|
CHOROBA MORSKA | |
Kiedy Arend pojechał do siebie, pani Basia przesłała rewelacje na temat holenderskich filmików do pułkownika Szatybełki. Jak sama powiedziała: co na piśmie, to na piśmie. Zawsze zostanie jakiś ślad, a nigdy nie wiadomo w naszym zbiurokratyzowanym burdelu, kiedy jakaś antyszpiegowska kontrola zwali się na nas znienacka, zgłaszając zastrzeżenia. Na wszelki wypadek, jakby pułkownik nie wiedział, o co chodzi (może nagranie nie trafiło jeszcze do naszych kręgów wojskowych?) dołączyła też pliki filmów, bo Arend, zapytany o to wyraźnie, nie miał nic przeciwko temu. Tomek zajął się ludźmi przeglądem naszego dżipa i wyglądało na to, że spędzą w garażu całe popołudnie. Panna Chen czytała coś tam zawzięcie na ekranie, robiąc notatki na luźnej kartce. Stawiane przez nią znaki wyglądały niczym jakiś nieregularny ornament. Ja zająłem się kolejnym wyszarpywaniem od mej zwierzchności w stolicy pieniędzy, tworząc istne perełki podań aplikacyjnych. A wszystko z załącznikami, skrótem kosztorysów, listą potrzeb itp. Szkoda tylko, że takie działania musiałem podejmować praktycznie co kilka tygodni, bo biurokraci w Warszawie zupełnie nie przejmowali się naszymi potrzebami. Przez uchylone drzwi pomiędzy pomieszczeniami (bo zamykaliśmy je tylko w wyjątkowych wypadkach) słyszałem urywki rozmów, które prowadziła przez telefon pani Basia. Dzisiaj był spokojny dzień, bo telefon jakoś się nie urywał.
Najpierw, a jakże, zadzwonił pułkownik, domagając się wyjaśnień i sekretarka długo, długo klarowała mu, o co w tym wszystkim chodzi. Zdaje się, że nie docierało do niego, jak można dzielić czasowniki na części i jeszcze zmieniać ich miejsce w zdaniu. Wreszcie albo zrozumiał, albo dał za wygraną, bo pani Basia odłożyła słuchawkę i przez dłuższy czas był spokój. Później kilka zwykłych telefonów z kraju, w tym chyba też i jakiś prywatny, bo pani Basia poprosiła rozmówcę, żeby zadzwonił wieczorem, już po pracy, do jej domu. Wreszcie zadzwoniła do mnie Zosia pytając, czy mamy w pracy przenośny skaner, bo ona powinna trochę podciągnąć swój artykuł do prasy fachowej, a w tym celu chciałaby parę rzeczy sobie w domu zeskanować. No i, jeśli mamy, to czy mógłbym go na dzień – dwa pożyczyć. Ta jej idee fixe z tym całym pisaniem do medycznych gazet, których i tak nikt nie czyta! Ale cóż? Skoro żona sobie życzy, dobry mąż natychmiast sprawdza możliwości. Poszedłem do sekretariatu, żeby spytać panią Basię, czy nasz przenośny skaner jeszcze działa i czy mogę go zabrać na dwa dni. Wtedy akurat zadzwonił telefon, a przyłożywszy słuchawkę do ucha pani Basia zrobiła wielkie oczy i, z dziwną miną, przełączyła natychmiast na tryb głośnomówiący, żeby się z nami tą wiadomością podzielić.
- Czy może pan powtórzyć? - wyrecytowała z nienaganną dykcją.
- Tu Chincyk siedzi... - dał się słyszeć trochę niepewny, męski głos, dziwnie rozkładający akcenty.
- Siedzi? A dlaczego go posadzili? - drążyła pani Basia – No i gdzie pan siedzi? Dlaczego dzwoni pan do nas? W czym możemy panu pomóc? Bo mamy tu panią z Chin, to może...
Tymczasem roześmiana panna Chen podskoczyła od swojego biurka, wyminęła mnie (poczułem zapach jakby drzewa sandałowego) pochyliła się nad telefonem, mówiąc do niego – Xie Ji? Ni hao! Ni zai zuo shenme ne?
Po czym staliśmy się biernymi świadkami rozmowy telefonicznej, mogącymi kontemplować w milczeniu bogactwo dźwięków dziwnej dla nas chińskiej mowy. Nasza praktykantka pogadała sobie z tym posadzonym człowiekiem, wyraźnie zadowolona, ze dwie minuty, po czym rozłączyła się i wyjaśniła nam, o co chodziło. To taki sam praktykant, jak ona, tylko wysłany na stronę holenderską, do Nieuwe Stad Nr 2. Właśnie wczoraj przyjechał na miejsce. On mówi trochę po polsku, więc chciał sprawdzić, czy potrafi się dogadać z Polakami, no i chciał nawiązać kontakt z nią, chińską koleżanką, jak to zwyczajnie na obczyźnie. Dlaczego nie wysłano go do nas, skoro mówi po polsku? A kto to wie, zaśmiała się perliście panna Chen, czasem decyzje kierownictwa bywają, delikatnie mówiąc, kontrowersyjne. No i nie, pani Basiu, on nie ma żadnych kłopotów, bo wcale go nie posadzili. On tylko nazywa się Xie Ji, a to się po chińsku czyta, tak jak polskie „sie-dzi”. Stąd całe nieporozumienie.
Wracając po pracy włączyłem radio. Spiker podawał najnowsze wiadomości: pokojowe oddziały armii chińskiej wylądowały właśnie w porcie Hanbao, który zostanie teraz przemianowany na Xin Shanghai, czyli Nowy Szanghaj. Ma to być żywy dowód na szczerą chińską chęć wzięcia współodpowiedzialności za rozwój naszego kontynentu. Zdenerwowało mnie to. Jaki port w Hanbao? Gdzie niby ma być to Hanbao? Na obszarze Morza? Wszystkie plotki, nawet te najgorsze, zaczęły przyoblekać się w ciało na naszych oczach! Może lepiej było pojechać obejrzeć altankę teścia? Ze zdenerwowania tym, co usłyszałem ledwo trafiłem w bramę wjazdową. W domu też – a jakże - czekała na mnie niespodzianka. Zosia jeszcze nie przyszła, a na mnie już w garażu spadł Szymek, niczym jakiś jastrząb na pliszkę. Okazało się, że mamy też córkę! Albo coś w tym sensie, bo niby jak traktować postulat syna, który oznajmił, że rozumie wszelkie nasze zastrzeżenia, ale byłby szczęśliwy, gdybyśmy pozwolili zamieszkać u nas Eeltje. Bowiem Eeltje uciekła z domu, nie mogąc wytrzymać atmosfery niczym z koszar! Przypomniałem sobie rozmowę z jej mamusią i zacząłem się zastanawiać, co takiego było ową przysłowiową ostatnią kroplą przelewającą czarę wytrzymałości holenderskiej panienki? Przecież Mevrouw de Jong wydała mi się w rozmowie telefonicznej istnym ucieleśnieniem głupiej miłości, pozwalającej dzieciom na wszystko. A tu taka niespodzianka – dziecko, które mogło tam, jak sądziłem, absolutnie wszystko, uznało nagle, że jest w domu tłamszone. Kazali jej pozmywać po obiedzie? Zabronili spiłować sobie zęby w szpic?
- Jak mogę pozwolić na przebywanie w domu nieletniej bez zgody jej rodziców? Przecież mnie zamkną i oskarżą o porwanie, albo o coś znacznie jeszcze gorszego. - tłumaczyłem Szymkowi, który nie wyglądał na zupełnie przekonanego. Weszliśmy do przedpokoju; odruchowo chwyciłem papcie w błękitne paski. - Synku, przecież jej rodzice, w skrajnym przypadku, mogą nawet przyjechać z policją i będą mieli rację. Nie mam żadnego argumentu wobec ich praw rodzicielskich. Dodatkowo sprawę komplikuje to, że podlegamy pod różne systemy prawne: ona jest Holenderką, a my Polakami. Zrozum to i, proszę, spróbuj może wytłumaczyć Eeltje, że zwyczajnie muszę zadzwonić do jej rodziców.
Szymek nie wyglądał na szczęśliwego, ale przyjął moje słowa znacznie spokojniej, niż się spodziewałem. Westchnął tylko wymownie i poszedł do swojego pokoju. Teraz z kolei ja zamarłem w oczekiwaniu, jak dziewczyna mego syna przyjmie nowiny. Włączyłem ekran i szukałem nerwowo wiadomości o lądowaniu sił chińskich. Niczego jednak nie znalazłem na żadnym z kanałów, poza jakimiś zupełnie zdawkowymi informacjami na BBC. Nawet bez relacji na żywo, czy choćby zdjęć satelitarnych. Usiadłem tymczasem w fotelu i zacząłem wyszukiwać numer pani de Jong w słuchawce telefonu. Skoro dzwoniła do mnie kilka dni temu, to numer musi być jeszcze w pamięci. Nie musiałem nawet długo czekać, bo po krótkiej chwili z pokoju Szymka dał się słyszeć krzyk, drzwi otworzyły się gwałtownie i wypadła z nich, cała w czerni, młoda Holenderka. Szymek próbował ją zatrzymać, ale równie dobrze mógłby starać się zatrzymywać wędką rozpędzony pociąg relacji Warszawa – Helsinki na przejeździe w Trakiszkach. Eeltje przebiegła przez pokój, stanęła przede mną i wykrzyczała mi w twarz:
- Ik praat niet met m'n pa! Ik zal nooit terug naar huis! - po czym pobiegła, wciąż zatrzymywana na próżno przez Szymka, do drzwi. Tam obróciła się i ryknęła rozdzierającym głosem - Ik geef de voorkeur om te sterven!
I wybiegła. A Szymek w dyrdy za nią. Prawie zderzyli się z wchodzącą właśnie Zosią, która próbowała dowiedzieć się mocno zdziwionym głosem, co się dzieje, jednak młodzież tylko śmignęła koło niej i tyle ją widzieli! Nie mieliśmy żadnych szans ich dogonić. Wytłumaczyłem pokrótce, co się dzieje. Małżonka pokiwała głową i zasugerowała, żebym dzwonił do Nieuwe Stad bez żadnej zwłoki. Jakaś tam solidarność rodziców zobowiązuje, a Eeltje niech wyjaśnia sprawę ze swoimi starymi bez mieszania w to nas. Wybrałem numer i po chwili ktoś się po drugiej stronie zgłosił.
- Met mevrouw Smit – usłyszałem.
- Oh.., sorry. - zacząłem się jąkać, sądząc, że nastąpiła pomyłka. Mój holenderski był, prawdę mówiąc, gorszy, niż zły, ale dzielnie próbowałem dawać sobie radę – Je spreekt met heer Szafarek. Ik wilde spreken met Mevrouw de Jong.
- To właśnie ja jestem Mevrouw de Jong - powiedziała na to z godnością moja rozmówczyni, przechodząc, ku mojej uldze, na angielski.
- Wydawało mi się, że mówię z inną osobą, ale pewnie się pomyliłem.
- Nie, nie pomylił się pan. De Jong to mój mąż.
- Ale ja chciałem mówić z panią.
- No to słucham pana, skoro to ze mną chciał pan mówić. Zastanowił się pan nad tym, o czym mówiłam kilka dni temu?
- Tak... To znaczy, nie!
- Nie rozumiem pana. Po co zabiera mi pan czas?
- Dzwonię w zupełnie innej sprawie. - prędko wytłumaczyłem pani de Jong, o co chodzi i dlaczego dzwonię. Opowiedziałem, co zdarzyło się w naszym domu, kończąc informacją, że nie wiem zupełnie, gdzie jest teraz jej córka i mój syn.
- I pan jej nie zatrzymał? - głos w słuchawce nie był przyjazny.
- Nie. A powinienem? No i: które miałem łapać? Pani córkę, czy mego syna? Ich było dwoje, a ja jeden.
- Eeltje. Simon i tak do pana wróci.
- Mógłbym powiedzieć to samo o pani córce.
- Eeltje jest dzieckiem delikatnym i wrażliwym.
- No dobrze. Nie mówmy o tym. - pani de Jong męczyła mnie samą świadomością swego istnienia. - Czy mogę jakoś pani pomóc? Spróbować poszukać dzieci po naszej stronie miasta? Czy chcą państwo przyjechać do nas, czy raczej będą szukać u siebie?
Pani de Jong odrzuciła zaproszenie, sugerując, że rozpocznie poszukiwania po stronie holenderskiej, pozostawiając nam działania po stronie polskiej. Wymieniliśmy numery telefonów komórkowych, żeby móc pozostawać w stałym kontakcie.
Zosia chciała jechać ze mną, ale zasugerowałem, żeby została na wszelki wypadek w domu. Krzyś powinien być lada chwila. A może i starsze dzieci wrócą? Wtedy lepiej by było, żeby któreś z nas było obecne. Zgodziła się ze mną, pocałowała mnie i wtedy dopiero spytała z niepokojem w głosie, co znaczą te plotki o lądowaniu Chińczyków. Nic takiego, kochanie, pocieszyłem ją na wyrost z pewną miną, chociaż sam nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć. Czy wystawiłem moją rodzinę na niebezpieczeństwo? Wsiadłem do samochodu i wyruszyłem na objazd miasta.
Jak już chyba wspominałem, Nowe Miasto Nr 2 nie było specjalnie dużym ośrodkiem. Objechanie go dookoła nie zabierało więc wiele czasu. Dziwnym było to, że na ulicach prawie nie było ludzi. Lwy ktoś powypuszczał, czy co? Czy też wszyscy starali się złapać jakieś wiadomości o chińskiej pomocy? Bo to, jeśli wierzyć mediom, nie była wroga inwazja, tylko bratnia pomoc. Dla dobra całej Europy. I mam w to wierzyć?
Pojechałem do parku nad rzeką, bo to obszar raczej bezludny, w którym zbuntowane szczeniactwo mogłoby się spokojnie ukrywać. Może tam ich znajdę? Radio bębniło teraz na okrągło o pokojowych działaniach Chin i o podpisanej umowie pomiędzy Pekinem a Brukselą. Wjechałem na obszar parku. Zdałem sobie nagle sprawę, że od dłuższego czasu jedzie za mną inny samochód. To Arend! Jego czołg był przecież nie do podrobienia! Może wie coś o dzieciach? Zahamowałem gwałtownie i, nie gasząc silnika, wyskoczyłem z auta. Arend zatrzymał się tuż za mną. Podszedłem do jego czołgu od strony kierowcy i wówczas drzwi się otworzyły i z wnętrza wysiadł nieznany mi Azjata. Krótko ostrzyżony, barczysty mężczyzna, wyglądający gdzieś na czterdzieści lat.
- Co jest? Gdzie pan Van Wortelkoek? - krzyknąłem trochę zapalczywie.
- Jestem Xie Ji – wyciągnął łapsko Chińczyk – wszystko pod kontrolą.
- Proszę się nie denerwować – z prawych drzwi samochodu wyskoczyła teraz panna Chen, okrążyła go od przodu i zbliżyła się do mnie, rozglądającego się wciąż dość niepewnie – zaraz się wszystko wyjaśni. A teraz proszę spojrzeć: czy to nie należy przypadkiem do pańskiego starszego syna?
I wyciągnęła przed siebie dłoń, w której majaczył jakiś niewielki elektroniczny gadżet. Schyliłem głowę, by lepiej się temu czemuś przyjrzeć i wtedy poczułem uderzenie w głowę. Zdołałem odbiec maleńki kawałek, ale ból narastał i już wiedziałem, że raczej nie ucieknę... „Odbiec” to może nie było w tej sytuacji właściwe słowo. Udało mi się zrobić tylko trzy, czy cztery kroki wzdłuż samochodu. Chwyciłem za klamkę tylnych drzwi i, tracąc równowagę, otworzyłem je, a wtedy ten cały Xie Ji dopadł mnie i poprawił pierwszy cios. Ostatnie, co jeszcze zarejestrowały moje oczy, to bezwładne ciała pani Basi i Arenda leżące zadziwiająco zgodnie, ale bez życia, na tylnym siedzeniu...