Choroba morska CHOROBA MORSKA


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


ROZDZIAŁ XIII

Podczas drogi powrotnej wpadła mi do głowy dziwna i niepokojąca myśl. W jaki sposób panna Chen rozpoznała, że stopień napotkanego podoficera to akurat sierżant? Była na tyle daleko od nas, że nie powinna słyszeć, jak go tytułuję. Znała stopnie naszego wojska? Po co? Tamci szeregowcy zdążyli jej w pierwszych słowach kontaktu powiedzieć, że to sierżant? Przecież wyglądało, że rozmawiają z nią głównie na migi. Czyżby panna Chen była kimś innym, niż zwykłą praktykantką? Rozważania przerwało połączenie telefoniczne – to Tomek meldował zakończenie czyszczenia. No to sprawę mamy zakończoną – pomyślałem – dalej niech się martwi pułkownik Szatybełko.

W biurze czekali na nas agenci Krówka i Niedręga, którzy przywitali się z panną Chen niczym starzy znajomi. Przyjechali pokazać jej zdjęcia zrobione podczas ostatniego spotkania. Pani Basia podnosiła ostentacyjnie oczy ku niebu, ale powstrzymywała się od uwag. Zaproponowałem, żeby wszyscy troje przeszli do naszej salki konferencyjnej, a sam zacząłem ustalać z sekretarką treść sprawozdania. Po chwili w biurze zjawił się Tomek i dyskusja stała się bardziej rzeczowa, bo mieliśmy teraz w rękach jego zdjęcia i relację z czyszczenia. Stacja telefoniczna jest na tyle niewielka, że była pomazana właściwie cała, a ponieważ nie jest to budynek ceglany, czy betonowy, tylko konstrukcja blaszana, więc Tomek bał się używać lanc ciśnieniowych. To akurat było do przewidzenia, więc już rano ustaliliśmy, że tam trzeba będzie zastosować chemikalia, żeby napisy zmyć, a nie zedrzeć. Zużył, co prawda, więcej środka, niż planowaliśmy, ale napisy znikły zupełnie, co potwierdzały zdjęcia przed i po zmywaniu. Tego obiektu też pilnowało dwóch żołnierzy pod dowództwem porucznika Rybińskiego, z którym Tomek był w przyjacielskich stosunkach od dość dawna, więc dodatkowo miło sobie pogawędzili i Tomek dowiedział się w wielkiej tajemnicy, że w wojsku ogłoszono pogotowie drugiego stopnia. Akcję uznaliśmy za zakończoną, zdjęcia pani Basia przerzuciła do komputera i, wraz z suchym sprawozdaniem, przesłała niezwłocznie do komendanta miasta. Odetchnęliśmy – do następnego razu mogliśmy zajmować się własnymi sprawami. A zebrało się trochę, tylko pieniędzy na ich realizację nie było.

Tomek powiedział, że po obiedzie chciałby wziąć wszystkich ludzi i jechać na 584, żeby dokończyć naprawę drogi, która to robota, ze względu na akcję specjalną, została porzucona. Oznajmił, że zajmie im to czas przynajmniej do fajrantu, a właściwie to chciałby mieć pozwolenie na nadgodziny, bo ludziom należy się trochę więcej pieniędzy. Nie byłem pewien, jak zareaguje na nadgodziny centrala, ale pomyślałem, że kiedy wykażę w papierach, że ten dzień spędziliśmy na działaniach pozaplanowych, usuwając tajemnicze napisy, to pewnie połączą jedno z drugim i dodatkowe koszty zaakceptują. W najgorszym razie będę się kłócił z urzędnikami.

Nie warto już było zaczynać żadnej nowej pracy, więc sporo czasu spędziliśmy bez sensu w biurze, udając, że omawiamy zaplanowany remont stołówki i w końcu, bardziej zmęczeni tą pozoracją, niż wypoczęci nieróbstwem, poszliśmy na obiad, który wypadł dzisiaj zupełnie nieźle. Kucharz, dumny jak paw, własnoręcznie przyniósł pannie Chen niewielką wazę, postawił ją na stole i wyrzekł tajemnicze słowa: suan la tang. Chinka podniosła pokrywkę, spojrzała na zawartość i omalże nie przewróciła starego satyra, rzucając mu się na szyję i obcałowując w oba policzki. Chyba nie jestem zazdrosny?

- A na drugie – wysapał, zadowolony z siebie kucharz – powiedzcie jej, że na drugie będzie gu lao rou, starożytne mięso w słodko-kwaśnym sosie, bo taki przepis akurat znalazłem.

- Wonderful – krzyknęła panna Chen, gdy pani Basia przetłumaczyła jej słowa kucharza – czuję się tu jak wśród rodziny. Zawstydzacie mnie swoją gościnnością. Jak ja się wam odwdzięczę?

Po obiedzie wszystko jakby się uspokoiło i zwolniło do normalnego, codziennego tempa, tylko przed końcem pracy zadzwonił Arend i zaczął sapać, że słyszał niedobre nowiny. W jego kraju zaczęto szeptać po kątach, że Chiny zaproponowały swój udział w odbudowie Morza, która miała zacząć się za trzy lata, po planowanej trzeciej rundzie konferencji sztokholmskiej. No i że ich flota śródziemnomorska chce podobno zawitać do Rotterdamu, chociaż to tylko plotki. No i, co chyba najbardziej go złościło, holenderska strefa Morza jest według Pekinu o wiele za duża, jak dla tak małego kraju. Po co niby ta kurtuazyjna wizyta okrętów? I do tego, od razu, cała flota? To przecież nie może się dobrze skończyć. A faktem jest, że flota wypłynęła na Atlantyk, czego dotąd nigdy jeszcze nie robiła. Pocieszałem go jakimiś ogólnikami, ale wcale nie dał się zbyć, zaniepokojony całą tą sytuacją. Na koniec spytał otwarcie, czy jestem pewien, że Chiny zostawią nam taki spłacheć Morza, którym zarządzamy, czy też będą jakieś azjatyckie naciski także na Warszawę. Skąd mnie to wiedzieć? Wszystko i tak rozstrzygnie się pewnie w Brukseli. Przypomniałem sobie jednak tajemnicze telefony od teścia i stan pogotowia w wojsku, więc humor popsuł mi się całkowicie.

W domu, podminowany tym wszystkim, zacząłem, agresywniej, niż zwykle, wypytywać małżonkę o doktora Piontkowskiego, aż po kwadransie rozmowy pocałowała mnie w czubek głowy i powiedziała, że właściwie jest jej bardzo przyjemnie, że po tylu latach jestem wciąż zazdrosny, zamiast obojętnie siedzieć przed ekranem z puszką piwa w dłoni, jako myśliwy, który swoją zdobycz już upolował i nic nie musi. Zapewniła mnie, że doktor Piontkowski jest typowym bawidamkiem i uwodzicielem, który stara się skorzystać z każdej nadarzającej się okazji, ale jej, doktor Szafarek, kobiety szczęśliwie zamężnej, to zupełnie nie rusza, więc ona jest odporna na wdzięk pięknego Marka. Że, tak poza tym, on jest niezłym lekarzem i całkiem porządnym człowiekiem. A o Indianach napadających o świcie ona, Zosia, słyszy w pracy wielokrotnie każdego dnia, więc nic dziwnego, że czasem jej to porównanie przyjdzie do głowy, zwłaszcza nad ranem. Może jestem naiwnym mężem, ale ulżyło mi wyraźnie.

Zosia poprosiła mnie tymczasem, żebym rzucił okiem na nową wersję wypracowania Krzysia, które specjalnie wydrukowała. Co było robić? Rzuciłem. No, tym razem chyba może być.

Krzysztof Szafarek, klasa IV a: 'Historia najnowsza mojego miasta'. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku na Syberii zdarzyła się tajemnicza katastrofa w skali globalnej. To już drugi raz, bo podobny wybuch był jeszcze za cara, ale ten pierwszy był zdecydowanie mniejszy. Naukowcy spierają się do dzisiaj, czy nieznany obiekt był statkiem pozaziemskiej cywilizacji, czy jakimś małym ciałem niebieskim, bo do dzisiaj nic się w pomiarach nie zgadza z założeniami obliczeń naukowych. Niezależnie od tego, co to właściwie było, skutki okazały się katastrofalne, zwłaszcza dla Rosji. W Europie został z niej tylko kawałek, a niezniszczoną część Syberii zagospodarowały Chiny, ratując tamtejszą ludność przed pewną śmiercią głodową. Słońca nie było widać przez kilka dni i zapanowały ciemności. Pomiędzy Chinami a Rosją ciągnie się teraz na przestrzeni kilku tysięcy kilometrów ziemia niczyja, skażona i nienadająca się do zamieszkania. Od tego czasu Chiny stały się najsilniejszym państwem na świecie, a nasz kraj właśnie wówczas wyzwolił się spod rosyjskiej okupacji.

Unia Europejska rozszerzyła się wówczas w ciągu kilku dni o kraje Europy Wschodniej i rozpoczęła intensywną pomoc humanitarną dla dotkniętej kataklizmem Rosji, oddzielając ją jednocześnie kordonem. To właśnie wówczas zmieniono wewnętrzne granice Specjalnego Obszaru Europejskiego (od angielskiego skrótu nazwy zwanego popularnie Morzem), ustalone jeszcze traktatem sztokholmskim i utraciliśmy naszą strefę zarządzania na dwadzieścia pięć lat, bo stary układ międzynarodowy przestał się w tym momencie liczyć. Po tym czasie podpisano porozumienie Sztokholm II, gdzie zaczęto już nas traktować jako pełnoprawnych sojuszników i wtedy przywrócono nam strefę Morza, nawet większą niż ta pierwsza. Mówi się, co prawda, że było to spowodowane głównie kłopotami ekonomicznymi Unii, która chciała w ten sposób włączyć nas do bardzo kosztownego finansowania Morza.

Mój tata pracuje w firmie, która utrzymuje porządek techniczny i reperuje to, co się tu psuje. Mieszkamy w Nowym Mieście Nr 2, które jest połówką tego starego, a część za rzeką nazywa się Nieuwe Stad nummer twee i mieszkają tam Holendrzy, którzy po swojej stronie robią to samo, co my tutaj. Z rodzinami jest nas tu prawie tysiąc osób i nie jest zbyt ciekawie, bo dzieciom nie wolno wychodzić poza granice obu połówek miasta, a młodzieży w moim wieku jest mało.

Za kilka lat wszystko się zmieni, bo będzie następna konferencja sztokholmska, która postanowi, co zrobić z obszarem Morza. Mam nadzieję, że do tego czasu tatę przeniosą do kraju i nie będę musiał tu mieszkać.

Poczułem się tak zmęczony całym dniem, że pomysł zafundowania sobie kieliszka alkoholu wydał mi się zupełnie rozsądny i kuszący. Wrzuciłem dwie kostki lodu do kryształowej szklaneczki, nalałem trochę bursztynowego płynu, dolałem wody, podniosłem do ust i właśnie wtedy zadzwonił telefon. To był Roman, mój wysoko ustawiony kolega z Warszawy, z którym ostatnio widywaliśmy się raz na rok, albo i rzadziej, ale studencka przyjaźń przetrwała wszystkie te lata. Bez żadnych wstępów oznajmił mi, że jesteśmy w czarnej dupie, bo okazało się, że już od kilku miesięcy trwają tajne rozmowy na temat dostępu Chin do zagospodarowania Morza. No i, jeżeli plotki mówią prawdę, Unia nie znalazła dość siły, żeby temu życzeniu odmówić. Pewnie sporą kartą przetargową były wielomiliardowe pożyczki, jakich Chiny udzieliły Unii kilka lat temu. Co to dla nas znaczy, tego jeszcze dokładnie nie wiadomo. Co to znaczy konkretnie dla mnie, to, w zasadzie, jasne. Jak tylko Azjaci zaczną tu przyjeżdżać, dla nas miejsca w Morzu nie będzie, bo oni zawsze będą tańsi.

Podziękowałem za informacje, ale aż tak bardzo się nimi nie przejąłem. Siedziałem tu już ładnych parę lat, więc tak, czy tak, niedługo trzeba by wracać do kraju. Zosia też już ma pracy i pobytu tutaj powyżej uszu i byłaby zachwycona powrotem. Trochę szkoda pieniędzy, ale cóż... Gorzej, że chińska strefa wpływów pod bokiem mogła oznaczać tylko jedno: bezpardonową walkę o przeżycie także i w kraju. To podobało mi się znacznie mniej. Tyle, że nie było czym się martwić na zapas. I tak nic ode mnie nie zależało, a od plotek do rzeczywistości droga daleka. Poczekamy, zobaczymy.

Znowu zadzwonił telefon. Czyżby Roman sobie o czymś przypomniał? Ale okazało się, że to nie był Roman. Ku memu zdumieniu dzwoniła do mnie Mevrouw de Jong-Smit z sąsiedniego Nieuwe Stad Nr 2. Zaniepokojony, odstawiłem szklankę na stolik, żeby nie wylać alkoholu, kiedy będę wykonywać jakieś gwałtowne ruchy. Co takiego mój ancymon mógł zmalować, że dzwoni do mnie matka jego błękitnowłosej dziewczyny? Chce mi powiedzieć, że ta cała Eeltje jest jeszcze za młoda na takie znajomości? Rzeczywistość przerosła jednak wszelkie moje oczekiwania, nawet te najgorsze. Mevrouw de Jong zaczęła na okrągło. Że Simon jest bardzo miłym chłopcem. Że ona go bardzo polubiła. Że chętnie widzi go u siebie w domu. Że zrobił zadziwiające postępy w holenderskim, bo teraz nie muszą, w kontakcie z nim, używać angielskiego. Że zaakceptowali go całkowicie. Że jest mądry, uczynny i dobrze wychowany. Że...

Słuchając tego czułem, jak skóra mi cierpnie, bo bałem się, jaki zarzut padnie zaraz po tych wszystkich laurkowych peanach. Wreszcie moja rozmówczyni przeszła do konkretów. Spytała, czy aby nie przywiązujemy zbytniej wagi do religijnego wychowania, jak to często podobno robią Polacy. Nie zrozumiałem, o co chodzi, więc wprost zapytałem, co takiego Szymek zrobił. Ostentacyjnie leżał krzyżem w ich ogródku, czy co? Ależ nie, ależ nie – odszczebiotała Mevrouw de Jong – chodzi właśnie o to, czego on nie robi. Zgłupiałem zupełnie. Jak to: czego nie robi w związku z religijnym wychowaniem? Nie modli się przed posiłkiem? Nie zna imion holenderskich biskupów? Przecież sama go pani, Mevrouw de Jong, przed chwilą chwaliła. Odpowiedź zwaliłaby mnie z nóg, gdybym nie siedział obydwoma pośladkami na miękkim fotelu. Holenderka oznajmiła mi z całym spokojem, że jej córeczka skarży się, że jej polski chłopak (a mój starszy syn) unika kontaktów seksualnych, co musi mieć, niewątpliwie, podłoże religijne. Że Eeltje jest niemiło zaskoczona, że nie doszło jeszcze do żadnego zbliżenia, chociaż para chodzi ze sobą już ładnych parę miesięcy. Że krzywdzimy nasze dziecko, wychowując je w tak rygorystycznych, chorobliwych wręcz, oparach wymogów religijnych. Wreszcie, że jej chodzi tylko o szczęście córki, która nie może, nawet pomimo gorącej miłości, poddawać się tak archaicznym, patriarchalnym wymogom, bo mamy przecież XXI wiek. Że oczekuje zmiany naszego (to jest Zosi i mojego) podejścia do wychowania syna.

Przyznaję, że w trakcie słuchania tego feministycznego wykładu chlapnąłem sobie duży haust alkoholu, zastanawiając się gorączkowo, czy nie śnię. Co tu szalonej babie odpowiedzieć? Że według naszych standardów czternaście lat to ciut za mało, żeby leźć z kimś do wyra? Może w Niderlandach tak, ale u nas nie? Że właśnie nie decydując się na łatwo dostępne stosunki Szymek wykazał rozsądek ponad wiek? Zapewniłem, że nie jesteśmy domem doktrynerskim i nie podporządkowujemy całego naszego życia religii. Że jest to decyzja (autonomiczna – podkreśliłem) naszego syna, który raczej nie zwierza się nam ze swoich problemów z holenderskimi dziewczynami i ich rozbudzonym apetytem seksualnym. Obiecałem też, że porozmawiam z żoną i z synem ale, z całą pewnością, nie będę go zachęcał do natychmiastowego podjęcia współżycia z Eeltje. Mevrouw de Jong mruknęła coś o różnicach kulturowych, później dodała coś, czego nie zrozumiałem (bo po holendersku mówię bardzo kiepsko), ale brzmiało jakoś niemiło i nad wyraz nieprzyjaźnie, po czym prędziutko rozłączyła się.

Zdumiony rozmową siedziałem, wpatrując się we własne pasiaste papcie. Lubię niebieski i stąd ten wybór. Miałbym strofować czternastoletniego syna, że nie zdecydował się przespać z żądną wrażeń holenderską panienką? A jej własna matka interweniuje w celu zdopingowania leniwego małoletniego kochanka córki? Którym z kolei jej partnerem on miałby być? Kogo tu całkiem pokręciło? Czy rzeczywiście czasy zmieniły się tak bardzo, a ja tego nie zauważyłem i stałem się mentalnym dinozaurem, przerażającym swoim nieżyciowym zacofaniem innych ludzi, a zwłaszcza młodych? Czy rozmawiać o tym z żoną, czy raczej zachować te wiadomości dla siebie? Do czego to wszystko dąży?

I tak, siedzącego w hezychastycznym skupieniu, zastała mnie Zosia.


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


© YPY - Strona poprawiona i publikowana 14.10.2012