|
AGRADACJA | |
"To dla mnie chińszczyzna". Albo: "It's all Greek to me". Tak najczęściej reagują
ludzie, gdy spotykają się z czymś absolutnie niezrozumiałym. Czy rzeczywiście ta
przysłowiowa chińszczyzna musi być dla nas synonimem tureckiego kazania? Pewnie tak,
bo to język bardzo różny od naszego. A przecież, skoro posługuje się nim grubo ponad
miliard ludzi, więc musi być jednym z najpopularniejszych języków świata. Bliższe
przyjrzenie się temu zagadnieniu studzi nieco ten pierwotny zapał i podziw. To prawda,
że użytkowników chińskiego jest ogromna liczba, jednak prawie wszyscy mieszkają w
Chinach, na Tajwanie, w Hong Kongu, Macao, czy w Singapurze. Poza Dalekim Wschodem
znajomość chińskiego jest praktycznie żadna, więc jego światowe rozpowszechnienie
w porównaniu do angielskiego wypada blado. Niemniej ta ilość, jeśli nawet skupiona
na jednym, dość zwartym obszarze, daje do myślenia. Może zatem warto dowiedzieć się
czegoś więcej o tym języku, który ponoć sam nazywa się językiem Han? Jeśli pewnego
dnia ilość dialektycznie zmieni się w jakość, to głupio byłoby obudzić się z ręką
w nocniku, nic na ten temat nie wiedząc.
Jak zwykle sprawa nie jest taka prosta, jak można by z początku uważać. Język chiński
należy do grupy języków chińsko-tybetańskich. Pewnie większość ludzi nigdy nie słyszała
o takiej rodzinie, ale to jeszcze nic złego. Gorzej jest z tym, że specjaliści - językoznawcy
(Soso6) jest arbitralnie
wyłączony z tej grupy) dyskutują, czy mamy do czynienia z jednym językiem chińskim,
czy też z wieloma językami chińskimi. Czołobitny stosunek do autorytetów uniemożliwia
zatem proste wyjaśnienie tego problemu, a najlepiej poinformowani, czyli naukowcy chińscy
pozostają poza zasięgiem lektur autora. Wynika z tego oczywisty, choć smutny wniosek -
w tym tekście nie pojawi się prosta i jasna odpowiedź, tak uwielbiana przez polityków.
Jak to zwykle w takich wypadkach bywa - trzeba sobie jakoś radzić bez podpowiedzi.
Jak już wspomniano Chiny są podzielone na prowincje (takie odpowiedniki naszych województw)
i okręgi autonomiczne. Gdyby mapkę konturową tego kraju zamalowywać zieloną kredką w
ten sposób, że cała zachodnia połowa i jeszcze cienkie obszary przygraniczne w okolicach
Mongolii, Birmy, Laosu i Wietnamu byłyby zamalowane, to te zielone obszary to miejsca
zamieszkałe przez mniejszości narodowe, które chiński znać powinny, jednak zwykle
traktują go jak język obcy, w domu mówiąc po swojemu, a cała reszta (to znaczy ten
niezamalowany obszar) to miejsca zamieszkałe głównie przez Hanów, którzy używają
chińskiego na co dzień. Jak już wcześniej wspomniano, tereny zachodnie (wyżynne,
górzyste, pustynne) są słabo zaludnione, zaś wschód kraju (nizinny) bije rekordy
gęstości zaludnienia. (Prowincje mają nazwy ustalone zwykle od tysięcy lat, co świadczy
niewątpliwie o praktycznym podejściu Chińczyków do wielu spraw.) No i w największym skrócie -
co prowincja, to nieco odmienny język. Gdy spotkają się dwaj Chińczycy z sąsiednich
prowincji, to zwykle dogadują się bez kłopotu, ale gdy są z prowincji od siebie znacznie
oddalonych, to mają kłopot, bo różnice językowe praktycznie uniemożliwiają im porozumienie.
Każdy z nich mówi po prostu całkiem innym językiem!
Wielokrotnie można zaobserwować podobne scenki: dwóch ludzi (zwykle starszych) siedzi i
rozmawia. Trzymają się przy tym za ręce, niczym jakieś papużki nierozłączki. Ale,
zaraz, zaraz! Czy aby dobrze widzimy? Oni gładzą się bezustannie po wnętrzach dłoni!
Jakaś wyrafinowana azjatycka perwersja? Nic z tych rzeczy, oni zwyczajnie rozmawiają,
ale niezbyt rozumieją jeden drugiego. Prawdopodobnie pochodzą z odległych prowincji i
ich języki bardzo się od siebie różnią. Tak więc jeden coś mówi i w tym samym czasie
pisze te słowa palcem na wnętrzu dłoni słuchacza. Później zamieniają się rolami -
ten, który słuchał i patrzył na wyimaginowane znaki kreślone na własnej dłoni teraz
sam zabiera głos i w analogiczny sposób wodzi palcem po dłoni rozmówcy. Wygląda to
trochę dziwnie, ale działa! Oni bardziej do siebie piszą, niż rozumieją to, co słyszą.
Znaki chińskie są ideogramami7),
których budowa i znaczenie są wszędzie takie same. Tak więc w każdej, nawet najbardziej
oddalonej prowincji konkretny znak znaczy zawsze dokładnie to samo. Jednak mieszkańcy
różnych prowincji mogą odczytać ten sam znak na głos całkiem odmiennie. Dobrym przykładem
może być liczebnik "dziewięć". W Pekinie powiedzą "jiou" (ć-hou), a już w Kantonie "kow"
(kau). To są naprawdę zupełnie różne języki.
Dlaczego jednak tak podkreślano, że ci rozmówcy (?) są pewnie starsi? A dlatego, że
krótko po zdobyciu władzy komuniści postanowili upowszechnić jeden wspólny język.
Zaczęto go przymusowo uczyć w szkole, jednak starsi do szkół już raczej nie chodzili,
więc ich znajomość tego panaceum na wielojęzyczność bywa kiepska. Młodsze roczniki
powinny za to radzić sobie z tym narzuconym narzeczem dużo lepiej. Tu znowu trzeba
wrócić do problemu, czy to jeden język, czy może grupa języków. Najczęściej można
w źródłach znaleźć propozycję podziału chińskiego na dwie podstawowe grupy: języków
północnych i języków południowych. Północne są do siebie dość podobne, a południowe
różnią się od siebie w znacznym stopniu, zaś już od tych północnych bardzo zasadniczo.
Ci, którzy znają wietnamski, mówią że narzecza (czy może języki) południowe są bardziej
zbliżone właśnie do tego języka, niż do dialektów północnych. Na pewno dotyczy to
kantońskiego, a o innych dialektach (Hakka, Minnan8))
trzeba poczytać w źródłach specjalistycznych. Tak więc w domu Chińczyk mówi po swojemu,
a przy kontakcie z człowiekiem z innej prowincji powinien przestawiać się na język
ogólnochiński, taki - jeśli tak można powiedzieć przez analogię do Niemiec - Hochchinesisch.
Szeroko pojęty lud zawsze mówił po swojemu, podczas gdy urzędnicy (według spojrzenia europejskiego -
mandaryni) używali języka klasycznego, który przez stulecia tak dalece oddalił się
od języka codziennego, że te odmienności można porównać do różnic pomiędzy klasyczną łaciną,
a, dajmy na to, współczesnym hiszpańskim, czy włoskim. W czasach nowożytnych inteligencję
chińską zaczęło to niepokoić i próbowano wytworzyć współczesną odmianę języka, używaną
przez administrację i zrozumiałą dla otoczenia. Zaczęto mówić o języku urzędników,
czy też o języku ludzi wykształconych. Stąd już jeden krok do "putonghua", czyli
"wspólnego języka" (a właściwie chyba raczej "wspólnej mowy"), narzuconego przez
komunistów w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Podobno przy tworzeniu języków
narodowych przeważającą rolę ma zawsze dialekt używany w okolicach stolicy. Nie inaczej
było w Chinach. Przyjęto, że putonghua = wspólny język (przez cudzoziemców nazywany
mandaryńską odmianą chińskiego, Mandarin Chinese) będzie dialektem pekińskim.
Wiele języków Dalekiego Wschodu i Indochin ma to do siebie, że są językami tonalnymi.
Znaczy to tyle, że tę samą sylabę można wypowiedzieć na kilka sposobów, już to podnosząc
ton, już to opuszczając, albo specyficznie go modulując (góra - dół, dół - góra, dół -
góra - dół itd.). Znaczenie słowa zmienia się wówczas diametralnie, a cudzoziemcy,
niezbyt przyzwyczajeni do takiego systemu fonetycznego, popełniają najgrubsze omyłki,
myląc tony lub w ogóle nie potrafiąc ich odpowiednio wymówić. Wyobraźmy sobie, że
sprzedajemy w sklepie spożywczym w Ningbo, a tu wchodzi do nas taki zamorski diabeł
i mówi coś tam po barbarzyńsku. Próbuje, próbuje, a widząc, że w ten sposób niczego
nie osiągnie, usiłuje wreszcie powiedzieć coś w ludzkim języku. Ale to jakiś przygłup
chyba? Co on tam bełkocze? "Qing gei wo liang jing tang"? "Poproszę kilo wrzątku"??
Nie, chyba jednak "poproszę kilo świątyni". No, nie do wiary po prostu! U nas? Trzeba
spróbować rozwikłać tę zagadkę. Na takiego zupełnego głupka jednak nie wygląda, może
tylko uczył się chińskiego w innej prowincji i stąd kłopot ze zrozumieniem. Szybko
więc piszemy na kartce kilka znaków wyjaśniających wszystko i podsuwamy mu pod nos.
Oj, niedobrze - patrzy całkiem zbaraniałym wzrokiem i nie reaguje, niepiśmienny
troglodyta. Trzeba próbować inaczej. "Poproszę kilo" nie stanowi żadnego problemu.
A później stara się powiedzieć słowo "tang". Pewnie źle wymawia i stąd cały kłopot.
Powtórzmy sobie na głos "tang" w czterech tonach, to może coś do głowy przyjdzie.
Modliszka - nie, sadzawka - nie, cukier... tak, pewnie chodzi mu o cukier! I tak, dzięki otwartości sprzedawców,
cudzoziemiec często wraca do domu z tym, co chciał kupić, chociaż równie często z pustymi
rękami, a gdy tylko jest taka możliwość - wybiera zakupy w hipermarkecie, gdzie do
wszystkiego można podejść, wziąć w rękę i poszukać napisów po angielsku (są częściej,
niż można sobie wyobrazić, a już z pewnością częściej niż na produktach w Polsce).
Dociekliwy sprzedawca ćwiczył sobie wymowę słowa w czterech tonach, więc można domniemywać,
że chiński ma właśnie owe cztery tony. Na pozór tak, chociaż, jak zwykle w tych opisach,
nie do końca. Cztery tony ma tylko dialekt pekiński (putonghua). Zasada jest dość łatwa:
w Pekinie cztery tony, a im dalej na południe, tym ich więcej. Przy granicy z Wietnamem
nawet 7-8, bo właściwie południowcy bardziej już śpiewają niż mówią. A teraz, skoro o
śpiewaniu mowa, proszę wyobrazić sobie pięciolinię, która dopomoże zrozumieć, jak
powinny wyglądać prawidłowo wymawiane tony języka chińskiego. Im wyższa linia, tym
wyższy dźwięk. I na odwrót - im niższa linia, tym niższy wydawany z siebie głos. Linia
najniższa to 1, wyższa - 2, później odpowiednio 3 i 4, a najwyższą oznaczamy jako 5.
Na tych liniach należy zaznaczyć cztery prostokąty o takiej samej szerokości. Najpierw
w tym pierwszym trzeba narysować poziomy odcinek na wysokości 5. To graficzne odwzorowanie
tonu pierwszego (równego). Teraz w drugim prostokącie trzeba obok poprowadzić odcinek z
2 do 4 (ukosem do góry). To ton drugi (wznoszący). Ton trzeci (opadająco - wznoszący)
jest troszkę bardziej skomplikowany: rysuje się coś podobnego do krzywego "ptaszka" -
zaczyna się w 2, jedzie ukosem w dół do 1, a tu wcale nie koniec, bo trzeba pociągnąć
spory kawałek poziomo i potem w górę, aż do 4. I w czwartym prostokącie kolejny ton:
kreśli się z 5 ukosem w dół do 1 - to ton czwarty (opadający). Uff! Wszystko. Teraz można
zacząć ćwiczenia. Powtarzamy więc sobie na głos [w nawiasie zaznaczony ton], ma(1) =
matka, ma(2) = konopie, ma(3) = koń, ma(4) = przeklinać. Prawda, że po bliższym
zapoznaniu się z tematem okazuje się on całkiem banalny9)?
Jednak ta przykładowo podana sylaba (ma) nie wygląda na jakąś specjalnie skomplikowaną.
I oczywiście skomplikowana nie jest. Specjalnie tak ją dobrano, żeby nie straszyć
czytelników. Trzeba jednak dokonać próby dalszego zgrubnego opisu języka. Słowa chińskie
są jedno-, dwu- lub wielosylabowe. Można by długo opisywać różne skomplikowane zasady,
jednak na początku najlepsza będzie taka zupełnie najprostsza: im słowo starsze, tym
większa szansa, że składa się tylko z jednej sylaby. Jak odróżnić, czy słowo jest
stare, czy nie? Całkowicie intuicyjnie - jeśli chce się opisać rośliny uprawne, zwierzęta
domowe, zboża, składniki pożywienia, proste narzędzia rolnicze, starą broń, członków
rodziny itp. to prawie na pewno słowo będzie jednosylabowe. Jeśli chce się opisać coś
związanego z cywilizacją nowoczesną, to prawie na pewno słowo będzie dwusylabowe lub
nawet dłuższe. Nowe pojęcia opisuje się zazwyczaj poprzez złożenie dwóch innych (starszych)
pojęć w jedno nowe. Niech przykładem będzie słowo "telefon", który po chińsku jest
złożeniem słów "dian" (prąd) i "hua" (mowa), co razem daje nowe słowo "dianhua"
(dosłownie: elektryczna mowa, czyli właśnie telefon). Ale już do określenia "biblioteki"
potrzeba trzech sylab - "tushuguan".
Liczba sylab jest skończona i można je wszystkie zapisać w jednej tabelce (mowa o
dialekcie pekińskim, putonghua - w dialektach południowych jest nieco inaczej, bo
tam występują inne sylaby, choć też w skończonej liczbie). Właściwie taka tabelka
istnieje chyba tylko po to, żeby uzmysłowić cudzoziemcom pewne zasady tworzenia słów.
Ta cecha języka ogranicza znacznie aparat głoskotwórczy przeciętnego Chińczyka,
który długo musi się uczyć, że człowiek jest jednak w stanie wydać z siebie dźwięk
różny od sylab chińskich. Dlatego nauka obcego języka jest dla Chińczyków na początku
trudna, bo muszą odzwyczaić się od własnych nawyków wymowy. Jednym to wychodzi, innym
nie, a cudzoziemiec ma nieraz duże trudności z konstatacją, że to, co właśnie słyszy,
to jego własna mowa w wykonaniu dalekowschodnim. Wszystkich sylab dialektu pekińskiego
jest razem trzysta sześćdziesiąt i dziewięć. Pogrupować je można według głoski, która
jest w grupie samogłoskowej pomiędzy początkiem, a końcem sylaby. I tak można wyróżnić
cztery typoszeregi: bez dodatkowej głoski, z głoską "u", z głoską "i" oraz z "ü", co,
przy odrobinie wyobraźni matematycznej, można zapisać jako zbiór W = {Ø, u, i, ü}, gdzie
Ø to tak zwany zbiór pusty, czyli taki, który niczego w sobie nie zawiera. Sylaby
rozpoczynają się od jednej ze spółgłosek: P = {b, p, m, f, d, t, n, l, g, k, h, j,
q, x, zh, ch, sh, w, y, r, z, c, s}. A końcówki sylab to zbiory zależne od zbioru W, a więc:
- bez dodatkowej głoski: K(Ø) = {a, ai, ao, an, e, o, ei, ou, en, eng, i, er};
- z głoską "u": K(u) = {u, ua, uai, uan, uang, uo, ui, un, ong};
- z głoską "i": K(i) = {i, ia, iao, ian, iang, ie, iu, in, ing};
- z głoską "ü": K(ü) = {ü, üan, üe, ün, iong}.
Łatwo się domyślić, że sylabę S tworzy się przez konkatenację (zestawienie,
dodanie) elementów poszczególnych zbiorów, a więc: S = P + K(w). Jednak nie
wszystkie tak utworzone kombinacje są dozwolone. Na przykład początki sylab dla
typoszeregów K(i) i K(ü) są drastycznie ograniczone tylko i wyłącznie do zbiorów
P(i)=P(ü)= {j, q, x}. Szczegóły przekraczają jednak możliwości tych zapisków, więc
zainteresowani powinni znaleźć poważniejsze źródła wiedzy10).
Przemnożenie liczb 369 (ilość sylab w sylabariuszu putonghua) i 4 (ilość tonów w
putonghua) daje wynik 369 * 4 = 1.476. Teoretycznie tyle właśnie różnych dźwięków
potrafi wydać z siebie Chińczyk mówiący putonghua. Tyle i koniec - innych NIE MA.
Dlatego tak trudno Chińczykowi wymówić coś znajdującego się poza powyżej opisaną tabelką.
Żeby, na przykład, oddać nazwisko cudzoziemca trzeba odnaleźć sylaby możliwie najbliższe
dźwiękowo i zapisać je chińskim systemem. Można spróbować to zobrazować - na przykład
dość typowe nazwisko Nowak dzieli się, oczywiście, na sylaby i zastępuje każdą z nich
poprzez inną (inne, jeśli trzeba), bliskobrzmiącą i chińską. No i mamy: No = Nuo,
wak = fa + ke. Otrzymuje się w ten sposób nową formę Nowak = Nuofake - całość daje
efekt, przyznać trzeba, nawet dość podobny, a w dodatku można go zapisać w taki sposób,
że wreszcie każdy z chińskiego kręgu kulturowego zrozumie, z kim ma do czynienia.
Wreszcie trzeba też wspomnieć o tym, jak właściwie czyta się zapis chińskiego. Chińczyk
pisze znakami i ma się świetnie. Znaki jednak mają to do siebie, że, co prawda, są
niezwykle nośne i zabierają mało miejsca, ale jednak są też znacznym obciążeniem pamięci.
Po upadku cesarstwa i ogłoszeniu Republiki (1911 rok) opracowano system pomocniczy,
dający możliwość zapisania fonetyki znaku za pomocą kilkudziesięciu znaków. Były one
proste, ale jednak więcej miały wspólnego z ideą znaków, niż z alfabetem. Część tych
nowych znaków oznaczała spółgłoski początkowe, część samogłoski, a część zakończenia
sylab. Ponieważ pierwszymi znakami były: b, p, m, f, więc zazwyczaj nazywano ten system
"bopomofo". Wprowadzono go jako oficjalnie obowiązujący w Republice Chińskiej system
pomocniczy (bo pisano dalej przy pomocy znaków) w 1930 roku, ale odstąpiono od tego
w Chińskiej Republice Ludowej. Dalej za to uczą się go wszyscy na Tajwanie; również
dzisiaj. W Hong Kongu i w Singapurze używa się w celu latynizacji zapisu chińskiego
tak zwany system Giles-Wade'a, opracowany w Wielkiej Brytanii. Nic w tym dziwnego,
skoro były to kolonie brytyjskie. Szczegóły przekraczają jednak znacznie zakres tych
zapisków. Na początku istnienia Chińskiej Republiki Ludowej (bodajże w 1958 roku)
wprowadzono alfabet pomocniczy, składający się z dwudziestu sześciu liter łacińskich.
Nie zdobył on wielkiego uznania, a to z powodów, które zostaną dokładniej opisane
w rozdziale o piśmie. Niemniej bywa on pomocny przy korzystaniu ze słownika, pisaniu
na komputerze i transkrypcji dla potrzeb cudzoziemców. Taka fonetyczna transkrypcja
znaków chińskich nazywa się "pinyin". Od lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia
wszyscy uczniowie przyswajają ją sobie obowiązkowo w szkole. Poszczególne litery
czyta się zaś w następujący sposób:
A) Samogłoski:
1. Samogłoski: a, e, i, o oraz dyftongi: ao, ou, ua, uo czyta się identycznie, jak po polsku.
2. Gdy na końcu sylaby pojawia się "i" po samogłosce, czytamy je jak "j": ai, ei, uai, ui.
Uwaga: ostatni dyftong (-ui) czyta się nie jak "uj" tylko z niespodziewanym dodaniem "e", czyli "uej".
3. Samogłoska "u" zwykle jest czytana jak francuskie "u" lub niemieckie "ü".
4. Jeśli między spółgłoską, a samogłoską pojawia się "i", to zmiękcza spółgłoskę (jak po polsku).
5. "Y" może występować jedynie na początku sylaby i czyta się je jak polskie "j".
B) Spółgłoski:
1. Spółgłoski: m, f, n, l, h, s czyta się identycznie jak po polsku.
2. Znak "sh" czyta się jak polskie "sz".
3. Znak "x" czyta się jak polskie "ś".
4. Znak "w" czyta się jak współczesne "ł" (nie żadne tam przedwojenne, głoskotwórcze).
5. Znak "r" nie ma odpowiednika polskiego. Można spróbować wydobyć z siebie ten
dźwięk układając wargi jak do wymówienia "r", ale z nieco cofniętym czubkiem języka
(który nie może drgać) i, w takim położeniu, spróbować powiedzieć "ż". (W transkrypcji
rosyjskiej oddaje się go przez "ż", ale jest to dość dalekie od oryginału).
6. Pary: b / p, d / t, g / k, j / q, zh / ch, z / c. Autor ma tu pewien kłopot, bo
spotkał się z dwiema możliwościami. Jedna (tłumaczył ją autorowi Chińczyk w Chinach,
jednak, niestety, okazało się, że błędnie) mówi, że pierwsza głoska z każdej pary
jest dźwięczna, a druga bezdźwięczna. Jednak druga możliwość (znaleziona w kilku w
poważnych dziełach o Chinach) twierdzi raczej, że obydwie głoski w każdej z wymienionych
par są bezdźwięczne, tylko tę drugą wymawia się z przydechem (czyli artykulacją takiego
słabego "h" po spółgłosce, o ile wolno to w taki mało naukowy sposób wyrazić). Autor
nie jest językoznawcą, więc wierzy autorytetom, chociaż, strach przyznać, nie odniósł
w czasie swego pobytu w Chinach wrażenia, że ludzie tam mówią dokładnie tak, jak to
autorytety podają.
a) b / p - czytamy więc odpowiednio: p / p-h;
b) d / t - czytamy odpowiednio: t / t-h;
c) g / k - czytamy odpowiednio: k / k-h;
d) j / q - czytamy odpowiednio: ć / ć-h;
e) zh / ch - czytamy odpowiednio: cz / cz-h;
f) z / c - czytamy odpowiednio: c / c-h (nie "ch" tylko "c", a po nim lekkie, osobne "h").
7. "Ng" - czyta się jak po angielsku, a więc nie oddzielnie n + g, tylko jako jeden
dźwięk. Końcówkę "ong" czyta się "ung".
8. Końcówka "-n" daje czasem niespodziewane wrażenia, bo generuje głoski, których
na oko w słowie nie ma. I tak "-ian" czyta się "-ien", zaś "-un" może być przeczytane
jako "-uen".
Nad samogłoskami umieszcza się tony, które wyglądają mniej więcej tak: (pierwszy
ton: ē, drugi: é, trzeci: ě, czwarty: è). Dzięki takiemu systemowi znaków diakrytycznych
wiadomo na pierwszy rzut oka, jakim tonem wymawiać zapisaną sylabę.
No, to teraz pojawia się automatycznie pytanie, jak zapisać to po chińsku. Najbardziej
po chińsku, jak tylko się da. Najlepiej pędzelkiem i tuszem. Jednak, żeby tego dokonać,
trzeba przestać być analfabetą. A to może okazać się zadaniem ponad siły, bo
miejskim11) analfabetą
jest oficjalnie ten, kto zna mniej niż dwa tysiące znaków.