Choroba morska CHOROBA MORSKA


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


ROZDZIAŁ XII

No i faktycznie – nie wyglądało to dobrze. Pułkownik przesłał nam od razu całą dokumentację, łącznie ze zdjęciami. Napisy pojawiły się w dwóch miejscach. Na murze obiektu numer 11714 (na wschód od Nowego Miasta) i na stacji przekaźnikowej sieci telefonicznej (na zachód od miasta). Jedno miejsce było oddalone od drugiego o dobre trzydzieści pięć kilometrów i chciałbym zobaczyć lokalnych starców, jak ukradkiem pokonują tę drogę po to, by dać ujście swoim frustracjom. Pani Basia i Tomek podzielali moją myśl, a pani Basia dodała jeszcze, że to musi być robota kogoś dużo młodszego, dobrze zorganizowanego i mającego w tym swój cel. Zagadką było jednak to, komu miałoby zależeć na mazaniu w naszej części Morza narodowych i neofaszystowskich haseł. No i, przede wszystkim, po co? Tylko panna Chen nic nie mówiła, ale to nawet lepiej, bo co mogła tu dodać osoba z drugiego końca świata, która przyjechała się do nas uczyć?

Oprócz szkiców sytuacyjnych i wyników badań farby (aż dziw, że coś raz zrobiono pokazowo szybko; miał to być czarny sprej produkowany przez fabrykę Nobiles we Włocławku) w załącznikach była także cała seria zdjęć. Na wschodzie graffiti były krótkie i wyłącznie cyfrowe: 18, 88, 444. Za to na stacji telefonicznej sprawcy musieli mieć więcej czasu, bo pofolgowali sobie na całego, umieszczając trzy wymowne hasła: Deutschland über alles. Sieg heil. Nieder mit den Niederländern. Pierwsze dwa: w porządku, rozumieliśmy, o co chodzi. Całkowitą zagadką był jednak trzeci napis. Dlaczego po naszej stronie ktoś namalował hasła antyholenderskie, a nie antypolskie? Coś tu nie grało. Nie było jednak czasu na rozważania, bo czas gonił. Podzieliliśmy więc ludzi na dwie grupy. Jedną wziął do dżipa Biernacki i z rykiem silnika odjechali do stacji telefonicznej, zaś ja zapakowałem pozostałych dwóch plus pannę Chen do mego samochodu i niezwłocznie wyruszyliśmy do obiektu numer 11714. Na szczęście mała sprężarka i urządzenia czyszczące zmieściły się do bagażnika, chociaż lance z dyszami chłopaki musieli trzymać na kolanach, bo były za długie.

Na miejsce dotarliśmy po paru minutach. Obiekt nie był silnie chroniony. Widać wojsko uznało, że dwóch żołnierzy siedzących na murku wystarczy w zupełności. Kawałek dalej stał ich wojskowy pojazd, pomalowany w jakiś ochronny wzorek. Kiedy trzaskaliśmy drzwiami samochodu zza domu wyłonił się osobnik w mundurze sierżanta. Znałem go z widzenia, bo czasem wymijaliśmy się na basenie. Ja przyjeżdżałem po chłopaków, a on przywoził swoją rodzinę na późniejszą godzinę. Po naszej stronie nie było basenu, więc korzystaliśmy z holenderskiego za zupełnie symboliczną opłatą.

- Cześć – zawołał sierżant.

Chyba to nieregulaminowo? - błysnęło mi w głowie. A, co mi tam. Pewnie dzisiejsze wojsko jest inne od tego z opowiadań starszego pokolenia.

- Cześć, sierżancie – odpowiedziałem równie pogodnie, podając mu rękę. Później przywitałem się z żołnierzami – dzień dobry, panowie.

- Będziecie te napisy usuwać? - bardziej stwierdził, niż zapytał sierżant – potrzebujecie jakiejś pomocy? To chłopaki mogą się przydać.

- Dzięki za dobre chęci, ale damy sobie radę sami. Mamy potrzebny sprzęt i za pół godziny będzie po wszystkim.

- W porządku – powiedział sierżant – to zaczekamy, aż skończycie i wrócimy do siebie.

- Damy sobie radę – wyjaśniłem ze spokojem – już możecie jechać.

- Mamy rozkaz doczekać do końca, więc musimy siedzieć. Swoją drogą, komu chce się tu, na tym odludziu, coś malować? Nie myśli pan, że to nasza gówniarzeria sobie cyrki robi?

- Wątpię. Oni przecież wcale nie interesują się historią, więc dlaczego mieliby takie napisy smarować? No i po co? Poza tym – młodzież nie może opuszczać granic miasta, a tu jednak parę kilometrów trzeba przejść, żeby się tu dostać.

- Niby tak. Chłopaki, zostawcie panią w spokoju! - sierżant zwrócił się do swoich podkomendnych, którzy, skończywszy pomoc przy wyciąganiu sprężarki i butli z bagażnika, zajęli się próbami dogadania z panną Chen.

- Everything OK, sarge – uspokajająco zawołała panna Chen, uśmiechając się powabnie w naszym kierunku – they are very nice boys.

- Aha, jak OK to w porządku – uspokoił się sierżant i zwrócił do mnie – bo wie pan, oni tu są już od pół roku. O dziewczyny trudno, a takiej to pewnie w życiu nie widzieli. Lepiej na zimne dmuchać.

- Jak będą na oku, to żadne głupie myśli im do głów nie przyjdą, sierżancie – uspokoiłem wojskowego – ale sorry, że nie pogadamy, bo muszę zająć się kierowaniem robotą.

- Jasne, jasne. – zgodził się sierżant. Po czym, widocznie nie do końca przekonany, krzyknął w stronę żołnierzy – Tylko nie zróbcie pani krzywdy, bo się wami zajmę na pododdziale!

Moi pracownicy założyli tymczasem kombinezony i kaski, podłączyli zbiornik ze środkiem chemicznym do urządzenia czyszczącego, uruchomili sprężarkę i, nie czekając długo, próbnie przycisnęli dźwignię zaworu, kierując lancę na pobliski krzaczek. Kilka gałązek zostało natychmiast ściętych, niczym nożem i opadło łagodnie na trawę. Upewniwszy się w ten sposób, że wszystko działa tak, jak należy, poprosili obecnych o odsunięcie się o kilka metrów, zsunęli osłony ochronne na twarze i zaczęli czyścić z hałasem te pomalowane powierzchnie. Pracy nie było dużo, więc po paru minutach niepokojące napisy znikły, a oczyszczona część muru odróżniała się teraz jaśniejszą powierzchnią od całej reszty.

- Taką dyszą to by człowieka przeciął na pół, co nie? - usłyszałem rozmowę żołnierzy. Ciekawe, jak się z panną Chen dogadują.

- Szefie! - to wołał Bartek Jabłoński, jeden z moich ludzi, unosząc ochronną maskę – wygląda teraz jak dupa zza krzaka z tą białą plamą. Może oczyśćmy cały mur? Duży nie jest. Od razu będzie lepiej. To co, robimy?

- A po co? - machnąłem ręką – zwijajcie sprzęt. Tu przecież i tak nikt nie będzie konkursów piękności urządzać. Tak, jak jest, zupełnie wystarczy.

- Bo wie pan – zagadnął sierżant, odciągając mnie nieco na stronę – ja to mam własną teorię na te napisy. Mieliśmy w koszarach szkolenie, to łapię spokojnie, o co w tym wszystkim chodzi. No to, jak się doda te 18 i 88, to co wychodzi?

- Dużo.

- Eee, dużo! Dokładnie 106. A jak się jeszcze raz doda: teraz tę jedynkę i sześć, to mamy równe siedem. I to oznacza literę G! G jak gówno!

- Jak co? - lekko oszołomiony spojrzałem na sierżanta.

- Jak gówno! Przecież mówię – tłumaczył mi niczym nie zrażony sierżant – i to jest trop. Bo te napisy robi ktoś, kto chce przez to powiedzieć: gówno mi zrobicie, palanty. I tak mnie nie złapiecie.

- No dobrze – powiedziałem – tu były cyfry, ale na stacji przekaźnikowej na zachód od miasta ktoś namalował całe napisy. To to się, sierżancie, kupy nie trzyma, obawiam się.

- Tam był pewnie ktoś inny – sierżant nie zraził się wcale moim krytycyzmem – muszę zameldować o moim podejrzeniu przełożonym.

- A kto by sobie utrudniał życie wypisując jakieś cyferki, zamiast spokojne napisać „gówno”?

- Żeby zmylić pogonie. Zresztą, może nie wiedział, przez jakie to U?

- A co z 444 w pańskiej teorii?

- Tylko potwierdza pierwszy pomysł – odpowiedział, nie wahając się ani chwili, mój rozmówca – trzy razy cztery to dwanaście, czyli jedynka i dwójka. Jak się doda jeden do dwóch, mamy trzy. Trzecia litera to C, a nie muszę przecież panu chyba tłumaczyć, jakie brzydkie słowo jest u nas na C? Nie powiem, bo tu kobieta jest i po co ją zawstydzać?

- Tak pan sądzi? Z tym, że ona po polsku nie mówi. A zresztą nas nie słyszy.

- No! Moim zdanie te cyferki to robi któryś z naszych żołnierzy.

- Po co?

- Z nudów pewnie. Zresztą – bo ja wiem? Pan nie ma pojęcia, kogo nam teraz do wojska przysyłają.

- Myślałem, że służba wojskowa jest od jakiegoś czasu ochotnicza?

- No bo jest – sierżant wyszczerzył zęby w uśmiechu – Pan myśli, że ktoś normalny na ochotnika chce być zwykłym szwejem? Co innego podoficerem, czy oficerem. Ale szwejem?

- Coś jest w tym, o czym pan mówi.

- Już ja wiem, co mówię. No, dobra – zwrócił się teraz stentorowym głosem do swego małego pododdziału – który tam ma robić zdjęcia? To niech pstryknie i wracamy do siebie. Akcja zakończona.

Bartek z Firminem chowali sprzęt do bagażnika, żołnierze fotografowali czysty mur, panna Chen majstrowała przy swoim naręcznym komputerze. Wyciągnąłem i ja cyfrowy aparat fotograficzny i uwieczniłem mur obiektu po oczyszczeniu. Wraz ze zdjęciami pokazującymi stan przed czyszczeniem będą stanowić załącznik do sprawozdania, które jeszcze przed obiadem trzeba będzie wypichcić i przesłać pułkownikowi. Pani Basia uwinie się z tym w parę minut, więc nie ma problemu. Ciekawe, jak drugiej ekipie poszło przy stacji telefonicznej. Tam było więcej roboty (przez długość tekstów), więc powinni skończyć trochę po nas. Skoro się nie zgłaszali, to pewnie kłopotów nie było.


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


© YPY - Strona poprawiona i publikowana 14.10.2012