Choroba morska CHOROBA MORSKA


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


ROZDZIAŁ III

Rano wszystko szło utartą koleiną. Jedna brygada pojechała sprawdzić wodociąg, druga miała naprawić odcinek drogi numer 584, bo stopień zniszczenia przekroczył tam już wszelkie normy. Tomek Biernacki wziął resztę ludzi do szpitala, bo zgłoszono jakieś usterki z elektrycznością. Stan punktów przekaźnikowych telefonii komórkowej miałem skontrolować ja sam, podczas wspólnego patrolu z Arendem. Z tym, że to dopiero o jedenastej.

Pani Basia przyniosła do podpisu papiery, o których wczoraj, oczywiście, zapomniałem. Zakwaterowanie praktykanta. Jak zawsze w hotelu Orzeł Biały na Kościuszki. Koszt pokryty z funduszu europejskiego numer tramtadaram przez blebleble. Pełna rutynowa powtarzalność, tak jak zwykle przy kolejnych praktykantach. Gdyby to był jakiś oficjel, to mieszkałby w Wiśle, która miała cztery gwiazdki i niewiele więcej pokoi, a utrzymywana była z funduszu państwowego, bo wizyty VIP-ów były rzadkie jak na lekarstwo. Błysnęła mi przekorna myśl, że Chińczyk będzie miał blisko do agencji, która jest tuż za rogiem, ale sam siebie zaraz w duchu skarciłem: a co mnie to obchodzi, jak on się będzie poza czasem praktyki prowadził? Niech się tam nawet doprowadzi do stanu całkowitego wycieńczenia. Jego zdrowie i jego pieniądze.

W dobie prawie całkowitej cyfryzacji wszystkiego (mamy przecież dwudziesty pierwszy wiek) dokumenty dotyczące płatności z którejkolwiek puli funduszy europejskich wciąż trzeba było drukować, podpisywać i przesyłać tradycyjnymi metodami do centrali. Kolejna biurokratyczna paranoja. Wstałem, zebrałem dokumenty dotyczące naszego praktykanta i przeszedłem do sekretariatu, żeby je oddać pani Basi. Spojrzała na mnie zagadkowym wzrokiem, wzdychając przy tym ciężko.

- Co jest? - zapytałem, wiedząc, że takie zachowanie mojej sekretarki nie wróży niczego dobrego.

- Niech pan sam zajrzy do poczty. Właśnie przyszła specjalna wiadomość z centrali, że mogą się do nas zgłosić agenci specjalni. Tryb tajne przez poufne. Kogoś tam zupełnie pokręciło, żeby nie powiedzieć gorzej.

- Agenci? Do nas?

- Do nas. Agenci Krówka i Niedręga. Proszę, o! - obróciła monitor w moją stronę, żebym sam mógł zobaczyć – Kto im te fałszywe nazwiska wymyśla, to ja nie wiem.

No i faktycznie. Informowano nas o tym, że, w związku z koniecznością dyskretnej obserwacji obywatela chińskiego przebywającego w naszym przedsiębiorstwie na dwutygodniowej praktyce, należy dołożyć wszelkich starań, by umożliwić swobodne działanie agentom Służb Specjalnych, którzy zgłoszą się do nas we właściwym czasie, przewidzianym działaniami operacyjnymi, pod nazwiskami Krówka i Niedręga. Tajne/poufne, przed przeczytaniem spalić, nikomu o tym piśmie nie mówić, ani nie rozpowiadać, amen.

- Co pan na to?

- Ciekaw jestem, jak niepostrzeżenie wtopią się tu w tło, pani Basiu. Przecież tu każdy obcy jest jak na dłoni. Czy oni tego w Warszawie nie wiedzą?

- Jak to u nas wszystko, szefie. Wiedzą, nie wiedzą, w dupie mają, dopóki to kogoś z rządu bezpośrednio nie dotyczy.

- No... A gdzie Chińczyk? Nie powinien już tu być?

- Przyleciał jak każdy praktykant, dwadzieścia po siódmej ze zmianą chłopaków ze Straży Granicznej i podrzucili go, jak zawsze do hotelu, żeby mógł trochę odpocząć. Nawet w poczcie przyszła od nich notatka, lakoniczna do bólu. No proszę tylko spojrzeć: „Prakt. Chen dost. hot. Orzeł B.; 08:42; por. Klusek”.

- O Jezu, ale zabawa w wojsko. Niektórzy to nigdy nie dorosną – miałem nadzieję, że brzmię sarkastycznie.

- Wie pan, że ja tego Kluska nawet kojarzę, chociaż doprawdy nie wiem, na co mi to? Ci z uwojskowionym rozumem nigdy się nie zmienią, cholerne zupaki. No, nic. Nawet nie kontaktuję się z hotelem, bo po co? Skoro sam porucznik Klusek potwierdza przybycie... Za jakieś pół godziny pojadę tam, niech chwilę tu posiedzi i... Zabiera go pan na patrol z Van Wortelkoekiem?

- Jasne. Niech sobie nie myśli, że na wczasy przyjechał. Niech od razu wchodzi w obowiązki.

- Tyle, że wie pan – z nim trzeba jak z jajkiem, bo to jednak traktat o przyjaźni z Chinami obowiązuje.

- Nie ma sprawy, przecież go nie zarąbiemy robotą. To ci..., jak im tam? Krówka i Niedręga niech się martwią, żeby mu się w oczy nie rzucać, bo jakiś skandal z tego będzie.

- Sama jestem ciekawa, o co tu chodzi z tymi agentami – pani Basia pokręciła energicznie głową, aż jej kolczyki zadzwoniły.

- Ale, ale, pani Basiu; nie wie pani przypadkiem, dlaczego na Arenda mówią „Marchewa”? Przecież nie jest rudy.

- Nie mam pojęcia, szefie. Może podskórnie czują, że ma lisią, fałszywą naturę? - przerwała, bo zadzwonił telefon, więc odebrała połączenie, wskakując natychmiast w skórę jednej z najlepszych sekretarek w Drugim Nowym Mieście.

- Sekretariat Służby Utrzymania Technicznego. Tak..., tak, jest. Już przekazuję połączenie, panie pułkowniku. – podała mi słuchawkę, przeciągając przy tym lewą dłonią po włosach od czoła do czubka głowy, co było od dawna umówionym sygnałem, że po drugiej stronie rozmawiać chce sam pułkownik Szatybełko.

Pułkownik Szatybełko oczekiwał cudu. Tylko tyle i aż tyle. Oznajmił mi z tą przecudowną wojskową lekkością, że służby medyczne zaraportowały mu śmierć ostatniego Ortmensza z domu numer 10173. W związku z tym oczekuje w ciągu dwóch dni raportu, że obiekt został zabezpieczony zgodnie z obowiązującymi procedurami. Musiałem zaprotestować. Nie raportu, panie pułkowniku, tylko sprawozdania, bo jesteśmy służbą cywilną. Że dla pana służba to służba? Cóż, proszę zapoznać się z rozporządzeniami ministerstwa, które ustaliło podział kompetencji w naszej części Morza. Ma pan, oczywiście, rację panie pułkowniku - nie Morza, tylko Specjalnego Obszaru Europejskiego. Jednak muszę zwrócić pańską uwagę na fakt, że na oczekiwane przez pana działanie nie ma już funduszy po obcięciu ich zgodnie z zeszłorocznymi wytycznymi na rok bieżący, a także w związku z ponadnormatywną umieralnością Ortmenszów, znacznie przekraczającą założone przez centralę wskaźniki. Dlatego, oczywiście, chciałbym zastosować się do pańskich sugestii, jednak muszę najpierw prosić o uprzednie przelanie odpowiednich funduszy na konto SUT, gdyż bez nich cała rozmowa pozostaje, przykro mi, jedynie jałową spekulacją. Nie, panie pułkowniku, nie złapaliśmy żadnych spekulantów, w tym przypadku słowo „spekulacja” oznacza...

- Rzucił słuchawką – poskarżyłem się jezuicko sekretarce, drapiąc się po głowie.

- Znowu sobie pan narobił kłopotów. Nie lepiej zabezpieczyć jakoś tę całą posesję 10173?

- A za co? Przecież już jesteśmy na minusie.

- No tak... To teraz – niech mnie pan dobrze, szefie, słucha - robimy tak: ja sprawdzam dane tego Ortmensza i tej całej zapowietrzonej już pewnie posesji, a pan natychmiast dzwoni do ministerstwa, do podsekretarza Walaska ze skargą na wymagania pułkownika, za którymi nie stoi potrzebna forsa. Już, już, szefie, prędko - bo jeżeli pan się spóźni i będzie drugi, to Walasek, a jest tak leniwy, jak tylko można (bo to tam, zdaje się, metropolitalna norma), wcale nie będzie chciał pana słuchać, przyjmując punkt widzenia Szatybełki. To co, łączę z Warszawą?

Rozmowa z podsekretarzem stanu nie była wcale przyjemna, ale przynajmniej byłem pierwszy. Wygrałem o włos wyścig z pułkownikiem Szatybełką - o tyle przynajmniej, że miałem teraz pewność, że centrala wie o problemach finansowych i o złym planowaniu funduszy na ten rok. Złą wiadomością było to, że Walasek prosił ustnie o „znalezienie” na miejscu jakiejś dodatkowej forsy na niezbędne czynności, ale nie chciał przysłać tego na piśmie. Rozmowa skończyła się na niczym, jak to zwykle w kontakcie z biurokracją. Niezależnie od wszystkiego pani Basia znowu zasłużyła sobie na moją wdzięczność, wiedząc co i jak. Mam jednak szczęście, że na nią trafiłem.

- Znów tkwimy w gównie po pachy, pani Basiu. Skąd niby mam wziąć na remonty i zabezpieczenia? Przed nami jeszcze większa część roku, a w kasie wbiliśmy się już w dno! - usiadłem ciężko na fotelu stojącym pod oknem.

- Wiem przecież. Na szczęście – powiedziała z naciskiem moja współpracowniczka – jestem tylko sekretarką, więc to problem poza moim obszarem. Lepiej niech pan słucha, co znalazłam w bazie danych.

- Taak – mruknąłem - Dlaczego pani zawsze ma rację? OK, dajemy z tym Ortmenszem, tylko szybko, bo Chińczyk czeka.

- Nie, nie – spokojnie, szefie. Wszystko pod kontrolą, na odbiór praktykanta mamy jeszcze parę minut. A wiadomości o zmarłej nie ma zbyt dużo.

- Zmarłej? To kobieta? Wydawało mi się, że pułkownik mówił o mężczyźnie.

- Tak, kobieta. Bertha von Schwartzenberg, urodzona dwunastego kwietnia tysiąc dziewięćset czterdziestego roku w Bad Schillerbach, wdowa.

To miała..., zaraz, sto dwa lata. Piękny wiek, czego by nie powiedzieć.

- I czego zazdrościć? Przecież miała pełną świadomość, że należy do ginącej rasy dinozaurów. Pan myśli, że to ją dobrze nastrajało? Bo ja wątpię.

- Ja też wątpię, pani Basiu. I tak czasem sobie myślę....

- Tak, szefie? - pani Basia jest jednak bardzo lojalna, bo dawała mi na migi znaki, że tu przecież wszystko jest na podsłuchu. Nigdy niby nie znaleźliśmy żadnej pluskwy, ale byliśmy przekonani, że służby specjalne inwigilują tu wszystkich i wszędzie.

- I tak sobie czasem myślę, że przyjęte Ostateczne Zamknięcie było jednak bardzo drastyczne.

- Tu się zgadzam, ale niech pan tylko wspomni, jaka była wówczas do nich niechęć.

- Cóż. Ja tych czasów nie pamiętam.

- Ani ja – moja współpracownica nachmurzyła się nagle bez żadnego powodu, co było dziwne zważywszy, że zwykle była bardzo pogodna - chociaż wiem, że niektórzy szepczą mi za plecami, że muszę dobrze wspominać okres jurajski.

- Kto śmie? - zawołałem z poważną miną chociaż podejrzewałem, że znam odpowiedź, a nagła skarga pani Basi brzmiała, co na to mogę poradzić?, dość śmiesznie.

- A choćby ten pana pomarańczowy kumpel, co małym czołgiem jeździ.

- Arend? Może pani coś źle zrozumiała?

- Szefie... ja skończyłam anglistykę, więc rozumiem z grubsza, co kto po angielsku fafluni.

- No to, faktycznie, nieładnie. Nie spodziewałem się tego po nim.

- Jedni są tacy, drudzy są inni – sentencjonalnie westchnęła pani Basia i uśmiech wrócił na jej twarz – Dobra, jadę po praktykanta. Będę z powrotem za dziesięć minut. Chyba, żeby spał, to budzenie zajmie mi więcej czasu.

Zostałem sam, co pozwoliło mi na zapoznanie się z planem posesji numer 10173, jej stanem technicznym, zdjęciami satelitarnymi, zdjęciami poszczególnych pomieszczeń oraz z ostatnim sprawozdaniem z przeglądu technicznego, sporządzonym jeszcze w 2033 roku. Pod tym względem nasza połączona baza danych była prawie idealna. Przez dziewięć lat nieźle się tam posypało. I skąd mam wziąć pieniądze na zabezpieczanie zgodne z wytycznymi? A wszystkie pretensje zwalą mi się na łeb. Może rację miała wczoraj Zosia, żeby jak najszybciej wracać do kraju? Tyle, że mój kontrakt ma trwać jeszcze dwa lata... No i, co najważniejsze, jest dość lukratywny. Chociaż trzeba też powiedzieć sobie prawdę: jadąc tu nie przypuszczałem, że praca będzie tak nerwowa. Wydawało mi się, że przedsięwzięcie prowadzone w skali unijnej musi być lepiej zorganizowane. Wreszcie, może wszystkiemu winien tylko nasz bałagan, bo przecież u takiego Arenda wszystko zdawało się chodzić jak w zegarku.

Zosia też wygląda na zmęczoną. Wczoraj rozmawialiśmy tak długo, że poważne spotkanie z chłopakami przełożyliśmy na dzisiejszy wieczór. Może posłać ją na jakiś wypoczynek? Tylko że ona nie chce słyszeć o wyjeździe w pojedynkę, albo tylko z dziećmi, a na wspólny urlop możemy jechać dopiero w sierpniu, zgodnie z grafikiem. Zosia jest w miejscowej przychodni pediatrą, więc wydawałoby się, że nie powinna być nadmiernie obciążona pracą, bo tu nie ma zbyt wielu dzieci, ale tutejsza rzeczywistość jest bezwzględna; lekarzy jest tak mało, że często ma dyżury w szpitalu i tutejszym pogotowiu. Ostatnio u jakiegoś żołnierza Służby Granicznej wykryto nawet podczas okresowej kontroli chorobę weneryczną i wszyscy zachodzą w głowę, gdzie jej nabył, skoro do Morza przyjechał zdrowy, przez okres pobytu nie był na przepustce poza strefą i, w dodatku, jak utrzymuje, „na kurwy nie chodził”. Pewnie kłamie jak pies. Może trzeba zrobić jakieś badania przesiewowe? Ale byłby smród! I ta obawa, żeby się nie rozniosło! Wracając do żony – dobrze chociaż, że w jej zakresie obowiązków nie ma opieki nad Ortmenszami, bo to osobna historia, ale nimi zajmuje się specjalna służba wojskowa, skoszarowana w Nowym Mieście nr 1, a nasi lekarze mają leczyć jedynie polską obsługę tutaj, zarówno cywilną, jak i wojskową.

Oho, trzaskają drzwi samochodu - pani Basia wróciła, więc trzeba przygotować się na przywitanie Chińczyka. Nie będę leciał witać go w progu, żeby nie było przesady, że to jakiś minister, ale postaram się być możliwie miły. Jak to leciało, żeby przywiązać wagę? Chyba: „Mister Yaling sheng”. Dobrze, że zapamiętałem. Niech wie, że Polacy są gościnni. Mister Yaling sheng, Mister Yaling sheng, Mister Yaling sheng...


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


© YPY - Strona poprawiona i publikowana 14.10.2012