|
AGRADACJA | |
To wszystko, co nie zmieściło się w poprzednich rozdziałach, nie pasowało do nich,
nie wiadomo było, gdzie konkretnie myśl doczepić, żeby do tematu pasowała -
zostanie krótko opisane w tym, ostatnim już, rozdziale. Nie ma tu jakiejś myśli
przewodniej, a te końcowe zapiski należy traktować jak nagły potok świadomości,
dający w rezultacie istny cicer cum caule.
1. W Qingdao do dzisiaj produkuje się bardzo znane piwo o długoletniej tradycji
(browar założyli jeszcze Niemcy, którzy miasto okupowali do I wojny). Tam, po
kilku dniach intensywnej pracy autor wyrwał się któregoś wieczora do miasta,
żeby odetchnąć i, chociaż samotny, zdecydował się wejść do miło wyglądającej
knajpki. Przyzwyczajony do warunków szanghajskich zamówił trzy dania i, ku swemu
zdumieniu, otrzymał trzy ogromne półmiski, z których każdy w Szanghaju byłby
trzema porcjami (za mniej więcej tę samą cenę). Było trudno to pożreć, ale jakoś
się udało. Za to miejsce dawało do myślenia. Zamorski gość został bowiem
wprowadzony do osobnej salki, tak gdzieś 1,50 x 2,50 metra, bez okien,
oświetlonej dyskretnym światłem. Wzdłuż osi pomieszczenia stał długi stół, a po
jego bokach dwie dziwnie szerokie, bardzo przysadziste ławy. Wszystkie ściany i
nisko podwieszony sufit obite były intensywnie niebieskim pluszem. Drzwi do tego
pomieszczenia miały zasuwkę od wewnątrz (obsługa stukała, chociaż autor nie
zamykał się, bo i po co?), a umieszczony na widoku ściemniacz umożliwiał intymne
przytłumienie światła. Zdaje się, że lokal służył nie tylko uciechom podniebienia,
a wrażenie spotęgowało jeszcze dobitniej uprzejme pytanie obsługi, czy szanowny
gość potrzebuje, być może, dziewczyny?
2. W parku w Macao, gdy już przestanie się podziwiać popiersie Camoensa, wzrok
pada na czerwone tabliczki pod co drugim drzewem: "E favor nao pisar a
relva121)".
Słynna plaża z czarnym piaskiem (już na wyspie) rozczarowuje, bo okazuje się, że,
w zasadzie, piasek jest taki sam, jak gdzie indziej, a tylko wąski pasek jest,
faktycznie, ciemniejszy. W polecanej restauracji, gdzie można było rozkoszować
się portugalską kuchnią i portugalskim winem nagle dorsz z rusztu z wielką ilością
czosnku stanął autorowi w gardle, gdy po występie boazerii zaczął przechadzać się
szczur wielkości spasionego kota. Większość dzieci w wieku szkolnym chodziła w
mundurkach (zielone marynarki, granatowy dół). Miejscowej waluty (pataca) wcale
nie było widać - wszyscy używali dolara Hong Kongu. Największa budowla w mieście
to wcale nie pałac gubernatora tylko Casino Lisboa. Kościół św. Pawła (po
trzęsieniu ziemi pozostała tylko fasada) - przereklamowany. W pobliżu granicy z
Chinami wielki stadion, który okazał się być canidromem (organizowano tam wyścigi
psów).
3. Wizyta w Bardzo Ważnym Urzędzie w niewielkim mieście wyglądała niczym praca
zwalczania biurokratycznej przeszkody w komiksie o Asterixie i Obelixie. Autorowi
przydzielono lokalnego pomocnika, który prowadzał go po różnych piętrach ogromnego
budynku. Sprawa była banalnie prosta - trzeba było otrzymać jakieś tam
zaświadczenie, umożliwiające lokalną działalność przez kilka dni. I zawsze czegoś
brakowało, zawsze trzeba było ganiać z góry w dół i na odwrót. W dodatku był czas
po obiedzie (z tym, że xiuxi już się skończyło i należało pracować), ale,
najwyraźniej, wszyscy się w południowej atmosferze rozleniwili i pragnęli tylko
jednego - żeby żaden interesant nie przeszkadzał. Jedni otwarcie spali (drzwi do
pomieszczeń były otwarte na przestrzał, więc krocząc korytarzami można było się
przyjrzeć), drudzy rżnęli w karty, inni czytali gazety, ktoś tam moczył nogi w
misce. Wreszcie nawet i miejscowy przewodnik poczuł się wyraźnie zawstydzony,
kazał autorowi usiąść i zaczekać. Po kwadransie, czy dwóch wrócił machając
triumfalnie świstkiem papieru - pozwolenie wydano.
4. Jeśli rodzice coś postanowią, to dzieci ze skóry wyłażą, żeby tę decyzję
wykonywać. I tak, na przykład, rodzice uznają, że dziecko ma stać się wirtuozem
skrzypiec. No i zupełnie nieważne, czy dziecko ma wielki talent, czy zupełnie
przeciętny - będzie przez najbliższych parę lat codziennie ćwiczyło po osiem
godzin dziennie, aż do momentu, gdy odpadnie w jakimś konkursie, nie spełniając
marzeń rodziców i zawodząc ich haniebnie. Wcześniej ani jemu, ani im do głowy
nie przyjdzie, że może to ślepa uliczka. Przechodząc przez sąsiedni hutung autor
słyszał zawsze, o każdej porze dnia i nocy, jak na fortepianie ćwiczy takie
nieszczęsne dziecko. Chyba nie wyrosło na światowej sławy wirtuoza.
5. Mur chiński zbudowany jest tak, jakby ekonomia wcale się nie liczyła. Wije
się jakimiś strasznymi zakosami i, po przebyciu kilkuset metrów, pojawia się
niedaleko punktu wyjścia. Wydaje się (przynajmniej na pierwszy rzut oka), że w
wielu miejscach można by go poprowadzić krócej, ale wówczas trzeba by zerwać z
ideą budowy na jednej poziomicy. A cegły ułożono (najczęściej, bo nie we
wszystkich miejscach) równolegle do podłoża. Miejscami trudno się po murze idzie,
bo stromo, no i w zimie musi być w tych miejscach bardzo ślisko. W muzeum pod murem pokazane są warunki na jego budowie. Istny horror - mur to jedna wielka mogiła, bo padły tam całe rzesze ludzi. Podobno z braku rąk przysyłano więźniów i, jeśli któryś zginął przed końcem wyroku, to ktoś z rodziny miał obowiązek stawienia się i odrobienia reszty wyroku. Najgorzej jednak pomyśleć, że cały ten wysiłek okazał się być funta kłaków niewartą fanaberią, bo jak doszło co do czego, to sami Chińczycy otworzyli bramy i barbarzyńcy wcale nie musieli muru szturmować i forsować, tylko wjechali sobie uśmiechnięci główną bramą.
6. Szeroko pojęty lud zawsze jest podejrzliwy wobec władzy i, o ile autor dobrze
zrozumiał, nawet w czasach ludowładztwa był wobec niej krytyczny. Oto dwie
opowiastki, szeptane po domach w czasach, gdy za byle co można było pojechać
na kilkuletnią wycieczkę na ryżowisko. Autor zupełnie nie wie, na ile te
opowieści są prawdziwe, a na ile zmyślone, żeby pokazać, że jest jakaś sprawiedliwość,
nawet dla tych największych. Pierwsza: "Kierownictwo zrozumiało, że trzeba
wprowadzać komputeryzację. Nakazano więc opracować podstawowe materiały o
ofertach różnych czołowych firm. Podczas zapoznawania się z tą listą zauważono,
że jedna z firm nazywa się Wang. Chińska? Właściciel jest Chińczykiem. Taak?
To dawać go tu. Niestety, to niemożliwe, firmę założył w Meiguo, już po
emigracji.". Druga: "Jeden z czołowych działaczy w stolicy miał poważne
problemy zdrowotne. Ustalono, że potrzebna jest operacja, ale nikt nie
chciał się jej podjąć, mówiąc otwarcie, że był do tej pory tylko jeden
chirurg, który takie przeprowadzał. Wezwać. Niestety, to niemożliwe,
jest reedukowany na wsi. Natychmiast samolot, grupa specjalna, jechać,
zabrać, wykąpać, ubrać, przyprowadzić. Następnego dnia funkcjonariusze
wprowadzają lekarza. Aaa, witajcie, towarzyszu. Musicie pilnie zoperować
towarzysza X. Ile czasu potrzebujecie? Byle nie za dużo. A lekarz
milczy przez chwilę, wreszcie wyciąga ręce przed siebie i mówi 'Operować? Proszę
spojrzeć na moje ręce. Wzięcie skalpela to nieuchronna śmierć dla pacjenta. To
dzięki ciężkiej pracy fizycznej nie mogę już wrócić do zawodu.' Bo też ręce
chirurga drżą, jak opętane.".
7. W sieci autor znalazł wiadomość o tym, że herbata na lotnisku w Chengdu
kosztuje (w roku 2008) od 30 do 140 yuanów, w zależności od rodzaju i dodatków.
Wydaje się, że Chiny kreują z zapałem świat alternatywny, właściwie nie wiadomo
dla kogo. Bo też na ulicy w Szanghaju (a to nie jest tanie miasto) można napić
się herbaty za kilka procent tej kwoty.
8. Za czasów pobytu autora banknot 100 yuanowy był niebieski, z rysunkiem
czterech działaczy ruchu robotniczego. Popularnie nazywano go "czterech
ludzi122)",
a dzieci oczekiwały z miedzianym czołem, że wujkowie powinni je obdarowywać
właśnie takimi banknotami, a nie jakąś drobnicą. Była to zwykła bezczelność, bo
w tamtych czasach to była kupa pieniędzy. Nieco później wprowadzono nowe
pieniądze, na których królował Przewodniczący
Mao123). A
zupełnie niedawno pojawił się jeszcze nowszy wzór banknotu o tym nominale - z
przepięknym, wijącym się wspaniale smokiem. Pewnie zrobiono to z wrodzonego
pragmatyzmu, żeby masom turystów, którzy przyjechali na Olimpiadę w Pekinie
pieniądze ładnie się kojarzyły z tajemniczym Orientem.
9. Na banknocie dwuyuanowym widnieje nadmorska skała, która wygląda, jakby wodę
pił słoń. To prawdziwa skała na samym południu wyspy Hainan, zwana "Koniec
świata". Bo też dla Chińczyków dalej na południe przez długi czas nie było już nic.
10. Podczas II wojny hitlerowskie Niemcy upomniały się o Żydów, którzy mieli
znaleźć schronienie w Szanghaju. Podobno wojskowi japońscy nie mogli zrozumieć,
czemu podczas działań wojennych Niemcy chcą zajmować się takimi marginaliami,
jak ewentualny transport do Rzeszy stosunkowo nawet niewielkiej liczby ludzi z
odległego o tysiące kilometrów miejsca. Wezwali więc na rozmowę rabina, zadając
mu to pytanie. Według opowieści to, co usłyszeli, miało rzutować na ich odmowę
deportacji miejscowych Żydów. Rabin miał odpowiedzieć krótko: "Oni nas nienawidzą,
bo jesteśmy Azjatami".
11. W kotłowni, która ogrzewała niewielką kamienicę zamieszkałą tylko przez
cudzoziemców (to specjalny luksus, bo przecież rzecz działa się na południe od
Yangzi) było zatrudnionych siedmiu palaczy. Oczywiście na koszt cudzoziemców.
Dlaczego tak wielu? Taki system124).
12. Nowy Rok chiński przypada w końcu zimy (jest to święto ruchome, zależne od
kalendarza księżycowego, wciąż bardzo w Chinach popularnego). Państwo ogłasza
wówczas parę dni wolnego, co w połączeniu z weekendami daje dużo czasu wolnego
(tak zwany "złoty tydzień"). To chyba najważniejsze chińskie święto, które należy
spędzić z rodziną. Pociągi są wówczas zapchane, bo wszyscy ci, którzy szukają
szczęścia daleko od domu (nieraz parę tysięcy kilometrów) raz w roku chcą tam
wrócić. Wieczorem lepi się ogromne ilości pierożków, o północy odpala race i
sztuczne ognie (zaczyna się już z godzinę wcześniej, a kończy godzinę po),
ucztuje i świętuje. Dobrze jest też podpalić wiszące na sznureczku niczym
winogrona malutkie ładunki wybuchowe, które po kolei, trzask, trzask, trzask,
wybuchają, dając radosny hałas. Rankiem okazuje się, ile dachów w pobliskich
hutungach poszło z dymem. Nie wszystkim pomogły naklejone kartki ze znakiem
"szczęście", obowiązkowo przyklejone do góry
nogami125).
Pewnie dlatego w wielkich miastach zabraniano używania sztucznych ogni, ale nikt
się tym zakazem specjalnie nie przejmował.
13. Stare lotnisko w Hong Kongu było usytuowane tak, że pasażerowie przy
lądowaniu mieli wrażenie, że za chwilę samolot musi się rozbić o domy. Nowe
przeniesiono na wyspę na zachód od miasta. Centrum robi oszałamiające wrażenie,
ale wystarczy dać dwa kroki poza ten obszar i już podróżnika otacza zwykły
azjatycki brud, bałagan i tłum. Za to w centrum drapacze chmur ładniejsze niż na
Manhattanie. W hotelach nad każdym kranem napis "oczywiście decyzja należy od
drogiego gościa, jednak chcielibyśmy poinformować, że woda jest w Hong Kongu
bardzo cennym towarem, więc gdyby szanowny gość zechciał nieco jej oszczędzać i
używać tych samych ręczników przez drugi dzień, to bylibyśmy niezmiernie wdzięczni.
Jeśli nie - proszę rzucić ręczniki na podłogę i zostaną wymienione". Czy jakoś
tak - może autor nie powtórzył co do słowa, jednak treść oddał w sposób właściwy.
14. W Szanghaju jest polski konsulat i ma swoją siedzibę polsko-chińska spółka
okrętowa. Było to pierwsze w całych Chinach przedsiębiorstwo o mieszanym kapitale
założone po 1949 roku. Powstało dlatego, że z powodów politycznych nałożono
wówczas na Chiny embargo i kraj musiał sobie radzić, żeby otrzymywać dostawy
drogą morską. W latach pięćdziesiątych dwa polskie statki zostały (w ramach tego
embarga) zatrzymane i odprowadzone pod przymusem na Tajwan. Oficjalna propaganda
głosiła nieugiętą postawę załóg i odrażające praktyki kapitalizmu. Nieoficjalnie
ci, którzy po jakimś czasie z Tajwanu wrócili, mówili, że nie było wcale tak źle.
15. Chińskie pralki automatyczne nie miały w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego
wieku grzania. Trzeba było prać w zimnej wodzie. Czy dzisiaj się to już zmieniło,
tego autor nie wie.
16. Gdy w Szanghaju pada deszcz kanalizacja burzowa może nie nadążyć z odbiorem
wody. Wówczas niżej położone mieszkania mogą zostać zalane do wysokości kolana.
Niektóre starsze kamienice mają przy wejściu prowadnice, w które wkłada się deski,
które z kolei uszczelnia się jakimś kitem, ale to rozwiązanie dość rzadkie.
17. Na początku pierwszego pobytu, kiedy autor był jeszcze w sprawach chińskich
nieobyty i niewinny, poszedł był z kolegami do publicznej pierożkarni. Wcale nie
było łatwo zamówić to, co się chciało, ale jakoś się udało, pierożki wjechały na
bambusowej siatce na stół, wędrowcy nalali sobie soi i octu z Zhejiangu do małych
miseczek i bardzo się ucieszyli, że pałeczki stoją już w kubeczku na stole i
przynajmniej tego nie trzeba szukać. Gdy już sobie podjedli jeden z nich pomyślał
na głos: "No ciekaw jestem, jak oni myją te pałeczki". Nie trzeba było długo
czekać - przyszedł posługacz, zgarnął miseczki na bambusową tackę, wyjął zza pasa
brudną ścierę, przetarł nią wszystkie pałeczki razem i wrzucił je do stojącego na
stole kubeczka. Wszyscy poczuli natychmiast tę samą nieodpartą chęć znalezienia
sklepu monopolowego i gruntownej dezynfekcji alkoholem.
18. Mrozoodporne płytki na balkon, zakupione przez kolegę autora (po uprzednim
zapytaniu tłumacza, jak to będzie po chińsku, zapisaniu odpowiedniego zwrotu na
kartce i upewnieniu się w sklepie, że wybrane płytki takie właśnie są) popękały
podczas pierwszej zimy, wcale zresztą nie mroźnej.
19. W opisie brytyjskiej ekspedycji z XVIII wieku (tej, którą odprawił z kwitkiem
cesarz Qianlong) można znaleźć tajemnicze zdarzenie, jakie miało miejsce w jednym
z portów w południowych Chinach. Cudzoziemców uprzedzono, że postanowił ich
zaszczycić na ich nędznej dżonce sam gubernator prowincji. Założyli tedy galowe
mundury i czekali, co będzie. I faktycznie, o przewidzianej godzinie do ich statku
zaczęła podpływać chińska łódź. Sztandary powiewały na wietrze, orkiestra robiła
oficjalny hałas, sam gubernator siedział sztywno na jakimś podwyższeniu. Kiedy
chińska dżonka już już przybijała do statku Anglików nagle orkiestra ucichła,
nastąpiło jakieś zamieszanie i dżonka zawróciła, po czym majestatycznie odpłynęła
bez słowa. Dopiero kilkaset lat później odnaleziono wyjaśnienie w sprawozdaniu
gubernatora, przekazanym do archiwów państwowych w stolicy. Władze, zaciekawione
nowym rodzajem barbarzyńców nakazały wysokiemu urzędnikowi na południu kraju
podpłynąć do dżonki barbarzyńców stojącej w jego porcie, przycumować przy niej i
zejść na jej pokład, po czym wybadać tyle, ile się da. Jednak urzędnik,
gdy już jego łódź zbliżała się do cudzoziemskiej dżonki zdał sobie sprawę z tego,
że ta ostatnia jest większa i ma wyższą burtę, przez co nie mógłby spełnić rozkazu
cesarza, aby zaszczycić barbarzyńców swoją obecnością poprzez zejście, bo musiałby
tam wspinać się po trapie, a na to nie mógł sobie pozwolić, bo to i
przekroczenie rozkazów i osłabienie powagi tego, w czyim imieniu miał występować.
Podobno jego postawa spotkała się z pełnym zrozumieniem władzy.
20. Wieśniacy potrafili podejść do niczego nie spodziewającego się cudzoziemca i
sprawdzać, czy jest obsypany pudrem ryżowym, czy też taki niezdrowy kolor skóry
ma sam z siebie. Najczęściej przez szczypanie obnażonego kawałka skóry.
21. Poznani studenci afrykańscy studiujący w Chinach bardzo krytycznie komentowali
nastawienie gospodarzy do Murzynów. Utrzymywali, że Chińczycy uważają, że taki
Afrykańczyk przylatuje do Chin właściwie nagi i bosy i dopiero tu odbiera mu się
dzidę, zastępuje spódniczkę z rafii lub bananów prawdziwym ubraniem, tłumaczy, że
lwów tu nie ma, uczy, jak wchodzić przez drzwi i jak posługiwać się kubkiem. No,
a tacy spaleni mieliby być dlatego, że u siebie mają to drugie słońce, które
przygrzewa w dzikich krajach. Albo się chłopacy nabijali z autora, albo trafili
na jakiegoś wyjątkowo nierozgarniętego tubylca, który im takich rzeczy nagadał.
Bo przecież Chiny mają bardzo poprawne stosunki z większością państw afrykańskich.
22. Organizacja Olimpiady była okazją do zaprezentowania światu osiągnięć państwa.
Nie żałowano pieniędzy i sił. Oprawa igrzysk wydawała się fachowa i przemyślana,
a małe niedociągnięcia wynikały bardziej ze wścibstwa zachodnich reporterów,
niż z prawdziwych błędów organizatorów. No i niby co złego w tym, że gospodarze
postanowili zrobić jedno z dwóch126)
i na ceremonii otwarcia na zapleczu do mikrofonu śpiewała brzydka dziewczynka, a
kamery pokazywały tę ładną, która ruszała tylko buzią? Czy komuś to szkodziło?
Czy nie rozumieli, że zrobiono to dla wyższych celów? Ale co może zrozumieć
człowiek wychowany poza Chinami?
Autor ma nieodparte wrażenie, że jesteśmy właśnie świadkami agradacji społecznej -
wydaje się, że państwo chyba nie wie, co zrobić ze swymi obywatelami. I to
zarówno bezrolnymi chłopami, jak i z pracownikami fizycznymi, a także (ostatnio)
z absolwentami wyższych uczelni. Niewykluczone, że niedługo znowu będzie można
oglądać krótkie relacje o kolejnych niepokojach w Chinach. Problem może być bardzo
poważny, bo nie wiadomo, kiedy sytuacja wymknie się w końcu komunistom spod kontroli.
Na szczęście są to tylko wizje autora, który nie jest żadnym zawodowym komentatorem.
Wszystkim, którzy dobrnęli do końca autor pragnie wyrazić swój szczery podziw.
KONIEC
(została jeszcze, co prawda, bibliografia, ale kto przy zdrowych zmysłach by to czytał?)