|
NOWY GATUNEK | |
Do „pracy” nie miałem daleko, bo przecież cała nasza resztkowa cywilizacja mieściła się w opustoszałym Bwat Kontra. Olbrzymie cielsko obiektu było teraz w znakomitej większości niewykorzystane. Nic dziwnego, skoro zaprojektowano go na ponad sto tysięcy osób... Nawet przy zbudowaniu wewnętrznego miasta objętość konstrukcji była wykorzystana tylko w kilku procentach. W zasadzie nic nie stało na przeszkodzie, żebym pracował nie wychodząc z własnego pomieszczenia, ale wolałem złudę krótkiego spaceru ponad spokój we własnych kątach. Z tego, co wiedziałem, inni woleli raczej, żeby to obowiązki przychodziły do nich, niż odwrotnie. Zresztą – wszystkich osób, które fizycznie czymś zarządzały lub coś kontrolowały była raptem garstka, bo już od dawna większość obowiązków utrzymania technicznego pełniły systemy automatyczne. Cywilizacja doszła do takiego stopnia rozwoju, że mogła sobie pozwolić na nic nie robienie. Wreszcie: co niby mieliby robić biedni epigoni, pozostawieni samym sobie niczym skały ostańce? Byliśmy ostatnią kropką ludzkości na mapie planety.
Wojna, która unicestwiła większość rodzaju miała jeszcze jeden skutek uboczny. W ciągu sześciu wieków klimat był wyjątkowo rozchwiany, a po tym okresie rozpoczęła się era podnoszenia średniej temperatury. Źródła mówią podobno, że ludzkość zaczęła przewidywać taką ewentualność kilka wieków przed wojną energetyczną, ale żadnych szczegółów na ten temat nie znam, bo nie interesowałem się archeologią. Rezultat zmian klimatycznych okazał się nieubłagany i już w wieku XXXII przejście lądowe przez strefę równikową graniczyło z szaleńczym ryzykiem udaru cieplnego. To wówczas przyjęto rozwiązania, które doprowadziły do stanu obecnego.
To w wieku XXXI cała ludzkość postanowiła przenieść się maksymalnie na północ, opuszczając wyspę, która stała się w międzyczasie piekielnie gorąca niczym wulkan. Rozwój techniki był już wówczas na takim poziomie, że dało się tego dokonać w ciągu paru dziesięcioleci. Niedługo po tym klimat zmienił się na tyle, że na wyspę można już było wysyłać jedynie misje specjalne; najczęściej zresztą bezzałogowe. Wkrótce zaprzestano i tego, koncentrując się na nowej idee fixe, którą stał się projekt Gniazdo.
Początkowo rzucono go w przestrzeń jako jeden z wariantów przyszłości. Co najciekawsze, do końca nie wiadomo było, kto jest jego autorem, bo nigdy nie udało się znaleźć źródła projektu. Było to powodem kpiących głosów krytyków pomysłu, którzy utrzymywali, że ma tu miejsce znany od zawsze fakt: sukces ma wielu ojców, zaś porażka jest bękartem. A skoro tu nieznane jest nazwisko pomysłodawcy, więc cała sprawa musi być pomyłką, oszustwem i hucpą mającą na celu zniszczenie ludzkości. Najbardziej zawzięci założyli nawet ugrupowanie Refwadisman7), które otwarcie wzywało do nieposłuszeństwa obywatelskiego i do skierowania wszystkich sił ocalałej ludzkości na wypracowanie technologii pozwalającej na, jak sama jego nazwa wskazywała, ochłodzenie klimatu. Miała to być, rzekomo, jedyna droga wiodąca do przetrwania.
Tymczasem astronomowie odkryli we wszechświecie miejsce, które miało być dla ludzkości ostatnią deską ratunku – niezamieszkałą planetę o łagodnym klimacie, którą wytypowano do kolonizacji. Po kilku latach głośnych sporów, rozważaniu wszystkich za i przeciw uchwalono w powszechnym głosowaniu kroki niezbędne do wprowadzenia w życie długofalowego projektu Gniazdo. W największym skrócie chodziło o porzucenie Ziemi, której atmosfera stawała się w szybkim tempie coraz gorętsza i przeniesienie całej istniejącej ludzkości na tę nowo odkrytą planetę. W tym celu planowano skupienie wysiłku cywilizacji na takim rozwoju technologicznym, by w ciągu pięciu – sześciu wieków ludzkość była w stanie unieść program zbudowania kilkunastu ogromnych statków kosmicznych zdolnych do przeniesienia jej w nowe miejsce. To właśnie dlatego zgodzono się wówczas na wprowadzenie w życie zdobyczy inżynierii genetycznej, co miało pozwolić na zmniejszenie w ciągu tych wieków średniego wzrostu i masy statystycznego człowieka o 40%. Zakładano bowiem, że ułatwi to wydatnie exodus.
Przeciwnicy z Refwadisman ogłosili wówczas secesję i zażądali prawa do przeniesienia się na półkulę południową, wówczas już całkowicie niezamieszkałą. Wybuchły gorszące spory, bo większość, popierająca projekt Gniazdo, tego prawa im, co prawda, nie kwestionowała, ale za nic nie chciała dzielić się z nimi urządzeniami i energią. Ostatecznie podzielono się wszystkim proporcjonalnie i blisko dwieście tysięcy osób przeniosło się na południe. Oznaczało to, oczywiście, znaczne opóźnienie w projekcie Gniazdo i trzeba było modyfikować jego założenia.
Służby specjalne rozwinęły wówczas bardzo nowoczesny, wydajny system szpiegowania południa, pozwalający na monitorowanie dużej części szczególnie ważnych rejonów. Nie muszę chyba specjalnie tłumaczyć, że ten rozłam ludzkości opóźniał planowany odlot. Po mniej więcej dwustu latach powtórzyła się sytuacja sprzed tysiąclecia. Strony najpierw pokłóciły się o źródła energii, po czym zaczęły się zbroić w trybie natychmiastowym i, nieoczekiwanie, wybuchła druga wojna energetyczna. Zarówno Północ, jak i Południe ogłosiły, że to one są zbawieniem ludzkości, a ci drudzy to hochsztaplerzy, zakały ludzkości, podstępnie próbujące opóźnić jedynie słuszne rozwiązania idące ku powszechnej szczęśliwości. Skutki okazały się opłakane. W skali globalnej.
Co prawda Północ pokonała Południe i ludzkość znowu stała się jednością (różnice w wielkości organizmów były już na tyle zaawansowane, że jedynym wyjściem było wytłuczenie południowców do nogi, by zapewnić homogenność), ale w wyniku tej wojny liczebność populacji spadła do około stu tysięcy, a straty materialne okazały się przerażające. Temperatura rosła.
======================
7) Ochłodzenie.