Fatalna setka FATALNA SETKA

Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


ROZDZIAŁ II

16.03.2010

Szefowa nie wołała go rano do siebie w tych dniach, kiedy miała kobiecą niedyspozycję. Nie widział jej więc od kilku dni, a zlecenia przekazywała mu, tak jak i innym kierowcom, pani Kasia. Obsługiwał wciąż tych samych klientów, kilka razy był w tym całym Dunaju, ale wdowa jakoś nie wychylała nosa z głębin swojego królestwa i zawsze obsługiwała go ta sama krótko ostrzyżona dziewczyna. Nie pytał jej o właścicielkę lokalu, bo i po co? Niczego by to przecież nie zmieniło, a zresztą wcale nie był ciekaw jakiejś podstarzałej paniusi o balzakowskich kształtach. Dziewczyna, którą tam spotykał, podobała mu się coraz bardziej, ale zbywała śmiechem wszelkie jego zaczepki. Nie tracił jednak nadziei – może to wreszcie ta? Któregoś dnia zobaczył jednak w lusterku, odjeżdżając już spod restauracji, jak panienka wiesza się na szyi jakiegoś ogromnego, młodego mężczyzny o posturze kulturysty, więc i ta nadzieja prysła niczym bańka o szmat głazu. Zaczął odczuwać samotność. Koledzy pozakładali już w większości własne rodziny, w pracy nie nawiązywał nigdy żadnych przyjaźni i teraz zaczął poważnie zastanawiać się nad słowami matki, utyskującej nad brakiem wnuków. Żeby mieć wnuki, to trzeba najpierw mieć synową, a na to się jakoś nie zanosi – zdziwiło go bardzo, że poddał się takim smętnym rozmyślaniom, bo nigdy dotąd nie miał jeszcze takich myśli.

Tymczasem któregoś razu pani Kasia, wręczając mu dyspozycje na kolejny dzień pracy, przyglądała mu się dłuższą chwilę swymi błękitnymi oczyma (że też nie zauważył tych oczu wcześniej; aż szkoda, że pani Kasia jest taka gruba) i wypaliła, że ma niedobre wieści.

- Panie Łukaszu – powiedziała wzdychając – szefowa dała ogłoszenie do gazety, że poszukuje nowego kierowcy.

- A co to ma wspólnego ze mną?

- Nie domyśla się pan? To oznacza tyle, że chce pana zwolnić.

- Eee, pani Kasiu, zaraz – zwolnić.

- No tak, panie Łukaszu – zwolnić. Wiem, co mówię, bo to przecież nie pierwszy raz. I zawsze tak było. Widać już jej się pan znudził. Ale niech się pan nie martwi – są jeszcze dobre kobiety, które doceniłyby pana urok, gdyby tylko pan je zauważył.

- No, to jeszcze nie koniec świata. Przecież robotę zawsze znajdę, co nie?

- No tak, panie Łukaszu, no tak. Aha! I jeszcze jedno: dzisiaj pan jeździ z doktorem Śrubełko. Już dzwonił, że przyjdzie za dziesięć minut.

- Z kim? Co też pani opowiada? Skąd tu jakiś doktor?

- Oj, długo mówić. To taki naukowiec z Uniwersytetu. Robi jakieś badania o socjologii transportu, czy jakoś tak. Podpisał z nami umowę i od czasu do czasu przychodzi na “badania terenowe”. Tym razem padło na pana.

- No i co ja mam z nim robić?

- A nic. To, co zawsze – jeździć według grafiku, a on będzie o coś tam pytał, to odpowiadać i tyle. Ach, i jeszcze – radzę otworzyć okna. Zobaczy pan, że dobrze mówię. Powodzenia, panie Łukaszu.

* * *

Docent, czy tam doktor okazał się być jowialnym panem koło pięćdziesiątki. Nie wyróżniał się niczym szczególnym. No, może lśniącą łysiną. Nie można powiedzieć, zachował się elegancko: podał Łukaszowi rękę, przedstawił się i wyraził nawet radość, że ten dzień spędzą razem. Zaraz po tym wgramolił się do kabiny dostawczego samochodu i zaczął grzebać w wypchanej skórzanej torbie. Łukasz zauważył, że torba jest strasznie wytarta i lata świetności ma już dawno za sobą. Docent wyciągnął wreszcie jakiś notatnik i tani długopis, wepchnął torbę pod nogi i zaczął rozmowę. Właściwie trudno to było nazwać rozmową, bo Łukasz dawno już nie spotkał osoby tak gadatliwej. Docent nadawał właściwie bez przerwy, jakby nawet nie zwracając uwagi na pomruki, jakie wydawał z siebie jego kierowca.

- No i patrz pan tylko, co tu na murze ktoś napisał: “faker faker faker”. Ja już pomijam fakt, że to z błędem, ale przecież zastanawiające są inne aspekty. Czemu ktoś czuje akurat taką wewnętrzną potrzebę mazania na murach? I dlaczego akurat trzy razy? Jąkał się?

- Mmmm – odparł Łukasz.

- No i: czy to on czuł się tym nadczłowiekiem – superfuckerem tak bardzo, że aż postanowił zaraz lecieć i całemu światu to ogłosić, czy też zwyczajnie komuś zazdrościł i ta mazanina jest wyrazem jego frustracji?

- A bo ja wiem?

- Tak też myślałem – docent pochylił się nad notatnikiem i coś tam w nim maczkiem przez chwilę zapisywał – Przyzna pan, że nadmiar wolności potrafi się ujawnić w niepokojący społecznie sposób? Bo przecież większość ludzi musi chyba odczuwać niezadowolenie z tego, że gdzieś ściana jest pomazana krzywymi bohomazami? Co pan o tym sądzi?

- Panie, ludzie to głupki. Kto tam za nimi nadąży?

- No tak, tak. A policja jest albo bezradna albo ignoruje takie zachowania, prawda?

- Że policja ich olewa? No pewnie, bo na ważniejsze sprawy nie ma czasu, a tu by pan chciał, żeby pod każdym murem na graficiarzy czatowała, co nie?

- Aha, rozumiem. No, ale gdyby był porządek, to chyba nie wzbudzałoby to jakiejś niechęci w ludziach? Oj, spociłem się. - docent sięgnął do torby, wyjął z niego dezodorant Africa i zaczął spryskiwać się obficie pod pachami.

“Tak na koszulę” - pomyślał Łukasz i zrozumiał, dlaczego pani Kasia radziła mu otworzyć okna. “Swoją drogą” - myślał dalej, zmniejszając ogrzewanie do minimum - “pani Kasia nie jest taka znowu gruba, tylko trochę pulchna. Ale mogła powiedzieć o tych oknach otwartym tekstem, to bym je otworzył, a tak to niezbyt wypada, chociaż śmierdzi tu teraz niczym u fryzjera”.

- No bo, weźmy, za faszyzmu – kontynuował docent - takie mazanie po ścianach nie byłoby możliwe. Wtedy nie patyczkowano się z elementami odstającymi. Zapewne po pierwszej rozmowie ostrzegawczej graficiarz zrozumiałby aluzyjne bicie po mordzie i zaprzestałby swojej działalności. Jak pan sądzi, panie Sławku?

- Łukaszu. Eee, wtedy to sprayu chyba nie było.

- O, najmocniej przepraszam, że imię pomyliłem. Wie pan, tyle sobie opowiadają o rozkojarzonych naukowcach, że to musi mieć w sobie jakąś tam część prawdy. No to, wracając do tematu – brutalna siła jest zaprzeczeniem wolności, ale przecież potrafi zapewnić porządek, który się ludziom podoba. Zgadza się pan z tym, panie Sławku?

- A wie pan, ja gdzieś czytałem o takim facecie, co to chodził po kiblach dworcowych w pomorskim i spisywał wszelkie świństwa, co je tam ludzie w męskich na ścianach powypisywali. Takie “lubię w dupsko”, albo “bardzo ładnie biorę do buzi”.

- A tak, tak. To doktor Vuk-Broniszewski. Jego praca (zresztą ze zdjęciami) narobiła swego czasu trochę hałasu. To nawet pan o nim słyszał? Zdziwi się, jak mu opowiem. Oj, spociłem się.

* * *

Docent mówił już nieprzerwanie od kilku godzin i Łukasz zaczynał tęsknić do zwykłej ciszy (nie włączał nigdy radioodbiornika). Poza tym kabina wypełniona była zapachem dezodorantu, pomimo tego, że Łukasz opuścił ostentacyjnie szybę w swoich drzwiach. Okazało się jednak, że docent jest impregnowany na takie aluzje, bo nie wyglądało, żeby zrobiło to na nim, najmniejsze choćby, wrażenie.

Trochę zrezygnowany Łukasz zajechał z impetem na podwórze Dunaju i zahamował gwałtowniej, niż zwykle.

- Ho, ho – zawołał docent – młodość ma swoje prawa, prawda? Agresywny styl jazdy nie musi od razu oznaczać wystawiania się na niebezpieczeństwo, czyż nie? Bo przecież jeździ pan od lat, panie Sławku, że tak powiem – bezwypadkowo?

- Tak. Jasne, że tak. - Łukasz odpowiedział zupełnie machinalnie, bo nie wierzył własnym oczom. W tylnych drzwiach restauracji stanęła ona – Ania. Prawie niezmieniona. Sam nie wiedział, czy się cieszy, że ją widzi, czy czuje znowu cały żal, tak jak wówczas, gdy odeszła.

- Zaraz, później, nieważne. - dorzucił zdumionemu naukowcowi, wysiadając z samochodu. Wtedy ona zauważyła go także i znieruchomiała.

- Łukasz? - wyszeptała, opierając się o futrynę. Zaraz jednak znalazła w sobie siłę, bo podeszła dwa kroki w stronę znieruchomiałego kierowcy i, wymachując energicznie dłonią na wysokości piersi, zaczęła mówić podniesionym tonem – Wynoś mi się stąd! I żebyś nie śmiał mnie nachodzić!

Cofnęła się, odwróciła i zawołała w głąb otwartych drzwi – Pani Brygido! Pani Brygido! Proszę przyjść natychmiast i załatwić dostawcę.

Gdy znana już dobrze Łukaszowi krótko obcięta dziewczyna wyszła na zewnątrz, jego Ania dodała głosem nieznoszącym sprzeciwu:

- I proszę skontaktować się z tą firmą, żeby nigdy, ale to przenigdy, nie przysyłali już tego kierowcy. Pod groźbą zerwania kontraktu. OK?

Po czym znikła w czeluści korytarza, nie czekając na odpowiedź.

- Ale pan rozjuszył szefową – pokręciła głową krótko ostrzyżona dziewczyna, która musiała mieć na imię Brygida – jeszcze nie widziałam, żeby tak się na kogoś zdenerwowała.

* * *

Piwo przestało smakować. Łukasz siedział po ciemku w swoim pokoju i nie wiedział już, co o tym wszystkim myśleć. Tak się dorobiła w tej Anglii, że kupiła sobie knajpę? To przecież niemożliwe, bo to zaledwie parę lat. Puszczała się, czy co? Wstrętna dziwka. A on jak ten głupi: przekupił kobitkę na polu namiotowym, żeby dowiedzieć się jej nazwiska i adresu. Zakochany taki, pomimo tego, że go ordynarnie puściła w trąbę. Zostawiła niczym psa wyrzuconego z samochodu, który natychmiast dodaje gazu i odjeżdża. Obrzydliwe to piwo, a człowiek musi. I po co lazł jak ta zauroczona światłem ćma pod zdobyty adres? No musiał po prostu, tak? I co mu to dało? Dwa razy, jak ten naiwny, pytał ciecia, czy ten jest pewny, że pani Anna Kamińska wyjechała do Anglii do męża. Czy może myli ją z kimś innym? Kto pyta, ten dostaje odpowiedzi. Tę odpowiedź wąsatego, ogorzałego dozorcy pamiętał w każdym szczególe: “Miałbym nie wiedzieć? O Annę Kamińską z mieszkania osiem pan żeś pytał. No, przecie, że pod ósemką mieszkają. A Ania, to jest, pani Anna za mąż wyszła za Kamińskiego; na wiosnę jakoś będzie. No i nie ma paru dni nawet, jak do niego do Londynu pojechała, bo on tam pracuje.” Nie ma już? Pusta? To trzeba tę zgnieść i otworzyć inną. Oooo. Taak. Kwiaty powędrowały do kosza. To tyle, biedny idioto. Pojechała. Do Londynu. Do męża. Jakiś impotent też mąż, przecież... Ech, dziwka, dziwka, dziw...



Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział



© YPY - Strona poprawiona i publikowana 10.05.2010