
zachodniej części to obrzeże obejmuje prawie połowę kraju. Tyle tylko, że co to
za kraj - wyżynny i górzysty (Tybet jest w końcu najwyższym terenem wyżynnym na
świecie), albo pustynny, za to prawie wszędzie niegościnny i nieurodzajny. Klimat
jest kontynentalny, zimy ostre, lato krótkie i chłodne. Dlatego właściwie nic
się tam nie uprawia - no, prawie nic, bo Kotlina Kaszgarska (tuż przy granicy z
Kazachstanem) słynie z melonów100).
Rząd chiński uznaje istnienie kilkudziesięciu mniejszości narodowościowych. O
większości z nich przeciętny Europejczyk nigdy nawet nie słyszał, a przecież te
największe liczą sobie po paręnaście milionów ludzi. Może jeszcze, po namyśle,
ktoś, kto interesował się geografią, wykrztusi z siebie, że mieszkają tam
Mongołowie i Tybetańczycy. I na tym, zapewne, się skończy. I faktycznie -
wzdłuż granicy z Mongolią ciągnie się prowincja zwana Mongolią Wewnętrzną (przez
analogię właściwą Mongolię czasem nazywa się tam Mongolią Zewnętrzną), która po
ogłoszeniu przez Ułan Bator niepodległości pozostała przy Chinach. A o Tybecie
wszyscy wiedzą, przynajmniej z grubsza, więc nie ma się co rozpisywać. Tym
bardziej, że strony konfliktu są tam silnie zantagonizowane i przedstawiają
skrajnie różne wersje historii.
Na południu zaś najwięcej mniejszości żyje w prowincjach Guangxi, Sichuan i Yunnan.
Narody te zachowały swój sposób życia, często noszą do dziś tradycyjne ubiory,
używają swoich własnych języków. Gdyby nie izolacja, pewnie też już dawno temu
rozpłynęłyby się w chińskim morzu, bo zwykle są niewielkie. A tak wciąż żyją sobie
spokojnie na uboczu, coraz bardziej spychane przez przedsiębiorczych Hanów na
pozycje żywych skamielin, pokazywanych za pieniądze cudzoziemcom. Bo też bardzo
wielu ludzi zachodu pragnie tam dotrzeć, płacąc pośrednikom chińskim całkiem
pokaźne pieniądze i doszło już ponoć do tego, że wstęp do niektórych wiosek w
górach kosztuje, bo mieszkańcy też już zrozumieli, że to ich jedyna szansa na
jakieś dochody. Pewnie nie znają losu Indian północnoamerykańskich, więc jeszcze
nie kłopoczą się o przyszłość swoich dzieci.
W Xinjiangu na północnym zachodzie kraju mieszkają głównie Ujgurzy (choć osiedla
się też coraz więcej Chińczyków). To muzułmanie, a w dodatku bardzo niechętni
chińskiej władzy. Mówi się o wzmożonych aktach agresji przeciw chińskim przybyszom,
a ponoć coraz bardziej aktywny staje się jakiś front wyzwolenia Turkiestanu (bo
to tylko dla Chińczyków te terytoria to Xinjiang101),
inni znają i używają nazwę Turkiestan Wschodni, choć autor przyznaje, że nie wie,
jak swój kraj nazywają sami Ujgurzy). Wzmożona akcja kolonizacyjna kłóci się trochę
z oficjalnymi zapewnieniami, jak to rząd centralny myśli tylko o dobru i szczęściu
swoich ujgurskich i tybetańskich poddanych, którzy otwarcie obawiają się, że pewnego
dnia staną się mniejszościami na własnych terenach. Gdy o muzułmanach mowa, to są
też tacy ludzie, którzy na oko nawet o włos nie różnią się od Hanów, a przecież
utrzymują, że należą do innego narodu, bo wyznają islam. Ci mieszkają wtopieni w
Hanów we wschodniej części kraju.
Chiny zaś bardzo podkreślają, że wyjątkowo dbają o swoje mniejszości, pozwalają
im mieć więcej, niż jedno dziecko, zakładają w ich górskich wioskach szkoły,
tworzą dla nich pismo (przedtem najczęściej nieznane). Często jako przykład tej
oświeconej polityki Pekinu pokazuje się plemię Oroqenów, żyjące gdzieś w północnej
Mandżurii, bodaj czy nie nad Amurem. Wszystkich razem jest ich nie więcej, niż
czterysta osób, a proszę, jak rząd centralny, mający przecież na głowie
najróżniejsze problemy, o nich dba.
Tymczasem większość informacji o nieznanych ludziom zachodu mniejszościach
pochodzi od Chińczyków. A ci traktują swoich sąsiadów trochę jak maskotki,
opowieściami o których można zaciekawić cudzoziemców, żeby chcieli zapłacić za
możliwość wycieczek jeszcze więcej. No więc opowiada się, że w mniejszości X mąż
już przy ślubie zgadza się, żeby żona miała kochanka. A w mniejszości Y to mąż
przenosi się do gospodarstwa żony, bo wszystko jest podporządkowane matriarchatowi.
A znowu w mniejszości Z panuje całkowita, niemal lepsza od hippisowskiej, swoboda
seksualna i młode panny mają osobne domostwa i mogą przyjmować tylu kawalerów,
ile im się spodoba. No i gdy taki owładnięty jedną myślą kawaler idzie do tej,
która mu się spodobała, to musi najpierw sprawdzić, czy przed wejściem do chałupy
nie stoją już przypadkiem czyjeś buty. Jeśli tak, to znaczy, że on się spóźnił i
nie ma tu czego szukać - panna na tę noc jest zajęta, co w niczym nie umniejsza
szansy na kolejne upojne noce. Nie ma się jednak czemu dziwić - jakich wiadomości
łakną zamożni w oczach Chińczyków turyści, takie właśnie dostają. Bardziej to
świadczy o naszej kulturze, niż o chińskiej umiejętności dostosowania podaży do
popytu.