|
AGRADACJA | |
Przywykło się sądzić, że ludzie Dalekiego Wschodu to samo wyrafinowanie, a także
wysublimowana myśl i ujmująca uprzejmość. Tak jest jednak tylko w różnych
sztuczydłach i książkach napisanych przez tych, co Azjatę widzieli w tajskiej
restauracji, bo na ulicy Chińczycy zachowują się diametralnie odmiennie od tego,
co się im przypisuje. Wcale nie są bardziej delikatni od Polaków pijących piwo
pod GS-em i zupełnie nie przejmują się tym, że cudzoziemiec doznaje szoku
obserwując, jak wchodzą do autobusu. Nie wydają się jednak, po kilku dniach
obserwacji na ulicy, ani specjalnie lepsi, ani specjalnie gorsi od innych
narodów. Na pewno jednak są odmienni od tego, do czego przywykł Europejczyk. Ale
też warunki życia są tak od Europy różne, że właściwie trudno się tym
odmiennościom dziwić.
"Kultura" to słowo pojemne i trzeba się zdecydować, o jakich jej aspektach
zamierza się pisać. Czy o tym, z czym można spotkać się na co dzień, czy może o
tym, co obejrzeć można jedynie w muzeach? Czy do kultury należy zaliczyć to, że
na potańcówce mężczyzna tańczy spokojnie z kolegą, bo większość ludzi nie łączy
tam tańca z aspektem seksualnym, tak jak przedstawiciele rasy białej, a tylko ze
sposobem spędzenia czasu, w dodatku bardzo zdrowym, bo w ruchu? Czy okładanie
się patelniami na rynku to jeszcze objaw specyficznej składowej kultury, czy już
raczej sprawa na wokandę? Czy wreszcie należy oczekiwać, że większość ludzi
będzie się identyfikować z każdym obiektem kultury materialnej wygrzebanej na
terytorium ich kraju? A niby dlaczego? Czy my mamy poczucie jakiegoś
szczególnego związku z rekonstrukcją Biskupina? Takich pytań jest więcej, a
odpowiedzi wcale nie są tak jednoznaczne, jak by tego cudzoziemiec oczekiwał.
W muzeach i przy pałacach można zobaczyć liczne naczynia i figury z brązu.
Należy się spodziewać, że wszystko, co znajduje się poza salami muzealnymi to
podróbki, tak udatnie wykonane, że pewnie nawet ładniejsze, niż oryginały. Tych
najstarszych (z okresu dynastii Shang) wcale nie ma tak wiele, a jeszcze często
najciekawsze okazy znajdują się w kolekcjach zagranicznych. To, co oczy turysty
widzą wokół siebie najczęściej, to brązowe figury tajemniczych stworów oraz
wielkich naczyń w Pałacu Zimowym w Pekinie. A skoro pałac zbudowano za Mingów,
to pewnie i te brązy nie są wiele starsze. I tu dochodzi się mimochodem do
przekleństwa państwa o kilku tysiącach lat ciągłej historii. Te "prawie
współczesne" odlewy z brązu mają po - bagatela - czterysta, czy pięćset lat,
a widz zaczyna kręcić nosem! Bo naczytał się o dzwonach, które mają dwadzieścia
pięć wieków na karku. Po Pałacu Zimowym chodzą tysiące zwiedzających, trzaskają
zdjęcia na prawo i na lewo, podziwiają rozmach i przepych budowli. Wyglądają na
zadowolonych, podziwiają nie tylko te opisywane tu naczynia, ale też płaskorzeźby
wyobrażające smoki, wycięte w jednym bloku kamienia położonego między schodami.
Smoki są odgrodzone sznurkami rozwieszonymi między słupkami tak, żeby uzmysłowić
każdemu, że po tym się nie chodzi. Wewnętrzny plac pałacu jest ogromny i robi
wrażenie, zwłaszcza, gdy przypomnieć sobie ścisk zabudowy w mieście, w tak
zwanych hutungach. Dla cesarza nie żałowano miejsca! Wszystkie ściany są barwy
ceglastoburakowej, a wszystkie dachy kończą się na rogach podniesionymi w górę
elementami. W środku papuga barw. Wnętrza są pomalowane na straszliwie intensywne
kolory - dominuje niebieski, czerwony, jakieś złote wzory. Teoretycznie nie
należy używać fleszy, ale widać dokładnie, że Chińczycy są dość odporni na zakazy
i nakazy. Nad każdym wejściem powieszona jest niebieska tablica, na której złotymi
znakami napisano, co to za obiekt. Ale co to? Obok znajomego już nieco (przynajmniej
na oko) pisma chińskiego widać jakieś dziwne pismo. Jakby na pionowym patyczku
rosły w bok różne dziwne zgrubienia i kolce. Co to takiego? To tylko świadectwo
panowania mandżurskiego, bo to zapis tych samych nazw pismem
mandżurskim (pochodzącym z mongolskiego).
W czasach pierwszego pobytu autora w Chinach władze bardzo silnie i rygorystycznie
rozdzielały swoją ludność i cudzoziemców. Kontakty były raczej źle widziane, a
nawet posunięto się do tego, że każda z grup miała inne pieniądze. Było to
możliwe dlatego, że zamorski diabeł nie jest w stanie ukryć swojej tożsamości i
każdy go od razu, od pierwszego rzutu oka, zidentyfikuje jako obcego. Dlatego
wszyscy obywatele używali swojego pieniądza, a cudzoziemcy byli zobowiązani do
posługiwania się tak zwanymi FEC40).
W Polsce też długo była utrzymywana fikcja eksportu wewnętrznego z wszystkimi
tymi sklepami, które zaopatrzone były, jak na sklepy przystało, ale płacić w
nich można było jedynie dolarami albo "bonami towarowymi". Tak więc Chiny nie
wymyśliły niczego całkiem oryginalnego, choć trzeba przyznać, że posunęły zabawę
z walutą wymienialną znacznie dalej niż w innych krajach komunistycznych.
Wymieniało się więc prawdziwe pieniądze na FEC po oficjalnym, sztucznie zawyżonym
kursie yuana41),
podczas gdy czarnorynkowy był dla cudzoziemców znacznie korzystniejszy.
Zwykłym Chińczykom zależało na pozyskiwaniu FEC - albo korzystali na różnicy
kursów, albo też mieli jakieś sklepy tylko za walutę. Tak więc, żeby wejść
gdziekolwiek, gdzie trzeba było kupić bilet, obcokrajowiec wyciągał kiesę pełną
FEC i przepłacał wstęp. Próby udowadniania, że skoro ma się "zieloną
książeczkę42)", to
jest się właściwie Chińczykiem nie robiły na nikim wrażenia. Jednak już na rynku,
gdzie spotykało się zwykłych ludzi sprzedających warzywa, czy jaja kacze, rygor
posiadania FEC przestawał obowiązywać. Chłopi brali każde pieniądze, jak leci.
Może nawet w swojej naiwności nie słyszeli o odrębnych pieniądzach dla zamorskich
diabłów? Tak samo działo się w małych, prywatnych restauracjach - właściciele
uważali, że pecunia non olet i nie upierali się przy certyfikatach,
przyjmując yuany.
Już przy pierwszym opisie pisma w rozdziale IV wspomniano o roli kaligrafii w
kulturze Chin. Wagi tej sztuki nie sposób przecenić, bo Chińczycy wielce ją sobie
cenią. Artyści, którzy opanowali tę sztukę są poważani i cenieni, a w telewizji
pokazywane są programy o kaligrafii. Urządza się jakieś otwarte pokazy i bodaj
czy nie zawody, ale tu autor nie będzie się kłócić z mądrzejszymi, bo mógł coś
źle zrozumieć widząc w parku grupę ludzi entuzjazmujących się kaligrafią na żywo,
wykonywaną przez kilku starszych panów. Może oni zwyczajnie ćwiczyli rękę, a
przechodnie doceniali ich rezultaty i nie miało to nic wspólnego z zawodami?
Często też (zwłaszcza w miejscach atrakcyjnych turystycznie) można było podziwiać
kaligrafów - rzemieślników, którzy na oczach przechodniów zapisywali kolejne
karty specyficznymi znakami w stylistyce dawnych epok. Małżonka autora
uczestniczyła kilkukrotnie w wycieczkach integrujących, organizowanych przez
stronę chińską. Program był prawie zawsze jednakowy - najpierw jazda autobusem
do pobliskiego miasteczka, znanego z ciekawej architektury. "A ile ludności
liczy sobie to miasteczko?". "A, tak z pół miliona" - odpowiadali ze swadą
organizatorzy, przyzwyczajeni do życia w szanghajskim molochu. Następnie była
część oficjalna - już to zwiedzanie hodowli jedwabnika, już to wizyta we
wzorcowej wsi, albo spacer brzegami kanałów zbudowanych za czasów odległej
dynastii. Później wielodaniowy obiad, celebrowany do granic niemożliwości, ze
szczególnym wskazaniem na danie z czegoś tak nieoczekiwanego, że aż nierealnego.
A następnie część rozrywkowa. A to dziewczynka grająca na "er hu43)",
a to krótki popis gimnastyczny. Zawsze jednak żelaznym punktem programu była
kaligrafia. I nie taka tam typowa, tylko z elementami utrudnienia! Zwykle
polegało to na tym, że kaligraf, napisawszy dla rozgrzewki parę znaków normalną
metodą, chwytał pędzelek w usta i pisał dalej przepięknym szryftem, ku niememu
podziwowi białych i głośnemu Chińczyków. Ale nic to! To wcale nie koniec! Teraz
mistrz zaciskał pędzel w łokciu i kaligrafował równie pięknie, jak wcześniej. I
jeszcze to samo, tylko trzymając go pod kolanem. Też wychodziło, a widzowie
rozgrzewali się z entuzjazmu do czerwoności. I jeszcze między policzkiem, a
barkiem, operując teraz całym korpusem. Wychodziło! Brawo, brawo! Niewykluczone,
że w środowiskach dekadenckich sprawy posuwały się jeszcze
dalej44), jednak w
pokazach dla obcych na tym poprzestawano.
Można, oczywiście, zapisywać tekst na jakiejś kartce, ale dużo lepiej jest
dokonać tego na specjalnym zwoju, zakończonym na obydwu końcach bambusowymi
deszczułkami. Jeśli zwój jest poziomy, to rozwija się go z jednej strony w drugą,
czytając jego zawartość (jeśli jest się analfabetą - podziwiając jedynie kunszt
kaligrafa). Jeśli zwój jest pionowy - można go powiesić na ścianie, sycąc oczy
jego krasą za każdym razem, gdy jest się w jego pobliżu. Stąd już tylko jeden
krok do malarstwa. Obraz chiński im starszy, tym lepszy. Skąd jednak wiedzieć,
czy oglądane dzieło jest stare? Cudzoziemiec nie ma zazwyczaj żadnych szans,
żeby to samemu stwierdzić i, najprawdopodobniej, zostanie haniebnie oszukany.
Najbardziej podstawowe zasady są proste. Jeśli kupuje się coś okazyjnie w jakimś
prywatnym mieszkaniu, do którego zostało się doprowadzonym przez kilkanaście
podwórek i ciasnych uliczek przy nerwowym powtarzaniu przewodnika "police,
police", to, najprawdopodobniej, zostanie się zwyczajnie oszukanym na kilkadziesiąt,
czy kilkaset dolarów, nawet jeśli sprzedawca zaprezentuje certyfikat Pierwszego
Pekińskiego Instytutu Muzealnictwa, że eksponat jest autentykiem z czasów
dynastii południowe Song. Jeśli kupuje się w państwowych sklepach z pamiątkami
dla cudzoziemców, to zwykle dostanie się idealną kopię jakiegoś znanego dzieła.
Na oryginał czegoś rzeczywiście wartościowego nie ma już, w zasadzie, żadnych
szans. Błysnąć można na wystawach w muzeach, gdy człowiek wykaże się znajomością
czegoś, co białemu wydaje się zaprzeczeniem umiłowania sztuki. Otóż każdy
właściciel obrazu odciskał na nim czerwonym tuszem swoją pieczęć z nazwiskiem.
Z początku na brzegach obrazu, a później, kiedy miejsca zaczynało już brakować,
posiadacze potrafili robić to i na środku. Tak więc, im więcej czerwonych
pieczątek, tym starszy obraz.
Ponieważ przez całe wieki sztuki była skostniała i traktowana rzemieślniczo,
więc i dzisiaj jeszcze można z łatwością kupić obrazy z tematami, które zna się
z poważnych opracowań o sztuce chińskiej. A to konie w biegu, a to lotosy, a to
ptaszki na gałęzi, kwiaty śliwy w srebrnym wazonie, charakterystyczne góry z
Chin południowych, żaby siedzące na liściach itp. Najczęściej namalowane są
jedynie tuszem, który przez rozcieńczanie wodą może przybierać różne odcienie -
od czarnego, do szarawego. Obrazów kolorowych jest jakby mniej. Zawsze też z
boku musi być napisane kilka znaków, które dopomagają zrozumieć, kiedy artysta i
co malował. Albo też będzie to jakiś szczególnie odpowiedni aforyzm, który
podniesie doznania widza o podziw idealnej kaligrafii i piękno poezji. Znaki,
jak wspominano wcześniej, pisze się tym samym pędzelkiem, który służył do
malowania obrazu. Bardzo często spotkać można obrazy, które są, w ścisłym tego
słowa znaczeniu, zaprzeczeniem idei obrazu, bo składają się tylko ze znaków
chińskich - tak, jakby u nas zrezygnować z uśmiechniętej postaci kobiety z
garnkiem i pozostawić tylko sam napis "jak ja ugotuję, każdemu smakuje". Można,
oczywiście, zwłaszcza, jeśli się trochę rozejrzy, znaleźć obrazy współczesnych
malarzy, którzy zrywają z kanonem narzuconym przez setki lat pojmowania sztuki.
Można też, przy odrobinie szczęścia i uporu, znaleźć kopie rysunków
pornograficznych, w których dawni Chińczycy mieli wielkie upodobanie, mydląc
wszystkim oczy, że to tylko dla celów edukacyjnych - żeby panny młode wiedziały,
czego się spodziewać po ślubie.
Telewizja pokazuje programy artystyczno - oświatowe, w których uznani twórcy uczą,
jak malować poszczególne tematy. Tu nie ma żadnej dowolności - widz otrzymuje
dokładny opis wraz z wzorowym pokazem, a później jeszcze raz ćwiczy się krok po
kroku. I każdy już wie, że ten temat maluje się tak, a nie inaczej. Autor nauczył
się w ten sposób malować krewetkę i uważa, że jego krewetki są dokładnie takie,
jakich wymaga chiński kanon. Inaczej krewetki się nie maluje - każdy to wie.
A przynajmniej każdy, kto otarł się o tę kulturę. No więc najpierw rozcieńczonym,
szarym tuszem maluje się cygarowaty korpus, później człony odwłoka i płetwy ogonka.
Następnie bardziej zagęszczonym tuszem trzeba zaznaczyć oczka na słupkach, aparat
gębowy, króciutkie odnóża pomiędzy członami odwłoka, szczypce z trzema przegubami
i długie wąsy (dwa komplety krótszych i jedne dłuższe niż sama krewetka, zawinięte
gracko do tyłu). Każdy przedmiot i każde stworzenie ma swoją chińską normę
malowania i trzeba się tego trzymać - po prostu dlatego, że ktoś w przeszłości
(im dawniej, tym lepiej, bo przodkowie mylić się nie mogli) już raz zbadał
dokładnie, jak najlepiej tę rzecz narysować i nie ma co się wymądrzać i otwartych
drzwi wyważać. Im wcześniej się tego człowiek nauczy, tym lepiej dla niego.
Pokazywano kiedyś z dumą dziewczynkę, co to ledwie od ziemi odrosła, która jakimś
zwykłym patyczkiem (nawet nie pędzelkiem) zamalowywała każdą podsuniętą kartkę
wizerunkiem bambusów. Ona z pewnością nie zginęła w dorosłym, niełatwym życiu -
miała wszak fach w ręku i niczego już uczyć się do końca swoich dni nie musiała,
produkując dla potrzeb sklepów dla turystów liczne dzieła à la chinois.
Podobno dawniej często było tak, że kolejna dynastia rozkazywała niszczyć budowle
stworzone za swych poprzedników, zastępując je nowymi, ale już stylu obowiązującym
za nowych władców. Dlatego zabytki z odległych epok zachowały się jedynie
gdzieniegdzie z dala od głównych szlaków, gdzie biurokracja nie dotarła tak od
razu. Jeśli chodzi o architekturę chińską, to turysta spotyka się zwykle z dziełami
powstałymi za dwóch ostatnich dynastii. Z zewnątrz to mnóstwo dachów i daszków,
z obowiązkowymi zawijasami ich krańców w górę. Wewnątrz - tak jak już wspomniano
o kolorach Pałacu Zimowego - to czerwień, ultramaryna, trochę zielonego i złotego,
a wszystko tak intensywne, że aż oczy bolą. Ideałem są wielkie kolumny podtrzymujące
dach, wykonane z ogromnych pni drzew. Generalnie - kto widział jedną taką świątynię,
czy pałac - widział wszystkie. Wokół będą rozkoszne parki, pełne murków, okrągłych
wrót, przejść do kolejnych części, brukowanych ścieżek biegnących zygzakiem pod
daszkami, strumyków szemrzących tu i tam, stawów pełnych czerwonych rybek,
łukowatych mostów nad rzeczkami i pełno, pełno sztucznych skał, przypominających
stare pnie oliwek, pełne dziur. Tu i tam posadzono bambusy, oleandry, jakieś
nieznane z nazwy krzaczki, nad wodą sterczą lotosy, a gdzieś tam wyłania się
pawilon, w którym można pić herbatę, zapisywać swe dzieła, oddawać się rozmyślaniom
lub (to już raczej w czasach minionych) rozpuście z konkubinami. Zaś wszystko,
obowiązkowo, musiało być oddzielone od reszty świata wysokim murem, który
separowałby szczęśliwego właściciela od śmierdzącej hołoty.
Wielki pan mógł sobie zażyczyć, żeby w pawilonie przygrywała mu muzyka. Muzyka
to zupełnie osobny rozdział i tu akurat autor nie czuje się specjalnie na siłach,
żeby jakoś szczególnie ją opisywać. Pamięta bowiem doskonale pewne zdarzenie
sprzed lat, kiedy jeszcze nawet nie marzył, że pojedzie kiedyś na Daleki Wschód.
Telewizja pokazywała film o cesarzu, czy może królu i z pewnością było to państwo
chińskie lub japońskie (sądząc po twarzach i ubiorach). W pewnym momencie cesarz
przechadzał się po pokrętnie rozplanowanym ogrodzie ze swoją ulubioną konkubiną,
gdy zza muru dało się słyszeć jakieś smutne wycie setek gardeł. Autor oczekiwał
krwawych rozruchów, obalenia dynastii, zębów walających się na ścieżkach ogrodu,
a tu cesarz zwrócił się do swej lubej: "czy słyszysz, najdroższa, jak radośnie
śpiewa lud?" Dlatego autor nie uważa się w najmniejszym nawet stopniu za autorytet
w sprawach muzyki, śpiewu itd. Gwoli ścisłości - autor uważa muzykę Dalekiego
Wschodu za twór nie do słuchania, a jeśli już zajdzie taka potrzeba, to trwać
może co najwyżej paręnaście minut, bo jest monotonna, smutna i usypiająca. Jest
to jednak typowe spojrzenie barbarzyńcy, który nie dorósł do zrozumienia
prawdziwego piękna. Chińczycy zdają się być zadowoleni i przysłuchują się takiej
muzyce bez widocznego wysiłku. Co więcej, są tacy, którzy entuzjastycznie
wypowiadają się o brzmieniu instrumentu zwanego "er hu", który, z racji nazwy,
nie może brzmieć przecudnie. Podobnie negatywne wrażenie odniósł autor z opery
pekińskiej. Są to przedstawienia opery tradycyjnej, gdzie wszyscy noszą stroje
według mody sprzed wieków, trochę jeszcze teatralnie ulepszone, a twarze są
obowiązkowo umalowane w różne wyraziste wzory tak, że tylko oczu nie pokryto
farbą. Podobno kiedyś śpiewakami mogli być tylko mężczyźni. Teksty są tak
starożytne, że najczęściej są już dla słuchaczy całkiem, albo w znacznym stopniu
niezrozumiałe. Dlatego zwykle z boku sceny ustawia się dodatkowy ekran, na którym
wyświetlane są słowa tego, co akurat aktorzy śpiewają. Po chińsku jest zawsze, a
często też i po angielsku, dla cudzoziemców. To miłe - być dopieszczanym nawet
tam, gdzie zdawało by się, że żaden zamorski diabeł z dobrej woli sam nie trafi.
Śpiewacy miotają się po scenie, coś tam śpiewając wysokimi głosami, ich stroje
tylko furczą, a orkiestra podkreśla szczególnie dramatyczne sceny, waląc w bęben:
bum, bum, bum! A jakieś czynele nie gorsze i też dają z siebie maksymalnie dużo
hałasu: dźwiąk, dźwiąk, dźwiąk! Aktor hyca po scenie, opierając się na dzidzie i
wykonując wokół niej jakieś półpodskoki (bo to strasznie starożytna opera), a tu:
bum, dźwiąk, bum, dźwiąk, dźwiąk, bumbumbum!!! Po prostu - uczta dla ucha. Kto
nie słyszał, ten nie wie, o co chodzi.
Sztuka zawsze była bardzo ważna w Chinach. Do tego stopnia, że wdzierała się
przebojem tam, gdzie nikt z innego kręgu kulturowego by nawet nie podejrzewał.
Przy próbie opisu zarysu historii wspominano już o wprowadzeniu obowiązkowych
egzaminów dla tych wszystkich, którzy pragnęli poświęcić się karierze w służbie
państwowej, czyli, mówiąc po ludzku, zostać urzędnikami. Do tego momentu brzmi
dobrze, bo co egzamin, to egzamin, a nie nepotyzm i kumoterstwo. Gdzieś tam w
okolicach Szanghaju można obejrzeć (chyba zrekonstruowany) obóz do przeprowadzania
takich egzaminów. To takie jakby całe miasteczko drewnianych wiejskich wygódek,
stojących jedna obok drugiej. Kandydaci na urzędników dostawali temat egzaminu,
wchodzili do przydzielonego pomieszczenia i siedzieli tam tak długo w odosobnieniu,
aż uznali, że skończyli i oddawali swoją pracę. Egzaminy przeprowadzano raz na
kilka lat i zjeżdżały się na nie setki chętnych, bo dobrze wiedziano, gdzie leżą
konfitury. Co egzaminowano i jaką wiedzą winien się wykazać przyszły dobry
urzędnik? Ani znajomością praw, ani strukturą administracji, czy tam takimi jakimiś
podobnymi głupotami, które od razu przychodzą do głowy prymitywnego człowieka
zachodu. O nie! Przyszły urzędnik otrzymywał temat i miał go rozwinąć klasycznym
językiem, tworząc krótki POEMAT, coś jakby (choć niedokładnie, bo to inny
język i inna forma) nasz sonet, z zachowaniem odpowiednich form, niebanalnych
porównań, właściwych zwrotów, klasycznych wymogów konstrukcji wiersza i pięknej
kaligrafii tudzież bezbłędnych znaków. Nic więc dziwnego, że tylko nieliczni
przechodzili ten test. Mówiąc poważnie - egzaminy były kilkustopniowe i zakres
sprawdzanej wiedzy zależał od wagi konkursu. Kandydat musiał opanować kanon
konfucjański (kilka klasycznych ksiąg - praktycznie na pamięć) i dość swobodnie
się po nim poruszać. Kaligrafia i znajomość poezji też wcale nie były żartem,
bo człowiek uczony (a urzędnicy czuli się uczonymi) powinien parać się
malarstwem, kaligrafią, poezją, grą na cytrze i grą strategiczną znaną u nas
jako "go". A w czasach dynastii Tang na którymś z poziomów egzaminacyjnych
wymagano ponoć nawet znajomości matematyki, żeby rychło zarzucić tę niebezpieczną
dla ciągłości odwiecznej myśli nowinkę. Taki system egzaminów przetrwał do roku
1905, a więc nadspodziewanie długo, powodując skostnienie administracji państwa
na wiele wieków.
Pełen szacunku podziw dla osiągnięć przodków jest w Chinach powszechny. Nawet
tam, gdzie nie ma żadnych podstaw do oczekiwania tego typu przeżyć. Idąc, na
przykład, parkiem wśród uroczych pagórków, napotyka się ni z tego ni z owego
mały pawilonik (wejście 0,1 yuana). W środku trzy obrazy ponoć z dynastii Tang,
dwa zdjęcia jakiegoś tajemniczego manuskryptu (trzeba się było uczyć, zamorski
diable, kto ci bronił?) i jeszcze jakaś skrzynia na środku pomieszczenia. W
dodatku z wziernikiem. Fotoplastykon? Pokaz zdjęć pornograficznych? A skąd! Po
przyłożeniu oka do okularu można obejrzeć poemat składający się ze stu
siedemdziesięciu czterech znaków zapisany przez artystę (tu nazwisko) na ziarnku
ryżu, o wymiarach 3,42 x 1,27 milimetra. Ludzie chłoną, dyskutują, ocierają
spocone twarze małymi ręczniczkami frotté, noszonymi przy sobie prawie zawsze,
gdy jest gorąco. Ktoś uzupełnia płyny, popijając z butelki miejscową colę, czy
coś podobnego (zwykle silnie barwiło język). Ktoś podnosi do okularu małe dziecko,
coś mu tam z przejęciem tłumacząc. Dobrze jest móc silnie identyfikować się z
własną kulturą, nawet jeśli poemat na pojedynczym ziarnku ryżu wydaje się
niedorzeczny. Pewnie jednak tylko cudzoziemcom - po zwiedzających nie widać
rozbawienia. Oni traktują to poważnie i ze zrozumieniem.
A przecież twierdzenie, że Chińczycy są kulturalnie spetryfikowani i nastawieni
jedynie na kopiowanie dzieł przeszłości byłoby niesprawiedliwe, bo przecież,
przynajmniej niektórzy, odczuwają potrzebę obcowania ze sztuką nowoczesną i chcą
takie doznania zapewnić swym dzieciom. W końcu balet nowoczesny nie był z
pewnością ulubioną rozrywką na dworze dynastii Shang, a balet dziecięcy jest
dość rozpowszechniony we współczesnych Chinach. Autor miał możność podziwiania
występu takich siedmio- czy ośmioletnich aniołków w baletkach - chłopcy w
obcisłych białych trykotach, dziewczynki całe w szyfonach - tańczących jakiś
taniec małych łabądków, czy coś podobnego. Pełnym zaskoczeniem było to, że
sześćdziesiąt procent tych aniołków, odzianych według wszelkich zasad baletu,
miało też na sobie granatowe majtki typu "dynamówy", pewnie dlatego, że na sali
było dość chłodno. Drugim zaskoczeniem była konstatacja podczas przerwy (kiedy
dzieci przybiegły do swoich rodziców i można było przyjrzeć się z bliska ich
buziom), że wszystkie były wymalowane. O ile makijaż niedorosłej dziewczynki
czyni ją podobną do małej kokoty, to chłopczyk z podmalowanym maskarą okiem i
ustami pociągniętymi karminową szminką robi dziwne wrażenie. Jednak co kraj,
to obyczaj.
Zwykły człowiek w wolnych chwilach ogląda telewizję, ćwiczy na pobliskim placu
lub w parku, zaś czasami czuje potrzebę pośpiewania. Karaoke przyszło do Chin z
Japonii i jest to, zdaniem autora, najgorsza rzecz, jaką do tej pory kraj
kwitnącej wiśni zafundował światu. Chińczycy okazali się zaś wielkimi pasjonatami
karaoke, z zapałem i powagą wyśpiewując na oczach wszystkich obecnych. Nie ma
chyba teraz żadnego spotkania w restauracji, żeby nie skończyło się tą zabawą.
Nie ma też już chyba ludzi, którzy nie wiedzą, co to takiego to karaoke, ale już
tylko dla uspokojenia sumienia autor poda krótki jego opis dla tych, którzy mają
to szczęście, że jeszcze się z tym wynalazkiem z piekła rodem nie spotkali. Jest
to urządzenie elektroniczne, jakoś tam chyba spokrewnione z odtwarzaczem wideo i
prymitywnym komputerem. Najpierw z listy na ekranie wybiera się tytuł piosenki,
a później urządzenie zaczyna pokazywać film związany z melodią, cicho ją
odtwarzać, zaś na dole ekranu pokazuje się tekst właśnie śpiewanych słów.
Człowiek, który wybrał tę, a nie inną piosenkę, dostaje do ręki mikrofon i śpiewa
razem z maszyną. Istnieje tam jakieś sprzężenie, bo urządzenie stara się
dostosować do tempa śpiewaka. Słowa już wyśpiewane zmieniają kolor, a w miarę
śpiewania pokazują się następne. Na nieszczęście Japończycy nie zadowolili się
wersjami dla Azji (z zapisem w znakach chińskich), tylko dali od razu możliwość
zapisu alfabetem łacińskim. Jeśli więc ktoś zdecyduje się na początku na pieśń
po angielsku - voilà. Niestety, Chińczycy są zwykle bardzo ciekawi, jak śpiewa
szanowny gość i zmuszają45)
nawet osoby o miernym głosie do produkowania się. Na szczęście są przy tym albo
bardzo stonowani, albo całkowicie bezkrytyczni, bo powstrzymują się od ocen.
Dotyczy to zresztą i występów ich samych - zwykle na dziesięciu śpiewaków może
ze dwóch powinno śpiewać, a pozostali raczej nigdy za tę czynność brać się nie
powinni; wręcz pod żadnym pozorem. Nic to jednak ani śpiewakom, ani słuchaczom
nie szkodzi, bo wszyscy oddają się tej rozrywce z powagą i namaszczeniem. Jaka
zabawa, takie wyniki.