|
AGRADACJA | |
Chiny produkują właściwie wszystko, o czym tylko można zamarzyć. Często nie
przejmując się żadnymi licencjami, umowami itp. Różnego rodzaju piractwo jest
tolerowane przez władze, a zagraniczne koncerny szukające sprawiedliwości przed
chińskimi sądami bywają mocno zdumione zapadającymi werdyktami. Bo też wydaje
się, że o sprawiedliwość można walczyć jedynie wtedy, gdy ma się dobre guanxi,
a jeśli nie - lepiej o sprawie zapomnieć. Kto tej oczywistej prawdy nie rozumie,
ten ponosi tylko niepotrzebnie koszty.
Przemysłowcy chińscy są bardzo elastyczni. Trzeba zrobić na za tydzień coś, co
innym zabrałoby trzy? Nie ma sprawy! W końcu to nie oni padają na nos przy taśmie,
dając sobie urwać członki, tylko ten bezimienny tłum, całkowicie nieprzebrany,
harujący za marne pieniądze, nie mający dokąd pójść, a więc będący całkowicie w
garści kapitalisty, który marzy tylko o tym, żeby stać się wreszcie prawdziwym
tycoonem112).
Liczy się tylko zysk, a dla zysku trzeba się nieraz postarać. Kontrahent żąda -
kontrahent otrzymuje. Kto się zawaha, może wypaść z gry, bo inni tylko czyhają,
żeby zająć z takim trudem wypracowane miejsce. A przecież w okolicy podobnych
fabryk jest wiele, bo gros z nich powstało w Specjalnych Strefach Ekonomicznych,
a najlepiej prosperują te z nich, które przylegają113)
do Hong Kongu i Macao. Tam płace są najwyższe, tam o pracę łatwiej i tam
przyjeżdżają niezliczone rzesze młodych ludzi, którzy marzą o sukcesie.
Chiny produkują wszystko: ubranka dla dzieci, makarony, zupki w proszku,
przetwory owocowe, buty, galanterię skórzaną, meble, wyroby jubilerskie,
najróżniejsze gadżety gospodarstwa domowego, mikrofalówki, pralki, lodówki,
zegarki, aparaty fotograficzne, lornetki, maszyny do szycia, skutery, rowery,
radia, klimatyzatory, podzespoły komputerowe (łącznie z pamięciami), kolumny
głośnikowe, lampy, monitory, laptopy, długopisy, zabawki, koszule, bieliznę,
narzędzia, pompy, sprężarki, zawory, silniki elektryczne, grzejniki, statki itd.
Można długo wyliczać i chyba prościej byłoby powiedzieć, czego się tam nie
produkuje. Bardzo wiele produktów chińskich to zwykły chłam, rozpadający się po
drugim, czy trzecim użyciu. Prawdą też jest to, że wiele firm zachodnich otwiera
swoje oddziały w Chinach, licząc na wielkie zyski. Tak więc dzisiaj prawie
wszystkie tańsze wyroby znanych marek też są oznaczone etykietką "Made in
PRC114)". Wówczas
prędkość taśmy produkcyjnej jest niższa i uzyskana jakość lepsza. Gdy produkuje
się dla mniej znanej marki, taśma zasuwa jak dzika, więc i ilość niedoróbek od
razu wzrasta. Chiny są też producentem dużej liczby samochodów na licencji
(Volkswagen, Audi, Jeep, Daihatsu, Citroen, Peugeot i inne) i całej masy
podzespołów samochodowych. W niezwykle prężny sposób rozbudowano przemysł
stoczniowy, budując statki dla armatorów krajowych i obcych, zabierając w ten
sposób dużą część rynku produkcji okrętów Korei Południowej i Japonii, a także
utrudniając życie tej branży w Chorwacji, czy w Polsce.
Najdziwniejszą dla autora sprawą jest napływ do Chin kapitału zagranicznego.
Wszyscy zdają się nie zauważać, że wszelkie joint
ventures115)
muszą posiadać przewagę własności chińskiej (minimum 51%). Zysk zaślepia
kapitalistów zachodnich tak bardzo, że nie chcą pamiętać (a może nigdy o tym nie
czytali?) słów towarzysza Włodzimierza Iljicza: "kapitaliści sprzedadzą nam
sznur, na którym ich powiesimy". A przecież autor, po swym krótkim pobycie w
Chinach, uważa, że na tyle poznał mentalność dalekowschodnią, że jest właściwie
pewny jednego - gdy przyjdzie czas właściwy, zagraniczni wspólnicy zostaną z
uśmiechem wystawieni do wiatru. Ten czas właściwy nadejdzie w momencie, gdy
kapitaliści chińscy poczują, że mają już rodzimy potencjał intelektualny -
inżynierów, którzy będą w stanie, bez konieczności oglądania się na obcych,
opracować konstrukcje oraz technologie. Że nie potrzebują już ani obcych
pieniędzy, ani zagranicznych technologii. Prawdopodobnie ten moment nadejdzie
szybciej, niż większość tych, pożal się Boże, businessmanów z Nowego Jorku,
Londynu, czy Paryża sobie wyobraża. W końcu Japonia na początku swego rozwoju
industrialnego też produkowała zwykły szajs, nie wart wzmianki w poważnych
kręgach. Zmieniło się to diametralnie w ciągu gdzieś tak sześćdziesięciu -
siedemdziesięciu lat i dzisiaj nikt przy zdrowych zmysłach nie kwestionuje
japońskiej myśli technicznej. Chińczycy są ambitni i potrafią czekać. Ale gdy
tylko się doczekają, z pewnością nie będą mieli litości, bo na Dalekim Wschodzie
to słowo nie zrobiło wielkiej kariery. Tak więc może synowie, a najpóźniej wnuki
tych kapitalistów, którzy dla chwilowego zysku przenieśli produkcję do Chin,
staną przed najczarniejszym scenariuszem - zostaną wysadzeni z rynku i
zbankrutują. Zyski przejdą w ręce chińskie, a potomkowie tych zachodnich
naiwniaków będą mogli, co najwyżej, pójść na cmentarz i zanieczyścić w niemej i
bezsilnej wściekłości groby przodków. Bo też nic innego im nie pozostanie. No,
może jeszcze palnięcie sobie w łeb. Dlatego autor tak bardzo dziwi się
krótkowzroczności przemysłowców i polityków z krajów rozwiniętych. Niezrozumiałym
jest też fakt, że na Zachodzie pełno różnego rodzaju profetycznych mówców,
którzy z zapałem wieszczą Sodomę i Gomorę w przypadku używania dezodorantów,
które nie będą ozone friendly. Tu społeczeństwa zachodnie widzą na dwadzieścia
siedem pokoleń naprzód. A gdy przyjdzie do realnej oceny przyszłości współpracy
z Chinami - wszyscy jak na komendę nabierają wody w usta, jakby faktycznie
wierzyli, że stan obecny musi trwać zawsze. Chyba już najwyższy czas się obudzić.