|
AGRADACJA | |
Chiny są najludniejszym krajem na świecie, bo w chwili pisania tego
tekstu miały około 1,3 miliarda obywateli (jeden miliard i jeszcze
trzysta milionów ludzi, czyli mniej więcej trzydzieści siedem razy tyle,
co w Polsce). Dane te mogą być zupełnie bałamutne, bo biurokraci na dole
drabiny administracyjnej niejednokrotnie fałszowali różne oficjalne statystyki,
jeśli tylko było im to na rękę, a władza centralna nie jest w stanie
wszystkiego wychwycić i skorygować. Tak więc zastrzeżenie, że tę liczbę
należy traktować jedynie jako przybliżoną (plus minus parędziesiąt milionów
ludzi) będzie jak najbardziej na miejscu. Błąd statystyczny wielkości
całego naszego narodu? A tak! I niech to będzie wskazówką, z jakim krajem
mamy do czynienia. Ta olbrzymia masa ludzka powoduje to, że skala wszelkich
problemów chińskich jest dla przeciętnego Europejczyka całkowicie niewyobrażalna.
Przy podejmowaniu trudnych decyzji może się z łatwością okazać, że wszelki
margines błędu to wielomilionowe rzesze ludzi, liczniejsze od niejednego kraju
Unii. Zmusza to do przemyślenia wszelkich decyzji i uzmysławia ich wpływ
na miliony istnień. Ma to jednak też i drugie oblicze - to mianowicie,
że cudzoziemiec ma przemożne wrażenie, że ten ogrom społeczeństwa deprecjonuje
wartość niewielkich grup w oczach urzędników, czy nawet władzy pojętej
szerzej, a idea praw jednostki pozostaje jedynie szlachetnym hasłem.
W dodatku niespecjalnie chyba rozumianym przez dużą część narodu, który
identyfikację z grupą ma bardzo silnie zapisaną w genach. Te "niewielkie
grupy", w oczach urzędników niewarte zachodu, mogą się okazać, w zależności
od poziomu decyzyjnego, tysiącami lub nawet milionami ludzi.
Gdzieś tak dziewięćdziesiąt procent całej ludności to narodowość Han. Może to być
zaskoczenie, bo każdy raczej spodziewałby się tam Chińczyków, a tu jacyś Hanowie
- w dodatku w takiej przewadze. To gdzie się podziali Chińczycy? Nie ma powodu do
niepokoju, bo są cali, zdrowi i na miejscu. Po prostu Chińczycy sami siebie określają
jako lud Han (Han ren), a swój język jako język Han (Han yu). Żeby to ogarnąć trzeba
cofnąć się marne dwa tysiące lat. Przedstawiając rzecz w pewnym uproszczeniu - przez
cztery wieki, bo od II wieku p.n.e. do II wieku n.e. zjednoczonym krajem rządziła dynastia
Han. Okres ten był czasem świetności zarówno ekonomicznej, jak i kulturalnej, więc poddani
ówczesnych cesarzy zaczęli się z dumą określać od nazwy tak znakomitej dynastii. I tak już
pozostało. To może, zapyta ktoś, nazwa "Chiny" też dla Chińczyków nie jest tak istotna,
jak dla cudzoziemców? Szaleńczy ten pomysł ma, niestety, realne podstawy. Wystarczy
rzucić okiem na dowolny chiński znaczek pocztowy. Będą na nim jakieś chińskie znaki,
absolutnie dla oglądającego niezrozumiałe. Co więcej - skąd niby wiedzieć, czy znaczek
jest chiński, czy japoński, skoro najczęściej nie ma na nim żadnej litery alfabetu
łacińskiego? Sposób rozróżnienia jest jednak dziecinnie prosty. Trzeba intuicyjnie
odszukać początek ciągu znaków. Tam powinien znajdować się kwadracik. A dokładnie:
przekreślony kwadracik. Jeśli go znaleźliśmy, to już połowa sukcesu, bo wiemy teraz,
z której strony należy czytać. Jeśli go nie ma, to trzeba wpić wzrok w znaczek jeszcze
raz, bo taki kwadracik musi na nim być! Teraz drugi krok. Detektyw amator musi przyjrzeć
się uważnie temu odnalezionemu kwadracikowi. Po to, żeby stwierdzić, czy jest on
przekreślony poziomą kreską mniej więcej w połowie wysokości, czy też pionową kreską,
wystającą poza sam kwadrat z góry i z dołu. Zasada jest taka: kreska pozioma - Japonia,
kreska pionowa - Chiny. Znak oznaczający "Chiny" czyta się "zhong" (czhung), a jego
znaczenie to "środek". Mówiąc o Chinach często używa się przecież określenia "Państwo
Środka", a teraz wiadomo już, skąd się to wzięło - po prostu tak o swoim kraju mówią sami
Chińczycy. Czasem jednak nazywają swój kraj jeszcze inaczej: a to Tianxia (Pod Niebem),
a to Zhonghua (Wspaniałość Środka).
Idąc ulicą miasta można napotkać egzotyczne dla przybysza widoki. Miasta to skupiska
szczególnie wielkich grup ludzkich, więc zagęszczenie jest tam bardzo duże. Nie powinno
więc dziwić to, że po chodniku w każdą stronę idzie mnóstwo ludzi. Tysiące w jedną stronę
i tysiące w przeciwną. Chodniki nie są zwykle nadmiernie szerokie, bo większość miast
ma starą zabudowę i ulice nie były w ogóle przystosowane do intensywnego ruchu kołowego.
Gęste strumienie przechodniów przenikają się nawzajem, wykorzystując w tej samej chwili
całą szerokość trotuaru. Jedni w tę, drudzy we w tę i, co najciekawsze, zwykle jakoś się
nie potratują, ani nie pozabijają, nie okładają pięściami, wygrażając i wyzywając się od
najgorszych. Czasem zdarzy się ktoś młodszy, kto idzie nie zwracając uwagi na innych,
roztrąca ich swoim ciałem, prąc naprzód niczym jakiś mityczny Lewiatan. To jednak
znikoma mniejszość przechodniów. Zwykle ludzie potrafią unikać zderzeń, zręcznie się
nawzajem wymijając. Najśmieszniej jest wówczas, gdy taki młody gniewny sunie jak burza
nie patrząc na nikogo, aż tu nagle wpada na cudzoziemca, a cudzoziemcy są z reguły
potężniejszej budowy niż Chińczyk (przynajmniej w środkowej i południowej części kraju).
Trach! I rozpędzony osobnik odbija się niczym piłka od zamorskiego diabła i, jakby obudzony,
dopiero teraz rozgląda się, cały zdumiony, czemu sposób chodzenia "na bezczelnego"
przestał działać. Żeby było trudniej, to proszę wyobrazić sobie te tysiące ludzi na
tym samym chodniku podczas deszczu, gdy każdy trzyma w ręku parasol. Do podstawowej
umiejętności przeżycia należy poznanie sposobu odpowiedniego podnoszenia i opuszczania
parasola tak, żeby ani nie zmoknąć, ani nie tarasować wąskiego przejścia innym, ani
nie połamać parasola o bambusy do suszenia prania, ani nie stracić oka, ani nie wykłuć
go bliźnim.
W porządku - to skąd właściwie wzięła się nazwa "Chiny"? A jeszcze dobrze pamiętać,
że dla Rosjan to przecież Kitaj, a w Europie (w Anglii, Hiszpanii i Portugalii) przez
pewien czas używano nazwy Cathay. Zarówno Kitaj, jak i Cathay pochodzi od narodu Kitanów,
którzy przez pewien czas (X wiek n.e.) podbili północne Chiny i założyli własną dynastię,
chociaż dzisiaj pewnie bardziej się to słowo kojarzy z liniami lotniczymi Cathay Pacific
niż z historią Chin. Zaś wszelkie inne formy (angielskie China, francuskie Chine, nasze
Chiny itd.) wzięły się od nazwy dynastii Qin4)
(pierwsza historycznie udokumentowana dynastia chińska, założona w III wieku p.n.e.). Ponoć
nawet łacińska forma Sina (stąd np. sinologia) też za źródłosłów bierze tę właśnie dynastię.
Jednak, wbrew pierwszemu podejrzeniu, Rosjanie wcale nie nazwali herbaty - "czaj" od
słowa China. Wyszli po prostu od chińskiej nazwy herbaty: "cha" (czyta się "czha").
My poszliśmy śladem Europy, która tę roślinkę zaliczała w systematyce łacińskiej do
rodzaju Thea, a stąd krótka droga do "tea" (Anglia), czy "thé" (Francja). Nasza nazwa
to "ziele te", co przy użyciu łaciny, obowiązkowej wówczas w nauce, dało słowo "herba te".
I kto z nas, zapijając się herbatą, pamięta o takich językowych ciekawostkach?
A na takiej opisanej powyżej ludnej ulicy można całkiem często zobaczyć, jak jakieś
dzieci grają sobie, niczym nie zrażone, w badmintona. Stojąc na środku chodnika,
odbijają lotkę ponad głowami ludzi. Ci z kolei nie wydają się ani trochę zdziwieni,
czy zniecierpliwieni takim balastem uszczuplającym i tak wąskie miejsce. Lotka
'ping-pang5)' przemieszcza
się tam i nazad, ludzie przechodzą mimo, mało zainteresowani tym pociągiem do sportu.
Każdy gdzieś się spieszy i każdy rozumie, że w tłumie trzeba sobie jakoś radzić.
W ogóle Chińczycy wydają się oazą spokoju i wyrozumiałości. To, pomimo pozornej niemożności,
naprawdę działa, co prawda do czasu. Kiedy coś się stanie - ktoś kogoś obrazi, rowery
się splączą i przewrócą, albo wydarzy się coś podobnego - wokół wydarzenia gromadzi
się błyskawicznie spory tłum ludzi, którzy, zainteresowani najmniejszą nawet odmianą,
przyglądają się z ciekawością rozwojowi wydarzeń, ale, co ciekawe, zwykle albo milczą,
albo dyskutują między sobą, nie wtrącając się do samej kłótni. Tłum gęstnieje błyskawicznie
i barbarzyńca europejski ma po chwili wrażenie, że najgorętsze dyskusje są prowadzone
nie w jądrze sporu, ale na jego poboczach, gdzie znajdują się tylko tacy ludzie, którzy
w żaden sposób nie mogli być świadkami zdarzenia, a teraz, najwyraźniej, jakoś tam
je sobie tłumaczą. Nerwy, tak samo, jak szybko puściły, tak samo szybko zostają ukojone.
Zwykle skłóceni ludzie dość prędko dochodzą do zgody i idą swoją drogą, a pozostawiony
tłum dyskutuje jeszcze tylko kilka minut i też się pomału rozchodzi.
Ten tłum jest w oczach obserwatora anonimowy, ale przecież każdy jakoś się tam nazywa,
bo odziedziczył nazwisko, a rodzina wymyśliła mu bardzo indywidualne imię. Zrozumienie
tego tematu to kolejne wyzwanie dla cudzoziemca. Kłopotów nie mają Węgrzy, bo oni też
stawiają nazwisko przed imieniem, jednak inne narody europejskie zwykle robią na odwrót:
najpierw imię, później nazwisko. U Chińczyków reguła jest żelazna: najpierw nazwisko,
a za nim imię. Do tego miejsca było prosto, a dalej zaczynają się schody. Nazwisko to po
chińsku "xing" (czyta się: "sing", gdzie to "si" musi być wymawiane tak, jak w słowie
"sikora"). Prawie zawsze nazwisko to jedna sylaba, zapisywana jednym znakiem. Nazwiska
dwusylabowe zdarzają się bardzo rzadko. Nazwisk trzysylabowych lub dłuższych wśród
Chińczyków praktycznie nie ma. Stare podania głoszą, że w zamierzchłych czasach, gdy
przodkowie Chińczyków przybyli na teren obecnych Chin, była ich zaledwie garstka.
Podobno było ich "sto rodzin", czy też "sto nazwisk". Prawdą jest fakt, że liczba
nazwisk chińskich jest dość ograniczona i, choć przekroczyła tę baśniową liczbę stu,
to przecież ponoć nie przekracza pięciuset. Badacze, na podstawie częstości występowania
różnych nazwisk w najstarszych zachowanych tekstach, doszli do wniosku, że w znakach
zapisujących te kilka, czy może kilkanaście absolutnie najstarszych nazwisk prawie
zawsze jest składowa oznaczająca kobietę (nü). Jaka znowu składowa? A taka, że znak chiński
to uporządkowany system kilku, a czasem kilkudziesięciu kresek, z których pewne powtarzalne
kombinacje znaczą zawsze to samo. Badacze doszli więc do wniosku, że w najbardziej
zamierzchłych czasach cywilizacji chińskiej panował matriarchat i dopiero w czasach
późniejszych zaszła rewolucja prowadząca do patriarchatu. Na początku nazwiska mieli
mieć tylko arystokraci, a dziedziczyli je po kądzieli. Chłopstwo z początku ponoć nie
miało w ogóle nazwisk. Dopiero wraz z upadkiem znaczenia starego systemu zaczęto
dziedziczyć nazwiska po ojcu, a chłopi przejęli nazwiska arystokracji, a więc pewnie
lokalnych przywódców. Żeby nie było za dobrze, podobno nazwiska dziedziczone po matce
to były owe "xing", a przydomki dziedziczone po ojcu nazywały się "shi" (szy). Z
czasem nastąpiło połączenie i przemieszanie tych pojęć, a świadectwem tego ma być fakt,
że jednym z określeń słowa "nazwisko" jest też słowo "xingshi". Czy tak było faktycznie -
przekracza to znacznie zakres tych zapisków. Jednak podobno liczba nazwisk jest tak
ograniczona właśnie dlatego, że wywodzi się z tego zbioru nazwisk pierwszych arystokratów.
A skutkuje to tym, że nawet kilkadziesiąt milionów ludzi może nazywać się tak samo.
Niektóre nazwiska są bardzo popularne (np. Chen, Zhang, Liu, Zhou, Wang), a inne są rzadsze.
W historii Chin zdarzało się niejednokrotnie, że ze stepów na północy wkraczali barbarzyńcy,
zajmowali stolicę, mordowali władcę i wszystkie jego małżonki, żony i konkubiny (żeby
któraś nie powiła później dziedzica, który miałby podstawy do roszczeń do tronu), przejmowali
władzę (zwykle przy minimalnym zainteresowaniu poddanych) i najdalej w kilka pokoleń
całkowicie się sinizowali, rozpływając się w chińskim morzu głów. Zachowanie czystości
rasy nie było więc tylko zmartwieniem Niemca z grzywką, ale też większości tych, którzy
kolejno Chiny podbijali. Był wśród nich lud, który szczególnie martwił się tym problemem,
bo miał przed oczyma koniec swoich poprzedników. I znalazł się minister, który zaproponował
któregoś dnia władcy, żeby w możliwie krótkim czasie zgładzić wszystkich ludzi noszących
najpopularniejsze nazwiska. W ten sposób - utrzymywał - ludu będzie zdecydowanie mniej,
przez co proces stapiania się najeźdźców w jedno z Chińczykami znacznie się spowolni,
a niezadowolonych ubędzie. Władca wzdrygnął się jednak na takie dictum i nie
zdecydował na realizację tego pomysłu.
Ratunkiem w tym gąszczu ludzi o takim samym nazwisku jest imię. Imię to zwykle dwie
sylaby (w zapisie dwa znaki), ale czasem zamiast dwóch stosuje się tylko jedną. Jeśli
zbiór nazwisk był zamknięty i ograniczony, to imię zależy tylko i jedynie od inwencji
rodziców, czy dziadków. Nie ma żadnych barier i każde słowo po chińsku może tu być użyte.
Daje to, przynajmniej teoretycznie, miliony kombinacji. W praktyce rodzice chcą, żeby
imię było symbolem czegoś silnego, mądrego lub (w przypadku córek) pięknego. (Dla
dziewczynek często wybiera się imię, które jest podwojeniem dźwięku, na przykład Lili,
Feifei itp.) Przez długie stulecia udawano się do specjalnych doradców, którzy, biorąc
pod uwagę datę narodzin, sugerowali, jakie imiona mogą być dla dziecka korzystne, a
jakie nie. W pierwszym okresie rządów komunistycznych takie praktyki były źle widziane,
ale ostatnio ponoć ta moda powraca. Część ludzi chce podobno zmienić swe imiona, bo nie
chcą już mieć na imię "Czerwona Gwiazda" (Hongxing) albo "Kochający Technikę" (Aike), a
takie imiona wybierali niektórzy rodzice w czasach wielkich przemian. Ciekawe, na ile
była to ich własna wola, a na ile subtelne sugestie aparatu partyjnego. W końcu, w
okresie rewolucji francuskiej, gdy zrywano z tradycją, też sugerowano nadawanie nowych
imion dzieciom, np. Krowa, czy Rabarbar. Po imieniu Chińczycy zwracają się do siebie
o wiele rzadziej niż, dajmy na to, Polacy. Znacznie częściej mówią do siebie po nazwisku,
dodając po nim (a nie przed, jak w Polsce) takie tytuły, jak: "pan" [xiansheng],
"nauczyciel" [jiaoshi], "mistrz" [zi], czy (w niedawnym okresie) "towarzysz" [tongzhi].
Jedynie słowo "stary" [lao] (co równa się podkreśleniu szacunku; najczęściej tłumaczy się
to jako 'czcigodny') stawia się przed nazwiskiem.
Tam, gdzie Chińczycy spotkali się z mocarstwami kolonialnymi (Hong Kong, Singapur)
zapanowała moda na dodanie sobie imienia bardziej znośnego dla białych. Ot, tak -
żeby łatwiej było prowadzić interesy, a biały barbarzyńca żeby nie zaprzątał sobie
głowy, co u kontrahenta jest imieniem, a co nazwiskiem. W domu i w stosunkach ze starym
krajem oraz z chińską diasporą przykładowy pan Chen Yiliang używał tej właśnie formy,
a w kontaktach z białymi dodawał sobie europejskie imię (dla zobrazowania niech będzie
to Anthony, choć może być przecież każde inne) i stawiał je przed nazwiskiem. Występował
więc teraz jako Mr. Anthony Chen lub, nieco bardziej wymyślnie, a w lekko zamerykanizowanej
formie: Mr. Tony Y.L. Chen. Ta tendencja pojawiła się ostatnio także w Chinach kontynentalnych,
co świadczy o tym, że i tam ludzie doszli do wniosku, że biały człowiek to istota tak
ograniczona, że nie jest w stanie wyjść poza ciasne ramy swego widnokręgu, więc trzeba mu,
póki co, ułatwiać życie.
Pewnym dodatkowym kłopotem może być to, że w czasach historycznych jeden człowiek mógł
mieć kilka różnych imion, zależnie od okresu życia (inne w okresie "mlecznym", inne w
szkole, inne na studiach, inne w dorosłym życiu). A jeśli było się cesarzem, to można
było zostać pochowanym pod jeszcze innym imieniem, odpowiednim do nowej drogi w zaświatach.
Dzisiaj zmiany imienia są już raczej niemożliwe, choć zdaje się, że w przypadku ostatniej
drogi cesarzy Japonii zasada dalej obowiązuje. Za to w dzisiejszych Chinach można co
krok napotkać "małych cesarzy". Jest to wynik rygorystycznej polityki demograficznej
pozwalającej na posiadanie w jednej rodzinie tylko jednego dziecka. Jeśli kiedyś rodzina
była zdecydowanie wielodzietna, to takie ograniczenia są teraz odbierane ze szczególnie
ciężkim sercem (jeśli Chińczyk oznajmi nam, że ktoś ma "czarne serce", to nie należy
sugerować szybkiej wizyty w szpitalu, tylko unikać tego człowieka, bo ten zwrot
oznacza mniej więcej tyle, że jest złośliwy). Trzeba pamiętać o tym, że wysoka śmiertelność
powodowała to, że z urodzonych dwunastu, czy więcej dzieci, przeżywało jedynie kilka.
A im więcej dzieci, tym większa pewność, że któreś (albo wszystkie razem) wykosztuje
się na drewniane trumny dla starych rodziców. Było to niezmiernie ważne, bo odwieczna
tradycja kazała marzyć o takim pochówku, a z drugiej strony kilka tysięcy lat intensywnej
uprawy rolnej wytrzebiło lasy, co utrudniało zakup wielkiego drzewa niezbędnego do wyrobu
takowej trumny. Bo idealna trumna powinna być z litego drewna, a nie z jakichś marnych desek.
To jednak dla potomstwa był zawsze wielki kłopot. Trzeba jednak wrócić do małych cesarzy -
tymczasem dzieci są małe, więc szczęśliwe i nawet nie myślą o trumnach. Polityka państwa
pozwoliła im się urodzić, co wcale nie każdemu jest tam dane. Rodzice na pewno skorzystali
z możliwości badań prenatalnych, aby określić płeć dziecka. Często, jeśli nie jest to
wymarzony syn, pary decydują się na aborcję. Skutkiem tego jest duża nadprodukcja synów,
co daje znaczną dysproporcję pomiędzy mężczyznami, a kobietami. Po prostu ci wytęsknieni
synowie, gdy dorosną, będą mieli kłopot ze znalezieniem sobie partnerki. To znaczny kłopot
w skali państwa i powód licznych nadużyć - na przykład na wsi, gdzie praca jest ciężka i
trudno o partnerkę, wielkim wzięciem cieszą się dziewczyny upośledzone umysłowo, o ile
tylko są silne. Nie wpadnie im do głowy, żeby uciekać, będą harowały w polu jak bawół,
a dziecko też pewnie urodzą nie gorzej niż te wszystkie miastowe panienki. No i nie
będą pyskować panu i władcy. Tylko mniejszości narodowe mogą sobie pozwolić na większą
ilość dzieci i nikt ich za to nie ściga, bo rząd popiera rozwój mniejszości. W miastach
zaś jedno dziecko i szlus - nie ma od tej reguły żadnych odstępstw. Na wsi, jeśli
pierwszym dzieckiem okazuje się dziewczynka, to daje się pozwolenie na urodzenie drugiego.
Zdarza się też, że rodzice, dla podkreślenia swojego poparcia dla linii partii odbierają
tylko jedno z bliźniąt, jeśli przydarzy im się coś takiego. Chociaż podobno nawet
rygorystyczne zwykle władze traktują przypadek takiego porodu jako coś, co należy zaakceptować.
Autor tych zapisków sam jednak spotkał się z panią, która adoptowała swego własnego wnuka
(po wielu staraniach i podaniach na piśmie), bo córka wzięło tylko jedno z bliźniąt,
pozostawiając w szpitalu drugie. Dziecko adoptowane nie miało żadnych praw przysługujących
zwykle dzieciom z tytułu opieki państwowej.
Gdy pojawi się potomek, będzie nosił nazwisko ojca (po ślubie żona zachowuje swoje nazwisko -
jak była panną Meng, tak teraz staje się panią Meng). I rodzice szaleją i czworo dziadków
też szaleje - ze szczęścia. Wszystkie tęsknoty za dziećmi i wnukami ogniskują się
teraz w tym jednym, wyśnionym i najpiękniejszym. Wszystko jest dla niego. Pasie się go
(ją) bez żadnego umiaru - przecież wiadomo, że grube jest piękne. Nie darmo ideałem
piękna na Dalekim Wschodzie jest grubas okapujący potem, otoczony wianuszkiem dzieci,
łażących po nim niczym po skale. Gruby - to znaczy, że nie musi pracować fizycznie.
A skoro mógł się tak utuczyć, to stać go na wiele - czyli, że jest bogaty. I tak trzymać!
Zanim gruby schudnie, to chudy zdechnie - mówią szczęśliwi dziadkowie i napychają wnusia
niczym gąsiora przed świętami. Później większe już dzieci korzystają z pełnej pobłażliwości
rodziny. Jakże ukrzywdzić dziedzica, naszego małego cesarza, wielką nadzieję całego rodu?
I tak już dostatecznie skrzywdzi go szkoła, gdzie musi być grzeczny i spełniać nakazane
przez nauczyciela wymogi. Kupić mu to, kupić mu tamto, uszczęśliwić go, choćby za
cenę wyrzeczeń. Mały cesarz nie jest głupi, pilnie obserwuje i wyciąga wnioski.
Bardzo szybko orientuje się, że kilka osób żyje jedynie po to, żeby spełniać jego
zachcianki. W Chinach w dorosłe życie wszedł już pierwszy rzut takich małych cesarzy
i skutki są podobno alarmujące, bo polityka państwa niechcąco wyprodukowała całe pokolenie
sobków, egocentrycznych i zainteresowanych tylko sobą.
Autorowi wydaje się, że kobieta jest w Chinach za psem. Co prawda sami Chińczycy
raczej skłaniają się do twierdzenia, że kobieta jest szyją, która kręci przysłowiową
głową, że to kobieta zwykle trzyma rodzinne pieniądze, że mężowie bardzo słuchają
zdania swoich żon itp. Być może. Jednak podczas swego pobytu autor kilkakrotnie spotkał
się z podziwem tubylców, mówiących z nieukrywaną emocją o tym, jak to niejaka M.
Curie-Skłodowska, w końcu KOBIETA, ciężką pracą doszła do najwyższych zaszczytów.
To podkreślanie płci było znamienne, niezależnie od tego, co mówi się oficjalnie o
równouprawnieniu. I było tego zachłystywania się karierą kobiety Curie-Skłodowskiej tyle,
że zaczęło to być w końcu podejrzane. Prawdą jest natomiast to, że na stanowiskach
kierowniczych jest w Chinach zdecydowanie więcej mężczyzn niż kobiet. Może to przypadek,
a może autor nie obracał się we właściwych kręgach. Najczęściej jednak kobiety były
traktowane bardzo seksistowsko, jako piękny dodatek do wieczoru, hostessy, osoby
podające alkohol (obowiązkowo w tradycyjnych szatach, z rozcięciem kolorowych sukienek
na każdym boku aż do pół uda). Nie jest też żadnym odkryciem to, że wraz ze wzrostem
klasy średniej coraz częstsze są powroty starych tradycji, zakładających, że businessman
musi mieć kochankę lub nawet kilka, żeby miał się czym przechwalać przed kolegami.
Nie jest jednak wykluczone, że autor na tym polu myli się całkowicie, biorąc swoje
domysły za rzeczywistość. W końcu nie miał nigdy chińskiej kochanki.