Choroba morska CHOROBA MORSKA


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


ROZDZIAŁ XVI

Bolały mnie mięśnie szyi, a także szumiało w głowie (ktoś mnie uderzył?), ale rozejrzałem się z wysiłkiem. Właśnie dniało. Himmelkreuz! Gdybym tylko mógł przetrzeć zdumione oczy! Obok, z powierzchni gruntowej drogi, sterczała głowa pani Basi, zakopanej po szyję - dokładnie tak samo, jak ja. Sekretarka jeszcze się, najwyraźniej, nie ocknęła, bo jej oczy były zamknięte, a usta – odwrotnie – otwarte i śliniące się. Widziałem dokładnie, że zaczęły do nich wchodzić małe mrówki odmiany Formica rufa. Chociaż chyba nie – mrówka Formica rufa jest spora i agresywna, a te były maleńkie. Czy sekretarka jeszcze żyła? Przekręciłem głowę w drugą stronę i tam ujrzałem pannę Chen, kucającą ze dwa metry od nas. Przypomniałem sobie, że ponoć Chińczycy potrafią kucać całymi godzinami i nie odczuwają przy tym bólu stawów, ani nie cierpną, tak jak Europejczycy. Co się stało z Arendem, tego nie wiedziałem. W zasięgu wzroku go nie było. Kiedy panna Chen zauważyła, że patrzę na nią - pierwsza zaczęła rozmowę. O dziwo - po polsku! Nie miała nawet śladu akcentu, a jej sposób budowania zdań świadczył o wielkiej biegłości w posługiwaniu się naszym językiem.

- No witam – powiedziała melodyjnie – jak się już pan pewnie dowiedział w południe będą tu już siły pokojowe Chin i wszystko się zmieni. Wasza śmierć przejdzie w pierwszym bałaganie zmian zupełnie niezauważona, a później nie będzie miała żadnego znaczenia. I tak się wszystko zatuszuje, wystarczy mieć guanxi. Zgodnie z umowami międzynarodowymi przejmujemy od umęczonej Europy nadzór nad Morzem. Dzięki nam ten obszar rozkwitnie i będzie kolebką Xin Ou, Nowej Europy. Lepszej, prężniejszej i bardziej konkurencyjnej. To początek epoki, która przejdzie do historii jako Pax Sinica. Koniec głupiego europejskiego szaleństwa związanego z Morzem. Żadnej choroby morskiej więcej.

- Lwsyb - odpowiedziałem bardzo grubym słowem, na co panna Chen zareagowała szczerym śmiechem, bo aż odchyliła głowę do tyłu.

- Zawsze wiedziałam, że z was, słowiańskich mężczyzn wcześniej, czy później wychodzą świnie. Ale tak bardzo nawet się nie dziwię, że jest pan rozczarowany swoim marnym końcem.

- Co z panią Basią? Co jej zrobiłaś? Przecież starała ci się matkować podczas praktyki? Nie zaprzeczysz? Gdzie Arend?

- Nie jesteśmy na ty, ale co mi tam. Skoro i tak za chwilę wszystko się zakończy tak, jak ja tego chcę, to równie dobrze mogę ci to dokładnie wytłumaczyć.

- Słucham. Mów. – starałem się przedłużać rozmowę, mając nadzieję, że ktoś nas odnajdzie i wyrwie z rąk tej azjatyckiej psychopatki. Gdzieżeś, pułkowniku Szatybełko, gdzie? Ten raz jesteś potrzebny!

- Nie nazywam się Chen, tylko pułkownik Fan i będę tu szefem sił specjalnych podległym tylko gubernatorowi. Jak już pewnie zauważyłeś, mówię biegle po polsku, niderlandzku i paroma jeszcze językami, które mogą tu się przydać; przynajmniej w pierwszej fazie zasiedlania. Nie mogę jednak pozwolić sobie na utratę twarzy, a wy oboje byliście świadkami mego upokorzenia. - głos Chinki stracił uprzednią miękkość - Dlatego muszę was zabić. Xie Ji pomógł mi was wkopać i unieruchomić, bo sama nie dałabym rady. Marchewa był wypadkiem przy pracy. Ot i wszystko.

- Jakiego upokorzenia? O czym ty mówisz, do diabła?

- Przy was nie wiedziałam, jak jest po angielsku „rycerski”. To nie może wyciec, bo zaszkodziłoby mojemu wizerunkowi, który starannie buduję od lat. No, to wyjaśniliśmy sobie wszystko, więc wybacz. Pojazd czeka - tu panna Fan wstała i zaczęła odchodzić.

- Zaraz! Ja to wszystko, znaczy się relację z twojego pierwszego dnia w biurze, opisałem i oddam ci rękopis, jak mnie wypuścisz...

- W pamiętniku? Pitu, pitu, kolego. Nie prowadzisz pamiętnika. Możesz nie bujać, bo nie uwierzę. Zresztą, skoro tak bardzo tego chcesz, to twoją rodzinę też wykończę prewencyjnie, a dom i biuro podpalę, żeby nic nie zostało. Zgoda?

- Nie!! Błagam! Nie rób tego! Oszczędź moją rodzinę. Kłamałem... - wiedziałem już, że panna Chen... Nie..., pułkownik Fan, uzyskała przewagę i że nie mam w pojedynku z nią żadnych szans.

- OK. I tak ich wyeliminuję. Jak to mówią: na wszelki wypadek. Nie trzeba było pleść, co ślina na język przynosi. Ale obiecuję, że nie będą cierpieć. A to już, uwierz mi, wiele znaczy w chińskich ustach.

- Nie! Błagam, nie! Nie!! - krzyczałem zachrypniętym głosem, próbując przy tym wydostać się z ziemi, ale zakopany byłem na tyle dobrze, że próba ruchów nie dała żadnych widocznych rezultatów. Kątem oka zauważyłem machinalnie, że na poboczu przycupnęły tymczasem trzy czarne ptaki, które wcale nie bały się ludzi. Kruki? Chyba za małe na kruki. Gawrony? Kawki? Pani Basia najwyraźniej się ocknęła, bo zaczęła wyć niczym jakiś nawiedzony wilk do księżyca przy pełni. Oszalała? I wtedy stało się coś, co, paradoksalnie, natchnęło mnie prawdziwą nadzieją. Pułkownik Fan rzuciła przez ramię, na odchodnym, zastanawiające słowa:

- I uploteczki wniwecz... - i odeszła ze śmiechem, który, przyznaję, brzmiał na tym pustkowiu dość upiornie.

Uchwyciłem się tej nadziei – żaden cudzoziemiec nie może znać polskiego tak dobrze, by cytować o brzasku Kochanowskiego. To musi być sen! Jeden z tych niedobrych snów, które śniły mi się ostatnio! Zaraz obudzę się przy Zosi i będziemy zaśmiewać się z chorobliwych wytworów mojej zmęczonej wyobraźni. Może nawet pozwolimy sobie na mały indiański przerywnik? Jak tu się uszczypnąć, gdy jest się zakopanym po podbródek w ziemi? A pani Basia wciąż wyje, jak potępiona. To musi być sen! Przecież nawet pomysł sterylizacji całego narodu nie mógł się nigdy ziścić, a my nie mogliśmy zarządzać ziemią niczyją wielkości połowy własnego kraju, więc po obudzeniu się będę nadal w innym śnie, tyle tylko, że jakby wyższego rzędu, niczym w bajkach Lema. Jakieś oniryczne przekleństwo, czy co?

Tymczasem ktoś (pułkownik Fan?) włączył najwyraźniej jakiś wielki silnik spalinowy, bo głos z tyłu sugerował dobitnie, że to czołg, albo pociąg drogowy. No i faktycznie – po paru sekundach w polu widzenia zobaczyłem wielotonową ciężarówkę, prowadzoną z werwą przez moją piękną praktykantkę, jeśli miałem jeszcze prawo tak ją nazywać. Pomachała mi nawet ręką przez otwartą szybę. Potwór drogowy odjechał paręset metrów, zawrócił na skrzyżowaniu i zaczął rozpędzać się, kierując prosto na nas. Widać pułkownik Chen chciała wysłać nas na tamten świat dość spektakularnie, albo znajdowała jakąś sadystyczną przyjemność patrząc w nasze wystraszone oczy. Tylko, czy mogła je z tej odległości w ogóle zobaczyć?

Ptaki podeszły tymczasem na sztywnych nóżkach bliżej, przekrzywiając łebki, żeby się nam lepiej przyjrzeć. Zrozumiałem nagle, że jeśli zechcą wydziobać nam oczy, to będą miały łatwe zadanie, bo żadne z nas nie miało możliwości odganiania ich ręką. Przez chwilę pewnie udałoby nam się odwracać głowę, ale dzika przyroda jest szybsza od unieruchomionego człowieka, więc łatwo by w końcu spróbowały naszych tęczówek. Na szczęście spłoszył je ryk nadjeżdżającego pojazdu. Słychać było, jak ciężarówka włączyła automatycznie kolejny już wyższy bieg i zbliżała się nieuchronnie. Rosła w oczach, a odgłos pracy silnika stawał się coraz wyraźniejszy. Pani Basia zmieniła wydawane dźwięki, bo teraz imitowała chyba szczek kozła sarny, wapiti, albo czegoś podobnego. Nie znam się na tym, bo nigdy nie ciągnęło mnie myślistwo. Przemknęło mi przez głowę, że musiała doszczętnie zwariować ze strachu.

To sen, mówiłem sobie na głos, to tylko sen. Zaraz się obudzę. Przecież to niemożliwe, żeby panna Fan faktycznie chciała nam rozjechać głowy za pomocą trzydziestotonowej ciężarówki. „Razdawlen kak kamar tiażkimi zadami Tatar” - błysnęła mi niedorzeczna myśl rodem z ulubionej książki historycznej, która była już w tych czasach dziełem klasycznym. Lewiatan szos był na tyle blisko, że widziałem wyraźnie rzeźbę bieżnika potwornej wielkości opony radialnej. Byłem jednak dziwnie spokojny, pomimo chrypliwego żabiego skrzeczenia pani Basi, dobrze słyszalnego na tle ryku wielocylindrowego silnika. Spłynęło na mnie przemożne przeświadczenie, że przecież to tylko kolejny sen. Koszmarny, zły sen...



KONIEC


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


© YPY - Strona poprawiona i publikowana 14.10.2012