Agradacja AGRADACJA

Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział



ROZDZIAŁ VIII: MIESZKANIE

Władze dawno temu podzieliły arbitralnie kraj na obszar, gdzie wolno zimą ogrzewać pomieszczenia i teren, na którym należy o grzaniu mieszkania zapomnieć, bo nawet zimą jest ciepło. Tajemnicą jest, gdzie przebiega ta granica w zachodnich Chinach, jednak na wschodzie sytuacja jest jasna, łatwa i klarowna. Wszystko, co na północ od rzeki Chang Jiang (Yangzi) zostało uznane za teren chłodny, zaś to, co od tej rzeki na południe - za ciepły. Żadnych odstępstw nie ma, choćby nawet spadł śnieg, rzekę skuł lód, a ptaki z zimna zamarzały w powietrzu. Zimno jak przyszło, tak pójdzie, a obywatele jakoś te (w najgorszym razie) parę dni przetrzymają. Skutkiem takiej decyzji na północ od rzeki wolno mieć w mieszkaniu piec, kaloryfer, czy inne źródło ciepła, a na południe od niej nie należy nawet o tym wspominać, bo władza mylić się nie może. Zasadniczo przez większą część roku to działa, jednak zimą w pobliżu północnych rubieży strefy południowej może być nieprzyjemnie chłodno.

Szanghaj leży kilkanaście kilometrów na południe od ujścia Yangzi do morza. Dlatego mieszkania nie mają ogrzewania, które może się pojawić jedynie w hotelach i budynkach użyteczności publicznej. A przecież w grudniu i styczniu temperatura spada do 4-5 stopni Celsjusza, wieje nieprzyjemny, przenikliwy wiatr i bardzo często pada deszcz. Robi się zimno i wszyscy zakładają na siebie, co tylko się da. Dość szczupli dotąd ludzie opatulają się wieloma warstwami ubrań i niczym dziwnym nie jest widok kogoś, kto ma na sobie kalesony, dres, spodnie, a powyżej pasa dwie podkoszulki, koszulę, jeszcze jedną koszulę, sweter, kamizelkę, marynarkę i kurtkę. Za to często jest z gołą głową. Albo ma na sobie wynalazek, który nieprzyzwyczajonych cudzoziemców przyprawia w pierwszej chwili o zawrót głowy. Autor sam pamięta, jak gwałtownie zawrócił na ulicy, by podążać wślad za człowiekiem, który miał kosmate uszy, niczym jakiś wilk, czy może inny ogr. Jednak po bliższym przyjrzeniu się żadnej sensacji nie było. Ot, po prostu, ten pan miał na sobie nauszniki specjalnego kroju z futra. Nauszniki to były dwie osobne, niewielkie pochewki futrem do środka, tak przykrojone, że pasowały każda akurat na jedno ucho. Ze szwu kłaki gęsto wystawały i dlatego dla kogoś, kto widział to pierwszy raz był to istny szok. Dwa niezależne, szpiczaste nauszniki połączone były niewidoczną gumką pod brodą, więc wrażenie było nieodparte.

A przecież raz na kilka lat i do Szanghaju przychodzi mróz. Trwa zwykle dzień - dwa i wszystko szybko wraca do pogodowej normy. Czasem jednak mróz utrzymuje się kilka dni, a nawet spada rachityczny śnieg. Jeśli do tego dochodzi ludzie potrafią budzić dzieci w środku nocy, żeby przyjrzały się temu dziwu, które najczęściej po godzinie, czy dwóch topnieje i znika. Zachowanie szanghajczyków udowadnia bez pudła, że są południowcami, a widać to gołym okiem właśnie w te krótkie godziny zimy. Można bowiem często obejrzeć obrazki niczym z filmów Chaplina, nierealne na pozór, a przecież naprawdę mające miejsce. Niech no na chodniku zamarznie jakaś niewielka kałuża. Niby nic, a ile z tego radosnego śmiechu! Oto bowiem chodnikiem idzie Chinka lub Chińczyk i wchodzi, jakby nigdy nic na ten spłachetek lodu. Nie zwalnia, nie sprawdza, czy już wyślizgane - nie, idzie jak po swoim polu, nie przejmując się niczym. Nic więc dziwnego, że najdalej przy trzecim kroku bęc!, leży na ziemi, rozglądając się bezradnie z wyraźnym i niemaskowanym zdumieniem. Wszyscy w koło zaśmiewają się z tego widoku, leżący gmera się na lodzie, jakoś tam w końcu na czterech wychodzi na twardy grunt, wstaje, otrzepuje się i idzie dalej. I tu następuje najciekawsze, świadczące o tym, że roześmiani do rozpuku widzowie nie łączyli skutku z żadną przyczyną. Cudzoziemiec patrzy z boku i własnym oczom nie wierzy - teraz bowiem na lód wchodzi któryś z roześmianych obserwatorów. I co to? Niczego się poprzez obserwację nie nauczył? Najwyraźniej nie, bo wchodzi pewnym, nieomal defiladowym krokiem na lód i trach!, leży jak długi. A wkoło pełno roześmianych twarzy. Uuuu! Leży! Wywalił się! A za chwilę - choć to wydaje się niemożliwe, obrazek powtarza się na kolejnym i kolejnym przechodniu.

Tu wychodzi z obserwowanych ludzi niezbyt chwalebna cecha, jaką jest skłonność do otwartego wyśmiewania niepowodzeń innych. Zawsze uczono nas, że ludzie tamtej kultury są delikatni, wrażliwi i skłonni do pomocy, szczególnie starszym. Może faktycznie tacy są, gdy chodzi o ich bliskich, ale już w przypadku obcych przez cztery lata pobytu żadnego imperatywu bezinteresownej pomocy autor nie zauważył. Co więcej, sam stawał się obiektem zdumienia bliźnich. Raz na spacerze z małżonką zauważył był parę młodych ludzi niosącą na ramieniu młodego cesarza, jedyne dziecko, które - najwyraźniej zmęczone - spało sobie spokojnie, zwisając lekko ojcu z barku, łepek z tyłu, nóżki z przodu. I wtem z małej nóżki spadł bucik, a rodzice tego nie zauważyli. No i żeby nie było żadnych nieporozumień - to była wielka ulica, ludna, rojna i hałaśliwa, bo innych w Szanghaju nie ma. W każdą stronę kroczyło pięć tysięcy Chińczyków, a po jezdni na rowerach sunęło drugie tyle. I kto schylił się po ten bucik, podniósł go i trzymając na wysokości oczu zaczął gonić roztrzepaną parę młodych ludzi, wołając z koszmarnym akcentem "proszę pana, wasz but48)!"? Któryś z obecnych osiemnastu tysięcy pobratymców? Nie - to zamorskie diabły goniły z tym butem, a wszyscy inni z zaciekawieniem się temu przyglądali. W dodatku pełni dystansu, bo NIKT obcym nie pomógł, nikt nie zatrzymał tych młodych ludzi, widząc, że ich cudzoziemcy gonią z butem w ręce. A ich zdumienie, że ktoś poświęcił swój czas, żeby im pomóc stoi autorowi tych wspomnień w oczach do dzisiaj. Podobne zdarzenie miało miejsce w pobliskim spożywczym sklepie samoobsługowym, gdzie wszystko można było spokojnie wziąć do ręki, pomacać i sprawdzić, co to właściwie jest. Pewnego razu ta sama para dzikich (to znaczy autor i jego małżonka) zapłaciła już za swoje zakupy i stała przy oknie, kilka metrów od kas, żeby lepiej upakować swoje siatki. Od jednej z tych kas odchodziła właśnie starsza pani, która, tak na oko, wyglądała na jakieś sto dwadzieścia lat z okładem, ale pewnie to tylko życie jej nie pieściło, bo ludzie przecież tyle nie żyją. Siatka wypadła jej ze zreumatyzowanych rąk, na podłogę poleciały jakieś zakupy - jedno z czterech jajek się zbiło, jakaś torebka rozerwała i bliżej nieokreślony żółtawy proszek częściowo wysypał, a jakieś okrągłe warzywa potoczyły po okolicy. Małe torebki z nieznanymi nam przysmakami ułożyły się we wcale nowoczesny wzór. Nie były to szczególnie dostatnie zakupy, a jeszcze część się od razu zmarnowała. I wtedy zapanowała nagle atmosfera znana autorowi z zamierzchłej przeszłości, ze wspomnienia z pierwszej klasy szkoły podstawowej, kiedy ktoś stłukł doniczkę, a wszyscy zaczęli krzyczeć: "oj, dobra, oj dobra, powiemy pani!". Roześmiani od ósemki do ósemki współkupujący zaczęli babinę pokazywać palcami, coś tam przy tym nieomal skandując! A ona stała jak oniemiała i za nic nie było wiadomo, czy nie może się schylić, bo ją tak stawy bolą, czy chwycił ją żal nad straconymi zakupami, czy też nie była przyzwyczajona do bycia ośrodkiem zainteresowania i zwyczajnie ją to krępowało. No to kto rzucił się na kolana, by wszystko zbierać, pękniętą torebkę jakoś upchać w mały foliowy woreczek, warzywa z kąta powyciągać itd.? Ech, ten rys Chińczyków wcale nie jest przyjemny, a objawia się nad wyraz często. Może to nadmierne zagęszczenie tak uodparnia na krzywdę bliźnich?

Ponieważ domy są nieogrzewane, a wilgotność wysoka, więc zasadniczo nikt nie zamyka okien, co daje efekt życia w przeciągu. Proszę sobie tylko wyobrazić - na dworze plus sześć stopni, a w domu podobnie i jeszcze hulający wiatr. Gdyby okna i drzwi zamykać, wszystkie sprzęty by zapleśniały i zaraz się zmarnowały, więc w tym szaleństwie jest metoda. I właśnie dlatego zimą wszyscy chodzą okutani w wiele warstw ciuchów, żeby było cieplej. I właśnie dlatego połowa ludzi zimą jest przeziębiona i pociąga nosem. Ci, którzy mają klimatyzatory umożliwiające odwrócenie procesu i grzejące w chłodne dni mogą czuć się wygrani. Tyle tylko, że klimatyzator nie jest tani, a jeszcze dochodzi do tego fakt, że pieniądze to nie wszystko. Moloch wielkości Szanghaju bardzo pilnie strzeże, żeby zapotrzebowanie na energię nie wymknęło się z rąk. Dlatego, żeby móc zainstalować takie urządzenie w domu, trzeba najpierw otrzymać od władz zgodę, o którą ponoć wcale nie tak łatwo, bo nie jest wydawana automatycznie.

Całe dzielnice wyburza się, bo stare, kilkupiętrowe najwyżej budynki muszą być zastąpione przez nowoczesne, wysokie domy. Tego przecież oczekują wszyscy - żeby żyło się lepiej, łatwiej i dostatniej. I żeby wszyscy podziwiali rozmach rozwoju Chin, przez tyle dziesięcioleci poniżanych przez obce kraje. Dlatego żadna cena nie jest zbyt wysoka. No i co z tego, że ktoś mieszkał w jednym miejscu przez pięćdziesiąt lat? Teraz przeprowadzi się go na siłę do nowego bloku na przedmieściach miasta, gdzie będzie mu o wiele lepiej. A że do tej pory nawet nie wiedział, że takie osiedle istnieje, a do swojej starej dzielnicy będzie musiał jechać dwie godziny, cztery razy zmieniając autobus? A niby po co miałby tam wracać, skoro wysiedli się wszystkich, jak leci i taki obywatel będzie miał swoich dotychczasowych znajomych pod bokiem? Trochę wątpliwe, czy ludzie są rzeczywiście szczęśliwi z powodu tak szybkiego przekształcania się chińskich miast w iście amerykańskie centra.

Zimą trudno zajrzeć do chińskiego mieszkania, za to idąc ulicą wiosną, czy latem jest to w znacznym stopniu ułatwione, bo drzwi są zwykle otwarte na oścież, żeby przewiew choć trochę chłodził. Można wtedy zerknąć w głąb, choć należy powstrzymywać się przed ostentacją, stawaniem w progu i wyciąganiem szyi. Po pierwsze - nikt nas nie zapraszał i takie gapienie się jest zwyczajnie chamskie. Po drugie - Chińczycy mają świadomość niskiego standardu i trochę się go wstydzą, często zwyczajnie przepędzając zbyt natrętnych turystów. Nawet trudno im się dziwić, że nie chcą występować w roli egzotycznej zwierzyny podziwianej, niczym na safari, przez bogatych obcych. Mieszkanie jest zwykle niewielkie, zagracone (często stoją w nim rowery, żeby ich nie ukradziono) i to nie jest wina mieszkańców - mały metraż, duże kłopoty, żeby wszystko zmieścić. Każdy chce mieć lodówkę, telewizor, sprzęt muzyczny, czy komputer, a miejsca nie przybędzie. Dziwne jest jednak co innego. Mieszkania, do których można zajrzeć znajdują się na terenie starej zabudowy miasta (bo niby jak podglądać mieszkania w blokach?), więc pewnie są komunalne. I jeśli to podejrzenie jest zgodne z prawdą, to wynika z tego, że o nie swoje Chińczyk nie dba, dopłacać nie myśli i woli siedzieć w brudnym, niż chwycić pędzel i pomalować ściany. Bowiem te ukradkowe spojrzenia w głąb mieszkań uświadamiają przechodniowi, że właściwie wszystkie ściany wewnętrzne aż proszą się o odnowienie, a ostatni raz były malowane chyba w chwili oddawania budynku do użytku. Powszechność tego zjawiska zastanawia i skłania do rozmyślań - może na remont też trzeba mieć zgodę władz dzielnicy? Przecież Chińczycy są bardzo czystym narodem. Wystarczy wejść do zatłoczonego autobusu i wszystko już wiadomo, bo nie ma wrażenia, wszechogarniającego w gorące dni w Polsce, że mało kto się myje. Tam wszyscy są schludni, zapachu potu nie czuć, pomimo ścisku i trudnych warunków domowych. Trudnych, bo często kran z zimną wodą jest jeden na podwórku (w starych dzielnicach, w nowych każdy ma wodociąg w domu), a ludzie często kąpią się jedynie w pracy, w domu korzystając tylko z wrzątku przyniesionego w termosie. To trzeba naprawdę docenić. Dlatego szare ściany mieszkań tak dziwią. No i, skoro mieszkania są tak ciasne, to życie przenosi się automatycznie przed nie - na ulicę. To jednak temat opisany w innym rozdziale.

W czasie pobytu autora w Chinach budowano na potęgę, choć wielki boom rozpoczął się chyba dopiero kilka lat później. Wszędzie powstawały nowe bloki i przenoszono tam mieszkańców starych dzielnic. Wyposażenie nowych mieszkań jest podobno dość spartańskie (żadnych kafelków, parkietów, w łazience zwykła wylewka i tyle), ale od czegoś trzeba zacząć. Jak zwykle w tym kraju ogrom zadań wymusza ograniczenie poziomu podstawowej oferty. Bogaci, oczywiście, poradzą sobie, dokupując to, o czym sobie zamarzą, a biedniejsi będą mieszkać w takim standardzie, jaki im zafundowano na dzień dobry. W nowych dzielnicach charakterystyczne było to, że najwyraźniej podczas przeprowadzki zabierano ze sobą dosłownie wszystko, co tylko mogło się przydać, bo bardzo wiele balkonów sprawiało wrażenie zagraconych, a część zgromadzonego tam dobra była dla zachodniego oka niemożliwa do zidentyfikowania. Powstawały też nowoczesne dzielnice willowe, enklawy odgrodzone od reszty świata murem, bramą z ochroną itd. Ceny przyprawiały jednak o zawrót głowy. Nawet ludzi z krajów rzeczywiście bogatych.

Wciąż jednak bardzo spora część miast chińskich to niska zabudowa z XX wieku lub nawet ta jeszcze starsza, tradycyjna. Bo tradycyjna dzielnica chińska, zwłaszcza na północy kraju, była wyrazem chęci oddzielenia się mieszkańców od reszty świata. Ulica to był ciąg wysokich murów, w których znajdowały się bramy, często okrągłego kształtu. Przechodzień nie mógł łatwo zajrzeć do środka i o to przecież chodziło, żeby wygospodarować dla siebie przestrzeń niedostępną dla innych. Wewnątrz był prostokątny dziedziniec i wokół kilka małych budynków, każdy z określonym przeznaczeniem. Zwykle mieszkała tam jedna rodzina, najczęściej dość szeroko pojmowana, bo wielopokoleniowa, a jeśli było ją stać, to ze służbą. Obowiązywały ścisłe zasady: jedyna brama wejściowa najchętniej byłaby widziana w południowo-wschodnim rogu, albo ścianie południowej. Główny budynek mieszkalny powinien być usytuowany po stronie północnej, fasadą, oczywiście, do środka. Dzieci powinny zamieszkiwać części wschodnią i zachodnią, zaś południowa była przeznaczona na pomieszczenia gospodarcze i dla służby. Każdej stronie świata (w Chinach jest ich pięć) przyporządkowywano jeden z tak zwanych pięciu elementów49), co miało w tamtej kulturze ważne znaczenie symboliczne. Bogatsze rodziny wystawiały sobie domostwa z dwoma podwórzami i większą ilością budynków. Biedniejsze poprzestawały na jednym podwórzu. Na podwórzu można było posadzić sobie drzewo, albo nawet urządzić maleńki ogródek. Taka zabudowa stosowana była w Chinach od niepamiętnych czasów i zwana jest "siheyuan50)". Ponieważ teren zawsze był tam drogi, no to starano się upakować tych mieszkań (czy może raczej "jednostek mieszkalnych") tyle, ile tylko się dało, więc pierwszą ofiarą takiego podejścia padały ulice, które były w takich kompleksach mieszkalnych bardzo wąskie. Dopóki wszyscy chodzili pieszo, albo podjeżdżali rikszą, dopóty jakoś to mogło działać. Z chwilą, gdy pojawił się transport samochodowy okazało się, że niektóre uliczki są tak wąskie, że standardowa taksówka zatyka je na prawie całą szerokość i przypadkowy przechodzień musi stawać bokiem i niemalże wciągać brzuch, żeby i on mógł przejść i samochód mógł przejechać. Takie dzielnice z początku nie były ani skanalizowane, ani zaopatrzone w wodociągi, sieć gazowniczą, czy prąd. Dzisiaj można spokojnie powiedzieć, że każdy dom jest podłączony do sieci elektrycznej, ale woda, gaz, czy kanalizacja to dalej duży problem, bo rachunek ekonomiczny jest tu miażdżący - łatwiej zburzyć całą dzielnicę i budować od początku, niż kłaść rurociągi w gmatwaninie wąskich uliczek. W dodatku ścisk jest tam o wiele większy, niż budowniczowie pierwotnie zakładali, bo po 1949 roku nowa władza dokwaterowywała51) mieszkańców do takich domostw, likwidując odwieczną zależność jedna rodzina = jeden oddzielny dom z podwórzem. No i może należałoby od tego zacząć, ale lepiej późno, niż wcale - taki system wąskich uliczek i odgrodzonych murami domków nazywa się "hutong52)". Teoretycznie słowo określa zabudowę charakterystyczną dla starego Pekinu, ale autor spotkał się ze stosowaniem jej także w innych miastach chińskich dla opisu nieco innej architektury. W Szanghaju bowiem duża część centrum zbudowała została przez Francuzów (to był obszar tak zwanej koncesji francuskiej, powstałej w wyniku przegranych przez Chiny wojen opiumowych), więc budowano jedno- dwupiętrowe domy przylegające do ulicy, a przez bramy w fasadach wchodziło się w boczne, bardzo wąskie uliczki. I ta plątanina małych, bocznych dziedzińców, podwórek i uliczek zwana była też hutungami. Niektóre takie hutungi są przelotowe - wchodzi się z jednej ulicy, idzie, idzie, idzie krętą dróżką, aż nagle wychodzi na drugiej ulicy. Przy wejściu, czy wyjściu zawsze siedzi jakiś starszy człowiek i pilnie obserwuje przechodnia. To taka samopomoc sąsiedzka, zapobiegająca kradzieżom. A w czasach silniejszej kontroli ci ludzie ponoć donosili na sąsiadów, wiedząc dokładnie, kto kogo i kiedy spotyka. Na krętej uliczce można zobaczyć obrazki prawdziwych Chin.

Jeśli to nie noc, drzwi są zwykle otwarte. Obok nich siedzi często na niskim, bambusowym stołeczku stary człowiek i drzemie. Po bokach siedzą gęsto ludzie w podkoszulkach, albo z gołym, wątłym torsem (załóżmy, że jest ciepło) i grają w karty lub jakieś chińskie warcaby wielopolowe, których zasady przerosły autora. Wielu z nich pali papierosy (Chińczycy są zwykle nałogowcami), część trzyma szklanki, albo i słoiki po Nesce i powoli, z godnością, popija herbatę. Jakaś kobieta oprawiła właśnie rybę i myje ją w zewnętrznym zlewie. Zewnętrznym - to znaczy umieszczonym na ścianie domu wprost na ulicy; jeden zlew i jeden kurek z wodą na kilka mieszkań. Toaleta też jest zwykle wspólna. Obok ktoś sieka tasakiem pokaźny pęk zieleniny. Dalej biega kilkoro dzieci. Ktoś zapiął właśnie kask i z rykiem silnika rusza na motorowerze, zabierając na nim przyklejoną do pleców roześmianą dziewczynę w kolorowej sukience. Nad głowami, poprzecznie do osi ulicy sterczą bambusowe drągi, na których suszy się pranie. Tu i ówdzie na haku przy drzwiach wisi na wysokości oczu klatka z jakimś ptakiem, który, ku smutkowi przechodnia, nie śpiewa, tylko milczy z uporem. Zbliża się czas obiadu53) - to dlatego ludzie przygotowują jedzenie. Kilka osób wyciągnęło już z mieszkań małe piecyki, które są odmianą naszej "kozy". Średnica tak ze dwadzieścia centymetrów, wysokość może z pół metra. Pali się w tym specjalnymi brykietami prasowanymi z miału, okrągłymi i z czterema dziurkami. To marne paliwo - często trzeba kucnąć obok pieca i napędzać powietrze wachlarzem. Obok ktoś leży na żelaznym łóżku wyniesionym na ulicę. Chory, czy tylko chce poodpoczywać? A dalej prawdziwy rarytas: kot na łańcuszku. Zwierzę to tu rzadkość, bo podatek jest dość wysoki i jeszcze cały czas nie można bestii spuścić z oka. Jeśli jest cenne, ktoś z pewnością je ukradnie i sprzeda. A jeśli jest bez wartości, ktoś z pewnością je ukradnie i potraktuje jako swój obiad. Podczas tej wędrówki wyminęło nas ze trzydzieści rowerów i równie wielu pieszych. Wszyscy mieszkańcy przyglądali się nam z ciekawością. Rzadko dochodzi do okazywania niechęci w stosunku do cudzoziemców, jednak lepiej nie gapić się na tych ludzi zbyt ostentacyjnie, bo mogą poczuć się urażeni. Uff, doszliśmy do wyjścia na sąsiednią ulicę. A tam, w bramie wyjściowej mała czarna tablica (taka, jak w szkole), a na niej rysunek kredą, w kilku kolorach. Ktoś bardzo się starał i zadał sobie wiele trudu. Napis już zwykłą, białą kredą.

Zrozumienie napisu zwykle przerasta obcokrajowca, jednak rysunek wszystko tu wyjaśnia. Oto bowiem oczom przechodnia ukazuje się Sun Wukong, Niebiańska Małpa54), cały ubrany na żółto, w mocarnej kosmatej łapie dzierżący jakąś długaśną kopię, a na końcu tej kopii, z nadzianego na jej ostrze szczura, leje się krew. To jakaś akcja odszczurzania okolicy, z pewnością dobrze odbierana przez mieszkańców, bo szczury są tam prawdziwym problemem. Jest ich mnóstwo, a dość chaotyczny sposób zabudowy sprzyja im bardzo, przez co są prawdziwą plagą. A przy tym w Azji szczur to zwierzę wielkie, bo autor sam widział osobniki większe od naszych kotów, a na jednego (na szczęście jeszcze małego i niewyrośniętego) polował przez dwa dni we własnym mieszkaniu. Drugim przekleństwem chińskich miast są karaluchy, których ilości są, po prostu, porażające. Wydaje się także, że chyba istnieją dwa typy karaluchów, bo na co dzień widać te mniejsze, osiągające co najwyżej kilka centymetrów, a w pewnej porze roku, prawda, że na krótko, pokazują się jakieś inne, wielkości palca. O myszach nie ma co nawet wspominać - łapka na nie prawie nigdy nie pozostawała pusta dłużej, niż parę dni. A i tak codziennie, około jedenastej wieczór myszy przejmowały panowanie nad kuchnią i słychać było, jak szaleją w koszu na śmieci (wszystko inne było na głucho pozamykane w szafach i lodówce). Wcześniej siedziały jak myszy pod miotłą, a wieczorem ich cierpliwość najwyraźniej się kończyła.

Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział



© YPY - Strona poprawiona i publikowana 30.05.2009