|
AGRADACJA | |
Gdy w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku żarówki energooszczędne zaczynały
powoli pojawiać się w Polsce, w Chinach były już dostępne dość powszechnie.
Telefonów komórkowych też widziało się na ulicy więcej tam niż tu. Co, oczywiście,
nie świadczyło jeszcze o średnim poziomie, bo w tamtych czasach najpopularniejszą
żarówką w sklepikach Szanghaju była chyba taka zwykła, piętnastowatowa z żarnikiem -
żeby już coś było przy niej widać, a jeszcze zbyt dużo za zużyty prąd nie zapłacić.
Te zwykłe żarówki, niezależnie od swojej mocy, przepalały się zresztą nagminnie,
rzadko osiągając miesiąc żywota.
Gdzie się nie spojrzało w Szanghaju, tam właśnie wyrastało coś nowego, wielkiego,
obliczonego na chwałę miasta. Za czasów pobytu autora zbudowano dwa mosty przez
rzekę, tunel pod nią, dużą część najnowocześniejszej dzielnicy Pudong, jedną z
najwyższych na świecie wież telewizyjnych, która zaraz stała się chętnie
pokazywanym symbolem miasta. Wybudowano metro, rozbudowano port, rozpoczęto budowę
drugiego supernowoczesnego lotniska we wschodniej części miasta. Do lotniska
prowadzi dzisiaj linia kolei magnetycznej (wagony poruszają się nad pojedynczą
szyną na poduszce magnetycznej, to znaczy bez żadnego tarcia, styku z podłożem
itd. Za to niezbędne są ogromne moce do zasilania elektromagnesów i dość
skomplikowane sterowanie systemu). Pociąg został kupiony, a jakże, od Niemców i
przez nich, podobnie jak i metro, został uruchomiony. Jego koszt, pomimo
niewielkiej długości linii, był tak horrendalny, że sami wynalazcy nie
zdecydowali się na zastosowanie go w Niemczech, więc zdaje się, że egzemplarze
szanghajskie są jedyne na świecie. Projektowano podobno (za zupełnie już
astronomiczne pieniądze) zbudować taką samą linię łączącą Pekin z Szanghajem,
ale, przynajmniej na razie, dano sobie chyba spokój. Może koszt wydał się zbyt
wysoki, a może obserwuje się, jak sobie radzi linia szanghajska. Podobno bilet z
centrum na lotnisko kosztuje trzydzieści kilka yuanów, co w porównaniu z ceną
zwykłego biletu autobusowego komunikacji miejskiej (0,1 yuana) wydaje się być
ceną zaporową dla zwykłego obywatela. Noblesse oblige, a to kosztuje, jak
wszyscy diabli.
Wszystkie te wielkie budowle socjalizmu powstają za wielkie pieniądze, a władze
uważają, że warto płacić najlepszym światowym fachowcom, architektom i inżynierom.
Drugą stroną tego błyszczącego nowoczesnością medalu jest to, że mieszkańcy
miejsc, które staną się placami budowy zostają zwykle w sposób bezwzględny
wysiedlani, a odszkodowania wcale nie są specjalnie wysokie. No i pojawiają się
już grupki protestujących, co kiedyś było nie do pomyślenia. W minionych czasach
zwykły chłop miał zawsze prawo, żeby się poskarżyć. Skarga wyglądała zwykle tak,
że niezadowolony szedł do stolicy okręgu, czy prowincji, przekradał się przez
kordony służby porządkowej, siadał pod siedzibą władzy i siedział. Często nawet
nie zdołał wręczyć na kolanach swojej petycji, bo nikt z władz się nim nie
interesował, ale już sam fakt, że ktoś zamiast pracować czuje się pokrzywdzony i
jeszcze się z tym obnosi, był zawsze w oczach urzędników gorszący. Zdaje się, że
takie podejście władzy do obywateli ma miejsce i dzisiaj, tyle że protesty
zaczynają być bardziej zdecydowane.
Chiny już zbudowały imponującą sieć nowych dróg i autostrad, a to jeszcze nie
koniec. Oczywiście, oprócz zwykłych projektów zaaprobowano także takie, które są
widoczną wizytówką rozwoju ekonomicznego i potencjalnych możliwości. Taką budową
jest most przez zatokę Ningbo. A nie jest to zwyczajny most, bo właściwie można
powiedzieć, że to kilkupasmowa droga zbudowana na morzu, niczym amerykańskie
połączenie do Key West na Florydzie. Most ma długość trzydziestu kilku kilometrów
i łączy drogę wiodącą na południe od Szanghaju z portem Ningbo. Konstrukcja była
budowana przez kilka lat i musi wytrzymać sztormy, podczas których mogą występować
dość duże fale oceaniczne. Mniej więcej w połowie mostu usypano na dnie morskim
sztuczną wyspę, która jest ogromnym składowiskiem kontenerów - dzięki położeniu
na otwartym morzu mogą tu cumować największe pełnomorskie statki. Podczas budowy
rozwiązano wiele skomplikowanych problemów inżynierskich (takich jak transport
wielotonowych przęseł, zapewnienie bezpiecznego posadowienia konstrukcji na
grząskim terenie zalanym wodą, budowa jednej z największych barek świata do
przewozu materiałów do budowy sztucznej wyspy itd.). A przecież Szanghaj,
jakkolwiek jest miastem szczególnym, które jest oczkiem w głowie władz centralnych
jako wizytówka kraju, nie jest jedynym placem budowy w Chinach. Z roku na rok
zachodzą ogromne zmiany i ktoś, kto nie był tam kilkanaście lat, na pewno nie
pozna wielu miejsc po ponownym przyjeździe.
Hasło "Zapora Trzech Przełomów" dotarło już chyba do świadomości każdego, nawet
poza granicami Chin. Po raz pierwszy zaczęto o tamie w tym miejscu mówić już za
dr Sun Yat-sena. Jednak z powodów technicznych (długość prawie 2,3 km) i
politycznych (wojna domowa, wojna z Japończykami) nie udało się tego wówczas
zrobić. Dopiero w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, pomimo wątpliwości
ekspertów zagranicznych (bezpieczeństwo, wpływ na ekosystem i klimat), władze
postanowiły przegrodzić Yangzi jedną z największych zapór na świecie. Prace trwały
kilka lat, a napełnianie zbiornika trwało niewiele mniej. Całkowite zakończenie
budowy ma mieć miejsce według jednych źródeł w 2009 roku, a według innych w 2012.
Plusy są widoczne jak na dłoni: możliwość wytwarzania ogromnych ilości białej
energii, regulacja rzeki i ułatwienie żeglugi. Możliwe straty są właściwie
niewyobrażalne. Spiętrzenie wody wynosi prawie sto metrów, więc w razie katastrofy
spora część kraju doświadczy potopu przekraczającego wszystko, co do tej pory
widziano z powodu zwykłej agradacji sąsiedniej Huang He. Prawdą jest, że choć
przy projektowaniu brano pod uwagę także wstrząsy tektoniczne (trzęsienia ziemi
to w Chinach banał), ale przecież istnieje zawsze możliwość, że niedoceniono
jakiegoś czynnika, albo przeceniono stabilność konstrukcji. Ogromna masa wody
będzie też miała wpływ na klimat, choć prawdą jest, że spekulacje, czy będzie on
negatywny, czy pozytywny mogą być jałowe. O kosztach ludzkich niewiele się wspomina
(to znaczy - wspomina się chętnie, ale poza granicami, pokazując bezduszność
machiny urzędniczej). Okoliczni mieszkańcy dostali bowiem pewnego dnia informację,
że będą musieli się przenieść kilkadziesiąt metrów wyżej, na miejsca, które do
tej pory wydawały im się górami. Przyjechali geometrzy, wyznaczyli nowy poziom
lustra wody, podzielili teren pod nowe stare wioski. Wyznaczono termin, w którym
wszyscy muszą przenieść się pod nowy adres. To znaczy - adres chyba pozostaje
stary, tylko miejsce nieco się zmienia. Ta przymusowa przeprowadzka dotyczy co
najmniej miliona i dwustu tysięcy ludzi. Ot, zwykła chińska skala. Niewykluczone
przy tym, że oczekuje się, że przesiedleńcy będą odczuwać słuszną dumę z
niezwykłego rozwoju ojczyzny. Podobno uczniowie starszych klas szkół podstawowych
z całych Chin mają obowiązkowo jeździć na wycieczkę na tę tamę, żeby pobudzić w
nich nowego chińskiego ducha dumy z osiągnięć ojczyzny.
Jest jeszcze jedno pole działania czysto propagandowego -
kosmos110). Na
początku było nieciekawie - gdy jeszcze trwała przyjaźń z ZSRR towarzysze
radzieccy przekazali część wiedzy na temat rakiet (wykorzystując podobno
osiągnięcia niemieckie z Peenemünde). Później, dość niespodziewanie, dopomógł
amerykański senator MacCarthy tropiący wszędzie komunistycznych szpiegów. Jedną
z ofiar paranoicznej działalności Amerykanów był pracownik naukowy ich ośrodka
badań jądrowych, którego główną winą było to, że był Chińczykiem (bo zdaje się,
że w sumie nie udowodniono mu żadnych wrogich działań). W wyniku ostrej nagonki
wyemigrował do Chin, gdzie przyjęto go z otwartymi ramionami, dając środki na
prowadzenie centrum badawczego. To właśnie ten człowiek uznawany jest za ojca
chińskiego programu kosmicznego. Gdy skończył się okres zawirowań związanych z
rewolucją kulturalną lepsze czasy nastały także dla chińskiej astronautyki.
Chiny mają cztery ośrodki kosmiczne, położone od pustyni Gobi, przez centrum
kraju, aż do wyspy Hainan na samym południu. Po lotach bezzałogowych przyszła
kolej na Chińczyków w kosmosie. Kolejne rakiety "Długi Marsz" wynoszą na orbitę
sztuczne satelity; także dla innych państw, co przynosi krajowi ogromne pieniądze
i prestiż. Zdarzają się, co prawda, spektakularne niepowodzenia, ale zrobiono
już bardzo wiele, a warto podkreślić, że chiński program kosmiczny jest myślą
całkowicie niezależną od innych państw, które wysyłają rakiety w kosmos.
Rodzi się, oczywiście, pytanie: dla kogo jest ten rozwój? I ten zwykły, polegający
na budowie dróg, i ten spektakularny, gdzie pokazuje się całemu światu, że Chiny
stać na kolej tak drogą, że była zbyt kosztowna dla superbogatych Niemiec, czy
też na podbój kosmosu, gdzie koszty liczy się w miliardach euro. Odpowiedź nie
jest ani prosta, ani oczywista. Rozwój infrastruktury państwa będzie procentować,
przekładając się na rozwój gospodarki, więc służy także zwykłym ludziom. Ale już
program kosmiczny, czy budowa coraz to wyższych drapaczy chmur (skoro w Kuala
Lumpur i w Taipei postawiono domy mające sto trzydzieści siedem pięter, to my
zbudujemy taki o stu czterdziestu czterech, a co!) to, zdaniem autora,
przywiązywanie wagi do zbędnej symboliki. Jednak w tym kraju, skoro władza coś
raz postanowiła, to tak już musi być. Najlepszym symbolem takiego rozumowania
jest system podziemnych schronów, zbudowanych w okresie, gdy Chiny oczekiwały na
trzecią wojnę światową111)
z użyciem bomb atomowych. Te schrony - miasta ciągną się podobno od Pekinu po
Tianjin (około 120 km), bo taka była wola przywódców. Swoją drogą - ciekawe, czy
to prawda, czy tylko plotki. W rzeczywistości chińskiej zdanie ludzi nie liczy
się wcale.