|
AGRADACJA | |
Morze Żółte, Żółta Rzeka, żółty był kolorem przysługującym jedynie
cesarzowi, a każdy wie, że Chińczyk też jest żółty. "Żółta rasa
zaleje cały świat" - zwykli powtarzać nasi dziadkowie, myśląc o
Chińczykach. A jakiś chłop z "Wesela" (kto pamięta, jak się nazywał?)
pytał, czy Chińczyki trzymają się mocno. O kolorze nic nie mówił,
bo pewnie o nim zwyczajnie nie wiedział, jak to prosty chłop.
Czyżby więc żółty był jakąś immanentną cechą tego kraju? Trzeba
przyznać, że byłoby nieźle - ledwie sięgnąwszy po książeczkę o
Chinach od razu, prawie mimochodem odkryć generalną zasadę:
Wschód jest żółty. Niestety, łatwe i prędkie odkrycia są zwykle
całkiem fałszywe, a ich propagatorzy to najczęściej szalbierze.
W tym przypadku jest identycznie tak samo, bo każdy powinien
wiedzieć, że Wschód jest czerwony. A przynajmniej był. Czy
też może raczej: nadal udaje, że jest.
Słowo "huang" znaczy po chińsku "żółty". Pewnie każdemu pozostało z pobytu w szkole
niejasne wspomnienie, że w Chinach są przynajmniej dwie rzeki, a jedna z nich to
Huang-ho albo jakoś tak podobnie. Z nazwami chińskimi są w ogóle problemy, bo trzeba
wziąć pod uwagę, że ich większość przyszła do nas poprzez mocarstwa kolonialne, skoro
to kupcy i odkrywcy portugalscy, rosyjscy, czy angielscy pierwsi się z nimi spotkali,
a mając zupełnie odmienną fonetykę od chińskiej starali się zapisać obce dźwięki tak,
jak potrafili. A jak potrafili, to każdy sam może zobaczyć. Zbytnio się chyba nie starali,
ufni w cywilizacyjną wyższość białego człowieka. Dlatego wiele popularnych nazw ma
teraz dwa brzmienia - jedno zgodne z tradycją europejską, a drugie z właściwą wymową chińską.
Jeszcze paręnaście lat temu nikt się tym nie przejmował, twardo używając swoich nazw, ale
teraz, wraz ze wzrostem znaczenia Chin (a pewnie i poprawność polityczna też ma tu coś do
powiedzenia) świat zaczął odkrywać ich źródłosłowy.
Tak więc Huang-ho jest znana w Chinach jako Huang He. Różnica niby niewielka, ale
od rzemyczka, do koniczka - później okaże się, że Pekin to wcale nie Pekin, tylko
jakiś Beijing, a już szczytem wszystkiego wydaje się Hong Kong, który figuruje dumnie
jako przerażający na pierwszy rzut oka Xianggang, czyli "pachnący port". Huang He
to wielka rzeka, bo ma przepływ jakieś dwadzieścia dwa razy większy od naszej Wisły,
choć dłuższa jest tylko gdzieś tak pięć - sześć razy. Wypływa z zachodu kraju, z gór
i wyżyn, a opuściwszy je wyprawia na mapie dziwaczne łamańce. Wystarczy spojrzeć,
jak w pewnym miejscu zatacza ogromny łuk, który bardziej przypomina drogę po trzech
bokach gigantycznego prostokąta o wymiarach setek kilometrów. To właśnie gdzieś tu
rzeka przedziera się przez obszar lessowy, porywając niezliczone tony tych drobin,
co powoduje zmianę koloru jej wód na żółty. Ot, i jedna tajemnica wyjaśniona. Żółta Rzeka
(Huang He) dlatego jest żółta, że ma żółte wody - było o czym się rozpisywać!
Ta, wydawałoby się na pierwszy rzut oka, banalna informacja niesie w sobie dwie
dalsze prawdy. Jedna to ta, że Chińczycy są strasznie przyziemni w nazewnictwie,
stosując najczęściej miana bardzo proste (żeby nie powiedzieć: wręcz prostackie).
No, chyba że postarają się użyć drugiej strony swojej natury - wówczas w opisywanym
miejscu ujrzą zęby smoka, żar feniksa itp. Druga informacja jest za to zupełnie
nieoczekiwana. Less niesiony w wodzie (do trzydziestu kilku kilogramów na metr sześcienny)
powoduje nie tylko zmianę barwy. Mulista woda płynie tysiącami kilometrów przez obszar
równinny, gdzie spadek rzeki jest minimalny i co najmniej kilkukrotnie zdarzało się,
że niesiony less zatykał koryto rzeki, która rozlewała, a później znajdowała sobie nową
drogę do morza, niszcząc wszystko po drodze i zabijając przy okazji ludzi na tysiące,
czy może i na setki tysięcy.
Ponieważ Chińczycy zawsze wykazywali wyraźną skłonność do poważania ludzi wykształconych,
a jeszcze bardziej do traktowania biurokracji jako jednej z podstaw państwa, więc zawsze
znalazł się ktoś uczony, kto prowadził kroniki wydarzeń. Z tych materiałów, które dotrwały
do czasów nowożytnych wynika, że w ciągu kilku ostatnich tysięcy lat Huang He zmieniła swój
bieg ładnych parę razy. Z zapisków można odczytać, że skrajne położenia ujść były oddalone
od siebie gdzieś tak o dziewięćset kilometrów. Można sobie wyobrazić, że Wisła, zwiększona
kilkukrotnie, co jakiś czas wariuje w okolicach Krakowa, raz wpadając do morza pod Gdańskiem,
a po jakimś czasie (może po pięćdziesięciu, a może czterystu latach) zatyka się mułem,
rozlewa i płynie przez Poznań w okolice Kilonii. Dodatkową ciekawostką niech będzie to, że
Żółta Rzeka na Równinie Chińskiej płynie najczęściej nad poziomem terenu, w wałach o wysokości kilku metrów. Taka gigantyczna Holandia, z tym, że
jak tu coś wyleje, to dotknięte są od razu dziesiątki milionów ludzi.
Wschodnia część Chin jest nizinna. Dlatego gęstość zaludnienia jest tam największa, bo
to żyzne obszary rolnicze. Można obliczyć, że średnia gęstość zaludnienia jest bliska
tej w naszym kraju, ale to tylko mit świętej statystyki. Obszary zachodnie są słabo
zaludnione, a miejscami wręcz bezludne. Za to nad morzem aż czarno od głów! I to nie
tylko dlatego, że Chińczyk jest brunetem. Są miejsca, gdzie mieszka i tysiąc osób na
kilometrze kwadratowym. Tłum i ścisk są tam na porządku dziennym, a o chwilach intymności
można tylko pomarzyć. Chyba, że człowiek zamknie się na siedem spustów w mieszkaniu, a i
wtedy wiedzą sąsiedzi, jak kto siedzi. Za to te tysiące kilometrów niziny dają znowu całkiem
niespodziewany rezultat (trzeba się przyzwyczaić do myśli, że w Chinach wszystko jest w
skali innej niż ta, do której przywykliśmy u siebie). Olbrzymi obszar prawie pozbawiony
większych wzniesień jest teatrem przemieszczania się mas powietrza. W dodatku bardzo szybkiego
przemieszczania się. Ile razy bywało tak, że piękna pogoda zachęcała do spaceru po Szanghaju;
słoneczko świeciło, jednej chmurki na niebie, temperatura +27 deg C. Czy ktoś przy zdrowych
zmysłach brałby kurtkę, parasol, albo zakładał kalesony? A przecież po godzinie cyrkulacja
mogła się zmienić diametralnie - masy powietrza z północy wypierały ciepłe powietrze z
południa i w drugiej, czy trzeciej godzinie spaceru okazywało się, że temperatura spadała
bardzo gwałtownie, bo nawet i o dziesięć - dwanaście stopni. Nagle cały urok pryskał,
robiło się zimno i jedynym ratunkiem było chwytanie taksówki, żeby szybciej wrócić do
domu. Przy czym, żeby nie było nieporozumień, szybciej oznaczało pół godziny jazdy zamiast
godziny marszu, bo w tamtych czasach miasto nie miało jeszcze ani obwodnicy, ani autostrad
i taksówka dłużej stała w korkach, niż efektywnie jechała.
Skoro już naturalne rzeki płyną sztucznymi korytami, to nie powinna dziwić myśl, że ktoś wpadł
na pomysł, żeby zagonić chłopów do roboty i zbudować kanał łączący Huang He z Chang Jiang1)
(Jangcy ciang [Yangtze, Yangzi] - druga wielka rzeka Chin, o której także powinni nas uczyć na
geografii; wpada do morza niedaleko Szanghaju). Od pomysłu do realizacji droga niby niedługa,
zwłaszcza gdy można ogłosić prace przymusowe. Chciałoby się powiedzieć, że był to projekt
traktowany priorytetowo przez wiele dynastii, bo pierwsze prace rozpoczęto w III wieku p.n.e.,
wykopując część planowanego kanału, a całość zakończono dopiero w XIII wieku, więc prace trwały
(pewnie z przerwami) ponad półtora tysiąca lat. Wielki Kanał (w Chinach wszystko jest wielkie
- i to, czym się chlubią, i to, czego woleliby nie mieć) ma ponad 1.700 km długości i jest
wykorzystywany do dzisiaj. Jest chyba najdłuższą i najstarszą sztuczną drogą wodną na świecie
i łączy kilka nadbrzeżnych prowincji.
Chiny są podzielone na prowincje, czyli takie nasze województwa. Jedna prowincja może
być większa i ludniejsza od większości krajów europejskich, choć bywają też prowincje niewielkie.
Jeśli chciałoby się poważnie podejść do studiowania zagadnień chińskich, wówczas choćby
pobieżna znajomość nazw tych prowincji wydawałaby się bardzo wskazana. Nie jest to jednak
celem tej książki. Niech na tym etapie wystarczy wiadomość, że tam, gdzie mieszkają mniejszości
narodowe (potrafią liczyć sobie po kilkanaście milionów ludzi, a mało kto o nich poza Chinami
słyszał) zwykle utworzono tak zwane okręgi autonomiczne, a gdzie narodowość Han2) jest
zdecydowaną większością, tam istnieją zwykłe prowincje. Jak tam ta autonomia działa w praktyce,
to już inna historia. Zupełnie specjalną sprawą są Hong Kong, Macao i Tajwan, które zostaną
omówione osobno w dalszej części tej książki. Kiedy w październiku 1949 roku powstała Chińska
Republika Ludowa, postanowiono, że jej flagą będzie czerwony prostokąt z umieszczoną w górnym
rogu jedną większą żółtą (znowu żółty) gwiazdą, a obok niej czterema mniejszymi gwiazdkami.
Podobno to poetycki symbol jedności - większa gwiazda to Chiny kontynentalne, a te mniejsze
to terytoria odłączone. Autor spotkał się także z tłumaczeniem, że duża gwiazda to Hanowie,
a mniejsze to główne mniejszości Chińskiej Republiki Ludowej, ale kto to tam wie, jak jest naprawdę3).
Zresztą, znając opinię o wieloznaczności rozumowania ludów Dalekiego Wschodu, obydwie możliwości doskonale
ze sobą współbrzmią, wzajemnie się dopełniając. Jedna nie przeszkadza drugiej, a zastanawiający
się nad prawdą Europejczyk ma za darmo poczucie obcowania z tajemniczym i niepokojącym Orientem.
Powierzchnia Chin jest bliska powierzchni całej Europy (nie Unii Europejskiej, tylko Europy)
- to jedno z największych państw na świecie. Jednocześnie to najludniejsze państwo świata.
Największe miasta chińskie mają często więcej ludności niż niejeden cały kraj europejski.
Państwo jest formalnie komunistyczne, chociaż faktycznie partia rządząca dba tylko o to,
żeby nie oddać przypadkiem władzy, zaś ideały marksistowskie okazały się (przynajmniej
zdaniem autora) zwykłymi marginaliami. Zabezpieczenia socjalne, znane i rozwinięte w Europie,
są w Chinach zwykłą mrzonką, choć niewykluczone, że na papierze wygląda to inaczej. W latach
dziewięćdziesiątych można było zaobserwować u Chińczyków swoistą dychotomię (o ile zaufali
rozmówcy na tyle, żeby powiedzieć, co naprawdę myślą). Z jednej strony przyznawali, że od wielu
już lat nie było tak dobrze, jak w tej chwili. Ale jednocześnie patrzyli tylko, jak by tu
wyjechać za granicę, żeby zakotwiczyć się w jakimś bardziej stabilnym kraju. Dla cudzoziemca
niezwykłym było to, że najważniejsze okazywały się zwykle układy osobiste i związki nieformalne,
tak zwane "guanxi". Co więcej, guanxi nie były związane ze stanowiskiem i mogło się okazać,
że magazynier ma lepsze guanxi niż dyrektor fabryki. Na pierwszy rzut oka to niedorzeczne
i nie do zrozumienia. Najczęściej było więc tak, że zamorski diabeł przyjeżdżał do Chin
naczytawszy się różnych dzieł, mniej lub bardziej poważnych, ale z pewnością ze swoimi
własnymi wizjami i przemyśleniami. Zderzenie z rzeczywistością odzierało go z kolejnych
wyobrażeń, a codzienne życie uczyło wciąż nowych i nowych obserwacji. Gdy wreszcie,
po paru latach, zaczęło mu się wydawać, że zaczyna coś rozumieć, najczęściej zderzał
się z jakimś kolejnym faktem, który przewracał całe jego dotychczasowe rozumienie
Chin. Jeśli był względem siebie uczciwy, wyjeżdżał do domu z zamętem w głowie, pełen
pokory wobec Chin i Chińczyków. Tak też było i z autorem tych zapisków.