Choroba morska CHOROBA MORSKA


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


ROZDZIAŁ IX

W pracy sztampa. Elektryczność w szpitalu naprawiona o tyle, o ile tam dało się cokolwiek naprawić. Zarówno sprawę drogi, jak i zabezpieczenia obiektu numer 10173 odłożono (na razie) ad acta, bo w kasie pusto, a obiecanych pieniędzy centrala nie nadsyła. Bardzo bym się zdziwił, gdyby znalazły się przed końcem półrocza. Ludzie pojechali tymczasem naprawić drobiazgi, które odkryliśmy wczoraj podczas patrolu w zachodniej stacji przekaźnikowej. Pannę Chen zagoniliśmy do studiowania wytycznych europejskich dotyczących zabezpieczania budowli opuszczonych. Powinno jej to zająć z miesiąc, jeśli będzie podchodzić do sprawy po łebku. A gdyby zaraportowała z miedzianym czołem, że dotarła do końca, to mamy w zanadrzu jeszcze więcej, bo euronormy dotyczące wyburzania tutejszej substancji budowlanej są jeszcze obszerniejsze i dużo bardziej skomplikowane. Tak więc wszystko wydaje się pod kontrolą, choć bardziej przypomina to bezruch, niż porządne naprawy. Z pustego nawet Salomon nie potrafił jednak nalać, a my nie stoimy w miejscu z głupoty, czy z lenistwa, tylko z prozaicznego braku funduszy. Szkoda, że lista prac do natychmiastowego wykonania wydłuża się z każdym dniem. Jeśli do końca tygodnia nie będzie przelewu na konto SUT-u, trzeba będzie jeszcze raz zgłosić ostry protest. W tym kwartale już trzeci... Jak tak dalej pójdzie, zostaniemy tu na kupie szmelcu.

Pani Basia, usłyszawszy moją opowieść o przeżyciach stołówkowych najpierw załamała ręce, później poszperała w sieci, coś tam znalazła i pobiegła na chwilę do stołówki. Wróciła zadowolona, bo (jak mówiła) udało jej się przekonać kucharza do zrobienia dzisiaj jednej porcji specjalnie dla panny Chen. Ściśle według przepisu ze strony „Kuchnia Azji”. Na razie nic o tym naszej praktykantce nie mówiliśmy, bo to ma być niespodzianka. Zobaczymy w stołówce, co wyszło z dobrych chęci. Zerknąłem na kopie plików znalezionych przez panią Basię: zupa szpinakowa z dodatkiem młodego suszonego narybku, krojone w cienkie paski mięso wieprzowe o zapachu ryby, pierożki z krewetkami, gotowany na parze ryż. Z tego wszystkiego (oprócz ryżu) jedynie te pierożki brzmiały sympatycznie. Dlaczego wszystko ma trącić rybą? Ciekawe jeszcze, na ile potrawy wykonane przez naszego szefa kuchni rodem gdzieś spod Cieszyna, będą przypominać azjatyckie oryginały? No i skąd on weźmie „suszony młody narybek”? Było, nie było – dobra wola została okazana. Właściwie nawet w nadmiarze, ale co tam. Niech się dziewczyna czuje jak najlepiej na obczyźnie. Jeżeli przygotowane potrawy spotkają się z dobrym przyjęciem kucharz obiecał bawić się w chińszczyznę do końca pobytu praktykantki. Pod warunkiem, że wymienimy wreszcie zepsute czujniki w komorze ciężkiej. Nie wiedział, że ten punkt został niedawno zaakceptowany, więc pani Basia, po krótkiej komedii na potrzeby personelu kuchennego, zgodziła się na tę naprawę.

Trochę po dziesiątej – bęc! - zgłosili się telefonicznie agenci Krówka i Niedręga, anonsując, że przyjadą na popołudniowy festyn jako dziennikarze piszący reportaż o naszej części Morza. Dla niepoznaki z ramienia praskiego pisma „Žena a život“ i żeby im ułatwić pierwsze spotkanie z obcokrajowcem. Wytłumaczyłem, że jako cudzoziemcy muszą najpierw skontaktować się z lokalnym dowódcą, pułkownikiem Szatybełką, uzyskać stosowne zezwolenia (tu przerwali, że wszystkie papiery mają już załatwione, występują jako Polacy, a tylko pracują dla czeskiego pisma, żeby trudniej było to sprawdzić i żebym im nie utrudniał), a spotkanie na festynie na pewno da się jakoś tak zaaranżować, żeby wyglądało na prawdziwy wywiad dla prasy.

Ledwie odłożyłem słuchawkę, kiedy zadzwonił Arend z informacją, że ta ich skandalizująca telewizja ma podobno zgodę na wjazd do naszej strefy i wybiera się wszystkimi zielonymi samochodami na festyn; pewnie w nadziei, że stanie się coś kompromitującego. Śmiać mi się chciało, bo co za news można zdobyć na naszym festynie w zapyziałym Nowym Mieście Nr Dwa? Chyba taki, że się znowu pracownik służby sanitarnej, niejaki Bogumił Machaczek, upije piwem i będzie śpiewać „Po cóżeś mnie, matuleńko za mąż wydała” na dwa głosy. Co mu, nawiasem mówiąc, nawet całkiem nieźle wychodzi, chociaż na co dzień Machaczek jest cichym i nieśmiałym, niewysokim człowiekiem, a pojedynczy człowiek śpiewający na dwa głosy jest, przynajmniej dla mnie, czymś zjawiskowym. Korzystając z okazji zapytałem Arenda, czy i w tym roku przywożą dzieciom haski deser i dowiedziałem się, że taki jest plan, a nawet, że będzie o dwadzieścia procent więcej, niż ostatnio. No i dobrze, przynajmniej dzieciom smakuje ta ich ulepkowata wata. Fajnie, to czekamy. Tot ziens. Tot ziens.

Pani Basia, poproszona o zajęcie miejsca w fotelu u mnie, mało się ze śmiechu nie popłakała, kiedy opowiedziałem jej o agentach Krówce i Niedrędze.

- W porządku – powiedziała – może to nie jest najważniejsze zadanie całego naszego kontrwywiadu, więc trudno wymagać nie wiadomo czego i budżetu idącego w miliony, ale przyzna pan, szefie, że brzmi więcej, niż śmiesznie. Chyba i ja muszę się postarać, po powrocie do kraju, o pracę w tamtych rejonach.

- Jakich rejonach, pani Basiu? Bo chyba nie załapałem?

- No przecież, że szpiegowsko – antyszpiegowskich. Jeżeli takie mają pomysły, to pewnie i ja, jako sekretarka z doświadczeniem, zupełnie bym się tam sprawdziła.

- Oj, pani Basiu, pani Basiu – pokręciłem z udawanym oburzeniem głową – a pani to wciąż się domaga pochwał. Przecież wszyscy tu wiedzą, że jest pani w całej naszej części Morza klasą samą dla siebie, najjaśniej błyszczącą perłą wśród wszystkich sekretarek. I, że wszyscy mi pani zazdroszczą. Nawet pułkownik Szatybełko.

- Tak? To niech mi nowy sprzęt wreszcie kupią, bo ten, na którym pracuję, to właściwie sznurkiem już powiązany i cud, że w ogóle coś jeszcze z niego można wycisnąć.

- Ile wniosków już posłaliśmy? Chyba nie zliczę. W Warszawie to pewnie postanowili sobie niczego tu już nie kupować aż do Sztokholmu III.

- A wie pan, szefie, że to możliwe? Dmuchają na zimne.

- Co tu dmuchać? Wszystko chyba jest jasne.

- Wie pan, co mówi mądrość ludowa? Nie mów hop...

- No, niby tak. Cholera ich wie, co postanowią.

- A zmieniając temat – pani Basia odchyliła się lekko, żeby zerknąć, co robi siedząca w sekretariacie panna Chen – jedzie pan teraz do szpitala zerknąć na ten rozpadający się generator? To może niech pan ją tam ze sobą zabierze, bo zwariuje dziewczynisko nad tym biurokratycznym bełkotem i będziemy mieli kłopot. Niech pozna lekarzy...

- Myśli pani o mojej żonie?

- To też, ale może bardziej o doktorze Piontkowskim. Ładny, postawny mężczyzna, świetnie po angielsku mówi i był na kontrakcie gdzieś tam w Azji. W dodatku – mrugnęła do mnie porozumiewawczo, wymawiając to słowo z naciskiem - kawaler. Sama bym do niego szła co chwilę na badania, gdybym była młodsza. Może się dogadają? - oczy pani Basi lśniły niczym gwiazdy.

- Pani Basiu, nie będziemy tu nikogo swatać, a Piontkowski był, jeśli się nie mylę, gdzieś w Indonezji, czy na Nowej Gwinei, więc sobie o Wielkich Chinach nie pogadają. Ale sam pomysł, żeby ją zabrać od tych ogłupiających papierów jest przedni – niech jej pani powie, że za kwadrans ruszamy.

Zdążyłem tylko przejrzeć papiery, podpisać korespondencję i zanieść teczkę pani Basi, kiedy znowu zadzwonił mój teść. Rozmowa była krótka, ale w powodzi różnych spraw rodzinnych znowu przemycił wiadomość, że potrzebuje naszej pomocy w remoncie altanki na działce. Zaczęło mnie to niepokoić. Co takiego się dzieje (o czym w dodatku, nie mamy pojęcia), że on panikuje? W wiadomościach niczego groźnego nie było, a zarówno wczoraj słuchałem dziennika w domu, jak i dzisiaj, już w pracy, przejrzałem kilka portali, w tym obcojęzyczne, żeby nie zasklepiać się w propagandzie z Warszawy. I nic, żadnego śladu niepokoju! To czego teść chce?

Zastanawiałem się, czy nie iść do szpitala spacerem (miasto nie jest szczególnie rozległe), ale zdecydowałem się wziąć służbowe auto. Panna Chen nie wyglądała na taką, która jest przyzwyczajona do wysiłku fizycznego, więc może lepiej nie kusić licha, żeby mi nie zasłabła po drodze. No i całe szczęście, że nie poszliśmy pieszo, bo już w samochodzie zaczęła narzekać, jak tu zimno. Zmieniłem natychmiast nastawienie klimatyzacji, ale to wywołało tylko uśmiech zażenowania praktykantki. Wytłumaczyła, że źle się wyraziła, bo w samochodzie jest akurat, ale nie spodziewała się, że temperatury wiosną są tu tak niskie. Jak to: niskie? - zdziwiłem się szczerze. Przecież jest dobrze ponad dwadzieścia stopni. Bardzo przyjemnie.

Tu panna Chen zaczęła wyjaśniać, że prawie całe życie spędziła na Hainanie, gdzie nawet zimą jest o wiele cieplej, niż tu teraz. Dojechaliśmy do szpitala i dalszą część monologu wysłuchałem zamykając drzwi samochodu. To śmieszne – uśmiechnęła się szeroko panna Chen – powinnam niby być przyzwyczajona do niskich temperatur, bo przecież urodziłam się w Czycie. Ale ojca, który był tam wicegubernatorem przeniesiono wkrótce na Hainan, kiedy byłam jeszcze małym dzieckiem, więc do mrozu nie zdążyłam się przyzwyczaić.

O, cholera! - pomyślałem, zapraszając gestem do wejścia do szpitala. Córka wicegubernatora Nowych Terytoriów. Chyba dobrze pamiętam, że Czyta była stolicą południowej części chińskiej Syberii? A później jeszcze służbowe przeniesienie na Hainan, który był najbardziej zaawansowaną technologicznie częścią tego kraju, matecznikiem myśli technicznej i źródłem większości patentów w dziedzinie informatyki i robotyki. To mogło znaczyć tylko jedno: że chiński mandaryn, ojciec mojej praktykantki należał do bardzo ścisłego grona zaufanych aparatczyków, czyli że był zarówno obłędnie bogaty, jak i ustosunkowany. Krówka i Niedręga nie będą jej chyba odstępować na krok, jeżeli dowiedzą się, że mają do czynienia z dygnitarzówną takiej rangi. A może już wiedzą? Właściwie to jakiś cień przydzielony Chince przez Warszawę w celu ochrony osobistej też by mnie specjalnie nie dziwił. Może Krówka i Niedręga mają tylko skupić na sobie uwagę, bo ich misja została przecież w dziwny sposób ujawniona, gdzie tylko się dało.

No ale – przyszło mi do głowy na schodach – pani Basia miała, jak zwykle, rację. Mając takie koneksje panna Chen mogła na praktykę pojechać w dowolne miejsce świata, wszędzie witana z otwartymi ramionami. Dlaczego więc wybrała akurat Nowe Miasto Nr 2? Zaczęło mnie to nawet trochę niepokoić. Oby nic złego nie przydarzyło się naszemu gościowi w trakcie pobytu tutaj, bo centrala zaczęłaby mieć pretensje, jakbym to ja prosił o przyjazd któregokolwiek z praktykantów.

Wizyta w szpitalu przebiegła gładko. Spotkaliśmy się z dyrektorem zarządzającym, później dokonałem oficjalnej inspekcji feralnego generatora awaryjnego. Wyglądał, jakby wyciągnięto go z muzeum, gdzie, w dodatku, był źle konserwowany. Istna ruina! Byłem pod wrażeniem, że Biernacki w ogóle potrafił ten złom uruchomić, zwłaszcza, kiedy przyjrzałem się dokładnie, w jakim stanie był regulator obrotów. Cuda jednak mają czasem miejsce. Wyszło też na to, że zabranie panny Chen było świetnym pomysłem, bo, co prawda, patrzyła na generator z niemaskowaną odrazą, ale za to dyrektor wpatrywał się w nią jak w obrazek, najwyraźniej zachwycony jej specyficznym, azjatyckim pięknem. Posunął się nawet do tego (co było u niego aktem niebywałej rozrzutności), że po inspekcji zaprosił nas na kawę do pokoju lekarzy, a nie, jak to miał zwykle w zwyczaju, pożegnał natychmiast jeszcze w podziemiach budynku. Lekarska kawa była obrzydliwą lurą, pewnie po to, żeby, z pełną świadomością skutków ubocznych, pić jej mniej. Panna Chen wydawała się zadowolona, poznawszy naszych lekarzy i miałem wrażenie, że najchętniej rozmawiała z doktorem Piontkowskim, który emablował ją zupełnie otwarcie. A może tylko mi się wydawało, po rozmowie o nim z panią Basią, a młody lekarz starał się być zwyczajnie uprzejmym? Korzystając z okazji zamieniłem parę słów z Zosią, która dzisiaj miała dyżur, więc mieliśmy się zobaczyć dopiero jutro.

Na kawie, zamiast rytualnych dziesięciu minut, spędziliśmy prawie pół godziny. Dyrektor nie był zachwycony tym, że nie jestem w stanie potwierdzić generalnego remontu generatora. Klarowałem mu, że, owszem, generator jak najbardziej kwalifikuje się nie to, że do naprawy, tylko od razu do wymiany na nowy, ale nie mam na to funduszy. Nie wydawał się zadowolony, ale protestował mniej, niż się spodziewałem. Zasugerowałem, żeby naciskał poprzez swoje kanały, to może to coś pomoże.

- Co pan? - machnął ręką, wyraźnie zrezygnowany – dobrze chociaż, że akumulatory są sprawne, to przynajmniej nie strach, że ktoś nam umrze na stole z braku prądu.

W czasie, kiedy ekspres wypluwał kolejne kawy, doktor Piontkowski klepnął się ostentacyjnie w czoło i powiedział, że zaraz coś do niej znajdzie. Coś ciekawego, co jest absolutną nowością i na pewno nas zainteresuje. On dostał to niedawno od swojego szwagra, który dużo podróżuje po Europie i przywiózł to z Czech. Otworzył jakąś szafkę, chwilę w niej czegoś szukał i wyjął stamtąd niewielką paczkę, taką wielkości pudełka do butów. Postawił ją na stole i oczom wszystkich ukazał się napis wielkimi, czerwonymi literami: „Malý kanibal 10-16. A pod spodem, trochę już mniejszymi literami: „Chcete, aby vaše dítě se stal lékařem?”. Jeszcze niżej był kolorowy obrazek pokazujący (jeśli tylko dobrze zrozumiałem to, co widziałem) wyrywanie pacjentowi serca przez, azteckich chyba, ale tu bym się nie kłócił, kapłanów. Na samym dole widniał spory napis bardziej fikuśną czcionką: „Zlata Praha - cukrovinky a bonbony“. Na bocznych zaś ściankach zmieszczono gąszcz napisów we wszystkich językach unijnych.

- Jest jeszcze – powiedział ze znaczącym uśmiechem doktor – wersja 16+, która pokazuje parę splecioną w miłosnym uścisku, ale tę, prawdę mówiąc, już zjedliśmy, więc jej wam nie pokażę. Może jeszcze gdzieś zostało pudełko, takie bardziej sześcienne niż to, ale nie jestem pewny, czy go nie wyrzuciłem.

To mówiąc zdjął pokrywkę i ujrzeliśmy wnętrze tej specyficznej bombonierki. Na dwóch katafalkach złotawego koloru leżały na plecach nagie ciała kobiety i mężczyzny z czekolady, w skali chyba gdzieś tak jeden do dziesięciu. Przy tym kobieta była jeszcze nietknięta, zaś mężczyzna nie miał jednej nogi, genitaliów, jelit, mostka i żeber. Rozpoznawałem za to wyraźnie nerki, wątrobę, płuca i coś, co brałem intuicyjnie za śledzionę i przeponę. Przynajmniej chyba. Serca też nie było – widocznie już je kumple doktora Piontkowskiego pożarli. Każdy z organów był wykonany z czekolady innego koloru, a wszystko razem było jakoś tak połączone, czy posklejane, że trzymało się kupy. Robiło to, oględnie mówiąc, mieszane wrażenie. I chyba nie tylko na mnie, bo pozostali też zamilkli kontemplując czekoladowe figurki. Najwyraźniej doktorowi nic nie odbierało apetytu, bo zaczął zachęcać do kosztowania, szczególnie polecając łydki, niebieskawe nerki i szare płuca, bo każdy element miał mieć inny smak. Dyrektor sięgnął po nerkę, mrucząc przy tym pod nosem „viens entre mes reins”, aż spojrzałem na niego nowym okiem, bo nigdy bym go o ten typ humoru nie podejrzewał. Panna Chen, z widocznym wahaniem, wzięła lewe płuco.

- Dobry wybór. – ryknął z werwą doktor Piontkowski, a ja skorzystałem z okazji i spytałem Zosię przy oknie, czemu mi nigdy nic nie mówiła o kanibalistycznych zabawach w szpitalu, skoro to taki medyczny hicior. Małżonka spojrzała spod oka i oznajmiła, że widzi tę nekrofilską czekoladkę po raz pierwszy, że wcale jej się to nie podoba, że Marek (czyli pewnie doktor Piontkowski) przesadził, że pewnie jadł czeskie bezguście tylko z kolegami lekarzami, ją seksistowsko pomijając i że, wreszcie, jest bardzo niemiło zaskoczona moim brakiem zaufania. Zajęło mi sporo czasu, zanim ją udobruchałem. Staliśmy pod oknem, popijając stygnącą kawę z kubeczków, podczas gdy pozostali siedzieli przy niskim stole, coś tam sobie opowiadając. Wreszcie, z udawanym żalem, oznajmiłem, że czas na nas, bo służba nie drużba.

Zabrałem pannę Chen (doktor Piontkowski wydawał się być rozczarowany) i pojechaliśmy prosto do stołówki, bo już minęła pierwsza. Aż dziwne, że praktykantka nie umierała dzisiaj z głodu, ale może zaczęła się przyzwyczajać do naszego rozkładu dnia? A może płuco było faktycznie wysokokaloryczne? Przed wejściem spotkaliśmy panią Basię, która zajęła się panną Chen iście matczynym gestem, obejmując ją ramieniem i tak prowadząc do środka. Tłumaczyła jej przy tym pomysł „prawie chińskiego” obiadu i bardzo była ciekawa, co nasz gość powie na osiągnięcie polskiego kucharza w tym względzie.

Poszło dużo lepiej, niż się spodziewaliśmy. Podczas gdy my jedliśmy flaki i bigos z kartoflami, panna Chen przełykała swoje kolejne chińskie dania bez widocznego oporu, a na koniec bardzo nam podziękowała, mówiąc, że czuje się wzruszona naszą troską. Że udało się nam przygotować obiad, który był zupełnie w chińskim stylu. Że pierożki były, po prostu, idealne, jakby podano je w najlepszej restauracji w Haikou albo w Sanya. Ze prawdą jest to, co mówią o gościnności naszego narodu. Spytała nawet, czy może wyrazić swą wdzięczność kucharzowi i poleciały obydwie z panią Basią, żeby mu się rzucać na szyję. Miałem wrażenie, obserwując tę scenę przez uchylone drzwi do kuchni, że stary oblech jakby za długo ściskał szczupłą Chinkę, gładząc ją niby po ojcowsku po ramieniu, ale co tam! Najważniejsze, że wszyscy byli zadowoleni.


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


© YPY - Strona poprawiona i publikowana 14.10.2012