|
FATALNA SETKA | |
18.03.2010
Pomysł okazał się dobry, ale jego wykonanie gorsze. Krótko ostrzyżona dziewczyna (bodajże Brygida) zagroziła, że zaraz zawoła kelnerów, którzy wywalą go na ryj. Wymyślała mu przy tym od najgorszych i posunęła się do propozycji, żeby zadowalał nadal swoją szefową, a nie szukał nowych wrażeń. Dało mu to do myślenia, bo wychodziło na to, że jego kawalerskie szaleństwo z byłą już szefową nie jest w Dunaju tajemnicą, chociaż, na pierwszy rzut oka, była to niedorzeczność. Skąd mieliby tu wiedzieć, co wyprawiał w gabinecie w starej firmie? Kiedy dotarło do niego, co musi o nim myśleć jego Ania, chciało mu się wyć. “Jego Ania”? Chyba go pogięło. Nie dość, że już wtedy, nad jeziorem, potraktowała go jak zabawkę, którą można wyrzucić, to teraz nie tylko on ma zabazgraną opinię, ale jeszcze do tego ona jest jakimś cudem bogata. A to znaczy, że nie ma, że nie może mieć u niej żadnych szans, bo skąd? “To po co, idioto, tu stoisz?” - pytał sam siebie i czuł, że chyba po raz pierwszy od lat rozpłacze się jak małe dziecko.
* * *
Już dwa razy odlewał się w krzakach, ryzykując problemy w razie nakrycia przez jakiś patrol. Nie mógł jednak nigdzie odchodzić, bo czatował niedaleko restauracji - miał nadzieję, że doczeka, aż Ania wyjdzie z firmy. I wtedy z nią porozmawia. I wtedy jej wszystko wyjaśni. I wtedy, Boże, stanie się cud. To nic, że nie był w kościele od lat. Teraz będzie chodzić. Może nawet stanie się dewotem, moherowym beretem. Bóg jest przecież dobry - byle tylko ona chciała z nim rozmawiać.
* * *
Jednak nie chciała.
* * *
To było upokarzające. Na jego widok spochmurniała i, bardziej krzycząc, niż mówiąc, kazała mu iść precz. A jak nie, to zawoła kelnerów i oni mu tę piękną buźkę obiją. Czemu tu wszyscy chcą szczuć go kelnerami? Przecież on nie chce jej zrobić nic złego. Chce tylko porozmawiać i wyjaśnić. Po co? No już chyba po to tylko, żeby zrozumieć, czemu wyszło tak, jak wyszło. Cofnął się trochę (niech ona zrozumie, że on nie jest żadnym zagrożeniem) i przyglądał spode łba, jak wsiada do szarego golfa i odjeżdża z piskiem opon. Wyjechała na ulicę i tyle ją widział.
I wtedy zobaczył, że obok jej miejsca postojowego leży mała, beżowa saszetka, która musiała jej wypaść, gdy zdenerwowana jego widokiem mocowała się z zawartością torebki. Chwilę trwało, zanim wyjęła klucze od samochodu i pewnie właśnie wówczas ją zgubiła. Podniósł zgubę i odsunął zamek błyskawiczny. Wewnątrz miękkiej aksamitnej wyściółki spoczywał komplet kluczy. Najprawdopodobniej od mieszkania. Przez głowę przeleciało mu stado myśli, jedna różna od drugiej. Zobaczył, jak ona wchodzi do luksusowo wyposażonego pokoju, widzi go siedzącego ze szklaneczką whiskey w klubowym fotelu (bo wszedł był wcześniej, mając przecież klucze) i pada mu w ramiona, całując namiętnie, tak jak kiedyś. A on odrzuca natychmiast tę zbędną szklankę, nie dbając o to, że zawartość się rozleje na grubym dywanie, podnosi swoją Anię jak piórko i niesie ją w kierunku sypialni... “No nie” - otrząsnął się z marzeń - “raczej oskarżyłaby mnie teraz o napad, kradzież alkoholu i próbę gwałtu. Nic z tego, trzeba być uczciwym i je oddać, chociaż to z mojej strony skrajna głupota. Jestem dureń. Zachowuję się jak zwykła ciota.”. Postanowił jednak trochę dopomóc szczęściu, mając nadzieję, że w końcu los zacznie się odmieniać.
* * *
Krótko ostrzyżona panienka chciała na jego widok zatrzasnąć drzwi, ale zawahała się, widząc, że on nawet nie próbuje się ruszyć i tylko stoi w miejscu, i wyciąga wyprostowaną rękę, w której coś trzyma.
- Czego? Co to jest? - spytała z wyraźną podejrzliwością, wyglądając wąską szparą.
- Znalazłem na parkingu. Myślę, że to Ani wypadło.
- Mam w to wierzyć? A pan z szefową na ty jest?
- Dobrze, już dobrze. Myślę, że to pani Annie wypadło, kiedy otwierała samochód.
- Nawet jakby, to czego pan za to chce?
- Niczego. Przyszedłem oddać.
- Niech pan to położy na ziemi i odejdzie.
- Dziewczyno, ja nie jestem żadnym mordercą. Nie musisz się mnie bać. A to nie jest amerykański film o gangsterach.
- Sama wiem, co muszę, a czego nie. To jak, kładziesz na ziemi?
- Dobra. Umówmy się tak...
- Żadnych umów. Nie chcę słuchać. Najlepiej spadaj.
- Dobra. Ja kładę i zaraz idę. A do ciebie mam jedną prośbę. Powiedz Ani, że to ja oddałem. I że nie musi się mnie bać.
* * *
Siedział na ławce w parku już od dobrych czterdziestu minut i właśnie zaczynał się denerwować, że całkiem się pomylił, gdy zadzwonił telefon. Więc jednak się zaciekawiła.
- To pan przyniósł klucze? - usłyszał głos podejrzliwej panienki.
- Ja.
- Tak właśnie myślałam, że ten numer na kartce papieru włożonej do środka to pańska sprawka.
- Miałem nadzieję, że to sama szefowa do mnie zadzwoni. Czasem łatwiej jest rozmawiać przez telefon niż oko w oko.
- Wie pan, chyba trochę źle pana oceniłam. Gdyby był pan zbójem, to przecież nie oddałby pan tych kluczy, tylko jakoś je tam wykorzystał do swoich niecnych celów.
- A nie przyszło pani do głowy, że zrobiłem sobie duplikaty?
- E, niemożliwe. To znaczy, każde klucze można dorobić, ale wymaga to czasu. A pan odniósł je dosłownie chwilę po tym, jak szefowa wyszła.
- Może miałem mydło i zrobiłem odciski?
- To przecież nie są klucze do zwykłych bębenkowych zamków, tylko do takich wymyślnych. Nie dałby pan rady. Zresztą – co to? Ja mam pana bronić i wynajdywać wytłumaczenia? Jak ktoś się do szefowej włamie, to i tak będzie na pana, bo ostrzegam, że nagrywam tę rozmowę, żeby był ślad dla policji, jakby co.
- O, to mam nagrodę za dobry uczynek. Czy powinienem nastawić drugi policzek?
- A powinien pan, powinien. Nie wiem, co pan takiego zrobił szefowej, ale jeszcze nie widziałam jej tak zdenerwowanej jak wtedy, kiedy pan ostatni raz z dostawą przyjechał.
- Ale przyzna pani, że przez telefon jakby mniej się mnie pani boi, niż przy drzwiach? I chyba nie sprawiam wrażenia jakiegoś gwałciciela?
- Dobrze, że pan o tym przypomniał. Co z tego, że głos pan ma, przyznam to, całkiem sympatyczny, skoro było tak, że jeszcze nawet pan do nas nie przyjechał pierwszy raz, a już mieliśmy sygnał ostrzegawczy, jakie z pana ziółko.
- Ziółko?
- No, że pan taki jebus.
- Ale ma pani słownictwo.
- Mam, nie mam – nie pańska sprawa. Drugi raz i tak do pana nie zadzwonię.
- A czemu nie, skoro brzmię tak sympatycznie? Może i szefowej pani szepnie, że nie jestem taki skończony łajdak, co nie?
- Rozmawiałam z szefową przed telefonem do pana. Powiedziała, żebym panu powiedziała, żeby pan dał jej święty spokój.
- Dziewczyno, ja ją kocham!
- Tralala. Pewnie raczej jej forsę. Żegnam ozięble. - rozmówczyni zakończyła połączenie.
Kolejna zagadka? Kto plotkował o nim za jego plecami? Kto powiadamiał kontrahentów, że sypia ze swoją szefową? I czy wszystkich, czy tylko tych z Dunaju? No i, kurwa jego mać!, po co? Jakiś zazdrośnik, który sam chciał wspiąć się na zad szefowej? No niedorzeczność przecież, skoro tam, w tym “stałym teamie” wszyscy wiedzieli doskonale, że samców rozpłodowców szefowa dobiera sobie sama spoza ich ścisłego grona. Tak przynajmniej mówił Sławek, a jemu ufał. Przynajmniej do tej pory. Sam już nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. “O Jezu” - pomyślał - “co mnie podkusiło, żeby zgadzać się na ten kurewski układ z codziennym rypaniem przełożonej? Gdyby było inaczej, to teraz by było inaczej, bo nie ciągnęłaby się za mną ta cholerna sława rympały i Ania by na mnie lepiej patrzyła.” Postanowił dołożyć wszelkich starań, żeby odnaleźć donosiciela i obić mu przykładnie mordę. Ta myśl spowodowała, że trochę mu ulżyło.
Telefon znowu zaterkotał. Wyciągnął go z kieszeni mając nadzieję, że to znowu krótkowłosa Brygida, ale okazało się, że przeczucie go zawiodło. Dzwoniła pani Kasia z ostatniej pracy i, taka jakaś zażenowana, wypaliła, że ma przekazać wyraźną prośbę szefowej:
- Czy mógłby pan zajrzeć do firmy jutro z rana, bo szefowa chciałaby z panem osobiście porozmawiać?
- Czemu nie, pani Kasiu? Mam teraz dużo czasu, jako bezrobotny, więc przyjdę tak koło dziewiątej.
- OK. To umówione. Do widzenia, panie Łukaszu.
- Do widzenia, pani Kasiu.
* * *
Postanowił przemyśleć wszystko spokojnie. Wszedł do sklepu, kupił puszkę piwa, wrócił na ławkę, na której przedtem siedział, pociągnął za uszko. Zimny łyk płynu ochłodził przyjemnie gardło. Drugi już nie smakował, a po trzecim Łukasz poczuł, że z tym piwem to pomyłka. Tym bardziej poczuł się oszukany przez los, gdy z zamyślenia wyrwał go pewny siebie głos. Podniósł głowę i ujrzał obok siebie starszego, ogorzałego policjanta w bujnymi wąsami, który uśmiechał się do niego ojcowsko. Dotarło doń, że jest karcony za łamanie przepisów o wychowaniu w trzeźwości. Mówiąc krótko – pić napoje alkoholowe pod gołym niebem wolno jedynie w ogródkach piwnych i przy restauracjach, więc, cóż począć?, trzeba zapłacić mandat. Dwieście złotych to faktycznie niewiele za takie przewinienie.
- Dwieście? Nie mam. - wybełkotał Łukasz. Policjant stracił natychmiast wygląd dobrego wujka.
- To trzeba było myśleć wcześniej. Jak tak, to będzie jeszcze bardziej bolało. Dokumenty poproszę.
- A na co zaraz dokumenty? Mam pięćdziesiąt złotych, to każdy z nas będzie zadowolony. Pan, że mnie pouczył i ja, że dobrze się skończyło.
- I jeszcze próba przekupstwa funkcjonariusza na służbie? O nie, bratku. Chcieliście mieć nieprzekupną policję, to macie. Dowód poproszę, czy mam wołać posiłki?
- Nie trzeba. Proszę.
- Noo taak. Nowak Łukasz, zamieszkały... syn Adama... Adama?
- Tak, Adama, nie ma błędu.
- Kim jest ojciec?
- Co to ma do... Był kolejarzem.
- Maszynistą.
-Tak, skąd pan wie?
- Skąd wiem, to wiem. Nie żyje?
- Od pięciu lat.
- To bierz dowód i spadaj stąd, bo ja twojemu ojcu coś zawdzięczam. A następnym razem nie pij w parku, bo nie popuszczę. No, idź, idź.
* * *
Chodził po parku bez celu podsumowując to, co już wiedział. Doszedł do wniosku, że uganianie się za tajemniczą Anną Kamińską mógł sobie właściwie darować, bo nie posunęło go to ani o włos. Chociaż nie – wyjaśniła się sprawa męża, o którym mówił wąsaty cieć, a który (mąż) tak go wówczas zadziwił, bo przecież pamiętał każdą chwilę nad jeziorem i wiedział, że był pierwszym mężczyzną. Teraz trzeba ją do siebie przekonać, tylko jak? W restauracji jest raczej spalony, bo pewnie pokazano go kelnerom. Byłoby inaczej, gdyby nie była bogata! Żesz to, czemu jest bogata? I od kiedy jest wdową? Ale to już nieistotne. Może i lepiej, że jest samotna. Czy na pewno samotna? Jest taka piękna, nic się nie zmieniła. No, może trochę dojrzała przez te kilka lat, ale ciągle tak samo piękna... “No i co?” - myślał ponuro - “pójdziesz do niej, palancie, napniesz mięśnie i powiesz: patrzaj, jaki jestem piękny! A tak przy okazji: kocham cię. Mogę ci zapewnić prawie dwa tysiące złotych, o ile znajdę pracę, ale nic się nie martw – kierowców potrzebują, zwłaszcza takich po technikum. No, tak jej powiesz? Trzeba to było rezygnować ze studiów po pierwszym nieudanym podejściu? Mogłeś przecież, idioto, próbować jeszcze raz, już po wojsku. No dobra, mogłem – nie mogłem, teraz jest ważne jak ją spotkać. Gdzie Ania mieszka? Śledzić ją? Wypytać Brygidę? No i, głupku zupełny, wiesz, jak się twoja Ania teraz nazywa? Ha, ha – teraz! A wiedziałeś, jak się wtedy nazywała?”
Nieoczekiwanie wpadł prawie na parę młodych ludzi wychodzących z prostopadłej alejki. Sławek prowadzący za rękę jakąś młodą kobietę w widocznej ciąży. Poczuł dziwne ukłucie w sercu. Ki diabeł? Zazdrości Sławkowi tego, że prowadza się ze swoją dziewczyną łapka w łapkę, czy tego, że będzie ojcem? Sławek wyraźnie się ucieszył, przedstawił go dziewczynie, dodając trochę niepokojące słowa “ten, o którym ci mówiłem”. Później dodał, wyraźnie dumny, wskazując na nią: “Asia, moja narzeczona”.
- Miło mi poznać, wiele o panu słyszałam. - powiedziała ta cała Asia miłym, niskim głosem.
- Ło Jezu! - udał zrozpaczonego Łukasz – a co takiego pani o mnie słyszała?
- Same dobre rzeczy. Na przykład o tym, jak pan kiedyś Sławkowi pomógł przy samochodzie.
- Nie ma o czym mówić, każdy by pomógł. - odparł prędko Łukasz, zadowolony czegoś, że chociaż ta dziewczyna nie wie o jego łajdackiej przeszłości ostatnich kilku miesięcy. “Sławek to jednak gość” - pomyślał z uznaniem.
- A my tak sobie spacerujemy – dodał Sławek – korzystając z tego, że już trochę cieplej. Bo Asia, jak widzisz, powinna o siebie teraz bardzo dbać.
- No pewno. Moje gratulacje. Kiedy to?
- Termin mam za dwa miesiące. Trochę się boję, bo to pierwsze dziecko.
- A skryty Sławek jest, że hej! - zaśmiał się Łukasz – nikomu w pracy nie powiedział, do czego doszło. Tylko się stale do pani urywał.
- No bo to wszystko u nas tak trochę na głowie postawione. I wie pan, wyszło na to, że najpierw chrzciny, a później ślub dopiero.
- Bo zapisaliśmy się na odległy termin, a... No wiesz, co tu tłumaczyć? - tłumaczył trochę skrępowany Sławek. - W pracy powiem, jak przyjdzie czas.
- Sławek jest najlepszym mężczyzną na świecie – powiedziała z przekonaniem młoda kobieta.
- No, przepraszając, oczywiście, pana, panie Łukaszu. Ufam mu całkowicie i pozwoliłam, jak pan widzi – zaśmiała się szeroko - żeby zrobił ze mnie uczciwą kobietę, żeniąc się na jesieni.
- No, no – Sławek cmoknął swoją narzeczoną w policzek – nigdy nie wątpiłem w twoją uczciwość, kochanie. Aha, Łukasz – są nowości w pracy. Ten nowy kierowca już wyleciał z wielkim hukiem. A przedtem zdołał zrobić coś, czego jeszcze u nas nie było. Podbił starej oko podczas kłótni w jej gabinecie! Teraz ona chodzi w ciemnych okularach, a wszyscy tylko o tym plotkują.
- No ładnie – powiedział Łukasz, po to tylko, żeby coś powiedzieć, bo zgłupiał na taką wiadomość.
- No i w dodatku stara nie chciała, żeby wzywać policję! Pewnie się wyboru tego osiłka wstydziła.
- Kotku – powiedziała nagle Asia – chodźmy już do domu, bo mnie nogi coś bolą. Umów się z panem Łukaszem kiedy indziej, a teraz przepraszam, ale chciałabym wracać.
* * *
Piwo smakowało jakby lepiej, ale Łukasz poprzestał na jednej puszce. Spędził prawie dwie godziny przed ekranem komputera, no i znalazł wszystko, czego szukał. Wychodząc od restauracji Dunaj, przeszedł do jakiegoś rejestru typu “Kto jest kim” i tam odkrył, że właścicielka tej restauracji nazywa się Anna Lipska. “Mam cię!” - pomyślał. Dalej jednak było gorzej. Próbował tak i siak, ale nie mógł natrafić na żadne inne dane. Zaczęło go to denerwować i wymyślał w duchu sam sobie, oskarżając o nieuctwo i lamerstwo. “Trzeba się było trochę przyłożyć, a nie tylko używać sieci do oglądania gołych dup i opalonych dwupłciowych par w akcji bezpruderyjnego bzykanka na brzegu morza, to teraz nie gapiłbyś się w ekran z tą beznadziejnością szpaka przed obrazem” - wyrzucał sobie, wstukując kolejne słowa w wyszukiwarkę. Zrobił sobie przerwę, słuchając “Zalotów Staszka Gąsienicy”, piosenki, która go śmieszyła za każdym razem, gdy ją odtwarzał, chociaż robił to już chyba z pięćset razy. Gdy charczące skrzypce zamilkły, zaczął szukać od nowa. Wreszcie znalazł jej adres. Postanowił, że pójdzie tam jutro po południu (bo rano czegoś przecież chciała była szefowa) i spróbuje się z nią rozmówić. Po raz pierwszy od kilku dni zasnął szybko.