|
CHOROBA MORSKA | |
Z pracy do domu nie było daleko, ale dzisiaj wziąłem samochód, bo obowiązki zatrzymały mnie dłużej, niż zwykle. Najpierw zwykła narada z ludźmi, żeby ustalić harmonogram na kilka następnych dni. Trwała tyle, co zawsze. I jak zawsze największym problemem były pieniądze, bo nie wiadomo skąd je wziąć, a tu wszystko sypie się w oczach, pomimo wyburzenia tego wszystkiego, co tylko się dało. Znowu trzeba będzie rozmawiać z samym komendantem, a pewnie sprawa na tym poziomie się nie zatrzyma i znowu jakieś ważniactwo z centrali przyjedzie, żeby pokazywać nam palcem jak bardziej oszczędzać powierzone pieniądze. A niech przyjeżdża ich nawet cały tuzin! Z pustego to i król Salomon nie potrafił nalać. Właściwie to aż śmiesznie patrzeć, jak z kolejnych takich „fachowców” uchodzi powietrze i zaczynają wić się niczym wypławki w gnojówce, gdy tylko dojdzie do nich ogrom potrzeb i znikomość środków. Takich kontroli przeżyłem tu już... no, nieważne. Dużo za dużo. Biurokraci cholerni. Mogłoby do nich w końcu dotrzeć, że problem nie leży w naszej rozrzutności.
Później zająłem się przeczytaniem tych danych o języku chińskim, co to pani Basia mi wynalazła. Starałem się bardzo i nawet tam, w biurze, wydawało mi się, że pamiętam, co i jak. Ale teraz nie potrafię sobie przypomnieć jak dokładnie do naszego praktykanta trzeba mówić. Panie Yiling? Coś tam po nazwisku trzeba dodawać. Więc chyba panie Yilang-szeszeng? Yalung-szanszeng? No a imię? Zupełnie zapomniałem. A w cholerę! W końcu po angielsku będziemy rozmawiać, więc zwykłe „you” musi mu wystarczyć.
Jeszcze później zadzwonił Arend, który po tamtej, holenderskiej stronie robi to samo, co ja tutaj. Tylko, że on ma do dyspozycji takie pieniądze, których ja na oczy nigdy nie widziałem, więc porównywanie naszej pracy to jakaś parodia. Było, nie było, znamy się już od paru lat i jest uprzejmy i uczynny. Więcej, kilka razy pomagaliśmy sobie nawzajem i wiem, że mogę na niego liczyć bez biurokratycznych wygibasów i telefonów sięgających aż do Kwatery Głównej. No i on, bardzo podekscytowany, zaczął opowiadać o jakichś tajemniczych napisach na murze po jego stronie, już poza miastem. Dziwna sprawa, bo pytaniem jest, kto miałby je tam umieszczać, skoro średnia wieku Ortmenszów faktycznie oscyluje chyba już wokół liczby 94, więc nie są w stanie do własnego ogródka wyjść, a co dopiero przemykać się po strefie zamkniętej, nosić farby, czy inne spreje i malować jakieś wielkie hieroglify. Może Arend przesadza, a jak nie, to zobaczy się jutro, podczas wspólnego patrolu. Jeżeli faktycznie coś się dzieje, to sprawa Straży, a nie moja. I Bogu dzięki, bo wystarczy mi kłopotów.
Ewentualnie, i to wydało mi się najtrafniejszym pomysłem, jeżeli faktycznie Arend coś znalazł - jakieś rzeczywiście tajemnicze znaki, to o próbę wyjaśnienia poprosi się naszego chińskiego praktykanta i w ten sposób będziemy mieć go z głowy, bo będzie się przemykać po kątach zawstydzony, że niczego nie wyjaśnił. Swoją drogą nigdy mi to nie przyszło do głowy, a to ciekawe, czemu właściwie inni Holendrzy mówią na Arenda (oczywiście za plecami) „Marchewa” (Big Carrot), skoro nie jest rudy. Trzeba będzie zapytać panią Basię – ona wie wszystko. Chociaż może lepiej nie – Arenda nie lubi ostentacyjnie, jakby jej coś zrobił.
Dojechałem do domu, otworzyłem garaż pilotem, wprowadziłem samochód. Dalej to była już tylko rutyna, wymagana przez regulamin: zamknąć auto na klucz, dopilnować, czy wrota garażu są we właściwej pozycji i koniecznie (trochę tu chyba służby specjalne przesadzają z tą gorliwością, ale ich rzecz), ale to koniecznie zablokować drzwi szyfrem. Teraz jeszcze tylko ostatnie drzwi i byłem w domu, wołając, jak zawsze: „miodzie, jestem domem”. Zosię to od lat rozbawia.
Zosia była jednak wyraźnie w złym humorze, co poznałem po naburmuszonej minie, gdy tylko zobaczyłem ją wszedłszy do przedpokoju. Po szesnastu latach małżeństwa wiedziałem jednak, że lepiej zaczekać, aż sama zacznie mówić co ją gryzie. Zdjąłem cichutko buty, założyłem moje papcie w podłużne błękitne paski i poszedłem odświeżyć się do łazienki. Po chwili byłem już w sypialni i wszedłem do mojej garderoby, żeby się przebrać po pracy w domowe ubranie.
Mieszkanie było przeogromne i, co tu dużo ukrywać, o wiele większe niż to, które mieliśmy w kraju. Zosi najbardziej podobał się układ sypialni, bo po obu stronach rozległego małżeńskiego łoża były wejścia do dwóch garderób, z których każda była wielka niczym pokój w zwykłym M-3. Sześć pokoi, dwie łazienki, kuchnia, spiżarnia, balkon (i z drugiej strony loggia) tworzyły razem piękne gniazdko. Architekt pomyślał nawet o służbówce z własnym węzłem sanitarnym, ale nie zatrudnialiśmy służby. Po pierwsze – nie było tu takiego zwyczaju, a po drugie – skąd tu wziąć służbę? Pomieszczenie służbowe wykorzystywaliśmy jako rodzaj lamusa, w którym trzymaliśmy wszystkie walizki, kartony i wszelkie rzeczy, które mogłyby się kiedyś do czegoś przydać, ale pewnie nigdy do niczego się nie przydadzą i trafią ostatecznie na śmietnik. Żeby powiedzieć prawdę: trochę się nam w trakcie pobytu nazbierało i może niegłupio byłoby zrobić jakąś czystkę.
Przebierając się w domowe ciuchy przypomniałem sobie nagle, że od dwóch dni obiecuję zobaczyć, co jest ze spłuczką w niebieskiej łazience i jeszcze jakoś się za to nie zabrałem. Może dlatego żona chodzi odęta? Nie ma co, trzeba zacząć od tej spłuczki, choć nie bardzo mi się chce.
Wykręciłem tulejkę na górnej powierzchni i wyjąłem ją wraz ze srebrzystym przyciskiem spłukiwania. Pokrywa dała się teraz zdjąć bez problemu; postawiłem ją na sztorc przy ścianie, uważając, żeby nie mogła się po niej ześlizgnąć, bo pewnie by się potłukła. Otworzyłem zawór dolotowy i woda zaczęła wypełniać zbiornik z charakterystycznym szumem. Nie trwało to długo, bo po chwili osiągnęła normalny poziom, dobrze widoczny na ściankach. Jednak zawór dolotowy wcale nie zadziałał, wody przybywało, aż zaczęła przelewać się przez górną krawędź centralnego zaworu spustowego. Nic innego, tylko zawór odcinający albo zespół pływaka. Zamknąłem zawór dolotowy i spuściłem wodę. Szaro-brudne wnętrze spłuczki nie nastrajało do grzebania się w nim, ale co tam – i tak po wszystkim umyję ręce.
Bez wody wszystko stało się jasne. W tej konstrukcji (dość zresztą archaicznej) położenie pływaka można regulować za pomocą długiej pionowej śruby z białego plastiku, zakończonej radełkowanym łebkiem. Cały zespół był, najwyraźniej, pomyślany jako uniwersalny dla różnych spłuczek i jego konstruktorzy przewidzieli ograniczniki skrajnego położenia pływaka, przy których, w konkretnej spłuczce, pływak uniemożliwiał przelewanie się wody górą. Na śrubie widać było wyraźnie kilka miejsc, w których należało założyć zewnętrzny pierścień osadczy, wybierając to właściwe w zależności od typu konkretnej spłuczki. Tyle tylko, że mój pierścień musiał pęknąć i dlatego pływak wyszedł z czasem poza przewidziane konstrukcyjnie położenie skrajne, odcinał dopływ wody przy wyższym, niż normalnie, poziomie i dlatego spłuczka ciekła.
Kłopot w tym, że nie miałem w domu takiego pierścienia osadczego.
Za tuzin zapłaciłbym pewnie kilka centów, ale przecież rzecz nie w cenie, tylko w tym, że tego elementu nie miałem i pewnie musiałbym go sprowadzać, co zajęłoby ładnych parę dni. Trzeba było uruchomić myślenie. Założyć małą obejmę? Zacisnąć rurkowy element termokurczliwy? Dokleić poprzeczny ogranicznik? Wreszcie wpadłem na sposób najprostszy - lekko, co prawda, dziadowski, ale dający nadzieję natychmiastowej naprawy w krótkim czasie bez potrzeby używania narzędzi. W wycięciu śruby nawinąłem kilkanaście warstw szpagatu, związując go co chwila. W ten sposób na śrubie powstało zgrubienie uniemożliwiające przesuwanie się pływaka powyżej zadanego poziomu. Rozwiązanie godne jakiegoś sobieradka - samouka, ale chwalić się nim raczej nie należy. Mój promotor dostałby pewnie zawału, gdyby jakimś cudem dowiedział się o tym sposobie naprawy.
Zacząłem sprawdzać niezawodność działania, napełniając zbiornik wodą i spuszczając ją wielokrotnie. Wydaje się, że zadziałało! I to tak tanim kosztem. Zarówno jeśli chodzi o pieniądze, jak i o czas. Kiedy sięgałem po pokrywę do łazienki weszła Zosia.
- Cóż waćpan robisz - zapytała chyba tylko po to, żeby rozpocząć rozmowę.
- Ryby sobie łowię, jak to w wodzie - zażartowałem.
Żona popatrzyła na mnie z wyrzutem.
- Zreperowałem spłuczkę. A przynajmniej mam nadzieję, że to zrobiłem i że jakiś czas będzie działać, kochanie. Przepraszam, że to czekało dwa dni.
- To dobrze, że się za to zabrałeś, bo jednak lepiej mieć dwie sprawne łazienki, niż tylko jedną, a nie chciało mi się uruchamiać tej w służbówce. Może lepiej, bo jest obrzydliwie pomalowana i czuję się tam tak klaustrofobicznie.
- Pewnie, pewnie. Co prawda spłuczkę naprawiłem nitką, a to dość zawodny sposób. Jednak, zważywszy na to, że woda nie jest substancją specjalnie agresywną, powinniśmy mieć spokój przez kilka miesięcy. Jeszcze nie zamknąłem na dobre; chcesz zobaczyć?
- Daj spokój, co będę oglądać w mętnej wodzie?
- Jakiej mętnej? Wymienialiśmy filtry dopiero kilka tygodni temu, więc woda spełnia wszelkie normy, nie tylko europejskie, ale i nasze, które są o wiele bardziej wyśrubowane. W końcu za to też odpowiadam. Ale ile można mówić o głupiej spłuczce? Chciałaś ze mną o czymś innym porozmawiać?
- Prawdę mówiąc - tak. Martwię się o chłopców.
- Zakochali się w niewłaściwych pannach? Chyba trochę za wcześnie. Szymek ma dopiero czternaście a Krzyś dziesięć lat.
- Ty zawsze musisz żartować, a ja się naprawdę martwię, że zamknęliśmy ich tutaj jak w klatce.
- Kochanie, ja już, już tu kończę, umyję tylko ręce i porozmawiajmy w salonie, albo w naszym pokoju, co? Aha, właśnie - gdzie chłopcy, bo coś ich nie słychać?
- Chłopcy u kolegów; obiecali być na kolację. To jak skończysz, przyjdź może do naszego pokoju. Czekam - i wyszła, pozwalając mi założyć pokrywę i dokończyć skręcania.
Zrobienie porządku nie zajęło mi dużo czasu. Jeszcze tylko umyć ręce, rzucić okiem, czy w drugiej łazience nic nie cieknie i mogłem pójść do pokoju. Jeden rzut oka uzmysłowił mi, że sprawa jest poważna, bo na stoliku stała butelka koniaku i dwa napełnione kieliszki. Zosia musiała mieć bardzo ważną sprawę, jeśli sięgnęła po argument, którego prawie nigdy nie używała.