Agradacja AGRADACJA

Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział



ROZDZIAŁ XXII: VARIA

To wszystko, co nie zmieściło się w poprzednich rozdziałach, nie pasowało do nich, nie wiadomo było, gdzie konkretnie myśl doczepić, żeby do tematu pasowała - zostanie krótko opisane w tym, ostatnim już, rozdziale. Nie ma tu jakiejś myśli przewodniej, a te końcowe zapiski należy traktować jak nagły potok świadomości, dający w rezultacie istny cicer cum caule.

1. W Qingdao do dzisiaj produkuje się bardzo znane piwo o długoletniej tradycji (browar założyli jeszcze Niemcy, którzy miasto okupowali do I wojny). Tam, po kilku dniach intensywnej pracy autor wyrwał się któregoś wieczora do miasta, żeby odetchnąć i, chociaż samotny, zdecydował się wejść do miło wyglądającej knajpki. Przyzwyczajony do warunków szanghajskich zamówił trzy dania i, ku swemu zdumieniu, otrzymał trzy ogromne półmiski, z których każdy w Szanghaju byłby trzema porcjami (za mniej więcej tę samą cenę). Było trudno to pożreć, ale jakoś się udało. Za to miejsce dawało do myślenia. Zamorski gość został bowiem wprowadzony do osobnej salki, tak gdzieś 1,50 x 2,50 metra, bez okien, oświetlonej dyskretnym światłem. Wzdłuż osi pomieszczenia stał długi stół, a po jego bokach dwie dziwnie szerokie, bardzo przysadziste ławy. Wszystkie ściany i nisko podwieszony sufit obite były intensywnie niebieskim pluszem. Drzwi do tego pomieszczenia miały zasuwkę od wewnątrz (obsługa stukała, chociaż autor nie zamykał się, bo i po co?), a umieszczony na widoku ściemniacz umożliwiał intymne przytłumienie światła. Zdaje się, że lokal służył nie tylko uciechom podniebienia, a wrażenie spotęgowało jeszcze dobitniej uprzejme pytanie obsługi, czy szanowny gość potrzebuje, być może, dziewczyny?

2. W parku w Macao, gdy już przestanie się podziwiać popiersie Camoensa, wzrok pada na czerwone tabliczki pod co drugim drzewem: "E favor nao pisar a relva121)". Słynna plaża z czarnym piaskiem (już na wyspie) rozczarowuje, bo okazuje się, że, w zasadzie, piasek jest taki sam, jak gdzie indziej, a tylko wąski pasek jest, faktycznie, ciemniejszy. W polecanej restauracji, gdzie można było rozkoszować się portugalską kuchnią i portugalskim winem nagle dorsz z rusztu z wielką ilością czosnku stanął autorowi w gardle, gdy po występie boazerii zaczął przechadzać się szczur wielkości spasionego kota. Większość dzieci w wieku szkolnym chodziła w mundurkach (zielone marynarki, granatowy dół). Miejscowej waluty (pataca) wcale nie było widać - wszyscy używali dolara Hong Kongu. Największa budowla w mieście to wcale nie pałac gubernatora tylko Casino Lisboa. Kościół św. Pawła (po trzęsieniu ziemi pozostała tylko fasada) - przereklamowany. W pobliżu granicy z Chinami wielki stadion, który okazał się być canidromem (organizowano tam wyścigi psów).

3. Wizyta w Bardzo Ważnym Urzędzie w niewielkim mieście wyglądała niczym praca zwalczania biurokratycznej przeszkody w komiksie o Asterixie i Obelixie. Autorowi przydzielono lokalnego pomocnika, który prowadzał go po różnych piętrach ogromnego budynku. Sprawa była banalnie prosta - trzeba było otrzymać jakieś tam zaświadczenie, umożliwiające lokalną działalność przez kilka dni. I zawsze czegoś brakowało, zawsze trzeba było ganiać z góry w dół i na odwrót. W dodatku był czas po obiedzie (z tym, że xiuxi już się skończyło i należało pracować), ale, najwyraźniej, wszyscy się w południowej atmosferze rozleniwili i pragnęli tylko jednego - żeby żaden interesant nie przeszkadzał. Jedni otwarcie spali (drzwi do pomieszczeń były otwarte na przestrzał, więc krocząc korytarzami można było się przyjrzeć), drudzy rżnęli w karty, inni czytali gazety, ktoś tam moczył nogi w misce. Wreszcie nawet i miejscowy przewodnik poczuł się wyraźnie zawstydzony, kazał autorowi usiąść i zaczekać. Po kwadransie, czy dwóch wrócił machając triumfalnie świstkiem papieru - pozwolenie wydano.

4. Jeśli rodzice coś postanowią, to dzieci ze skóry wyłażą, żeby tę decyzję wykonywać. I tak, na przykład, rodzice uznają, że dziecko ma stać się wirtuozem skrzypiec. No i zupełnie nieważne, czy dziecko ma wielki talent, czy zupełnie przeciętny - będzie przez najbliższych parę lat codziennie ćwiczyło po osiem godzin dziennie, aż do momentu, gdy odpadnie w jakimś konkursie, nie spełniając marzeń rodziców i zawodząc ich haniebnie. Wcześniej ani jemu, ani im do głowy nie przyjdzie, że może to ślepa uliczka. Przechodząc przez sąsiedni hutung autor słyszał zawsze, o każdej porze dnia i nocy, jak na fortepianie ćwiczy takie nieszczęsne dziecko. Chyba nie wyrosło na światowej sławy wirtuoza.

5. Mur chiński zbudowany jest tak, jakby ekonomia wcale się nie liczyła. Wije się jakimiś strasznymi zakosami i, po przebyciu kilkuset metrów, pojawia się niedaleko punktu wyjścia. Wydaje się (przynajmniej na pierwszy rzut oka), że w wielu miejscach można by go poprowadzić krócej, ale wówczas trzeba by zerwać z ideą budowy na jednej poziomicy. A cegły ułożono (najczęściej, bo nie we wszystkich miejscach) równolegle do podłoża. Miejscami trudno się po murze idzie, bo stromo, no i w zimie musi być w tych miejscach bardzo ślisko. W muzeum pod murem pokazane są warunki na jego budowie. Istny horror - mur to jedna wielka mogiła, bo padły tam całe rzesze ludzi. Podobno z braku rąk przysyłano więźniów i, jeśli któryś zginął przed końcem wyroku, to ktoś z rodziny miał obowiązek stawienia się i odrobienia reszty wyroku. Najgorzej jednak pomyśleć, że cały ten wysiłek okazał się być funta kłaków niewartą fanaberią, bo jak doszło co do czego, to sami Chińczycy otworzyli bramy i barbarzyńcy wcale nie musieli muru szturmować i forsować, tylko wjechali sobie uśmiechnięci główną bramą.

6. Szeroko pojęty lud zawsze jest podejrzliwy wobec władzy i, o ile autor dobrze zrozumiał, nawet w czasach ludowładztwa był wobec niej krytyczny. Oto dwie opowiastki, szeptane po domach w czasach, gdy za byle co można było pojechać na kilkuletnią wycieczkę na ryżowisko. Autor zupełnie nie wie, na ile te opowieści są prawdziwe, a na ile zmyślone, żeby pokazać, że jest jakaś sprawiedliwość, nawet dla tych największych. Pierwsza: "Kierownictwo zrozumiało, że trzeba wprowadzać komputeryzację. Nakazano więc opracować podstawowe materiały o ofertach różnych czołowych firm. Podczas zapoznawania się z tą listą zauważono, że jedna z firm nazywa się Wang. Chińska? Właściciel jest Chińczykiem. Taak? To dawać go tu. Niestety, to niemożliwe, firmę założył w Meiguo, już po emigracji.". Druga: "Jeden z czołowych działaczy w stolicy miał poważne problemy zdrowotne. Ustalono, że potrzebna jest operacja, ale nikt nie chciał się jej podjąć, mówiąc otwarcie, że był do tej pory tylko jeden chirurg, który takie przeprowadzał. Wezwać. Niestety, to niemożliwe, jest reedukowany na wsi. Natychmiast samolot, grupa specjalna, jechać, zabrać, wykąpać, ubrać, przyprowadzić. Następnego dnia funkcjonariusze wprowadzają lekarza. Aaa, witajcie, towarzyszu. Musicie pilnie zoperować towarzysza X. Ile czasu potrzebujecie? Byle nie za dużo. A lekarz milczy przez chwilę, wreszcie wyciąga ręce przed siebie i mówi 'Operować? Proszę spojrzeć na moje ręce. Wzięcie skalpela to nieuchronna śmierć dla pacjenta. To dzięki ciężkiej pracy fizycznej nie mogę już wrócić do zawodu.' Bo też ręce chirurga drżą, jak opętane.".

7. W sieci autor znalazł wiadomość o tym, że herbata na lotnisku w Chengdu kosztuje (w roku 2008) od 30 do 140 yuanów, w zależności od rodzaju i dodatków. Wydaje się, że Chiny kreują z zapałem świat alternatywny, właściwie nie wiadomo dla kogo. Bo też na ulicy w Szanghaju (a to nie jest tanie miasto) można napić się herbaty za kilka procent tej kwoty.

8. Za czasów pobytu autora banknot 100 yuanowy był niebieski, z rysunkiem czterech działaczy ruchu robotniczego. Popularnie nazywano go "czterech ludzi122)", a dzieci oczekiwały z miedzianym czołem, że wujkowie powinni je obdarowywać właśnie takimi banknotami, a nie jakąś drobnicą. Była to zwykła bezczelność, bo w tamtych czasach to była kupa pieniędzy. Nieco później wprowadzono nowe pieniądze, na których królował Przewodniczący Mao123). A zupełnie niedawno pojawił się jeszcze nowszy wzór banknotu o tym nominale - z przepięknym, wijącym się wspaniale smokiem. Pewnie zrobiono to z wrodzonego pragmatyzmu, żeby masom turystów, którzy przyjechali na Olimpiadę w Pekinie pieniądze ładnie się kojarzyły z tajemniczym Orientem.

9. Na banknocie dwuyuanowym widnieje nadmorska skała, która wygląda, jakby wodę pił słoń. To prawdziwa skała na samym południu wyspy Hainan, zwana "Koniec świata". Bo też dla Chińczyków dalej na południe przez długi czas nie było już nic.

10. Podczas II wojny hitlerowskie Niemcy upomniały się o Żydów, którzy mieli znaleźć schronienie w Szanghaju. Podobno wojskowi japońscy nie mogli zrozumieć, czemu podczas działań wojennych Niemcy chcą zajmować się takimi marginaliami, jak ewentualny transport do Rzeszy stosunkowo nawet niewielkiej liczby ludzi z odległego o tysiące kilometrów miejsca. Wezwali więc na rozmowę rabina, zadając mu to pytanie. Według opowieści to, co usłyszeli, miało rzutować na ich odmowę deportacji miejscowych Żydów. Rabin miał odpowiedzieć krótko: "Oni nas nienawidzą, bo jesteśmy Azjatami".

11. W kotłowni, która ogrzewała niewielką kamienicę zamieszkałą tylko przez cudzoziemców (to specjalny luksus, bo przecież rzecz działa się na południe od Yangzi) było zatrudnionych siedmiu palaczy. Oczywiście na koszt cudzoziemców. Dlaczego tak wielu? Taki system124).

12. Nowy Rok chiński przypada w końcu zimy (jest to święto ruchome, zależne od kalendarza księżycowego, wciąż bardzo w Chinach popularnego). Państwo ogłasza wówczas parę dni wolnego, co w połączeniu z weekendami daje dużo czasu wolnego (tak zwany "złoty tydzień"). To chyba najważniejsze chińskie święto, które należy spędzić z rodziną. Pociągi są wówczas zapchane, bo wszyscy ci, którzy szukają szczęścia daleko od domu (nieraz parę tysięcy kilometrów) raz w roku chcą tam wrócić. Wieczorem lepi się ogromne ilości pierożków, o północy odpala race i sztuczne ognie (zaczyna się już z godzinę wcześniej, a kończy godzinę po), ucztuje i świętuje. Dobrze jest też podpalić wiszące na sznureczku niczym winogrona malutkie ładunki wybuchowe, które po kolei, trzask, trzask, trzask, wybuchają, dając radosny hałas. Rankiem okazuje się, ile dachów w pobliskich hutungach poszło z dymem. Nie wszystkim pomogły naklejone kartki ze znakiem "szczęście", obowiązkowo przyklejone do góry nogami125). Pewnie dlatego w wielkich miastach zabraniano używania sztucznych ogni, ale nikt się tym zakazem specjalnie nie przejmował.

13. Stare lotnisko w Hong Kongu było usytuowane tak, że pasażerowie przy lądowaniu mieli wrażenie, że za chwilę samolot musi się rozbić o domy. Nowe przeniesiono na wyspę na zachód od miasta. Centrum robi oszałamiające wrażenie, ale wystarczy dać dwa kroki poza ten obszar i już podróżnika otacza zwykły azjatycki brud, bałagan i tłum. Za to w centrum drapacze chmur ładniejsze niż na Manhattanie. W hotelach nad każdym kranem napis "oczywiście decyzja należy od drogiego gościa, jednak chcielibyśmy poinformować, że woda jest w Hong Kongu bardzo cennym towarem, więc gdyby szanowny gość zechciał nieco jej oszczędzać i używać tych samych ręczników przez drugi dzień, to bylibyśmy niezmiernie wdzięczni. Jeśli nie - proszę rzucić ręczniki na podłogę i zostaną wymienione". Czy jakoś tak - może autor nie powtórzył co do słowa, jednak treść oddał w sposób właściwy.

14. W Szanghaju jest polski konsulat i ma swoją siedzibę polsko-chińska spółka okrętowa. Było to pierwsze w całych Chinach przedsiębiorstwo o mieszanym kapitale założone po 1949 roku. Powstało dlatego, że z powodów politycznych nałożono wówczas na Chiny embargo i kraj musiał sobie radzić, żeby otrzymywać dostawy drogą morską. W latach pięćdziesiątych dwa polskie statki zostały (w ramach tego embarga) zatrzymane i odprowadzone pod przymusem na Tajwan. Oficjalna propaganda głosiła nieugiętą postawę załóg i odrażające praktyki kapitalizmu. Nieoficjalnie ci, którzy po jakimś czasie z Tajwanu wrócili, mówili, że nie było wcale tak źle.

15. Chińskie pralki automatyczne nie miały w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku grzania. Trzeba było prać w zimnej wodzie. Czy dzisiaj się to już zmieniło, tego autor nie wie.

16. Gdy w Szanghaju pada deszcz kanalizacja burzowa może nie nadążyć z odbiorem wody. Wówczas niżej położone mieszkania mogą zostać zalane do wysokości kolana. Niektóre starsze kamienice mają przy wejściu prowadnice, w które wkłada się deski, które z kolei uszczelnia się jakimś kitem, ale to rozwiązanie dość rzadkie.

17. Na początku pierwszego pobytu, kiedy autor był jeszcze w sprawach chińskich nieobyty i niewinny, poszedł był z kolegami do publicznej pierożkarni. Wcale nie było łatwo zamówić to, co się chciało, ale jakoś się udało, pierożki wjechały na bambusowej siatce na stół, wędrowcy nalali sobie soi i octu z Zhejiangu do małych miseczek i bardzo się ucieszyli, że pałeczki stoją już w kubeczku na stole i przynajmniej tego nie trzeba szukać. Gdy już sobie podjedli jeden z nich pomyślał na głos: "No ciekaw jestem, jak oni myją te pałeczki". Nie trzeba było długo czekać - przyszedł posługacz, zgarnął miseczki na bambusową tackę, wyjął zza pasa brudną ścierę, przetarł nią wszystkie pałeczki razem i wrzucił je do stojącego na stole kubeczka. Wszyscy poczuli natychmiast tę samą nieodpartą chęć znalezienia sklepu monopolowego i gruntownej dezynfekcji alkoholem.

18. Mrozoodporne płytki na balkon, zakupione przez kolegę autora (po uprzednim zapytaniu tłumacza, jak to będzie po chińsku, zapisaniu odpowiedniego zwrotu na kartce i upewnieniu się w sklepie, że wybrane płytki takie właśnie są) popękały podczas pierwszej zimy, wcale zresztą nie mroźnej.

19. W opisie brytyjskiej ekspedycji z XVIII wieku (tej, którą odprawił z kwitkiem cesarz Qianlong) można znaleźć tajemnicze zdarzenie, jakie miało miejsce w jednym z portów w południowych Chinach. Cudzoziemców uprzedzono, że postanowił ich zaszczycić na ich nędznej dżonce sam gubernator prowincji. Założyli tedy galowe mundury i czekali, co będzie. I faktycznie, o przewidzianej godzinie do ich statku zaczęła podpływać chińska łódź. Sztandary powiewały na wietrze, orkiestra robiła oficjalny hałas, sam gubernator siedział sztywno na jakimś podwyższeniu. Kiedy chińska dżonka już już przybijała do statku Anglików nagle orkiestra ucichła, nastąpiło jakieś zamieszanie i dżonka zawróciła, po czym majestatycznie odpłynęła bez słowa. Dopiero kilkaset lat później odnaleziono wyjaśnienie w sprawozdaniu gubernatora, przekazanym do archiwów państwowych w stolicy. Władze, zaciekawione nowym rodzajem barbarzyńców nakazały wysokiemu urzędnikowi na południu kraju podpłynąć do dżonki barbarzyńców stojącej w jego porcie, przycumować przy niej i zejść na jej pokład, po czym wybadać tyle, ile się da. Jednak urzędnik, gdy już jego łódź zbliżała się do cudzoziemskiej dżonki zdał sobie sprawę z tego, że ta ostatnia jest większa i ma wyższą burtę, przez co nie mógłby spełnić rozkazu cesarza, aby zaszczycić barbarzyńców swoją obecnością poprzez zejście, bo musiałby tam wspinać się po trapie, a na to nie mógł sobie pozwolić, bo to i przekroczenie rozkazów i osłabienie powagi tego, w czyim imieniu miał występować. Podobno jego postawa spotkała się z pełnym zrozumieniem władzy.

20. Wieśniacy potrafili podejść do niczego nie spodziewającego się cudzoziemca i sprawdzać, czy jest obsypany pudrem ryżowym, czy też taki niezdrowy kolor skóry ma sam z siebie. Najczęściej przez szczypanie obnażonego kawałka skóry.

21. Poznani studenci afrykańscy studiujący w Chinach bardzo krytycznie komentowali nastawienie gospodarzy do Murzynów. Utrzymywali, że Chińczycy uważają, że taki Afrykańczyk przylatuje do Chin właściwie nagi i bosy i dopiero tu odbiera mu się dzidę, zastępuje spódniczkę z rafii lub bananów prawdziwym ubraniem, tłumaczy, że lwów tu nie ma, uczy, jak wchodzić przez drzwi i jak posługiwać się kubkiem. No, a tacy spaleni mieliby być dlatego, że u siebie mają to drugie słońce, które przygrzewa w dzikich krajach. Albo się chłopacy nabijali z autora, albo trafili na jakiegoś wyjątkowo nierozgarniętego tubylca, który im takich rzeczy nagadał. Bo przecież Chiny mają bardzo poprawne stosunki z większością państw afrykańskich.

22. Organizacja Olimpiady była okazją do zaprezentowania światu osiągnięć państwa. Nie żałowano pieniędzy i sił. Oprawa igrzysk wydawała się fachowa i przemyślana, a małe niedociągnięcia wynikały bardziej ze wścibstwa zachodnich reporterów, niż z prawdziwych błędów organizatorów. No i niby co złego w tym, że gospodarze postanowili zrobić jedno z dwóch126) i na ceremonii otwarcia na zapleczu do mikrofonu śpiewała brzydka dziewczynka, a kamery pokazywały tę ładną, która ruszała tylko buzią? Czy komuś to szkodziło? Czy nie rozumieli, że zrobiono to dla wyższych celów? Ale co może zrozumieć człowiek wychowany poza Chinami?

Autor ma nieodparte wrażenie, że jesteśmy właśnie świadkami agradacji społecznej - wydaje się, że państwo chyba nie wie, co zrobić ze swymi obywatelami. I to zarówno bezrolnymi chłopami, jak i z pracownikami fizycznymi, a także (ostatnio) z absolwentami wyższych uczelni. Niewykluczone, że niedługo znowu będzie można oglądać krótkie relacje o kolejnych niepokojach w Chinach. Problem może być bardzo poważny, bo nie wiadomo, kiedy sytuacja wymknie się w końcu komunistom spod kontroli. Na szczęście są to tylko wizje autora, który nie jest żadnym zawodowym komentatorem.

Wszystkim, którzy dobrnęli do końca autor pragnie wyrazić swój szczery podziw.

KONIEC

(została jeszcze, co prawda, bibliografia, ale kto przy zdrowych zmysłach by to czytał?)

Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział



© YPY - Strona poprawiona i publikowana 30.05.2009