Choroba morska CHOROBA MORSKA


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


ROZDZIAŁ XIV

Powiem prawdę – zignorowaliśmy holenderską wariatkę i nie zdecydowaliśmy się na rozmowę z Szymkiem o kobietach. Przez dwa kolejne dni przyglądałem mu się badawczo podczas śniadań, czy nie przeżywa jakiegoś załamania nerwowego na tle możliwego teraz zawodu miłosnego, ale nie – nic na to nie wskazywało. Żarł, jak zwykle - tyle, ile całe stado prosiaków. Jeszcze trochę i będzie wyższy ode mnie. Cóż robić: rośnie, więc niech je, ile chce. Tym bardziej, że okazał się mądrzejszy, niż oboje z Zosią myśleliśmy. Jak to można nie znać własnych dzieci! Zosia nawet śmiała się ze mnie w łóżku, że pewnie bym na jego miejscu, mając znowu czternaście lat, nie zdzierżył w obojętności, gdyby jakaś dzierlatka zaczęła ściągać przy mnie prowokująco majtki. Odparłem z godnością, że w tym wieku uważałem jeszcze wszystkie baby za bezdennie głupie, co nie było tak zupełnie prawdą, bo pamiętam dobrze, kiedy zaczęły mnie dziewczyny interesować. No ale co będę tłumaczył chichoczącej niezdrowo kobiecie, a, poza tym, żadna z koleżanek nawet nie pomyślała, żeby mi zrobić w wieku czternastu lat taką przyjemność i ściągać dla mnie cokolwiek. Zosia uspokoiła się dopiero po kilku indiańskich atakach o świcie. Widać, że na nią też wiosna podziałała.

W pracy powtarzalny banał. Panna Chen wyjeżdżała teraz z grupą Tomka i była odpowiedzialna za dokumentowanie wykonanych robót. Nie mogła w tych papierach niczego popsuć, choćby nawet chciała, ale, trzeba przyznać, robiła wszystko, co jej się powierzyło, wzorowo. Pani Basia otoczyła ją opieką, wprowadziła do klubu kobiet przy jednostce wojskowej i zabierała na basen po holenderskiej stronie miasta. Kucharz przechodził samego siebie, podsuwając Chince pod nos za każdym naszym pobytem w stołówce coraz to nowe, dziwaczne frykasy, które sam uważał pewnie za dalekowschodnie. Wszystko jednak wydało się trzeciego dnia, kiedy zaatakował mnie, niby żartem, że on stara się, jak tylko może, dogadzać naszej praktykantce, a obiecanych remontów kuchni jakoś nie widać. Interesowny człowiek.

Atmosfera międzynarodowa tymczasem zgęstniała. Flota śródziemnomorska podzieliła się na kilka części i zawinęła kurtuazyjnie do różnych portów Europy Zachodniej z wizytami przyjaźni. Zdaje się, że wszędzie odebrano to jako manifestację siły, ale poza paroma cichymi protestami w Antwerpii i w Kopenhadze nikt nie zdobył się na mocniejsze słowa. Teść alarmował, że altanka się wręcz sypie, ale żadnych szczegółów nie udało mi się z niego przez telefon wydusić. Pewnie boi się, że Chińczycy wysadzą desant i nas ogarną. Niech spojrzy na mapę, to zobaczy, jak daleko od morza jesteśmy.

Dopiero dzisiaj wybuchła prawdziwa bomba! Po obiedzie przyjechał Arend i spytał, czy widzieliśmy ostatnie materiały tej holenderskiej telewizji, specjalizującej się w skandalach, która była u nas podczas święta narodowego. No jasne, że nie. Dlaczego mielibyśmy oglądać jakieś programy dla idiotów, tym bardziej po holendersku? Ale Van Wortelkoek nie dawał za wygraną. Tak właśnie sądził, powiedział, że ich nie oglądaliśmy, więc dlatego przywiózł te nagrania na pendrivie i proponuje, żeby rzucić na nie okiem, bo to zarzewie potencjalnych kłopotów. Co prawda, dorzucił, bardziej dla władz, niż takich małych misiów, jak my, technicy od roboty, ale zawsze warto wiedzieć, co teraz wisi na naszych rowerach.

Pani Basia ostentacyjnie sprawdzała urządzenie Holendra na obecność wirusów, co on przyjął wzruszeniem ramion. Dopiero wtedy, kiedy komputer po dłuższej chwili oznajmił (bo pendrive Arenda był jakiejś wielkiej pojemności, zresztą jak wszystko, co on posiadał), że zewnętrzna pamięć masowa jest w porządku, uruchomiła źródło danych i skierowała je na ekran. Z początku były jakieś gadające po holendersku głowy, więc zaczęliśmy patrzeć na naszego gościa z wyrzutem. Jednak po chwili obraz się zmienił i zobaczyliśmy coś dziwnego. Trzech zamaskowanych ludzi stało przy murze, a jeden z nich malował wielkie cyfry: 18. Po przyjrzeniu się szczegółom zorientowaliśmy się, że to mur naszego obiektu 11714! Byliśmy świadkami powstawania tajemniczych napisów! Ujęcie nie trwało długo, bo po krótkiej chwili znaleźliśmy się, z kolei, przy stacji przekaźnikowej i tam ci sami ludzie wymalowywali z wyraźnym wysiłkiem hasła, które później zmywali ludzie Tomka. Sądząc z powolnych ruchów zamaskowani graficiarze nie mogli być młodzi. A kiedy skończyli, jeden z nich przeczytał te napisy trzęsącym się, starczym głosem. Jakby tego było jeszcze mało, na zakończenie dodał coś od siebie gratis. Powiedział mianowicie: „nicht bellen”, a wszystko jeszcze okrasił nieprzyzwoitym gestem trzęsącej się dłoni. Przez chwilę jeszcze dwóch niezamaskowanych młodych panów w studio pogadało poważnym głosem i na tym reportaż się kończył. Ekran powrócił do poprzedniego trybu.

Spoglądaliśmy na siebie zdumieni, a Arend wyjął tymczasem swoje urządzenie z gniazda komputera i schował je sobie do kieszeni na piersi oliwkowej kurtki.

- I co wy na to? - zapytał.

- Paranoja jakaś – mruknąłem.

- Jak ci ludzie pokonali dystans pomiędzy murem, a stacją? - zapytała trzeźwo pani Basia – to ładnych parę kilometrów. Sami nie daliby przecież rady.

- Co mówi ta telewizja? Skąd mają takie nagrania? - to Tomek Biernacki.

- Zasłaniają się tajemnicą dziennikarską – wyjaśnił Arend – a w komentarzu napadają na wasz kraj, że niby nie potrafi dopilnować porządku w swojej części obszaru. No i, że to niedopuszczalne, że pozwalacie na atakowanie Holandii. A najlepsze było na końcu: dziennikarze stacji wysunęli postulat, żeby powrócić do stanu sprzed Sztokholmu II, kiedy Polska nie miała nawet skrawka Morza, bo Słowianie są brudni i nieporządni.

- No i wszystko jasne – rzucił z tyłu Tomek – jak nie wiadomo, o co chodzi, to o kasę. Chcecie większej strefy przed trzecią konferencją?

- Czy to stanowisko którejś z waszych partii, czy tylko taki próbny balon wypuszczony przez tę skandalizującą stację? - spytałem.

- Nikt – skrzywił się Arend – do tej pory nie podnosił u nas tej kwestii, żeby wam coś zabierać. To coś zupełnie nowego. Ile, w końcu, te granice można w tę i we w tę przesuwać?

- A co ten człowiek przy stacji telefonicznej – to zabrała głos panna Chen – mówił na końcu?

- Żeby nie szczekać – wyjaśniła pani Basia.

- Jesteście pewni? - zapytała praktykantka.

- Raczej tak – odpowiedziała pani Basia – chociaż ostatnie słowo należy tu do Mijnheera Arenda van Wortelkoeka, bo jego język jest dość podobny do tego, którym posługiwali się Ortmensze. Zresztą może pani, panno Chen skorzystać z usługi translacyjnej swojego komputera.

- Niestety – potrząsnęła głową Chinka – ten język nie jest w nim obsługiwany.

- Zaraz, zaraz – powiedział Arend, machając ręką koło głowy – dajcie pomyśleć.

- Byle nie za długo. – mruknęła pani Basia, która nie przepuściła okazji, żeby Holendrowi podokuczać.

- Może się coś dziadziowi z racji wieku pokręciło? – błysnął myślą młodego człowieka Tomek.

- Czekajcie, czekajcie, chwila – ciągnął, zdziwiony czymś, Arend – może panna Chen ma rację. Dlaczego ktoś przy stacji telefonicznej miałby zabraniać szczekać? Może chciał powiedzieć, żebyśmy nie telefonowali?

- Ale powiedział, co powiedział. – stwierdziłem nieodkrywczo.

- No tak. Tylko, że w tubylczym szczekać to było faktycznie „bellen”, a w moim własnym, czyli holenderskim „telefonować” to „opbellen”.

- No i co? Tylko trochę podobne. No i to „op” na początku. – powątpiewał Tomek.

- Bo to „op” - gorączkował się Holender – jest rozdzielne. Idzie na koniec zdania i czasownik po podmiocie to odpowiednia forma „bellen”! A „op” stoi dużo dalej. Jako słowo samodzielne. Rozumiecie, co chcę powiedzieć?

- No ładnie – powiedziała pani Basia – i co z tego wynika?

- Że to wcale nie byli podstarzali Ortmensze, tylko przebrani Holendrzy! Pewnie młodzi i stąd te maski! - krzyknął triumfalnie Arend, spoglądając na nas zwycięsko – Za bardzo każdym ruchem pokazywali, że za chwilę się rozsypią z bólu. Zbyt teatralnie. Starali się podszyć, ale wyłożyli się na czasowniku „telefonować”, bo im się pomyliło z własną mową.

- Brzmi rozsądnie – podsumowałem dotychczasowe rozważania – i co dalej?

- Dalej to ja to podejrzenie zgłoszę moim władzom – stwierdził kategorycznie Arend – jeżeli to mistyfikacja, winni muszą być ukarani.

- A to się jeszcze zobaczy – zaśmiała się pani Basia – założę się, że sprawa się rozejdzie. Ale pozwoli pan, że i my złożymy raport naszym władzom wojskowym?

- Nie ma sprawy. Pani ma, jak zawsze, dobre podejście – odparł Van Wortelkoek, podchodząc do niej, niespodziewanie całując ją w rękę i dodając, ku nagłemu zapłonieniu sekretarki – widzi pani, pani Barbaro, jak nauczyłem się waszych zwyczajów?

- To źle się pan nauczył – odparła z godnością pani Basia, wyrywając dłoń z rąk Holendra.


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


© YPY - Strona poprawiona i publikowana 14.10.2012