Fatalna setka FATALNA SETKA

Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


ROZDZIAŁ VII

22.03.2010

Cały poprzedni dzień też stracony. Ze zwykłej, męskiej wrażliwości, którą trzeba zalewać gorzałą. Kiedy poszedł rano do łazienki i spojrzał w lustro, zwyczajnie się przestraszył. Spoglądał na niego zarośnięty zbój o zmierzwionych włosach i ponurych oczach. Piętnaście minut wysiłków (golenie, kremowanie, namaszczanie, eliksir, mleczko, coś tam jeszcze) dało, prawdę powiedziawszy, mizerny rezultat. „I ty chcesz zrobić na niej wrażenie takim wyglądem? Chyba na litość ją weźmiesz, biedny palancie”. Postanowił pojechać skoro świt do domu Ani, a co będzie dalej, to się zobaczy. Zaczął natychmiast wprowadzać ten wyrafinowany plan w działanie. Na miejscu był trochę przed siódmą i miał szczerą nadzieję, że ona jest jeszcze w domu. Willa nie była jakaś przesadnie duża, ale ładna i zbudowana w głębi zadbanego ogrodu. Sprawdził, że płot jest bardzo wysoki, a na szczycie położono drut kolczasty. Ukrył się kawałek dalej w ulicznym śmietniku, z którego miał wcale niezły widok na obserwowany dom. Na razie nic się nie działo. Przez chwilę miał znowu wrażenie, że ktoś go śledzi, bo jakaś postać na końcu ulicy zawróciła gwałtownie, ale zignorował to.


Pół godziny później dalej nic się nie działo. Zaczął się niepokoić. Może wyjechała? W końcu dwa dni stracił na głupie pijaństwo. Nie mógł poczekać z tą rozpaczą? Nie mógł? Nic to. Trzeba czekać.


Tuż przed ósmą z furtki wyszła starsza kobieta, prowadząca za rękę małego chłopczyka o ciemnej czuprynce. Malec perorował coś energicznie, a kobieta, uśmiechając się, odpowiadała cierpliwie. Kiedy przechodzili obok śmietnika i Łukasz mógł słyszeć szczegóły rozmowy, zamurowało go po prostu, gdy opiekunka przyznała dziecku rację, mówiąc: „tak, Łukaszku”. Gapił się głupawo za odchodzącymi i próbował gorączkowo określić wiek dziecka. Sześć lat? Siedem? Miał ciemne włosy, a Ania jest blondynką. No a on – on też ma ciemne włosy! Czyżby...? Czy mogłaby być tak perfidna i okrutna, żeby mu o tym nie powiedzieć?


Podbiegł jak szalony do kutej bramy i zaczął nią trząść z całej siły, wykrzykując jedno imię. Na parterze otworzyło się okno, ktoś wyjrzał, cofnął się i zapadła cisza. Łukasz otrzeźwiał, podszedł do domofonu i nacisnął guzik. Szczęknął rygiel i furtka dała się otworzyć. Sam nie wiedział, jak znalazł się przed drzwiami. Ku jego zaskoczeniu Ania spokojnie wpuściła go do środka. Nie mógł powstrzymać się nawet sekundy.


- Czy Łukasz to mój syn? - wypalił bez powitania. - Ma ciemne włosy, jest w odpowiednim wieku.

- Nie. Łukasz to mój syn.

- W porządku. A kto jest ojcem?

- Usiądź. Porozmawiamy spokojnie. Ale zapewniam cię, że nie ty.

- Dałaś mu moje imię.

- Tak.

- Dlaczego?

- Bo kochałam cię nieprzytomnie.

- Jak to? Przecież myślałaś, że potraktowałem cię jak zdzirę?

- Usiądź wreszcie. Wiesz, dlaczego zdecydowałam się wpuścić cię i porozmawiać, zamiast spełnić groźbę i zawołać policję?

- Mam jakąś szansę?

- Bo zadzwoniła twoja ostatnia szefowa i kochanka – Renata. Musi cię szalenie kochać, skoro zdecydowała się na taki krok. Opowiedziała mi otwarcie, że odrzuciłeś jej propozycję uwicia ci złotego gniazdka w zamian za harce w jej kopulodromie. Czy to prawda?

- Tak.

- Odbiło ci? Myślisz, że masz u mnie jakąkolwiek szansę?

- To dlaczego mnie wpuściłaś?

- Dobre sobie! Twoje ego jest rozdęte niczym ropucha. Wiesz, lepiej już idź i nie wracaj.

- Co mam robić? Kocham cię.

- Znaleźć sobie kobietę (to nie będzie dla ciebie trudne) i jej utrudniać życie. A mnie dać spokój.

- Wierzysz, że to nie ja zostawiłem tę fatalną kartkę i pieniądze?

- Po tym, co wyjaśniła mi Renata – właściwie tak. Pewne fakty zaczęły zaskakiwać na swoje miejsce, jak w układance. Widzisz, ja zaczęłam wtedy strasznie rozpaczać, głośno wyć, jak jakaś nawiedzona i dopiero twoja sąsiadka z namiotu obok zaczęła mnie pocieszać. Wyłkałam jej się na piersi, a ona zaczęła mi tłumaczyć, że z ciebie lepszy hultaj i w ogóle straszny szmondak. To ja wymyśliłam, jak sądziłam, honorowo, że natychmiast wyjeżdżam, a ona przyznawała mi rację. Wtedy poprosiłam, żeby rzuciła ci tę stówę w twarz, a ona – ona obiecała to zrobić. Zrobiła tak?

- Nie.

- No to Renata miała rację. To ta dziewczyna - jak jej było? Aniela?

- Agata.

- To Agata była mózgiem całej sprawy. Ona, pewnie z zazdrości, doniosła na ciebie policji i to ona napisała tę kartkę i podłożyła mi ją, gdy spałam jak dziecko. A stówę sama jej zwróciłam. Wlazła ci do wyra, co?

- No.. tego..

- Oj, Łukasz, Łukasz. Czy ty musisz wszystko, co się rusza, rżnąć równo z ziemią?

- Bądź sprawiedliwa. Odmówiłem Renacie, a myślałem wtedy, że jesteś dla mnie stracona.

- Bo jestem, idioto.


Zadzwonił telefon. Ania prędko spławiła rozmówcę, prosząc o kontakt po południu, w pracy. Zaraz wróciła do rozmowy.


- Dalej było tak. Strasznie rozgoryczona poszłam na studia. Taka zjeżona, nieufna i kolczasta. I znalazł się on – Marek Lipski. Był cudowny, mądry, delikatny i czuły. Przywrócił mi wiarę w mężczyzn i pomógł na nowo pokochać świat. Łukasz jest jego dzieckiem.

- Szybko ci poszło.

- Ty za to pewnie czekałeś na mnie w łóżku tej Agaty.

- Przepraszam. Jestem zwyczajnie zazdrosny.

- Ciąża uniemożliwiła mi dalsze studia i musiałam je przerwać. Skończyłam dopiero w zeszłym roku. Gdy byłam w ciąży drugi raz...

- Drugi raz?

- Nie przerywaj, proszę. Drugi raz, dobrze słyszysz. Przyjechali do nas teściowie. Oni byli bogaci, wybudowali tę restaurację, a mnie, owszem, tolerowali, ale pewnie woleliby, żebym wniosła pokaźne wiano, a ja byłam biedna. No i teść źle się nagle poczuł i mój mąż ich odwoził do domu...

- No i?

- Ciężarówka zrobiła z samochodu miazgę. Za jednym zamachem zostałam cztery lata temu młodą wdową, jedyną właścicielką Dunaju (bo Marek był jedynakiem, a innej rodziny nie było). No i poroniłam.

- Przykro mi...

- Co ty możesz wiedzieć? Żebyś chociaż nie był zwykłym utrzymankiem. I to za nędzne grosze!

- Nie mów tak. To skończone.

- Skończone? Żartujesz! Zaraz sam zobaczysz, mały erotomanie.


Ku zdumieniu Łukasza jego Ania w mgnieniu oka położyła się na grubym dywanie, podpierając się na lewym łokciu.


- Chodź do mnie – zawołała kusząco – możesz mnie mieć. Tu i teraz. No, czemu się wahasz?


Łukasz poczuł natychmiast intensywne uderzenie hydrauliczne i sam nie wiedział, kiedy znalazł się na podłodze, obsypując ukochaną pocałunkami. Wiedziony swym doświadczeniem, nie przerywając aktywności głównej, zrzucił jedną ręką skarpety i zaraz po tym udało mu się wydobyć na światło dzienne jej jedną pierś, której ciemnego sutka dotykał teraz delikatnie końcem języka. Wśród tego nieba dotarło jednak do niego, że Ania, jego Ania zaczyna go odpychać i coś przy tym mówi. Opanował się i otrzeźwiał.


- Co mówisz? - zapytał oszołomiony.

- Poczekaj, Łukasz, poczekaj. Najpierw omówmy warunki.

- Jakie znowu warunki? Przecież się kochamy. Straciliśmy tyle lat, Aniu.

- Kocha...? Ha ha ha, Łukasz, obudź się. Ja ci proponuję to samo, co Renata, tylko z tą różnicą, że innych dziewczyn nie będę tolerować i przy najmniejszym podejrzeniu polecisz na mój śmietnik historii.

- Co takiego? Co...

- Decyduj się: tak, czy nie, mój mały misiu?

- Ja...

- Dobrze, masz pięć minut na namysł – jego Ania wysmyknęła mu się z objęć, poprawiła ubranie i wstała z dywanu. Stanęła przy oknie i wydawała się pochłonięta widokiem ulicy. Łukasz też wstał, schylił się po te nieszczęsne skarpetki, dowód jego przedwczesnej pychy, założył je, podskakując na jednej nodze, po czym stanął tuż przy drzwiach, daleko od okna.

- Powiedz mi jeszcze jedno: to ty kazałaś mnie śledzić?

- Śledzić? Ciebie? Pogięło cię, Łukasz? Za kogo ty się masz? No, czas minął, decyduj.

- ….

- Słucham, a jak nie, to do widzenia.

- Wiesz – powiedział ochrypłym głosem, wpatrując się w nią zbaraniałym wzrokiem – to ja ciebie na piedestale trzymałem tyle lat... pomimo wszystkiego...

- Tak czy nie?

- Wolę sobie, kurwo, gruchę zwalić.

* * *

Patrzyła, jak odchodzi ulicą, przygarbiony, smutny, oklapnięty. Nie ścierała smużki łez, które płynęły jej z oczu. „Boże” - pomyślała - „nie chcę go nigdy więcej widzieć. Spraw, żeby tak się stało”. W tej samej chwili z ulicznego śmietnika wyskoczyła jakaś rosła postać, doskoczyła do Łukasza, chwilę przy nim stała, wykonując gwałtowne ruchy, po czym odwróciła się i zaczęła biegiem uciekać, zostawiając Łukasza, który chwiał się chwilę, trzymając za pierś, po czym upadł bezwładnie na asfalt. Ania zasłoniła otwarte do krzyku usta ręką, wpatrzona w leżące ciało.



Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział



© YPY - Strona poprawiona i publikowana 10.05.2010