Agradacja AGRADACJA

Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział



ROZDZIAŁ III: JĘZYK

"To dla mnie chińszczyzna". Albo: "It's all Greek to me". Tak najczęściej reagują ludzie, gdy spotykają się z czymś absolutnie niezrozumiałym. Czy rzeczywiście ta przysłowiowa chińszczyzna musi być dla nas synonimem tureckiego kazania? Pewnie tak, bo to język bardzo różny od naszego. A przecież, skoro posługuje się nim grubo ponad miliard ludzi, więc musi być jednym z najpopularniejszych języków świata. Bliższe przyjrzenie się temu zagadnieniu studzi nieco ten pierwotny zapał i podziw. To prawda, że użytkowników chińskiego jest ogromna liczba, jednak prawie wszyscy mieszkają w Chinach, na Tajwanie, w Hong Kongu, Macao, czy w Singapurze. Poza Dalekim Wschodem znajomość chińskiego jest praktycznie żadna, więc jego światowe rozpowszechnienie w porównaniu do angielskiego wypada blado. Niemniej ta ilość, jeśli nawet skupiona na jednym, dość zwartym obszarze, daje do myślenia. Może zatem warto dowiedzieć się czegoś więcej o tym języku, który ponoć sam nazywa się językiem Han? Jeśli pewnego dnia ilość dialektycznie zmieni się w jakość, to głupio byłoby obudzić się z ręką w nocniku, nic na ten temat nie wiedząc.

Jak zwykle sprawa nie jest taka prosta, jak można by z początku uważać. Język chiński należy do grupy języków chińsko-tybetańskich. Pewnie większość ludzi nigdy nie słyszała o takiej rodzinie, ale to jeszcze nic złego. Gorzej jest z tym, że specjaliści - językoznawcy (Soso6) jest arbitralnie wyłączony z tej grupy) dyskutują, czy mamy do czynienia z jednym językiem chińskim, czy też z wieloma językami chińskimi. Czołobitny stosunek do autorytetów uniemożliwia zatem proste wyjaśnienie tego problemu, a najlepiej poinformowani, czyli naukowcy chińscy pozostają poza zasięgiem lektur autora. Wynika z tego oczywisty, choć smutny wniosek - w tym tekście nie pojawi się prosta i jasna odpowiedź, tak uwielbiana przez polityków. Jak to zwykle w takich wypadkach bywa - trzeba sobie jakoś radzić bez podpowiedzi.

Jak już wspomniano Chiny są podzielone na prowincje (takie odpowiedniki naszych województw) i okręgi autonomiczne. Gdyby mapkę konturową tego kraju zamalowywać zieloną kredką w ten sposób, że cała zachodnia połowa i jeszcze cienkie obszary przygraniczne w okolicach Mongolii, Birmy, Laosu i Wietnamu byłyby zamalowane, to te zielone obszary to miejsca zamieszkałe przez mniejszości narodowe, które chiński znać powinny, jednak zwykle traktują go jak język obcy, w domu mówiąc po swojemu, a cała reszta (to znaczy ten niezamalowany obszar) to miejsca zamieszkałe głównie przez Hanów, którzy używają chińskiego na co dzień. Jak już wcześniej wspomniano, tereny zachodnie (wyżynne, górzyste, pustynne) są słabo zaludnione, zaś wschód kraju (nizinny) bije rekordy gęstości zaludnienia. (Prowincje mają nazwy ustalone zwykle od tysięcy lat, co świadczy niewątpliwie o praktycznym podejściu Chińczyków do wielu spraw.) No i w największym skrócie - co prowincja, to nieco odmienny język. Gdy spotkają się dwaj Chińczycy z sąsiednich prowincji, to zwykle dogadują się bez kłopotu, ale gdy są z prowincji od siebie znacznie oddalonych, to mają kłopot, bo różnice językowe praktycznie uniemożliwiają im porozumienie. Każdy z nich mówi po prostu całkiem innym językiem!

Wielokrotnie można zaobserwować podobne scenki: dwóch ludzi (zwykle starszych) siedzi i rozmawia. Trzymają się przy tym za ręce, niczym jakieś papużki nierozłączki. Ale, zaraz, zaraz! Czy aby dobrze widzimy? Oni gładzą się bezustannie po wnętrzach dłoni! Jakaś wyrafinowana azjatycka perwersja? Nic z tych rzeczy, oni zwyczajnie rozmawiają, ale niezbyt rozumieją jeden drugiego. Prawdopodobnie pochodzą z odległych prowincji i ich języki bardzo się od siebie różnią. Tak więc jeden coś mówi i w tym samym czasie pisze te słowa palcem na wnętrzu dłoni słuchacza. Później zamieniają się rolami - ten, który słuchał i patrzył na wyimaginowane znaki kreślone na własnej dłoni teraz sam zabiera głos i w analogiczny sposób wodzi palcem po dłoni rozmówcy. Wygląda to trochę dziwnie, ale działa! Oni bardziej do siebie piszą, niż rozumieją to, co słyszą. Znaki chińskie są ideogramami7), których budowa i znaczenie są wszędzie takie same. Tak więc w każdej, nawet najbardziej oddalonej prowincji konkretny znak znaczy zawsze dokładnie to samo. Jednak mieszkańcy różnych prowincji mogą odczytać ten sam znak na głos całkiem odmiennie. Dobrym przykładem może być liczebnik "dziewięć". W Pekinie powiedzą "jiou" (ć-hou), a już w Kantonie "kow" (kau). To są naprawdę zupełnie różne języki.

Dlaczego jednak tak podkreślano, że ci rozmówcy (?) są pewnie starsi? A dlatego, że krótko po zdobyciu władzy komuniści postanowili upowszechnić jeden wspólny język. Zaczęto go przymusowo uczyć w szkole, jednak starsi do szkół już raczej nie chodzili, więc ich znajomość tego panaceum na wielojęzyczność bywa kiepska. Młodsze roczniki powinny za to radzić sobie z tym narzuconym narzeczem dużo lepiej. Tu znowu trzeba wrócić do problemu, czy to jeden język, czy może grupa języków. Najczęściej można w źródłach znaleźć propozycję podziału chińskiego na dwie podstawowe grupy: języków północnych i języków południowych. Północne są do siebie dość podobne, a południowe różnią się od siebie w znacznym stopniu, zaś już od tych północnych bardzo zasadniczo. Ci, którzy znają wietnamski, mówią że narzecza (czy może języki) południowe są bardziej zbliżone właśnie do tego języka, niż do dialektów północnych. Na pewno dotyczy to kantońskiego, a o innych dialektach (Hakka, Minnan8)) trzeba poczytać w źródłach specjalistycznych. Tak więc w domu Chińczyk mówi po swojemu, a przy kontakcie z człowiekiem z innej prowincji powinien przestawiać się na język ogólnochiński, taki - jeśli tak można powiedzieć przez analogię do Niemiec - Hochchinesisch.

Szeroko pojęty lud zawsze mówił po swojemu, podczas gdy urzędnicy (według spojrzenia europejskiego - mandaryni) używali języka klasycznego, który przez stulecia tak dalece oddalił się od języka codziennego, że te odmienności można porównać do różnic pomiędzy klasyczną łaciną, a, dajmy na to, współczesnym hiszpańskim, czy włoskim. W czasach nowożytnych inteligencję chińską zaczęło to niepokoić i próbowano wytworzyć współczesną odmianę języka, używaną przez administrację i zrozumiałą dla otoczenia. Zaczęto mówić o języku urzędników, czy też o języku ludzi wykształconych. Stąd już jeden krok do "putonghua", czyli "wspólnego języka" (a właściwie chyba raczej "wspólnej mowy"), narzuconego przez komunistów w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Podobno przy tworzeniu języków narodowych przeważającą rolę ma zawsze dialekt używany w okolicach stolicy. Nie inaczej było w Chinach. Przyjęto, że putonghua = wspólny język (przez cudzoziemców nazywany mandaryńską odmianą chińskiego, Mandarin Chinese) będzie dialektem pekińskim.

Wiele języków Dalekiego Wschodu i Indochin ma to do siebie, że są językami tonalnymi. Znaczy to tyle, że tę samą sylabę można wypowiedzieć na kilka sposobów, już to podnosząc ton, już to opuszczając, albo specyficznie go modulując (góra - dół, dół - góra, dół - góra - dół itd.). Znaczenie słowa zmienia się wówczas diametralnie, a cudzoziemcy, niezbyt przyzwyczajeni do takiego systemu fonetycznego, popełniają najgrubsze omyłki, myląc tony lub w ogóle nie potrafiąc ich odpowiednio wymówić. Wyobraźmy sobie, że sprzedajemy w sklepie spożywczym w Ningbo, a tu wchodzi do nas taki zamorski diabeł i mówi coś tam po barbarzyńsku. Próbuje, próbuje, a widząc, że w ten sposób niczego nie osiągnie, usiłuje wreszcie powiedzieć coś w ludzkim języku. Ale to jakiś przygłup chyba? Co on tam bełkocze? "Qing gei wo liang jing tang"? "Poproszę kilo wrzątku"?? Nie, chyba jednak "poproszę kilo świątyni". No, nie do wiary po prostu! U nas? Trzeba spróbować rozwikłać tę zagadkę. Na takiego zupełnego głupka jednak nie wygląda, może tylko uczył się chińskiego w innej prowincji i stąd kłopot ze zrozumieniem. Szybko więc piszemy na kartce kilka znaków wyjaśniających wszystko i podsuwamy mu pod nos. Oj, niedobrze - patrzy całkiem zbaraniałym wzrokiem i nie reaguje, niepiśmienny troglodyta. Trzeba próbować inaczej. "Poproszę kilo" nie stanowi żadnego problemu. A później stara się powiedzieć słowo "tang". Pewnie źle wymawia i stąd cały kłopot. Powtórzmy sobie na głos "tang" w czterech tonach, to może coś do głowy przyjdzie. Modliszka - nie, sadzawka - nie, cukier... tak, pewnie chodzi mu o cukier! I tak, dzięki otwartości sprzedawców, cudzoziemiec często wraca do domu z tym, co chciał kupić, chociaż równie często z pustymi rękami, a gdy tylko jest taka możliwość - wybiera zakupy w hipermarkecie, gdzie do wszystkiego można podejść, wziąć w rękę i poszukać napisów po angielsku (są częściej, niż można sobie wyobrazić, a już z pewnością częściej niż na produktach w Polsce).

Dociekliwy sprzedawca ćwiczył sobie wymowę słowa w czterech tonach, więc można domniemywać, że chiński ma właśnie owe cztery tony. Na pozór tak, chociaż, jak zwykle w tych opisach, nie do końca. Cztery tony ma tylko dialekt pekiński (putonghua). Zasada jest dość łatwa: w Pekinie cztery tony, a im dalej na południe, tym ich więcej. Przy granicy z Wietnamem nawet 7-8, bo właściwie południowcy bardziej już śpiewają niż mówią. A teraz, skoro o śpiewaniu mowa, proszę wyobrazić sobie pięciolinię, która dopomoże zrozumieć, jak powinny wyglądać prawidłowo wymawiane tony języka chińskiego. Im wyższa linia, tym wyższy dźwięk. I na odwrót - im niższa linia, tym niższy wydawany z siebie głos. Linia najniższa to 1, wyższa - 2, później odpowiednio 3 i 4, a najwyższą oznaczamy jako 5. Na tych liniach należy zaznaczyć cztery prostokąty o takiej samej szerokości. Najpierw w tym pierwszym trzeba narysować poziomy odcinek na wysokości 5. To graficzne odwzorowanie tonu pierwszego (równego). Teraz w drugim prostokącie trzeba obok poprowadzić odcinek z 2 do 4 (ukosem do góry). To ton drugi (wznoszący). Ton trzeci (opadająco - wznoszący) jest troszkę bardziej skomplikowany: rysuje się coś podobnego do krzywego "ptaszka" - zaczyna się w 2, jedzie ukosem w dół do 1, a tu wcale nie koniec, bo trzeba pociągnąć spory kawałek poziomo i potem w górę, aż do 4. I w czwartym prostokącie kolejny ton: kreśli się z 5 ukosem w dół do 1 - to ton czwarty (opadający). Uff! Wszystko. Teraz można zacząć ćwiczenia. Powtarzamy więc sobie na głos [w nawiasie zaznaczony ton], ma(1) = matka, ma(2) = konopie, ma(3) = koń, ma(4) = przeklinać. Prawda, że po bliższym zapoznaniu się z tematem okazuje się on całkiem banalny9)?

Jednak ta przykładowo podana sylaba (ma) nie wygląda na jakąś specjalnie skomplikowaną. I oczywiście skomplikowana nie jest. Specjalnie tak ją dobrano, żeby nie straszyć czytelników. Trzeba jednak dokonać próby dalszego zgrubnego opisu języka. Słowa chińskie są jedno-, dwu- lub wielosylabowe. Można by długo opisywać różne skomplikowane zasady, jednak na początku najlepsza będzie taka zupełnie najprostsza: im słowo starsze, tym większa szansa, że składa się tylko z jednej sylaby. Jak odróżnić, czy słowo jest stare, czy nie? Całkowicie intuicyjnie - jeśli chce się opisać rośliny uprawne, zwierzęta domowe, zboża, składniki pożywienia, proste narzędzia rolnicze, starą broń, członków rodziny itp. to prawie na pewno słowo będzie jednosylabowe. Jeśli chce się opisać coś związanego z cywilizacją nowoczesną, to prawie na pewno słowo będzie dwusylabowe lub nawet dłuższe. Nowe pojęcia opisuje się zazwyczaj poprzez złożenie dwóch innych (starszych) pojęć w jedno nowe. Niech przykładem będzie słowo "telefon", który po chińsku jest złożeniem słów "dian" (prąd) i "hua" (mowa), co razem daje nowe słowo "dianhua" (dosłownie: elektryczna mowa, czyli właśnie telefon). Ale już do określenia "biblioteki" potrzeba trzech sylab - "tushuguan".

Liczba sylab jest skończona i można je wszystkie zapisać w jednej tabelce (mowa o dialekcie pekińskim, putonghua - w dialektach południowych jest nieco inaczej, bo tam występują inne sylaby, choć też w skończonej liczbie). Właściwie taka tabelka istnieje chyba tylko po to, żeby uzmysłowić cudzoziemcom pewne zasady tworzenia słów. Ta cecha języka ogranicza znacznie aparat głoskotwórczy przeciętnego Chińczyka, który długo musi się uczyć, że człowiek jest jednak w stanie wydać z siebie dźwięk różny od sylab chińskich. Dlatego nauka obcego języka jest dla Chińczyków na początku trudna, bo muszą odzwyczaić się od własnych nawyków wymowy. Jednym to wychodzi, innym nie, a cudzoziemiec ma nieraz duże trudności z konstatacją, że to, co właśnie słyszy, to jego własna mowa w wykonaniu dalekowschodnim. Wszystkich sylab dialektu pekińskiego jest razem trzysta sześćdziesiąt i dziewięć. Pogrupować je można według głoski, która jest w grupie samogłoskowej pomiędzy początkiem, a końcem sylaby. I tak można wyróżnić cztery typoszeregi: bez dodatkowej głoski, z głoską "u", z głoską "i" oraz z "ü", co, przy odrobinie wyobraźni matematycznej, można zapisać jako zbiór W = {Ø, u, i, ü}, gdzie Ø to tak zwany zbiór pusty, czyli taki, który niczego w sobie nie zawiera. Sylaby rozpoczynają się od jednej ze spółgłosek: P = {b, p, m, f, d, t, n, l, g, k, h, j, q, x, zh, ch, sh, w, y, r, z, c, s}. A końcówki sylab to zbiory zależne od zbioru W, a więc:
- bez dodatkowej głoski: K(Ø) = {a, ai, ao, an, e, o, ei, ou, en, eng, i, er};
- z głoską "u": K(u) = {u, ua, uai, uan, uang, uo, ui, un, ong};
- z głoską "i": K(i) = {i, ia, iao, ian, iang, ie, iu, in, ing};
- z głoską "ü": K(ü) = {ü, üan, üe, ün, iong}. Łatwo się domyślić, że sylabę S tworzy się przez konkatenację (zestawienie, dodanie) elementów poszczególnych zbiorów, a więc: S = P + K(w). Jednak nie wszystkie tak utworzone kombinacje są dozwolone. Na przykład początki sylab dla typoszeregów K(i) i K(ü) są drastycznie ograniczone tylko i wyłącznie do zbiorów P(i)=P(ü)= {j, q, x}. Szczegóły przekraczają jednak możliwości tych zapisków, więc zainteresowani powinni znaleźć poważniejsze źródła wiedzy10).

Przemnożenie liczb 369 (ilość sylab w sylabariuszu putonghua) i 4 (ilość tonów w putonghua) daje wynik 369 * 4 = 1.476. Teoretycznie tyle właśnie różnych dźwięków potrafi wydać z siebie Chińczyk mówiący putonghua. Tyle i koniec - innych NIE MA. Dlatego tak trudno Chińczykowi wymówić coś znajdującego się poza powyżej opisaną tabelką. Żeby, na przykład, oddać nazwisko cudzoziemca trzeba odnaleźć sylaby możliwie najbliższe dźwiękowo i zapisać je chińskim systemem. Można spróbować to zobrazować - na przykład dość typowe nazwisko Nowak dzieli się, oczywiście, na sylaby i zastępuje każdą z nich poprzez inną (inne, jeśli trzeba), bliskobrzmiącą i chińską. No i mamy: No = Nuo, wak = fa + ke. Otrzymuje się w ten sposób nową formę Nowak = Nuofake - całość daje efekt, przyznać trzeba, nawet dość podobny, a w dodatku można go zapisać w taki sposób, że wreszcie każdy z chińskiego kręgu kulturowego zrozumie, z kim ma do czynienia.

Wreszcie trzeba też wspomnieć o tym, jak właściwie czyta się zapis chińskiego. Chińczyk pisze znakami i ma się świetnie. Znaki jednak mają to do siebie, że, co prawda, są niezwykle nośne i zabierają mało miejsca, ale jednak są też znacznym obciążeniem pamięci. Po upadku cesarstwa i ogłoszeniu Republiki (1911 rok) opracowano system pomocniczy, dający możliwość zapisania fonetyki znaku za pomocą kilkudziesięciu znaków. Były one proste, ale jednak więcej miały wspólnego z ideą znaków, niż z alfabetem. Część tych nowych znaków oznaczała spółgłoski początkowe, część samogłoski, a część zakończenia sylab. Ponieważ pierwszymi znakami były: b, p, m, f, więc zazwyczaj nazywano ten system "bopomofo". Wprowadzono go jako oficjalnie obowiązujący w Republice Chińskiej system pomocniczy (bo pisano dalej przy pomocy znaków) w 1930 roku, ale odstąpiono od tego w Chińskiej Republice Ludowej. Dalej za to uczą się go wszyscy na Tajwanie; również dzisiaj. W Hong Kongu i w Singapurze używa się w celu latynizacji zapisu chińskiego tak zwany system Giles-Wade'a, opracowany w Wielkiej Brytanii. Nic w tym dziwnego, skoro były to kolonie brytyjskie. Szczegóły przekraczają jednak znacznie zakres tych zapisków. Na początku istnienia Chińskiej Republiki Ludowej (bodajże w 1958 roku) wprowadzono alfabet pomocniczy, składający się z dwudziestu sześciu liter łacińskich. Nie zdobył on wielkiego uznania, a to z powodów, które zostaną dokładniej opisane w rozdziale o piśmie. Niemniej bywa on pomocny przy korzystaniu ze słownika, pisaniu na komputerze i transkrypcji dla potrzeb cudzoziemców. Taka fonetyczna transkrypcja znaków chińskich nazywa się "pinyin". Od lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia wszyscy uczniowie przyswajają ją sobie obowiązkowo w szkole. Poszczególne litery czyta się zaś w następujący sposób:

A) Samogłoski:
1. Samogłoski: a, e, i, o oraz dyftongi: ao, ou, ua, uo czyta się identycznie, jak po polsku.
2. Gdy na końcu sylaby pojawia się "i" po samogłosce, czytamy je jak "j": ai, ei, uai, ui. Uwaga: ostatni dyftong (-ui) czyta się nie jak "uj" tylko z niespodziewanym dodaniem "e", czyli "uej".
3. Samogłoska "u" zwykle jest czytana jak francuskie "u" lub niemieckie "ü".
4. Jeśli między spółgłoską, a samogłoską pojawia się "i", to zmiękcza spółgłoskę (jak po polsku).
5. "Y" może występować jedynie na początku sylaby i czyta się je jak polskie "j".

B) Spółgłoski:
1. Spółgłoski: m, f, n, l, h, s czyta się identycznie jak po polsku.
2. Znak "sh" czyta się jak polskie "sz".
3. Znak "x" czyta się jak polskie "ś".
4. Znak "w" czyta się jak współczesne "ł" (nie żadne tam przedwojenne, głoskotwórcze).
5. Znak "r" nie ma odpowiednika polskiego. Można spróbować wydobyć z siebie ten dźwięk układając wargi jak do wymówienia "r", ale z nieco cofniętym czubkiem języka (który nie może drgać) i, w takim położeniu, spróbować powiedzieć "ż". (W transkrypcji rosyjskiej oddaje się go przez "ż", ale jest to dość dalekie od oryginału).
6. Pary: b / p, d / t, g / k, j / q, zh / ch, z / c. Autor ma tu pewien kłopot, bo spotkał się z dwiema możliwościami. Jedna (tłumaczył ją autorowi Chińczyk w Chinach, jednak, niestety, okazało się, że błędnie) mówi, że pierwsza głoska z każdej pary jest dźwięczna, a druga bezdźwięczna. Jednak druga możliwość (znaleziona w kilku w poważnych dziełach o Chinach) twierdzi raczej, że obydwie głoski w każdej z wymienionych par są bezdźwięczne, tylko tę drugą wymawia się z przydechem (czyli artykulacją takiego słabego "h" po spółgłosce, o ile wolno to w taki mało naukowy sposób wyrazić). Autor nie jest językoznawcą, więc wierzy autorytetom, chociaż, strach przyznać, nie odniósł w czasie swego pobytu w Chinach wrażenia, że ludzie tam mówią dokładnie tak, jak to autorytety podają.
a) b / p - czytamy więc odpowiednio: p / p-h;
b) d / t - czytamy odpowiednio: t / t-h;
c) g / k - czytamy odpowiednio: k / k-h;
d) j / q - czytamy odpowiednio: ć / ć-h;
e) zh / ch - czytamy odpowiednio: cz / cz-h;
f) z / c - czytamy odpowiednio: c / c-h (nie "ch" tylko "c", a po nim lekkie, osobne "h").
7. "Ng" - czyta się jak po angielsku, a więc nie oddzielnie n + g, tylko jako jeden dźwięk. Końcówkę "ong" czyta się "ung".
8. Końcówka "-n" daje czasem niespodziewane wrażenia, bo generuje głoski, których na oko w słowie nie ma. I tak "-ian" czyta się "-ien", zaś "-un" może być przeczytane jako "-uen".

Nad samogłoskami umieszcza się tony, które wyglądają mniej więcej tak: (pierwszy ton: ē, drugi: é, trzeci: ě, czwarty: è). Dzięki takiemu systemowi znaków diakrytycznych wiadomo na pierwszy rzut oka, jakim tonem wymawiać zapisaną sylabę.

No, to teraz pojawia się automatycznie pytanie, jak zapisać to po chińsku. Najbardziej po chińsku, jak tylko się da. Najlepiej pędzelkiem i tuszem. Jednak, żeby tego dokonać, trzeba przestać być analfabetą. A to może okazać się zadaniem ponad siły, bo miejskim11) analfabetą jest oficjalnie ten, kto zna mniej niż dwa tysiące znaków.

Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział



© YPY - Strona poprawiona i publikowana 30.05.2009