|
AGRADACJA | |
Władze dawno temu podzieliły arbitralnie kraj na obszar, gdzie wolno zimą
ogrzewać pomieszczenia i teren, na którym należy o grzaniu mieszkania zapomnieć,
bo nawet zimą jest ciepło. Tajemnicą jest, gdzie przebiega ta granica w zachodnich
Chinach, jednak na wschodzie sytuacja jest jasna, łatwa i klarowna. Wszystko, co
na północ od rzeki Chang Jiang (Yangzi) zostało uznane za teren chłodny, zaś to,
co od tej rzeki na południe - za ciepły. Żadnych odstępstw nie ma, choćby nawet
spadł śnieg, rzekę skuł lód, a ptaki z zimna zamarzały w powietrzu. Zimno jak
przyszło, tak pójdzie, a obywatele jakoś te (w najgorszym razie) parę dni
przetrzymają. Skutkiem takiej decyzji na północ od rzeki wolno mieć w mieszkaniu
piec, kaloryfer, czy inne źródło ciepła, a na południe od niej nie należy nawet
o tym wspominać, bo władza mylić się nie może. Zasadniczo przez większą część
roku to działa, jednak zimą w pobliżu północnych rubieży strefy południowej może
być nieprzyjemnie chłodno.
Szanghaj leży kilkanaście kilometrów na południe od ujścia Yangzi do morza.
Dlatego mieszkania nie mają ogrzewania, które może się pojawić jedynie w hotelach
i budynkach użyteczności publicznej. A przecież w grudniu i styczniu temperatura
spada do 4-5 stopni Celsjusza, wieje nieprzyjemny, przenikliwy wiatr i bardzo często
pada deszcz. Robi się zimno i wszyscy zakładają na siebie, co tylko się da. Dość
szczupli dotąd ludzie opatulają się wieloma warstwami ubrań i niczym dziwnym nie
jest widok kogoś, kto ma na sobie kalesony, dres, spodnie, a powyżej pasa dwie
podkoszulki, koszulę, jeszcze jedną koszulę, sweter, kamizelkę, marynarkę i
kurtkę. Za to często jest z gołą głową. Albo ma na sobie wynalazek, który
nieprzyzwyczajonych cudzoziemców przyprawia w pierwszej chwili o zawrót głowy.
Autor sam pamięta, jak gwałtownie zawrócił na ulicy, by podążać wślad za
człowiekiem, który miał kosmate uszy, niczym jakiś wilk, czy może inny ogr.
Jednak po bliższym przyjrzeniu się żadnej sensacji nie było. Ot, po prostu, ten
pan miał na sobie nauszniki specjalnego kroju z futra. Nauszniki to były dwie
osobne, niewielkie pochewki futrem do środka, tak przykrojone, że pasowały każda
akurat na jedno ucho. Ze szwu kłaki gęsto wystawały i dlatego dla kogoś, kto
widział to pierwszy raz był to istny szok. Dwa niezależne, szpiczaste nauszniki
połączone były niewidoczną gumką pod brodą, więc wrażenie było nieodparte.
A przecież raz na kilka lat i do Szanghaju przychodzi mróz. Trwa zwykle dzień -
dwa i wszystko szybko wraca do pogodowej normy. Czasem jednak mróz utrzymuje się
kilka dni, a nawet spada rachityczny śnieg. Jeśli do tego dochodzi ludzie potrafią
budzić dzieci w środku nocy, żeby przyjrzały się temu dziwu, które najczęściej
po godzinie, czy dwóch topnieje i znika. Zachowanie szanghajczyków udowadnia bez
pudła, że są południowcami, a widać to gołym okiem właśnie w te krótkie godziny
zimy. Można bowiem często obejrzeć obrazki niczym z filmów Chaplina, nierealne
na pozór, a przecież naprawdę mające miejsce. Niech no na chodniku zamarznie
jakaś niewielka kałuża. Niby nic, a ile z tego radosnego śmiechu! Oto bowiem
chodnikiem idzie Chinka lub Chińczyk i wchodzi, jakby nigdy nic na ten spłachetek
lodu. Nie zwalnia, nie sprawdza, czy już wyślizgane - nie, idzie jak po swoim
polu, nie przejmując się niczym. Nic więc dziwnego, że najdalej przy trzecim kroku
bęc!, leży na ziemi, rozglądając się bezradnie z wyraźnym i niemaskowanym
zdumieniem. Wszyscy w koło zaśmiewają się z tego widoku, leżący gmera się na
lodzie, jakoś tam w końcu na czterech wychodzi na twardy grunt, wstaje, otrzepuje
się i idzie dalej. I tu następuje najciekawsze, świadczące o tym, że roześmiani
do rozpuku widzowie nie łączyli skutku z żadną przyczyną. Cudzoziemiec patrzy z
boku i własnym oczom nie wierzy - teraz bowiem na lód wchodzi któryś z
roześmianych obserwatorów. I co to? Niczego się poprzez obserwację nie nauczył?
Najwyraźniej nie, bo wchodzi pewnym, nieomal defiladowym krokiem na lód i trach!,
leży jak długi. A wkoło pełno roześmianych twarzy. Uuuu! Leży! Wywalił się! A za
chwilę - choć to wydaje się niemożliwe, obrazek powtarza się na kolejnym i
kolejnym przechodniu.
Tu wychodzi z obserwowanych ludzi niezbyt chwalebna cecha, jaką jest skłonność
do otwartego wyśmiewania niepowodzeń innych. Zawsze uczono nas, że ludzie tamtej
kultury są delikatni, wrażliwi i skłonni do pomocy, szczególnie starszym. Może
faktycznie tacy są, gdy chodzi o ich bliskich, ale już w przypadku obcych przez
cztery lata pobytu żadnego imperatywu bezinteresownej pomocy autor nie zauważył.
Co więcej, sam stawał się obiektem zdumienia bliźnich. Raz na spacerze z małżonką
zauważył był parę młodych ludzi niosącą na ramieniu młodego cesarza, jedyne
dziecko, które - najwyraźniej zmęczone - spało sobie spokojnie, zwisając lekko
ojcu z barku, łepek z tyłu, nóżki z przodu. I wtem z małej nóżki spadł bucik, a
rodzice tego nie zauważyli. No i żeby nie było żadnych nieporozumień - to była
wielka ulica, ludna, rojna i hałaśliwa, bo innych w Szanghaju nie ma. W każdą
stronę kroczyło pięć tysięcy Chińczyków, a po jezdni na rowerach sunęło drugie
tyle. I kto schylił się po ten bucik, podniósł go i trzymając na wysokości oczu
zaczął gonić roztrzepaną parę młodych ludzi, wołając z koszmarnym akcentem
"proszę pana, wasz but48)!"?
Któryś z obecnych osiemnastu tysięcy pobratymców? Nie - to zamorskie diabły
goniły z tym butem, a wszyscy inni z zaciekawieniem się temu przyglądali. W
dodatku pełni dystansu, bo NIKT obcym nie pomógł, nikt nie zatrzymał tych
młodych ludzi, widząc, że ich cudzoziemcy gonią z butem w ręce. A ich zdumienie,
że ktoś poświęcił swój czas, żeby im pomóc stoi autorowi tych wspomnień w oczach
do dzisiaj. Podobne zdarzenie miało miejsce w pobliskim spożywczym sklepie
samoobsługowym, gdzie wszystko można było spokojnie wziąć do ręki, pomacać i
sprawdzić, co to właściwie jest. Pewnego razu ta sama para dzikich (to znaczy
autor i jego małżonka) zapłaciła już za swoje zakupy i stała przy oknie, kilka
metrów od kas, żeby lepiej upakować swoje siatki. Od jednej z tych kas odchodziła
właśnie starsza pani, która, tak na oko, wyglądała na jakieś sto dwadzieścia lat
z okładem, ale pewnie to tylko życie jej nie pieściło, bo ludzie przecież tyle
nie żyją. Siatka wypadła jej ze zreumatyzowanych rąk, na podłogę poleciały jakieś
zakupy - jedno z czterech jajek się zbiło, jakaś torebka rozerwała i bliżej
nieokreślony żółtawy proszek częściowo wysypał, a jakieś okrągłe warzywa potoczyły
po okolicy. Małe torebki z nieznanymi nam przysmakami ułożyły się we wcale
nowoczesny wzór. Nie były to szczególnie dostatnie zakupy, a jeszcze część się
od razu zmarnowała. I wtedy zapanowała nagle atmosfera znana autorowi z
zamierzchłej przeszłości, ze wspomnienia z pierwszej klasy szkoły podstawowej,
kiedy ktoś stłukł doniczkę, a wszyscy zaczęli krzyczeć: "oj, dobra, oj dobra,
powiemy pani!". Roześmiani od ósemki do ósemki współkupujący zaczęli babinę
pokazywać palcami, coś tam przy tym nieomal skandując! A ona stała jak oniemiała
i za nic nie było wiadomo, czy nie może się schylić, bo ją tak stawy bolą, czy
chwycił ją żal nad straconymi zakupami, czy też nie była przyzwyczajona do bycia
ośrodkiem zainteresowania i zwyczajnie ją to krępowało. No to kto rzucił się na
kolana, by wszystko zbierać, pękniętą torebkę jakoś upchać w mały foliowy woreczek,
warzywa z kąta powyciągać itd.? Ech, ten rys Chińczyków wcale nie jest przyjemny,
a objawia się nad wyraz często. Może to nadmierne zagęszczenie tak uodparnia na
krzywdę bliźnich?
Ponieważ domy są nieogrzewane, a wilgotność wysoka, więc zasadniczo nikt nie
zamyka okien, co daje efekt życia w przeciągu. Proszę sobie tylko wyobrazić -
na dworze plus sześć stopni, a w domu podobnie i jeszcze hulający wiatr. Gdyby
okna i drzwi zamykać, wszystkie sprzęty by zapleśniały i zaraz się zmarnowały,
więc w tym szaleństwie jest metoda. I właśnie dlatego zimą wszyscy chodzą okutani
w wiele warstw ciuchów, żeby było cieplej. I właśnie dlatego połowa ludzi zimą
jest przeziębiona i pociąga nosem. Ci, którzy mają klimatyzatory umożliwiające
odwrócenie procesu i grzejące w chłodne dni mogą czuć się wygrani. Tyle tylko,
że klimatyzator nie jest tani, a jeszcze dochodzi do tego fakt, że pieniądze to
nie wszystko. Moloch wielkości Szanghaju bardzo pilnie strzeże, żeby
zapotrzebowanie na energię nie wymknęło się z rąk. Dlatego, żeby móc zainstalować
takie urządzenie w domu, trzeba najpierw otrzymać od władz zgodę, o którą ponoć wcale
nie tak łatwo, bo nie jest wydawana automatycznie.
Całe dzielnice wyburza się, bo stare, kilkupiętrowe najwyżej budynki muszą być
zastąpione przez nowoczesne, wysokie domy. Tego przecież oczekują wszyscy - żeby
żyło się lepiej, łatwiej i dostatniej. I żeby wszyscy podziwiali rozmach rozwoju
Chin, przez tyle dziesięcioleci poniżanych przez obce kraje. Dlatego żadna cena
nie jest zbyt wysoka. No i co z tego, że ktoś mieszkał w jednym miejscu przez
pięćdziesiąt lat? Teraz przeprowadzi się go na siłę do nowego bloku na
przedmieściach miasta, gdzie będzie mu o wiele lepiej. A że do tej pory nawet nie
wiedział, że takie osiedle istnieje, a do swojej starej dzielnicy będzie musiał
jechać dwie godziny, cztery razy zmieniając autobus? A niby po co miałby tam wracać,
skoro wysiedli się wszystkich, jak leci i taki obywatel będzie miał swoich
dotychczasowych znajomych pod bokiem? Trochę wątpliwe, czy ludzie są rzeczywiście
szczęśliwi z powodu tak szybkiego przekształcania się chińskich miast w iście
amerykańskie centra.
Zimą trudno zajrzeć do chińskiego mieszkania, za to idąc ulicą wiosną, czy latem
jest to w znacznym stopniu ułatwione, bo drzwi są zwykle otwarte na oścież, żeby
przewiew choć trochę chłodził. Można wtedy zerknąć w głąb, choć należy powstrzymywać
się przed ostentacją, stawaniem w progu i wyciąganiem szyi. Po pierwsze - nikt
nas nie zapraszał i takie gapienie się jest zwyczajnie chamskie. Po drugie -
Chińczycy mają świadomość niskiego standardu i trochę się go wstydzą, często
zwyczajnie przepędzając zbyt natrętnych turystów. Nawet trudno im się dziwić, że
nie chcą występować w roli egzotycznej zwierzyny podziwianej, niczym na safari,
przez bogatych obcych. Mieszkanie jest zwykle niewielkie, zagracone (często
stoją w nim rowery, żeby ich nie ukradziono) i to nie jest wina mieszkańców -
mały metraż, duże kłopoty, żeby wszystko zmieścić. Każdy chce mieć lodówkę,
telewizor, sprzęt muzyczny, czy komputer, a miejsca nie przybędzie. Dziwne jest
jednak co innego. Mieszkania, do których można zajrzeć znajdują się na terenie
starej zabudowy miasta (bo niby jak podglądać mieszkania w blokach?), więc pewnie
są komunalne. I jeśli to podejrzenie jest zgodne z prawdą, to wynika z tego, że
o nie swoje Chińczyk nie dba, dopłacać nie myśli i woli siedzieć w brudnym, niż
chwycić pędzel i pomalować ściany. Bowiem te ukradkowe spojrzenia w głąb mieszkań
uświadamiają przechodniowi, że właściwie wszystkie ściany wewnętrzne aż proszą się
o odnowienie, a ostatni raz były malowane chyba w chwili oddawania budynku do
użytku. Powszechność tego zjawiska zastanawia i skłania do rozmyślań - może na
remont też trzeba mieć zgodę władz dzielnicy? Przecież Chińczycy są bardzo
czystym narodem. Wystarczy wejść do zatłoczonego autobusu i wszystko już wiadomo,
bo nie ma wrażenia, wszechogarniającego w gorące dni w Polsce, że mało kto się
myje. Tam wszyscy są schludni, zapachu potu nie czuć, pomimo ścisku i trudnych
warunków domowych. Trudnych, bo często kran z zimną wodą jest jeden na podwórku
(w starych dzielnicach, w nowych każdy ma wodociąg w domu), a ludzie często
kąpią się jedynie w pracy, w domu korzystając tylko z wrzątku przyniesionego w
termosie. To trzeba naprawdę docenić. Dlatego szare ściany mieszkań tak dziwią.
No i, skoro mieszkania są tak ciasne, to życie przenosi się automatycznie przed
nie - na ulicę. To jednak temat opisany w innym rozdziale.
W czasie pobytu autora w Chinach budowano na potęgę, choć wielki boom rozpoczął
się chyba dopiero kilka lat później. Wszędzie powstawały nowe bloki i przenoszono
tam mieszkańców starych dzielnic. Wyposażenie nowych mieszkań jest podobno dość
spartańskie (żadnych kafelków, parkietów, w łazience zwykła wylewka i tyle), ale
od czegoś trzeba zacząć. Jak zwykle w tym kraju ogrom zadań wymusza ograniczenie
poziomu podstawowej oferty. Bogaci, oczywiście, poradzą sobie, dokupując to, o
czym sobie zamarzą, a biedniejsi będą mieszkać w takim standardzie, jaki im
zafundowano na dzień dobry. W nowych dzielnicach charakterystyczne było to, że
najwyraźniej podczas przeprowadzki zabierano ze sobą dosłownie wszystko, co
tylko mogło się przydać, bo bardzo wiele balkonów sprawiało wrażenie zagraconych,
a część zgromadzonego tam dobra była dla zachodniego oka niemożliwa do
zidentyfikowania. Powstawały też nowoczesne dzielnice willowe, enklawy odgrodzone
od reszty świata murem, bramą z ochroną itd. Ceny przyprawiały jednak o zawrót
głowy. Nawet ludzi z krajów rzeczywiście bogatych.
Wciąż jednak bardzo spora część miast chińskich to niska zabudowa z XX wieku lub
nawet ta jeszcze starsza, tradycyjna. Bo tradycyjna dzielnica chińska, zwłaszcza
na północy kraju, była wyrazem chęci oddzielenia się mieszkańców od reszty świata.
Ulica to był ciąg wysokich murów, w których znajdowały się bramy, często okrągłego
kształtu. Przechodzień nie mógł łatwo zajrzeć do środka i o to przecież chodziło,
żeby wygospodarować dla siebie przestrzeń niedostępną dla innych. Wewnątrz był
prostokątny dziedziniec i wokół kilka małych budynków, każdy z określonym
przeznaczeniem. Zwykle mieszkała tam jedna rodzina, najczęściej dość szeroko
pojmowana, bo wielopokoleniowa, a jeśli było ją stać, to ze służbą. Obowiązywały
ścisłe zasady: jedyna brama wejściowa najchętniej byłaby widziana w południowo-wschodnim
rogu, albo ścianie południowej. Główny budynek mieszkalny powinien być usytuowany
po stronie północnej, fasadą, oczywiście, do środka. Dzieci powinny zamieszkiwać
części wschodnią i zachodnią, zaś południowa była przeznaczona na pomieszczenia
gospodarcze i dla służby. Każdej stronie świata (w Chinach jest ich pięć)
przyporządkowywano jeden z tak zwanych pięciu elementów49),
co miało w tamtej kulturze ważne znaczenie symboliczne. Bogatsze rodziny wystawiały
sobie domostwa z dwoma podwórzami i większą ilością budynków. Biedniejsze
poprzestawały na jednym podwórzu. Na podwórzu można było posadzić sobie drzewo,
albo nawet urządzić maleńki ogródek. Taka zabudowa stosowana była w Chinach od
niepamiętnych czasów i zwana jest "siheyuan50)".
Ponieważ teren zawsze był tam drogi, no to starano się upakować tych mieszkań
(czy może raczej "jednostek mieszkalnych") tyle, ile tylko się dało, więc
pierwszą ofiarą takiego podejścia padały ulice, które były w takich kompleksach
mieszkalnych bardzo wąskie. Dopóki wszyscy chodzili pieszo, albo podjeżdżali rikszą,
dopóty jakoś to mogło działać. Z chwilą, gdy pojawił się transport samochodowy
okazało się, że niektóre uliczki są tak wąskie, że standardowa taksówka zatyka
je na prawie całą szerokość i przypadkowy przechodzień musi stawać bokiem i
niemalże wciągać brzuch, żeby i on mógł przejść i samochód mógł przejechać.
Takie dzielnice z początku nie były ani skanalizowane, ani zaopatrzone w wodociągi,
sieć gazowniczą, czy prąd. Dzisiaj można spokojnie powiedzieć, że każdy dom jest
podłączony do sieci elektrycznej, ale woda, gaz, czy kanalizacja to dalej duży
problem, bo rachunek ekonomiczny jest tu miażdżący - łatwiej zburzyć całą dzielnicę
i budować od początku, niż kłaść rurociągi w gmatwaninie wąskich uliczek. W
dodatku ścisk jest tam o wiele większy, niż budowniczowie pierwotnie zakładali,
bo po 1949 roku nowa władza dokwaterowywała51)
mieszkańców do takich domostw, likwidując odwieczną zależność jedna rodzina =
jeden oddzielny dom z podwórzem. No i może należałoby od tego zacząć, ale lepiej
późno, niż wcale - taki system wąskich uliczek i odgrodzonych murami domków nazywa
się "hutong52)".
Teoretycznie słowo określa zabudowę charakterystyczną dla starego Pekinu, ale
autor spotkał się ze stosowaniem jej także w innych miastach chińskich dla opisu
nieco innej architektury. W Szanghaju bowiem duża część centrum zbudowała została
przez Francuzów (to był obszar tak zwanej koncesji francuskiej, powstałej w
wyniku przegranych przez Chiny wojen opiumowych), więc budowano jedno- dwupiętrowe
domy przylegające do ulicy, a przez bramy w fasadach wchodziło się w boczne,
bardzo wąskie uliczki. I ta plątanina małych, bocznych dziedzińców, podwórek i
uliczek zwana była też hutungami. Niektóre takie hutungi są przelotowe - wchodzi
się z jednej ulicy, idzie, idzie, idzie krętą dróżką, aż nagle wychodzi na
drugiej ulicy. Przy wejściu, czy wyjściu zawsze siedzi jakiś starszy człowiek i
pilnie obserwuje przechodnia. To taka samopomoc sąsiedzka, zapobiegająca kradzieżom.
A w czasach silniejszej kontroli ci ludzie ponoć donosili na sąsiadów, wiedząc
dokładnie, kto kogo i kiedy spotyka. Na krętej uliczce można zobaczyć obrazki
prawdziwych Chin.
Jeśli to nie noc, drzwi są zwykle otwarte. Obok nich siedzi często na niskim,
bambusowym stołeczku stary człowiek i drzemie. Po bokach siedzą gęsto ludzie w
podkoszulkach, albo z gołym, wątłym torsem (załóżmy, że jest ciepło) i grają w
karty lub jakieś chińskie warcaby wielopolowe, których zasady przerosły autora.
Wielu z nich pali papierosy (Chińczycy są zwykle nałogowcami), część trzyma
szklanki, albo i słoiki po Nesce i powoli, z godnością, popija herbatę. Jakaś
kobieta oprawiła właśnie rybę i myje ją w zewnętrznym zlewie. Zewnętrznym - to
znaczy umieszczonym na ścianie domu wprost na ulicy; jeden zlew i jeden kurek z
wodą na kilka mieszkań. Toaleta też jest zwykle wspólna. Obok ktoś sieka tasakiem
pokaźny pęk zieleniny. Dalej biega kilkoro dzieci. Ktoś zapiął właśnie kask i z
rykiem silnika rusza na motorowerze, zabierając na nim przyklejoną do pleców
roześmianą dziewczynę w kolorowej sukience. Nad głowami, poprzecznie do osi
ulicy sterczą bambusowe drągi, na których suszy się pranie. Tu i ówdzie na haku
przy drzwiach wisi na wysokości oczu klatka z jakimś ptakiem, który, ku smutkowi
przechodnia, nie śpiewa, tylko milczy z uporem. Zbliża się czas
obiadu53) - to dlatego
ludzie przygotowują jedzenie. Kilka osób wyciągnęło już z mieszkań małe piecyki,
które są odmianą naszej "kozy". Średnica tak ze dwadzieścia centymetrów, wysokość
może z pół metra. Pali się w tym specjalnymi brykietami prasowanymi z miału,
okrągłymi i z czterema dziurkami. To marne paliwo - często trzeba kucnąć obok
pieca i napędzać powietrze wachlarzem. Obok ktoś leży na żelaznym łóżku
wyniesionym na ulicę. Chory, czy tylko chce poodpoczywać? A dalej prawdziwy
rarytas: kot na łańcuszku. Zwierzę to tu rzadkość, bo podatek jest dość wysoki i
jeszcze cały czas nie można bestii spuścić z oka. Jeśli jest cenne, ktoś z
pewnością je ukradnie i sprzeda. A jeśli jest bez wartości, ktoś z pewnością je
ukradnie i potraktuje jako swój obiad. Podczas tej wędrówki wyminęło nas ze
trzydzieści rowerów i równie wielu pieszych. Wszyscy mieszkańcy przyglądali się
nam z ciekawością. Rzadko dochodzi do okazywania niechęci w stosunku do cudzoziemców,
jednak lepiej nie gapić się na tych ludzi zbyt ostentacyjnie, bo mogą poczuć się
urażeni. Uff, doszliśmy do wyjścia na sąsiednią ulicę. A tam, w bramie wyjściowej
mała czarna tablica (taka, jak w szkole), a na niej rysunek kredą, w kilku kolorach.
Ktoś bardzo się starał i zadał sobie wiele trudu. Napis już zwykłą, białą kredą.
Zrozumienie napisu zwykle przerasta obcokrajowca, jednak rysunek wszystko tu
wyjaśnia. Oto bowiem oczom przechodnia ukazuje się Sun Wukong, Niebiańska
Małpa54), cały ubrany
na żółto, w mocarnej kosmatej łapie dzierżący jakąś długaśną kopię, a na końcu
tej kopii, z nadzianego na jej ostrze szczura, leje się krew. To jakaś akcja
odszczurzania okolicy, z pewnością dobrze odbierana przez mieszkańców, bo szczury
są tam prawdziwym problemem. Jest ich mnóstwo, a dość chaotyczny sposób zabudowy
sprzyja im bardzo, przez co są prawdziwą plagą. A przy tym w Azji szczur to
zwierzę wielkie, bo autor sam widział osobniki większe od naszych kotów, a na
jednego (na szczęście jeszcze małego i niewyrośniętego) polował przez dwa dni we
własnym mieszkaniu. Drugim przekleństwem chińskich miast są karaluchy, których
ilości są, po prostu, porażające. Wydaje się także, że chyba istnieją dwa typy
karaluchów, bo na co dzień widać te mniejsze, osiągające co najwyżej kilka
centymetrów, a w pewnej porze roku, prawda, że na krótko, pokazują się jakieś
inne, wielkości palca. O myszach nie ma co nawet wspominać - łapka na nie prawie
nigdy nie pozostawała pusta dłużej, niż parę dni. A i tak codziennie, około
jedenastej wieczór myszy przejmowały panowanie nad kuchnią i słychać było, jak
szaleją w koszu na śmieci (wszystko inne było na głucho pozamykane w szafach i
lodówce). Wcześniej siedziały jak myszy pod miotłą, a wieczorem ich cierpliwość
najwyraźniej się kończyła.