Choroba morska CHOROBA MORSKA


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


ROZDZIAŁ X

Okazało się, że nawet imię panny Chen ma wydźwięk polityczny! Na festynie usiedliśmy razem: pani Basia, panna Chen, Tomek Biernacki i ja. Na szczęście na tyle daleko od orkiestry, że dało się słyszeć, co kto mówi. Ławki twarde, ledwo co heblowane. Przy piwie trzeba o czymś dyskutować, żeby nie wyszło, że chodzi o samo piwo, a nie o zabawę. No to Tomek pierwszy zaczął wypytywać naszego gościa o Chiny i widać było, że jest bardzo zadowolony, że siedzi obok niej (pani Basia usiadła przy mnie). Niby każdy coś tam o Kraju Środka wie, jednak co innego oglądać obrazki na ekranie, albo czytać książki, a co innego słyszeć na własne uszy opowieści kogoś stamtąd, zwłaszcza, że można było dopytywać o szczegóły, kiedy się czegoś nie zrozumiało. Panna Chen najpierw opowiadała o Hainanie, później o swoich studiach w Szanghaju i Pekinie. Kolejnych parę minut zajęło omawianie chińskiej kuchni i pisma, a panna Chen pokazała całej naszej trójce, pisząc na podstawkach pod kufle, jak wyglądają znaki, którymi zapisuje się nasze nazwiska. Najpierw zapisała je w sposób – no, może nie to, że czytelny, bo kto potrafiłby to odczytać - ale jednak w taki, że, wpatrując się niczym cielę w malowane wrota, można było odróżnić poszczególne kropki, kreski i kwadraciki. A później zaśmiała się, że teraz pokaże nam najpiękniejszą, najbardziej podziwianą w Chinach kaligrafię. Zastrzegła się też od razu, że ona w tej sztuce nie jest zbyt biegła, ale postara się dać z siebie wszystko, żeby te same znaki zapisać możliwie pięknie.

Patrzyliśmy cokolwiek oniemiali, jak tym razem spod jej pisaka wychodzi coś w rodzaju pajęczyny, która za nic nie przypominała znaków starannych, napisanych troszkę wyżej na podstawkach. Wyjaśniła nam z uśmiechem, że w tym stylu chodzi o takie uproszczenie znaku, żeby wzbudzić tym zachwyt innych kaligrafów i że jest to specyficzna sztuka, którą potrafią uprawiać tylko nieliczni, bardzo z tego powodu cenieni w jej ojczyźnie. Czytelność jest tu sprawą zupełnie marginalną, a najważniejsze są doznania estetyczne.

Pani Basia mozolnie spróbowała skopiować jeden ze swoich krzaczków na papierowej serwetce, z namaszczeniem prowadząc długopis i co chwilę zerkając na oryginalny znak. Kiedy jednak pokazała rezultat pannie Chen, ta pokręciła głową, mówiąc, że bardzo jej przykro, ale niezbyt się pani Basi udało. Więcej, takiego znaku, jak ten, który wyszedł spod ręki mojej sekretarki, w ogóle nie ma, a najbardziej podobny jest brzydkim słowem, więc lepiej ten znak zamazać. Pani Basia zmięła serwetkę.

Pewnie po to, żeby już nie myśleć o chińskim piśmie, panna Chen zaczęła nam mówić o tym, że imion chińskich jest tyle, ile gwiazd na niebie, i że każde coś znaczy. Tomek na to, że chciałby wiedzieć, co znaczy imię naszego gościa, o ile wolno mu o to spytać. Na to panna Chen, że to żadna tajemnica. Że przez długie lata w Chinach obowiązywała polityka jednego dziecka, czyli że rodzina mogła pozwolić sobie na posiadanie tylko jednego potomka. Na drugie władza nie dawała zgody. Jednak wraz ze wzrostem poziomu życia i dobrobytu zaczęto odstępować od rygorystycznego przestrzegania tej zasady, a już od dawna rząd popiera nową politykę – politykę dwójki dzieci, chociaż okazało się, że teraz społeczeństwo wcale się do tego nie pali, licząc skrzętnie na palcach, ile kosztuje wychowanie pierwszego dziecka. No i właśnie jej imię jest manifestem partyjnego ojca, bo znaczy tyle, co „Pierwsza z dwóch”. Tomek zapytał więc, czy panna Chen ma młodszą siostrę, czy brata. Na to nasza praktykantka wyraźnie posmutniała i, wzdychając, wyjaśniła, że wskutek zabiegu przy pierwszym porodzie jej mama nie mogła mieć więcej dzieci, więc ona jest jedynaczką.

Zrobiło się jakby smutniej, a Tomek, na którym panna Chen też chyba robiła wrażenie, zmienił szybko temat, pytając ją, czy wie, z jakiej okazji ten nasz piknik i całe święto narodowe. Okazało się, że niezbyt, co skłoniło mnie do przypuszczenia, że Azjaci potrafią bardzo dobrze kłamać – po prostu bez mrugnięcia okiem. Pamiętałem przecież doskonale, że panna Chen wiedziała nawet o bohaterach utworów Mickiewicza, więc nasze święta państwowe powinna chyba mieć w małym palcu. A może zwyczajnie chciała pozwolić, żeby Tomek zaczął jej wszystko wyjaśniać? Tylko po co? Spodobał jej się? Czy może pragnęła chwilę pomilczeć, słusznie zakładając, że pochodzenie święta państwowego będzie klarowane długo i mozolnie?

- Nasz pierwszy demokratyczny rząd upadł po dwóch latach od przyjęcia nas do Unii – zaczął opowiadać Tomek – ludzie byli wówczas bardzo niezadowoleni, bo poziom życia, i tak niewysoki, spadł bardzo drastycznie. Po kolejnych wyborach do władzy doszli populiści, którzy wiele obiecali, a niczego nie dotrzymali.

- I to oni zginęli w tym zamachu? - panna Chen zdradziła tym samym, że coś tam jednak o naszej historii wie.

- Tak, ale najpierw przez kolejne dwa lata grali na karcie antybrukselskiej, bo w kraju niczego nie udało im się naprawić, więc gdzieś musieli szukać równowagi. Więcej, bo sytuacja pogorszyła się jeszcze bardziej.

- Bruksela była zaskoczona i nie wiedziała, co robić – dodała pani Basia – uważała przecież, ze wszystkie nowe kraje zostały przyjęte z łaski i, że gdyby nie sytuacja polityczna, pewnie pozostalibyśmy poza Unią.

- I wtedy nasz premier ogłosił uroczyście, przed kamerami, tak zwaną Deklarację Warszawską - ciągnął Tomek – która była jego ostatnimi słowami w życiu. Tu bowiem na scenę wkracza bohater dzisiejszego dnia, Antoni Konaszewicz.

- Sahajdaczny – mruknęła na to pani Basia, upijając łyk piwa. Spiła się kobieta, czy co?

- Co takiego, pani Basiu? - rzucił po polsku Tomek, który, najwyraźniej, też nie chwycił, o co sekretarce chodziło.

- Nic, nic – wycofała się rakiem sprawczyni zamieszania – taki żart, ale długo by tłumaczyć, bo trzeba by do dziewiętnastowiecznej powieści wracać, a po co? Continue, please.

- No więc... o czym ja mówiłem?

- O Deklaracji Warszawskiej – podpowiedziała uprzejmie panna Chen.

- Aha. Więc Konaszewicz był właściwie przez całe swoje życie zawodowym opozycjonistą i walczył z bolszewikami na różne sposoby. Z tamtych czasów znał się z populistycznym premierem i po zdobyciu przez niego władzy został nawet szefem służb specjalnych jako człowiek zaufany i nieprzekupny.

- Niektórzy nawet twierdzili, że był maniakiem – dorzuciłem.

- Konaszewicz miał piękną kartę: więzienia, prześladowania, walka. A tu premier wyskakuje z takim pomysłem! To dlatego Konaszewicz podłożył ładunki wybuchowe w sali, w której odbywała się transmisja – kontynuował Biernacki.

- O, pan doktor! - zawołała podejrzanie radośnie pani Basia.

Faktycznie, z pełnym plastikowym dużym kubkiem piwa w dłoni, odnalazł nas na festynie doktor Piontkowski, który przysiadł się bezceremonialnie przy pannie Chen, zmuszając ją i Tomka do przesunięcia się na drewnianej ławce.

- Cześć wszystkim. – zawołał doktor.

- Dzień dobry, doktorze. – to Tomek i ja.

- Cześć, doktorze. – to pani Basia.

- Hi, Mark. - odpowiedziała melodyjnie panna Chen. Zdążyła poznać jego imię? Przez te dwadzieścia minut nad czekoladowymi truposzami? No, no, proszę. Zaiste kobiety to zagadkowe stworzenia.

- Co robicie? Oprócz picia piwa? Bo za chwilę będą tańce – oznajmił Piontkowski.

- Mówimy o historii – poinformował chłodno Tomek – nic, co by cię mogło zainteresować.

- To nie znasz kadry medycznej – zaśmiał się doktor z pewną ostentacją – my interesujemy się wszystkim.

- Wszystkim to interesuje się wywiad, a nie konowały, którym nawet to nie wychodzi.

- Chcesz się przekonać? Z przyjemnością ci to załatwię – odparł podirytowany Piontkowski.

- Panowie, panowie – mitygowała pani Basia – nie kłóćcie się przy gościu. Jeśli musicie się kastrować, załatwcie to jakoś na boku.

Coś tam jeszcze mówili, już spokojniejszym tonem (chyba się nawet przeprosili), ale nie zwracałem na to uwagi, bo w tłumie mignął mi Szymek. Owinięty na jakiejś dziewczynie o kolorowych włosach! Tak, „owinięty” to było właściwe słowo, bo on jej nie obejmował, tylko przyssał się do niej niczym jakaś potworna ośmiornica wszystkimi swymi mackami. Musiało to być zgodne z oczekiwaniami pannicy, bo śmiała się radośnie, coś tam mu mówiąc pomiędzy jednym a drugim kęsem tej obrzydliwej holenderskiej waty cukrowej. Co jest? Co to ma znaczyć? Miał opiekować się na festynie Krzysiem, i co? Dziewczyny mu w głowie? Przecież gówniarz ma dopiero czternaście lat!

Przeprosiłem moją grupę, mówiąc, że za chwilę wrócę, nie zwracając uwagi na ich zdziwienie wstałem i zacząłem szukać w tłumie syna i tej panny. Już, już wydawało mi się, że odnalazłem ich wzrokiem, ale okazało się, że to jakieś inne małolaty o kolorowych łbach. Też wpite w siebie do granic niemożliwości – widocznie to teraz taki standard. Za naszych czasów było jednak trochę inaczej – pomyślałem i złapałem się na niedorzecznej myśli, że właściwie to szkoda. Odbiło mi, czy co? Przeszedłem, pilnie się rozglądając, cały plac, ale Szymka ani widu, ani słychu. Dotarłem za to do potężnej, pomarańczowej ciężarówki Holendrów, którzy, jak co roku, z dobrosąsiedzkiej życzliwości przyjechali rozdawać za darmo watę cukrową przygotowaną na sposób haski. Chyba ze dwie tony tego paskudztwa rozprowadzali i zawsze ciekawiło mnie, kto to dobrowolnie je? Odpowiedź na to retoryczne, wydawałoby się, pytanie dostałem od ręki, bo zza ciężarówki wyszedł pułkownik Szatybełko pod rękę ze swą grubą połowicą. Obydwoje zaopatrzeni byli chyba w potrójne porcje przysmaku. Ukłoniliśmy się sobie uprzejmie i każdy poszedł w swoją stronę, bo nie należeliśmy do grupy przyjaciół.

Holendrzy przeszli tym razem samych siebie, bo na burcie samochodu nalepili ogromny plakat ze zdjęciem Konaszewicza. Jego ziejące szaleństwem oczy paranoika patrzyły spod krzaczastych brwi. Łysa głowa otoczona wianuszkiem krótkich, siwiejących włosów. Cienkie, zaciśnięte wargi. Prawe oko szklane, bo wybito mu je podczas któregoś z przesłuchań. Był, co prawda, bohaterem narodowym, ale jakoś nigdy nie udawało mi się wykrzesać w stosunku do jego postaci pozytywnego nastawienia. Śmiesznie wyszło, że zamiast podpisać zdjęcie jego nazwiskiem sąsiedzi napisali tam równym, prostym pismem hasło oddające ideę dzisiejszego dnia, choć w może nieco skróconej wersji: „Explosion feast”. A czort z nimi. Na pewno mieli dobre chęci.

Zaszedłem na drugą burtę ciężarówki, gdzie uformowała się spora, trzeba przyznać, kolejka chętnych. Tu klapy były opuszczone i widać było kilka osób uwijających się w środku. Między nimi był Arend.

- Cześć! - zawołał – przyniosłeś mi piwo? Lubię waszą czerwoną Warkę.

- Nie – odpowiedziałem – nie przyniosłem, bo by się ogrzała, a ciepła nie jest dobra. Ale rzuć tę robotę i chodź ze mną, to dostaniesz podwójną porcję. Nie widziałeś mojego syna?

- Symeon? Był tutaj, ale krótko. A Krzysztofa dzisiaj nie widziałem. O którego pytasz?

- O Szymka.

- To go tu nie ma.

- Wiem. Wyłaź i idziemy na piwo.

- Nie mogę. Sjaak zastąpi mnie dopiero za dziesięć minut i wtedy jestem otwarty na propozycje. Wcześniej nie mogę.

- OK. To wrócę tu za kwadrans. Bądź już gotowy.


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


© YPY - Strona poprawiona i publikowana 14.10.2012