|
FATALNA SETKA | |
17.03.2010
Czy mogło być gorzej? Pewnie tak, ale to, co się wydarzyło jednego dnia też Łukaszowi wystarczyło. Najpierw docent złożył na niego oficjalną skargę (prawda, że po incydencie w Dunaju był dla niego opryskliwy, a wreszcie kazał mu się zamknąć). Później wezwała go do siebie szefowa, a kiedy zamykał drzwi na klucz, żeby służyć jej zwyczajowo swoją męskością, powstrzymała go szyderczo i wywaliła kawę na ławę, że właśnie z racji tej skargi postanowiła go zwolnić (pani Kasia miała jednak rację). Dobrze chociaż, że chciała się wykazać wielkodusznością, bo dała mu odprawę za trzy miesiące, kazała podpisać u pani Kasi już przygotowane papiery, znikać i nie pokazywać się więcej na oczy. Dokładnie w chwili, kiedy kładł ostatni podpis w miejscu oznaczonym ptaszkiem do pokoju wszedł Sławek z jakimś kulturystą. Okazało się, że to nowy pracownik przyjęty przez szefową na jego, Łukasza, miejsce. Nie mógł się powstrzymać i bluznął coś o faszystkach i banderówkach, a wtedy pani Kasia wydała z siebie taki jakiś zduszony pisk i fajt! zemdlała, spadając na podłogę. Zrobiło się zbiegowisko (szefowa wyszła ze swojego gabinetu), Sławek docucił zemdloną, która usiadła na fotelu pod oknem i zaczęła przekonywać, że czuje się już dobrze. Wtedy szefowa pokazała, co potrafi - “Sławku, zawieź Kasię do domu. Kasiu, masz już dzisiaj wolne. Romku, pozwól do mnie”. Jego zignorowała zupełnie. Pani Kasia podziękowała, wymamrotała, że musi jeszcze zajrzeć do łazienki i żeby na nią Sławek poczekał przy aucie. Wyszła, unikając wzroku Łukasza.
- To chodź – powiedział Sławek – chyba muszę ci wyjaśnić, o co chodzi, skoro narozrabiałeś.
- Ja? Szefowa sama mnie wywaliła.
- Ja nie o tym. Wyzywałeś ją przy Kaśce od banderówek? Wyzywałeś.
- No i co?
- Tobie to faktycznie rozum w fiuta spłynął już dawno temu. Nie zainteresowałeś się nigdy, jak się Kaśka nazywa? Było trochę czasu w przerwach między ujeżdżaniem starej, a dostawami, może nie? Ale don Chujan jest zawsze ponadto!
- Sławek, zazdrościsz mi, czy co? Czego? No przecież nie ma czego. Wiesz, zwyczajnie nie mam siły cię zabić, więc wal, o co w tym wszystkim chodzi, do kurwy nędzy, bo ja już niczego nie rozumiem.
- No, od tego trzeba było zacząć. No więc Kaśka tak naprawdę nazywa się Jekaterina Mykołenko. Tak ma w papierach. Jak żeś palnął o Banderze, to ona aż zemdlała z wrażenia, bo pewnie u nich inaczej go widzą, niż my. A może tak ją rozczarowałeś – czy ja wiem? A poza tym – ona jest chora na serce i każde nadmierne wzruszenie może ją wykończyć.
- Nie wiedziałem.
- Ty nigdy niczego nie wiedziałeś, zapatrzony we własny rozporek. Tego, że cię zawsze w rozmowach ze wszystkimi broniła, też pewnie nie wiedziałeś? Nie rozumiem, co te kobiety w tobie widzą, Łukasz. No, lepiej już idź, bo zaraz wróci, a nie chciałbym, żeby znowu zemdlała na twój widok. Trzymaj się, głupku.
* * *
Wcale nie chciał, ale nogi go same poniosły. Tak, pod t e n adres, mieszkania osiem. Ciecia nie było już ani śladu; kapitalizm zredukował zbędne stanowiska. Na drzwiach pod ósmym przymocowane były dwie wizytówki. Jedna z nieznanym nazwiskiem (pewnie panieńskie), druga: A. D. Kamińscy. Wróciła z mężem? Wahał się przez chwilę, ale zadzwonił. Wbrew oczekiwaniom to nie był dzwonek, ani żaden gong, tylko jakiś sztuczny głos ptaka, czy coś podobnego. Takie ci-ci-ci-ci-ci. Usłyszał szuranie za drzwiami i po chwili otworzyła mu starsza kobieta w okularach.
- Proszę, proszę – powiedziała – czekam na pana od rana.
- Na mnie? To chyba pomyłka, proszę pani.
- No jaka pomyłka? Pan przecież mechanik do zepsutej pralki?
- Nie, nie... Eee.. Widzi pani, ja chciałbym się widzieć z panią Anną Kamińską.
- Ani nie ma. Poszła do pracy. Wróci dopiero po południu i wtedy proszę przyjść. Do widzenia.
- Poszła do restauracji już tak wcześnie? Przecież otwierają dopiero o...
- Do jakiej restauracji? Co pan?
- No przecież Ania jest właścicielką Dunaju, co nie?
- Czego? Eee, panie żartownisiu, idź pan stąd, bo milicję zawołam.
- Jak to? Błagam panią! Proszę zaczekać! To sprawa życia i śmierci. To Ania nie pracuje w restauracji?
- W jakiej znowu restauracji? Co pan za szpasy opowiada? Nauczycielką jest. Angielskiego. Żegnam. - starsza pani zatrzasnęła z hukiem drzwi, zostawiając Łukasza na korytarzu. Stał tak przez dłuższą chwilę, gdy zręcznie ominął go niewysoki mężczyzna z dużą torbą na ramieniu. Zadzwonił pod ósemkę.
- Zaraz dzwonię na milicję – dał się słyszeć głos zza drzwi.
- Po co zaraz z policją mieć do czynienia? Królowo, trochę się do tej pralki spóźniłem, to prawda, ale proszę otworzyć i zaraz będzie po bólu.
* * *
Nie rezygnował tak łatwo. Pod siódmym nie było nikogo, a pies pod dziewiątym pewnie by go zagryzł, gdyby nie rozdzielały ich drzwi. Dopiero sąsiadka pod szóstym skłonna była porozmawiać.
- Pani Ania? Tak, to nauczycielka jest. A czemu pan jej szuka? Trzeba przyjść po południu, to wtedy będzie w domu.
- Bo widzi pani, ja za chwilę na kilka tygodni wyjeżdżam, a chciałem się z nią umówić na lekcje języka po powrocie. To może bym ją w szkole złapał, żeby się umówić.
- No nie wiem, czy pani Ania będzie chciała, ale to nie moja sprawa. Niech pan idzie do szkoły.
- No właśnie, a która to szkoła?
- Wie pan gdzie jest kościół św. Adaukta?
- Wiem - to akurat nie była prawda, ale Łukasz nie chciał zniechęcać starszej pani.
- No to tam obok jest takie liceum. Bodaj imienia księcia Kaźka Zębatego, czy jakoś tak. To ona tam pracuje przecież.
- Dziękuję pani bardzo.
- A nie ma za co, młody człowieku, nie ma za co.
* * *
Do kościoła św. Adaukta trzeba było podjechać tramwajem, bo to kawał drogi był. O żadnym jednak liceum nikt nie słyszał i Łukasz zaczął już w myślach źle życzyć swojej informatorce, kiedy przypomniał sobie dziwacznego patrona i zaryzykował pytanie o szkołę księcia o słowiańskim imieniu Kaźko. Wówczas (prawda, że po pewnym wahaniu) wskazano mu czerwony dach, na który miał się kierować. Przy wrotach budynku wisiała tablica z napisem: “LIV Integracyjne Gimnazjum im. księżnej Kazoe Zubataszwili”. A pod tym coś jeszcze, za to dziwacznymi wygibasami. Trochę zwątpił, czy to tu, ale skoro już przyszedł, postanowił iść w zaparte.
Wąsaty, ogorzały woźny patrzył trochę podejrzliwie. “Wypisz, wymaluj, jak tamten” - przemknęło przez głowę Łukasza. Przemógł się jednak i zapytał o Annę Kamińską, nauczycielkę angielskiego. Woźny potwierdził bez mrugnięcia okiem, że to tu, ale dodał, że przerwa będzie dopiero za kilka minut, a wcześniej, absolutnie wpuścić nie może, bo najpierw musi się skontaktować z profesorką telefonicznie. Taki system.
- W porządku – Łukasz był bardzo ucieszony, że w końcu wpadł na jakiś trop, więc parę minut nie robiło mu różnicy – Panie, powiedz pan, co to za nazwa szkoły?
- He! - usta woźnego rozsunęły się w szerokim uśmiechu, ukazując pożółkłe od nikotyny zęby – to, panie, czysta polityka. Nasz prezydent przecie jeździł tam, gdzie to tam i z tej przyjaźni taka patronka. Pono to ichnia bohaterka była, co ją bolszewicy zamkli. Sam pan wisz, jak to u nas teraz...
- A wiem, wiem.
- No! No to, jak nadawali imię, to będzie już ze dwa lata, czy może trzy. Bo ja tu już, panie, od emerytury sobie dorabiam. To wtedy... co to ja mówiłem?
- Że imię szkole nadawali.
- A, tak. No to jakiś ambasador, panie przyjechał. Od smutnych panów to było, panie, aż czarno. Uczniów, panie, garstka jeno była, a wszystkich obecnych to najpierw obmacywali, że niby broni szukali, czy bomby jakiejś, tak.
- A prezydent był?
- On? Nie, panie. Nie przyjechał, tylko ministra któregoś przysłał.
- A którego? Pamięta pan?
- Panie, a kto by ich spamiętał? Jedna swołocz, powiem panu, bo pan młody. No to, jak te mercedesy zajechały, panie... O! Dzwonek, to zaraz pana wpuszczę, tylko panią profesorkę najpierw powiadomię. Jak pan się nazywa?
- Nowak. Łukasz Nowak.
- Dobrze. Jedna chwila. - podniósł słuchawkę i nacisnął kilka cyfr na korpusie aparatu.
- Pani profesorko, Maciaszek mówi. Tu przyszedł pan Nowak na spotkanie w sprawie.. oj, nie spytałem, która klasa.. Co? A.... że pani wie i czeka? Już wpuszczam. Do widzenia pani profesor.
- Wchodź pan. Na prawo korytarzem, sala 102.
Jak to wie i czeka? Łukasz nie pokazywał po sobie zdziwienia, ale nie rozumiał sytuacji. Znalazł tymczasem wskazaną przez woźnego salę, zapukał i wszedł. Kobieta siedząca przy stoliku wstała i podeszła do niego, wyciągając na powitanie rękę. Nie była nawet podobna do jego Ani; wyraźnie kilka lat starsza, w okularach, z włosami pomalowanymi na jakiś żarówiasty niebieski kolor. Wyraźnie przyzwyczajona do przewagi pedagogicznej nie dała mu nawet dojść do słowa.
- Dobrze, że pan wreszcie przyszedł, panie Nowak. Pamela sprawia mi ogromne kłopoty wychowawcze i sądzę, że dobrze byłoby ten narastający problem z panem przedyskutować. Obawiam się, że córka przestała się przykładać do nauki z powodu...
- Przepraszam, ale ja nie jestem ojcem Pameli. - przerwał wreszcie jej potok słów.
- Ach tak? Nawet pomyślałam, że trochę pan za młody, ale cóż. Tak, czy inaczej muszę porozmawiać z którymś z rodziców i w tej sytuacji, skoro Pamela przysyła starszego brata, dyskutować nie będę.
- Przepraszam, ale ja nie jestem bratem Pameli. - przerwał raz jeszcze, zdziwiony prędkością, z jaką wyrzucała z siebie słowa.
- Taak? To kim pan jest? I dlaczego przychodzi pan w sprawie Pameli?
- Ja, proszę pani, nie przychodzę w sprawie Pameli, tylko własnej.
- A to się pan pomylił. Korepetycji nie udzielam, a sekretariat szkoły wieczorowej jest na pierwszym piętrze i tam proszę iść, a nie zabierać mi czasu.
- Kiedy ja...
- Do widzenia.
- Pani Anno...
- Proszę wyjść i pozwolić mi zamknąć drzwi.
- Czy to pani była siedem lat temu na polu namiotowym w Strupinie?
- Słucham???
- Pani Anno, proszę mnie wysłuchać. Ja nie jestem wariatem, a ni żadnym maniakiem, ale to dla mnie niezmiernie ważne. Znaczy, tamta sprawa sprzed lat. Proszę mi odpowiedzieć. Proszę.
Czuł na sobie jej wzrok i zrozumiał w tej chwili, że uczniowie muszą się bać panicznie swojej pani od angielskiego. Po krótkim wahaniu cofnęła się, robiąc nieokreślony ruch ręką.
- Proszę, niech pan siądzie. I niech pan powie zrozumiale, o co panu chodzi. Zacznę od tego, że tak – byłam siedem lat temu parę dni nad jeziorem w Strupinie. A teraz słucham.
- Bo widzi pani, ja tam spotkałem dziewczynę. I się zakochałem. I się z nią pokłóciłem i się rozstaliśmy w gniewie.
- I „się” co jeszcze? I co to ma wspólnego ze mną? - pomimo wyraźnego przekąsu w głosie nauczycielka zaczęła wyglądać na zmęczoną.
- No bo jak ona znikła, to ja zdobyłem jej adres w recepcji pola. I to był pani adres, ale pani to nie ona, chociaż imię jest to samo - Anna.
- Aha. Jakoś przez te siedem lat nie był pan zbyt wyrywny z tą swoją miłością, ale co mi tam. Niech pan słucha. Historia jest krótka i prosta. Siedem lat temu wyszłam za mąż i miałam szansę pracy w Anglii. Mój mąż pojechał pierwszy, a ja czekałam jeszcze na papiery z ambasady brytyjskiej. To było lato, już nie pracowałam, więc pojechałam do Strupina. Dlatego tam w administracji pola namiotowego było moje nazwisko i adres, który pan jakoś podstępnie wydobył. Po kilku dniach kuzynka powiadomiła mnie, że mam zgłosić się do ambasady i od słowa do słowa wyszło, że chętnie przyjedzie nad jezioro z jakąś koleżanką i pobędzie trochę w moim namiocie. Dla mnie to było korzystne, bo ten namiot był duży, istny grzmot i nie musiałam się z nim targać. Parę dni później pojechałam za granicę, a do kraju wróciliśmy dopiero w zeszłym roku. Co było dalej w Strupinie – nie mam pojęcia. Dlaczego kuzynka nie zarejestrowała się tam od nowa? Nie wiem. Może nie pomyślała. A skoro miała na imię Danuta, to pan musiał być zakochany w jej koleżance. No i na tym mój udział się kończy, nie pomogę panu w niczym, bo ani tej koleżanki na oczy nie widziałam, ani nawet nie wiem, czy faktycznie z kuzynką nad jezioro przyjechała. No, rozumiem, że teraz da mi pan spokój, bo już – słyszy pan? - koniec przerwy.
- Czy mógłbym dostać jakiś namiar na tę kuzynkę?
- Przykro mi, ale nie. Zmarła dwa lata temu na raka. Do widzenia.
* * *
Piwo miało obrzydliwy smak. Po kilku łykach wstał, poszedł do kuchni i wylał zawartość puszki do zlewu. Żeby ojciec żył, może miałby jakiś pomysł, doradził, co robić, a tak... Tymczasem matka, widząc, co się święci, zaczęła wypytywać, czy aby dobrze się czuje, że wylewa piwo. Mruknął, że świetnie i poszedł do swego pokoju. Było mu bardzo ciężko na duszy. Zasypiając postanowił wedrzeć się następnego dnia do Dunaju.