Choroba morska CHOROBA MORSKA


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


ROZDZIAŁ XI

Rano obudziłem chłopców, a sam zszedłem do kuchni. Kiedy Zosia jest na dyżurze muszę sam zajmować się porządkiem przy śniadaniu. Wyjąłem chleb, dżem i jakieś smarowidło, które miało być „masłem ze śmietany”. Pewnie wierutne kłamstwo, jak zwykle w sklepach. A może i nie? Zacząłem przygotowywać tosty i jajecznicę, licząc na to, że chłopcy też zaraz zejdą. Od czasu do czasu nawet lubię robotę w kuchni, chociaż myśl, że miałbym codziennie robić to samo wcale mi nie odpowiada. A Zosia jakoś daje sobie z tym radę. I za to też ją podziwiam.

Żeby w dodatku doktora Piontkowskiego trafił jakiś nagły paraliż, byłoby jeszcze lepiej. Wczoraj widać było gołym okiem, że ma ochotę zrobić na pannie Chen wrażenie, ale Tomek przeszkadzał mu w tym bardzo wydajnie, mając, najwyraźniej, własne plany. Kiedy przyszliśmy z Arendem do stolika obaj panowie sobie dogryzali, a praktykantka udawała, że nie rozumie, o co chodzi. Zgłoszenie się dwóch reporterów z czeskiego pisma wydało mi się wybawieniem, bo przynajmniej Biernacki z Piontkowskim nie mieli pretekstu, żeby przeszkadzać w udzielaniu wywiadu. Agenci Krówka i Niedręga nie odpowiadali mojemu wyobrażeniu o agentach – wcale nie byli masywni i nie nosili czarnych okularów. Rozmowa z dziennikarzami trwała prawie godzinę i, jeśli się nie mylę (bo też nie przeszkadzałem, idąc z Arendem po kolejne piwa; pani Basia na widok Holendra znikła, jak za dotknięciem różdżki), uzgodniono, że będzie jeszcze dalsza część - tyle, że pod koniec pobytu, żeby spytać o wrażenia.

Dziwne też, że zapowiadani holenderscy łowcy skandali wcale się nie pokazali. Zresztą umarliby z nudów, bo nic a nic się nie wydarzyło i nawet Bogumił Machaczek w tym roku nie poczuł natchnienia, żeby śpiewać piosenki ludowe, chociaż (a może właśnie dlatego) wiele osób czujnie mu się przyglądało spod oka. A z Zosią muszę ostrożnie porozmawiać. Ostrożnie, żeby jej nie urazić swoimi podejrzeniami. Chyba, że może byłaby szczęśliwa konstatując, że po tylu latach małżeństwa jestem zazdrosny? Kto zrozumie kobiety? Te rozmyślania przerwał mi jednak dziki wrzask – to chłopcy wpadli do kuchni z krzykiem, bo Szymek tarmosił Krzysia, a ten starał się mu uciec.

- Zakochany, zakochany! - krzyczał mój młodszy syn, siadając na swoim miejscu przy stole.

- Już nie żyjesz, głupku! - odwarknął na to mój starszy syn, zajmując swoje miejsce.

- Chłopcy, spokój – rzuciłem przez ramię – właśnie kończę robić jajecznicę z mlekiem i, jeżeli nie będzie tu spokoju, na pewno ją przypalę, bo nie jestem mamą.

- Wiemy – mruknął Szymek. Nie po raz pierwszy stwierdziłem, że jego poczucie humoru stało się już wyraźnie nad wiek wysublimowane.

- Zakochany, zakochany! - piłował dalej Krzyś.

- Zamknij się! - krzyknął Szymek.

- Chłopcy, spokój – zaapelowałem dydaktycznie, nakładając im jajecznicy. Przypomniałem sobie w jednej chwili ową niebieskowłosą pannicę, która wczoraj prowadzała się z moim chłopakiem i postanowiłem zbadać delikatnie sytuację – Szymku, o czym on mówi?

- A, takie tam... – zbagatelizował natychmiast Szymek, mocniej dziobiąc widelcem talerz.

- Piękna Eeltje, piękna Eeltje! O! Jakże cię kocham, Eeltje! Mój kwiatuszku, moje słoneczko!

- Skąd wiesz, jak ona ma na imię? - to Szymek, wyraźnie zdziwiony wiedzą brata.

- Podsłuchiwałem! - to Krzysztof, wyraźnie dumny ze swej zaradności.

- Co ty tam rozumiesz! - to znów Szymek.

- Chłopcy, proszę o spokój! Szymek, twoja dziewczyna jest Holenderką? - a to ja, jako głos rozsądku w tym morzu rozbuchanych afektów.

- Nie... nie gniewasz się, że chodzę z Eeltje? - Szymek pochylił głowę w talerz, więc jego głos był nieco przytłumiony, ale zdradzał, że bardziej chłopcu na sprawie zależy, niż chciałby to okazać.

- Nie. Dlaczego miałbym się gniewać? Wiesz, może to trochę za wcześnie, ale, w sumie, całkiem naturalne. No i – postanowiłem rozładować sytuację trochę ryzykownym sposobem – jak już, to wolę, żebyś chodził z dziewczyną, niż z chłopakiem.

- Eee – Szymek dał się złapać na ten marny haczyk – u nas w klasie tylko Julek Patrałek jest kochający inaczej, ale nikomu nie chce się go z tego powodu niszczyć, bo co to za frajda?

- No to lepiej – zgodziłem się prędko, żeby nie wdrukowywać im niepotrzebnie niechęci do ludzi o odmiennych upodobaniach, bo byłoby to pod prąd wszystkich obowiązujących w Europie zasad i mogłoby im utrudnić później dorosłe życie – a to z tą Eeltje widziałem cię wczoraj na festynie?

- No jasne, tato – Krzyś wysunął wargi w śmieszny ryjek i wybełkotał – kocham cię, Eeltje.

- Tato, nie pozwól mu – poskarżył się zaczerwieniony na buzi Szymek.

- Krzysiu, nie dokuczaj mu. Ty też się kiedyś zakochasz – mitygowałem młodszego.

- Ja? Nigdy! - oznajmił nam Krzyś z całą mocą swoich dziesięciu lat – baby są głupie.

- Krzysiu, cicho! Sam się kiedyś przekonasz, jak to jest z tymi babami. Szymku, Eeltje to ta dziewczyna o włosach koloru ultramaryny?

- Jakiej ultramaryny? Ona ma niebieskie włosy. Taka moda.

- Ultramaryna to intensywny niebieski, nieuku – mruknąłem – czyli, że to jednak ona. Jak ją spotkałeś? Była wczoraj na festynie z grupą rozdającą słodycze?

- To nie wiesz, że nasze szkoły są w stałym kontakcie? Znamy się od dawna, a... a chodzimy... od kilku miesięcy. Jej mama jest nauczycielką. Może ją znasz z widzenia, to Mevrouw de Jong-Smit. Uczy geografii, przyrody i fizyki.

- Prawdę mówiąc, nie kojarzę. A jak wy się dogadujecie? Po angielsku?

- Na początku to tak. Ale teraz to już po niderlandzku.

- Jak to? O ile pamiętam, holenderski w twojej szkole jest na opłakanym poziomie i było wiele skarg.

- No tak, ale przecież często chodzę do mamy, do szpitala. A tam prawie zawsze spotykałem pana Marka. To nie wiesz, tato, że on był kilka lat w Indonezji i mówi płynnie po niderlandzku i po malajsku, czy tam po indonezyjsku?

- Coś słyszałem...

- On jest bardzo fajny i, jak się dowiedział, że mi się Eeltje podoba, to sam zaproponował, że mi w niderlandzkim pomoże, żeby mi było łatwiej.

No ładnie – pomyślałem. Własny syn zwierza się ze swoich pierwszych miłości obcemu człowiekowi, a nie ojcu. Zaraz, zaraz - a czy ja się swojemu ojcu zwierzałem? No dobrze. A dlaczego doktor Piontkowski był „prawie zawsze” tam, gdzie Zosia? Do tego muszę jeszcze wrócić, ale to jak Zosia przyjdzie po pracy.

- Pan Marek jest bardzo śmieszny – ciągnął Szymek – bardzo często, kiedy przychodzę, powtarza te same słowa, że „Indianie atakują nad ranem, a Szymek o dowolnej porze”.

Zmartwiałem, trafiony zatrutą strzałą, wypuszczoną przez synka całkiem przecież nieświadomie. „Indianie atakują nad ranem” to powiedzenie tego pięknego bawidamka? Dlaczego niedawno usłyszałem te słowa we własnej sypialni? Co to ma, do cholery, znaczyć?

- No i wczoraj... - podpowiedziałem, żeby coś powiedzieć, starając się tymczasem wziąć w garść.

- No i wczoraj pani de Jong była w obsłudze holenderskiego bufetu na kółkach. Bo oni go używają na wszystkich swoich imprezach, zarówno tych sportowych na stadionie, jak i tych rowerowych, a nawet na siedzeniu na palach też. I zabrała Eeltje, bo nie ma nic przeciwko temu, że ona chodzi ze mną. Mam nadzieję, że ty też nie masz.

- No... jeżeli to nie odbije się na wynikach w nauce, to porozmawiam z mamą.

- A odbiło się dotąd? Nie! To o czym tu rozmawiać z mamą, skoro odbyliśmy taką męską rozmowę. No i wiedz, tato, że ja się muszę z Eeltje ożenić.

Bęc! Zakrztusiłem się kawą i oblałem sobie przód koszuli. Odstawiłem natychmiast filiżankę. Co takiego? Czternastoletni syn uczynił nas dziadkami i opowiada o tym z takim spokojem przy śniadaniu? Jak gdyby nigdy nic? Mój ty Boże! Spojrzałem w dół i starałem się dłońmi zrobić trochę porządku z plamą kawy na piersi, ale to nie dało żadnego rezultatu. Czemu Zosi nie ma akurat dzisiaj w domu? Ona by wiedziała, jak dalej poprowadzić rozmowę i bezczelnego smarkacza nie rozszarpać na miejscu. Musiała mieć ten dyżur akurat dzisiaj?

- Co takiego? Czy ja dobrze słyszę? - mimowolnie podniosłem głos, marszcząc brwi i wpatrując się w twarz syna – Chcesz powiedzieć, że przez ciebie będę dziadkiem?

- Co... Co? Co ty opowiadasz? Jakim dziadkiem? - zdziwił się szczerze Szymek, trochę wystraszony moim wybuchem.

- No, przecież mówiłeś, że musisz się z nią ożenić? To niby jak mam to rozumieć, synku?

- W przyszłości – wyjaśnił z godnością Szymek – w przyszłości muszę się z nią ożenić, bo mamy poważne plany, a nie teraz. Ale najpierw musimy skończyć szkoły i pewnie jakieś studia. Ona też tak uważa, chociaż czasem mam wrażenie, że chciałaby wszystko przyśpieszyć.

- Oni się tylko całowali w krzakach – dorzucił Krzyś, zmieniając głos na śmieszne sapanie, które pewnie wydawało mu się kwintesencją amorów – namiętnie. Och, Eeltje! Och, Simon! Ik hou van je.

- Jeszcze zobaczysz! - wrzasnął Szymek do brata.

- Chłopcy, spokój. Rozumiem, że śniadanie zakończone. Zmywa ten, kto pierwszy wróci do domu. A teraz lećcie do szkoły. I żeby mi się obyło po drodze bez rękoczynów, dobrze?

Przyznam, że spadł mi kamień z serca, ale musiałem jeszcze trochę się uspokoić. No i zmienić koszulę. On musi się ożenić, ale w przyszłości! Kiedyś mnie do zawału doprowadzą. I wtedy zadzwonił telefon. Byłem pewny, że to teść z jego obsesją remontu altanki, ale okazało się, że to pułkownik Szatybełko. Dzisiaj rano – oznajmił – odkryto niepokojące napisy w naszej części obszaru. Wojsko już je sfotografowało, zeskanowało, powieliło, przerysowało i obmierzyło, a teraz trzeba, żeby służby techniczne natychmiast je zniszczyły w celu uniemożliwienia wywołania skandalu. Szczegóły już przesłane do SUT. Proszę o sprawozdanie. Jak najszybciej. Sprawa super pilna.

Jadąc do pracy zdałem sobie sprawę, że zapomniałem porządnie nagadać Szymkowi za to, że puścił młodszego brata samopas, a miał się nim przecież wczoraj opiekować, tylko wolał zatracić się w przepastnych holenderskich oczętach. Lepiej, kiedy przy takich rozmowach jest Zosia – ona nie zapomina o niczym. Ech! Zaraz jednak całą uwagę zaprzątnęły mi tajemnicze napisy, które pojawiły się tym razem na naszym terenie. Kto może być ich autorem? Czy to kontynuacja tego, o czym mówił wczoraj na patrolu Van Wortelkoek? Kiedy prawie już dojeżdżałem do pracy zadzwonił telefon; przełączyłem na głośny odbiór. To pani Basia ponaglała, bo w poczcie są istne rewelacje. Niestety – dodała – lepiej, żeby ich w ogóle nie było.


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


© YPY - Strona poprawiona i publikowana 14.10.2012