|
AGRADACJA | |
W Chinach nigdy nie było rozwiniętego niewolnictwa. Pewnie dlatego, że ludzi
zawsze było tylu, że rąk do pracy było aż nadto i oferta przewyższała
zapotrzebowanie. Zdarzało się, że ktoś wykonywał jeden przedmiot całe lata i
zleceniodawcy wciąż się to opłaciło, tak tania była praca. To dotyczyło jednak
tylko przedmiotów zbytku, cacek do niczego nie służących, z których Chiny słyną
do dzisiaj. Pokazuje się z dumą metrowej długości model dżonki pod żaglami, z
ludźmi na pokładzie, ze szczegółami wyrzeźbiony w jednym kle (a właściwie ciosie)
słonia. Nie wiadomo dlaczego, jednak wielkim wzięciem cieszyły się wyroby z
jednego kawałka kości słoniowej, tak misternie wycięte, że każdy musiał zadumać
się nad cierpliwością twórcy. Bo też rzemieślnik całymi latami dłubał w resztce
słonia tak misternie, że, na przykład, stworzył ażurową warstwę zewnętrzną,
gdzie było więcej otworów i wolnej przestrzeni niż samej kości, a pod nią
pozostawił idealną kulę, której średnica okazywała się o milimetr tylko mniejsza
od wewnętrznego wymiaru tej siatki. Kulą można pokręcić, żeby przekonać się, jak
to działa i tyle. Po odwróceniu głowy można natychmiast zapomnieć, bo cacko do
niczego nie służy, niczego nie pokazuje, ma za jedyne zadanie udowodnić widzom,
że właściciel jest na tyle zamożny, że stać go na zamówienie, czy zakup czegoś
takiego.
W minionej epoce wydajność Polaka była horrendalnie niska, ale niech no tylko
trafił na plantację truskawek w Szwecji, czy szparagów w Niemczech, to nagle,
jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, okazywał się tytanem pracy, bo
widział, że mu się to opłaci. Zupełnie tak samo jest w Chinach. Kto pracuje na
państwowym, ten od razu obrasta nawykami mandaryna, ostentacyjnie pokazując
całemu światu, że praca ani nie jest jakimś jego obowiązkiem, ani też nie daje
mu żadnego zadowolenia. Za to na swoim - zupełnie inna historia. Gdy zamorski
diabeł wchodził do państwowego sklepu, to zdarzało się, że kilka osób z obsługi
w tej samej chwili odczuwało chęć sprawdzenia czegoś na zapleczu tak, że dziki
barbarzyńca nie miał nawet do kogo zagadać o to, czego akurat szukał. No bo - po
co właściwie obsługa miałaby się męczyć? Z dzikim - wiadomo - same kłopoty, bo
toto zwykle nie gada po chińsku. A czy kupi, czy nie, to na jedno wyjdzie i
sprzedawcy nie będą mieli z tego tytułu nawet pięciu fenów więcej. Niechże więc
idzie, zniechęcony, gdzie go oczy poniosą, a tu przypadkiem nie wraca, bo dość
już kłopotów ze swoimi klientami. No i pewnie nawet by to działało zgodnie z
chytrym założeniem leniwych sprzedawców, ale bieg rzeczy zmieniał się całkowicie,
gdy tym dzikim okazywał się autor tych zapisków. Widząc, że pozostał sam na
placu boju postępował zawsze tak samo: siadał na ladzie, podnosił nogi, zręcznie
obracał się na pośladkach i hyc! Już był po tamtej stronie lady, grzebiąc w
towarze wyłożonym na półkach. Nie mijało i pięć sekund, gdy z zaplecza wybiegała
rozjuszona hurma sprzedawców z okrzykami, które sprawca całego zamieszania
identyfikował jako mieszaninę gniewu i podziwu dla bezczelności cudzoziemca.
Całkiem inaczej było, gdy miało się do czynienia z interesem prywatnym. Tu nic
nie stanowiło przeszkody. Mało który sprzedawca mówił w jakimś obcym języku
(starsi chcieli czasem mówić po rosyjsku), ale nikomu to nie przeszkadzało. Obcy
coś tam próbował po chińsku, Chińczyk mówił wyraźniej, pisał na kartce, pchał
pod oczy towar, zachwalał, a później targował się do upadłego. I wszyscy byli
zadowoleni. Można było do takiego ubożuchnego prywatnego sklepiku wejść na minutę
przed godziną zamknięcia i nikt nie pokazywał na zegarek, że już niby czas, bo
właściciel miał nadzieję, że coś sprzeda, a wiadomo, że dziki jest bogaty i nie
zna dokładnie cen, więc może jeszcze na dodatek uda się mieć większy zysk. Wielu
businessmanów miało swój interes wprost na ulicy. Ot, jedno krzesło i nożyczki w
ręku znamionowały fryzjera. W wejściu do hutungu stał nieraz jakiś dziadek z
małym wózkiem na kółkach, a w tym wózku był cały jego warsztat szewski. Co
zrobić, gdy nagle pęknie jakiś pasek u buta albo torebki, urwie się obcas, czy
coś takiego? Tylko rozglądać się czujnie dokoła, gdzie stoi najbliższy taki
rzemieślnik. Następnie dokuśtykać do niego, pokazać but i zaraz Chińczyk
naprawi go na miejscu, podczas gdy klient stoi obok niczym bocian na jednej
nodze. Zazwyczaj cena była bardzo przystępna, bo wcale nie wszyscy próbowali
oszwabić cudzoziemca. Tak samo dorabiało się klucze, ostrzyło noże i remontowało
rowery. Kto nie miał sumienia, mógł dawać zarobić pucybutowi, ale jakże tu
pozwalać czyścić sobie buty człowiekowi, który mógłby być naszym dziadkiem? A
na rogach większych ulic stały tak zwane baby z jajami, które oferowały za parę
fenów jajko na twardo z wielkiego kotła, w którym widać było brunatną breję
(woda z soją i czymś tam jeszcze). Kupowało się jajko, obierało na miejscu,
zjadało i szło dalej. Obok mógł oferować swoje przysmaki uliczny sprzedawca
rajskich jabłuszek, nanizanych na patyczki, które trzymał pionowo nad głową,
niczym jakąś miotłę. To jednak bardziej sprawa jedzenia niż pracy i dlatego ten
opis znajdzie się we właściwym rozdziale traktującym o jedzeniu.
Ta sama sytuacja była na wsi. Co prywatne - przynosiło korzyść swemu
właścicielowi (czy może częściej dzierżawcy), a co państwowe - niekoniecznie. Po
latach obowiązkowej kolektywizacji rząd pozwolił chłopom na uprawianie niewielkich
poletek przyzagrodowych, a płody tam zebrane mogli sprzedawać wedle swego uznania.
I zdaje się, że to właśnie ta decyzja zakończyła definitywnie okres głodu
wywołanego błędami rządu. W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku głodu nie
było już widać, rynki były pełne wszelkiego dobra, prywatne restauracyjki kwitły,
a ludzie mówili, że nigdy jeszcze nie było tak dobrze. Co prawda właśnie wówczas
okazało się, że dotychczasowa polityka gospodarcza poniosła klęskę na terenach
wiejskich. Społeczeństwo chińskie jest w większości społeczeństwem wiejskim, co
oznacza, że chłopów musi być co najmniej nieco więcej niż połowa ludności. A
jeśli tak, to na wsi powinno mieszkać co najmniej siedemset milionów ludzi.
Dopóki nacisk był kładziony na komuny wiejskie, wówczas problemem każdej wsi,
czy spółdzielni było wyżywienie swoich członków. Teraz okazało się, że na wsi
pojawili się ludzie zbędni, z którymi nie wiadomo było, co zrobić. Warunki życia
na wsi mogą być w Chinach diametralnie skrajne. Niektóre wsie są
bogate46), a chłopi
mają okazałe domy. Są jednak rejony zdecydowane biedne, gdzie domostwami są
ubogie szopki z plecionych mat, bez okien, bo przecież światło może wpadać przez
drzwi. Najczęściej w każdej wsi te dwa skrajne obrazki są przemieszane, bo
wszędzie są i bogaci i biedni. I okazało się, że nie wiadomo, co zrobić z mniej
więcej stu milionami chłopów, bo okazali się zbędni w strukturze wioskowej. Ani
nie mieli swojej ziemi, ani nie byli w stanie zahaczyć się do pracy dla innych.
Z jakichś powodów nie było dla nich miejsca w spółdzielniach. Rząd centralny
przyznawał się oficjalnie do liczby stu milionów takich zbędnych ludzi, a ilu
ich było faktycznie, tego nikt nie wie. Sto milionów to, z grubsza licząc, cała
ludność Niemiec i Polski. No i proszę sobie wyobrazić, co by było, gdyby jutro
ktoś powiedział, że wszyscy w Polsce i w Niemczech są niepotrzebni i nie mogą na
żadną pomoc liczyć.
Kiedy sto milionów ludzi zdało sobie sprawę z tego, że albo sami znajdą sobie
zajęcie, albo w krótkim czasie zdechną z głodu, powiało grozą. Jednak tym razem
najwyraźniej jeszcze nie był czas na chłopską rewoltę, a Huang He też jeszcze
nie wylała, więc chłopi nie postawili kos na sztorc, tylko zapakowali ubogie
manatki w tobołki, wzięli baby i dzieci i powędrowali do wielkich miast, w
których co rusz to się coś buduje, więc potrzeba rąk do pracy. Na wsi nikt po
nich nie zapłakał. A w miastach nikt na nich nie czekał.
W wielkich miastach faktycznie co i rusz coś nowego się stawia. Co chwilę
wyrastają nowe drapacze chmur, właściciele sklepów zmieniają ich wystrój,
buduje się drogi i nowe fabryki. Siły roboczej nigdy więc dość. Co dziwnego, że
niczym jak w obrazkach z naszej "Ziemi obiecanej" przed wejściami do takich
budów koczują całe gromady wieśniaków, a mężowie, z czapkami w rękach, wypatrują
nadzorców niewolników, żeby zaoferować siłę swoich mięśni. Nie ma bowiem żadnego
socjalu, żadnej pomocy, żadnego ubezpieczenia - tu urzeczywistniła się niesławna
idea bolszewików: "kto nie pracuje, ten nie je". To głównie chłopi budują
nowoczesne obiekty w miastach. Nie dziwota, bo można ich w każdej chwili
wyrzucić, płacić mniej (ci z miasta mają już większe wymagania), a do harówki są
przyzwyczajeni. Na każdym placu budowy najpierw wyrasta mały baraczek. Tam, w
trudnych warunkach socjalnych, jeden na drugim, mieszkają pracownicy wraz z
całymi rodzinami. A przecież są zachwyceni, bo na wsi mieli częściej jeszcze
gorzej, a tu załapali się do pracy, dostają karmę, na głowę nie pada, więc jest
przecudownie. Kobiety coś tam pichcą, piorą, wokół na sznurkach schnie bielizna,
dzieci bawią się, jak potrafią. Kłopotem mogą być te, które podlegają obowiązkowi
szkolnemu, bo wprowadzono opłaty za naukę, więc nie każdego na to stać. Autor
widział na własne oczy dzieci bawiące się w środku stoczni konstrukcyjnej na
północy kraju, pośród różnych sekcji, rur i zwałów złomu.
Przeważa praca fizyczna. Tam, gdzie przeciętny Europejczyk spodziewałby się
koparki i podjeżdżających ciężarówek w Chinach przyjdzie kilkaset osób z łopatami,
a drugie tyle z koszami plecionymi z bambusa. I o wiele szybciej, niż można by
się spodziewać, w ciągu kilku dni ta masa ludzka wkopie się na kilka pięter w
grunt, żeby za chwilę nosić tymi koszami beton do zalewania fundamentów.
Obserwacja takiego placu budowy przyprawia o ból głowy, bo nikt nie przestrzega
żadnych warunków BHP. Czasem robotnicy noszą na głowach plecione z bambusa kaski.
I na tym zwykle się kończy. Rusztowania są budowane z bambusa wiązanego jakimiś
pędami (też pewnie bambus). Kiwa się to pod każdym krokiem, chwieje na wszystkie
strony i patrzący ma wrażenie, że za chwilę wszystko musi runąć (nieraz z
wysokości wielu pięter), i na własne oczy zobaczy się śmierć wielu ludzi. A już
w jaki sposób kilka prądożernych narzędzi może być podłączonych do tego samego
rozdzielacza, który z kolei łączy się z siecią kabelkiem o takiej grubości, jak
mają chińskie lampki na choinkę, to jakaś dalekowschodnia tajemnica. I, co
najciekawsze, to działa, chociaż nie ma prawa! Wcześniej trzeba było zburzyć
piętrową zabudowę w tym miejscu, więc, z kolei, można było obserwować, jak
robotnik stał na sterczącej ścianie i rozbijał ją młotem pneumatycznym tuż pod
swoimi nogami. Zupełnie jakby piłował gałąź, na której siedział. To
wszechogarniające, powszechne zero wyobraźni powodowało przerażenie obserwującego
Europejczyka. Chińczycy nawet w tę stronę nie spojrzeli, najwyraźniej przyzwyczajeni.
Generalnie wszyscy starają się, żeby pracownicy mieszkali tuż przy zakładzie
pracy, albo wręcz na jego terenie. Bliżej, wygodniej, nie trzeba płacić za
dojazdy. Z drugiej strony można łatwiej pilnować załogę, a w przypadku konieczności
dłuższej pracy w nadgodzinach łatwiej wymusić posłuszeństwo. Bo niby dokąd pójdą
tacy ludzie, skoro na nic ich nie stać? Oni oszczędzają każdego fena, bo często
wysyłają pieniądze do rodzin na wsi. Jeśli stracą pracę, wcale niełatwo będzie
im znaleźć nową. A jedno jest pewne: nikt im nie pomoże. Altruizm pojawia się w
społeczeństwach bogatych, a w Chinach ludzie zbyt wiele przeszli, żeby ryzykować
mizerne oszczędności, czy zapasy dla obcych. Dlatego pracownicy są wyjątkowo
pokorni, a właściciele zakładów orzą w nich bez żadnej litości. To akurat też
można zrozumieć - kto ma litość, nigdy nie dojdzie do władzy, pieniędzy i
znaczenia, bo jego miejsce natychmiast zajmie ktoś inny, z mniejszymi
wątpliwościami i twardszym sumieniem. Władza pozwoliła na ekonomiczny kapitalizm,
wszelako pod jednym warunkiem - że ci nowobogaccy kapitaliści nie będą interesować
się polityką. Do tego momentu - proszę bardzo, niech każdy robi, co tylko chce,
ale od spraw polityki jest partia komunistyczna. Nowa klasa kapitalistów jest
obarczona wszystkimi najgorszymi cechami okresu szybkiego wzrostu od zera: nie
dbają wcale o pracowników, których mnogość udowadnia im wyraźnie, że tego dobra
nigdy nie zabraknie. A potrzeby są niemałe: mieszkania, często wzorowane na
pałacykach europejskich, luksusowe samochody47),
własne jachty, kosztowne kochanki, lukullusowe uczty itd. Jednocześnie często
bywa tak, że człowiek, który stał się nagle bogaty jest dalej takim samym chamem,
jakim był wcześniej. Jeden z takich nuworyszów podejmował autora, ku jego wielkiej
konsternacji, szklankami francuskiego koniaku, a na supozycję, żeby przynieść
raczej koniakówki odparł chełpliwie, że takimi małymi kieliszkami to sobie
cudzoziemiec może pić w domu, a jego stać na wszystko. Tacy ludzie nie mają
żadnych zahamowań przed tym, żeby pracownika, który uległ wypadkowi zwolnić bez
żadnego odszkodowania. Pełno później skarg okaleczonych ludzi na swych byłych
pracodawców. Tyle tylko, że ci zazwyczaj jadą na jednym wózku z lokalnymi władzami,
więc są nie do ruszenia. I tak chlubna idea marksizmu-leninizmu twórczo
zmodyfikowana przez Wielkiego Sternika uległa deformacji.
Nie każda praca musi być jednak horrorem, w którym ryzykuje się życie, bo są
także zakłady przyzwoite. Obowiązkiem każdego podmiotu jest zapewnić swoim
pracownikom posiłek w pracy. Musi to być obiad, podawany w południe. Po obiedzie
ma się prawo do odpoczynku - xiuxi. Xiuxi trwa zwykle godzinę, a jeśli temperatura
przekroczy pewien poziom (chyba +30 stopni), wtedy jeszcze się ją przedłuża.
Lepsi pracodawcy podobno potrafią zapewnić swoim ludziom także śniadanie, ale to
nie jest obowiązkowe. Za to normalną bywa aktywność działu personalnego, który
dostarcza dla wszystkich a to cebulę, a to kapustę, a to paletę jaj, a to dużą
rybę, jako rodzaj pomocy dla swoich pracowników.
Na ulicy można też łatwo wpaść na prawdziwe zakłady. Nawet najdziwniejsze - na
przykład na ubojnię drobiu. Trochę z boku siedzi sobie na niskim bambusowym
stołeczku człowiek, który sięga do klatki postawionej po jego lewej stronie.
Wyciąga z niej kurę, której natychmiast podrzyna gardło, wykrwawia do stojącej
przed nim michy i podaje truchełko dalej. Tam kobieta skubie kurę, a jeszcze
dalej ktoś ją [kurę] patroszy. Nieco krwi nie trafia do właściwej miski i leci
na ziemię, na której widnieje czerwonawy ciemny strumyk, tworzący na końcu
krzepnącą kałużę. Obok wala się trochę piór, a w powietrzu wisi obrzydliwy zapach.
Ciąg produkcyjny od klatki z upakowanymi w niej ciasno kurami do pojemnika na ubite
kury to razem kilka metrów. Za chwilę przyjedzie rower towarowy, dowożący nowe
kury i zabierający zarżnięte. Praca, jak każda inna. Ciekawe jest to, że kury
milczą - żadna nawet nie gdaknie, tak im już wszystko jedno. A obok, żeby
zakończyć rozdział o pracy jakimś charakterystycznym obrazkiem, przejeżdża
kolejny rower towarowy. Z tyłu, po obydwu stronach tylnego koła ma przyczepione
dwa pojemniki, sięgające prawie do ziemi. Każdy pojemności gdzieś tak
pięćdziesięciu litrów. Każdy jest z zewnątrz czarny, jakby okopcony sadzą.
Cholera wie, dlaczego. Starszy Chińczyk pedałuje spokojnie, żeby ani nie
przyśpieszyć gwałtownie, ani nie hamować, bo obydwa pojemniki są równo po brzegi
wypełnione surową masą jajeczną (żółtko + białko). Bez skorupek widać łatwiej
jajka przewieźć.