Choroba morska CHOROBA MORSKA


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


ROZDZIAŁ I

Skoro obiecałem żonie, to wypadałoby dotrzymać. Dlatego poprosiłem panią Basię, żeby przywiozła mi obiad ze stołówki w takich śmiesznych plastikowych dwojaczkach, a sam zostałem w biurze z zamiarem zapoznania się z pracą młodszego syna. Z tekstem powinienem uporać się w krótkim czasie, chyba że to jakaś absolutna bomba i wyzwanie pedagogiczne, co nie daj Pan Bóg. Zosia mówiła rano, że to „wypracowanie” nie zostało jeszcze przesłane do szkoły, bo to chyba dopiero brudnopis, i że trzeba z dziećmi porozmawiać poważnie. „Porozmawiać poważnie” - ech, jak ja tego nie lubię! Z drugiej strony Zosia ma w sobie tak wiele rozsądku, więc skoro się zaniepokoiła, to faktycznie trzeba rzecz potraktować poważnie. Zaraz biorę się za czytanie, tylko jeszcze sobie kawy zrobię.

Za otwartym oknem jakiś ptaszek darł się wniebogłosy, korzystając z czasu wiosny. Tak w ogóle tu, na terenie Morza, przyroda ma wyjątkowe warunki, by się plenić bez żadnych właściwie hamulców. Lekko przymknąłem to okno pilotem, nastawiłem sobie w ekspresie kawę, wybrałem tryb prywatny pracy komputera i przesłałem tekst wypracowania Krzysia na przenośny czytnik. Głos zza okna dochodził prawie niezmieniony; widać bestyjka zaczęła śpiewać głośniej niż poprzednio, żeby przywabić partnerkę. A może jakaś samka już mu się w polu widzenia pokazała i dlatego zaczął się natężać coraz bardziej, żeby ją przekonać, jaki to on jest męski i wspaniały? Wyjrzałem – ptaszek siedział na gałęzi tuż przy oknie, nie bojąc się nic a nic. Nie był duży, piórka miał beżowe z jakimiś bladymi plamami na kuprze. Białorzytka? - przemknęło mi przez głowę, chociaż w ząb nie znam się przecież na ptakach. Sprawdzę w domu, chociaż nasz atlas obejmuje chyba tylko polskie ptaki, ale to, w końcu, niedaleko. Poszukałem wzrokiem po sąsiednich gałęziach, żadnej samiczki jednak nie dojrzałem. Kiedy odwróciłem się od okna, stwierdziłem, że dioda już potwierdziła dostępność pliku w czytniku, a tymczasem maszyna wypluła moją gorącą kawę do kubeczka w kolorze, który dla własnych potrzeb nazywaliśmy jasne merde.

Chwyciłem czytnik pod pachę, złapałem kubek z kawą za ucho i rozsiadłem się na służbowej wersalce, zakładając nogę na nogę. Kawa była jeszcze za gorąca, bo lekko sparzyłem sobie wargi próbując upić pierwszy łyk. Odstawiłem kubek na stolik, sięgnąłem po czytnik, odwróciłem go tak, żeby był we właściwym położeniu i przycisnąłem szary guzik. Mogłem, oczywiście, przekierować wyświetlanie na ścianę albo na specjalny ekran, który rozwinąłby się bezszelestnie, czy choćby na powierzchnię stołu. Mogłem też wybrać opcję czytania na głos – nawet głosem Krzysia, żeby mieć pełne złudzenie, że to on sam czyta swoje podejrzane wypracowanie. Wolałem jednak tę trochę już staroświecką metodę, czyli czytanie własnoręczne. No, chyba własnooczne?

Na ekranie pokazał się tekst. Zacząłem czytać z rosnącym zdziwieniem. Niby treść była, dla kogoś znającego fakty, zrozumiała, jednak podejście do tematu zdradzało wyraźnie, że w powstaniu tego wypracowania maczał palce nasz starszy syn, Szymek. Niektóre zwroty były wręcz żywcem wyjęte z jego ust! Mógłby się trochę hamować i używać bardziej oficjalnego języka, jeśli chciał pomóc młodszemu bratu, a wiedział, że Krzyś ma zadaną pracę domową na temat „Historia najnowsza mojego miasta”. Już ja z nim porozmawiam – pomyślałem – Zosia miała jednak rację. Tymczasem ptaszę niebieskie zaczęło za oknem nadawać swe miłosne trele z takim natężeniem, że chwyciłem pilota i zamknąłem okno całkowicie, włączając w zamian klimatyzację. O mały włos wylałbym przy tym moją kawę, którą udało mi się jednak, na szczęście, utrzymać w równowadze. Oj, może czas na urlop? Znowu Kreta, czy tym razem coś innego? Ale nie – na później plany urlopowe, obowiązki rodzicielskie wzywają. Postanowiłem wrócić do początku wypracowania, żeby czytać je spokojnie jeszcze raz. Bursztynowe literki na ekranie wydały mi się teraz nieco za małe, więc zwiększyłem czcionkę o dwa poziomy, oparłem się wygodniej (coś za często bolą mnie ostatnio plecy) i zacząłem czytać.

Krzysztof Szafarek, klasa IV a: 'Historia najnowsza mojego miasta'. Mniej więcej wtedy, kiedy urodził się nasz Dziadek, coś dupło straszliwie na Syberii. To już drugi raz, bo raz podobny wybuch był jeszcze za cara, ale wówczas był mniejszy. Naukowcy spierają się do dzisiaj, czy nieznany obiekt był pozaziemską cywilizacją, czy jakimś małym ciałem niebieskim, bo do dzisiaj nic się w pomiarach nie zgadza z założeniami obliczeń naukowych. Niezależnie od tego, co to właściwie było, skutki okazały się katastrofalne dla Rosji. W Europie został z niej tylko kawałek, a Syberię zagospodarowały Chiny, ratując tamtejszą ludność przed pewną śmiercią na jej własną prośbę. Podobno słońca nie było widać przez kilka dni, a ciemno było jak pod kredensem. Pomiędzy Chinami a Rosją jest teraz ziemia niczyja, skażona i nie do zamieszkania, a ciągnie się dwa tysiące kilometrów, czy nawet więcej, więc nasze Morze przy tym to pestka. To od tego czasu Chiny stały się najsilniejszym państwem na świecie, a nasz kraj wyzwolił się wtedy spod rosyjskiej okupacji.

Żeby nie doszło do masowych niekontrolowanych migracji Unia Europejska rozszerzyła się wówczas w ciągu kilku dni o kraje wschodnie i rozpoczęła intensywną pomoc humanitarną dla Rosji. To właśnie wówczas zmieniono wewnętrzne granice Morza, ustalone jeszcze traktatem sztokholmskim i utraciliśmy naszą strefę na dwadzieścia pięć lat, bo bolszewicy przestali się w tym momencie liczyć. Po dwudziestu pięciu latach podpisano porozumienie Sztokholm II, gdzie zaczęliśmy się jednak liczyć, już jako sojusznicy i wtedy przywrócono nam strefę Morza, nawet większą niż ta pierwsza. Dziadek mówił, że to dlatego, że Holandia ledwo już zipała finansowo i nie wyrabiała ze zbyt dużym kawałkiem, a tak znaleziono głupich, którym można było część kosztów wrzucić na plecy.

Mój tata pracuje w firmie, która utrzymuje porządek techniczny i reperuje to, co się tu sypie. Mieszkamy w Nowym Mieście Nr 2, które jest połówką tego starego, a część za rzeką nazywa się Nieuwe Stad nummer twee i mieszkają tam Holendrzy, którzy po swojej stronie robią to samo, co my tutaj. Z rodzinami jest nas tu prawie tysiąc osób i nie jest zbyt ciekawie, bo dzieciom nie wolno wychodzić poza granice miasta, a młodzieży w moim wieku jest mało. Ortmensze nigdy nie przychodzą do miasta, ale co się dziwić, jak najmłodszy ma tak z dziewięćdziesiąt lat i wszyscy mieszkają na terenie Morza. Pewnie to lepiej, bo byłoby im przykro, bo oni nie mogą mieć dzieci.

Za kilka lat wszystko się zmieni, bo będzie następna konferencja, która postanowi co zrobić z obszarem Morza. Mam nadzieję, że do tego czasu tatę przeniosą do kraju i nie będę musiał tu mieszkać.

Siedziałem zamyślony, gdy coś stuknęło. Owładnięty oślepiającą żądzą ptaszek wpadł na szybę? Rozejrzałem się. Nie, to tylko drzwi w pokoju obok.

- Szefie. - to pani Basia wołała z sekretariatu - Dzisiaj grochowa z połówek, a na drugie kucharz przeszedł samego siebie: frytki z małżami i krewetkami. I jeszcze szarlotka na deser. Przyzna pan, że mogło być gorzej. Ale niech pan rzuci robotę i tu prędko przyjdzie, bo zaraz wystygnie. Czy woli pan, żebym to do pana zaniosła?

- Już pędzę, pani Basiu, już lecę. - Zawołałem skwapliwie. Sekretarka była miłą, nieco pulchną kobietą w wieku mojej matki i wszyscy traktowali ją tu bardzo życzliwie. W dodatku nikt w naszej części Morza nie miał chyba takiej pamięci jak ona, co już nieraz okazywało się wielce pomocne. Dlatego nie chciałem, żeby mi nosiła obiad na samo biurko, bo wystarczyło, że przytaszczyła go ze stołówki, co, bądź co bądź, nie leżało wcale w jej obowiązkach. Nie wiedzieć czemu westchnąłem, przyrzekłem sobie pogadać z chłopakami w domu, zgasiłem czytnik, odłożyłem go starannie do stacji dokującej i przeszedłem do pomieszczenia obok. Do końca przerwy obiadowej miałem jeszcze ze dwadzieścia minut.

- A pamięta pan, – mruknęła, przyglądając mi się znad swojego soku pomidorowego, pani Basia (ale dopiero po paru minutach, kiedy już dojadałem ostatnie krewetki, trzymając je za ogonki, niczym nasi sąsiedzi śledzie) - że jutro przyjeżdża nowy praktykant?

- O żeż ty, wyleciało mi z głowy.

- Podstawowe zwroty grzecznościowe po chińsku znalazłam w bazie danych, ma je pan w poczcie, na samym początku. Przyznam się, że wysłuchałam prawidłowej wymowy i, według mnie, to sprawa stracona od samego początku...

- Dlaczego?

- Dlaczego? Bo nikt w całym Morzu – i jestem o tym głęboko przekonana – nie potrafi tego prawidłowo powtórzyć, a choćby i zapamiętać, pomimo całej oficjalnej przyjaźni.

- Pewnie jak zwykle, ma pani rację. - mruknąłem.

- No i dlaczego przysyłają go właśnie do nas? Nie ma już bardziej godnych i zaufanych?

- Widać uznano, że jesteśmy najlepsi...

- Albo, że nie mamy co robić, kiedy liczba Ortmenszów tak bardzo spada z każdym miesiącem. Jezu, co za ziąb ciągnie z pana gabinetu?

- Bo włączyłem klimatyzację.

- Teraz, wiosną? Przeziębimy się przez pana i tyle z tego będzie. Pozwoli pan, że wyłączę, albo przynajmniej zmniejszę stopień schładzania?

- Niech pani spokojnie wyłączy i otworzy okno. Jakiś ptak darł się tak głośno, że zagłuszał mi myśli. No, a wracając do spadku populacji - my się nimi przecież nie zajmujemy, tylko sprawami technicznymi, więc chyba nie to leżało u podstaw pomysłu, żeby właśnie nam tego Chińczyka nasłać. Zresztą nie wiem, mówiąc otwarcie, o co tu chodzi.

- A chodzić koło niego trzeba będzie na paluszkach, bo to jednak przedstawiciel największego mocarstwa, zaprzyjaźnionego z Unią najoficjalniej. Może jutro z grubej rury zacząć i zabrać go na wspólny patrol z Van Wortelkoekiem?

- Wie pani, pani Basiu, że to jest pomysł? Jak zobaczy, jak tu wygląda, to może przestraszy się i sam ucieknie.

- No, na to to ja bym za bardzo nie liczyła – prychnęła pani Basia - Byłam na wycieczce w Chinach, prawda, że ponad dwadzieścia lat temu, ale nie wierzę, żeby ten ich błękitny syfilis, który tam wtedy widziałam, zmienił się przez ten czas, jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki. No, a przecież myślę, że nie pokazywali nam tych najgorszych okolic, tylko takie, które jeszcze uważali za zdatne do ujawnienia cudzoziemcom. Chyba, że się Van Wortelkoeka wystraszy; w to chętnie uwierzę

- Ech, ten pani przysłowiowy optymizm. Zawsze pani tak optymistycznie tłumaczy, że może być znacznie gorzej i że tylko pesymiści nie widzą takich możliwości. A Van Wortelkoek też nie gryzie, choć pani go nie lubi. Ale, ale: pamięta pani, jak się nasz dalekowschodni gość nazywa?

- Tak. Pan Chen Yiliang przyjeżdża - sekretarka spojrzała na ekran swojego komputera - przyjeżdża na dwutygodniowy staż w celu zapoznania się ze sposobami utrzymania substancji technicznej na terenie niezamieszkałym. Mhmm... Nie, nie ma załączonego zdjęcia, chociaż zwykle je wysyłają. Nic to! Jutro zobaczymy go oko w oko. Ciekawe też, po co przyjeżdża, skoro u nich jeden na drugim siedzi i nijakiego terenu niezamieszkałego nie mają?

- No, jakieś tam pustynie mają i bodaj prawie cały Tybet i jeszcze ćwierć Syberii nie nadaje się do zamieszkania.

- Proszę bez polityki, szefie - zaśmiała się pani Basia - a Morze to jednak nie pustynia, tylko ziemia przeklęta.

- Jeszcze tylko parę lat i wszystko się zmieni, zobaczy pani.

- Bardzo wątpię, szefie. - pani Basia spoważniała, a po chwili dodała, jakby nigdy nic - Centrala utrzymuje, że stażysta mówi po angielsku. Oby to było prawdą, bo jak nie, to co my z nim zrobimy? Rysować będziemy, czy co?

- Damy sobie radę, pani Basiu. W końcu to nie pierwszy praktykant.

- Ale pierwszy stamtąd - pani Basia zerknęła znowu na ekran – rocznik 2016, więc ma dopiero dwadzieścia sześć lat.

- Trudno zakładać, że na praktyki będą przyjeżdżać leśni dziadkowie. Młody, to może nie będzie tu przeszkadzać, tylko za dziewczynami będzie latać. Tam u nich przypada już coś prawie dwóch mężczyzn na jedną kobietę, o ile się nie mylę.

- No to europejska swoboda może mu się spodobać. Może od razu załatwimy mu karnet do agencji towarzyskiej? Po cenie hurtowej, jeszcze z jakimś upustem?

- Teraz to pani żartuje, pani Basiu. Niech sam ją znajdzie i sam płaci za wstęp.

- Racja, jego problem. Poza tym to, przyzna pan, skrajnie rasistowskie podejście: tak z góry zakładać, że on musi być hetero – moja sekretarka mówiła poważnym tonem, jednak uśmiechała się oczyma, bo była z pokolenia, które nie podchodziło do zagadnień poprawności na klęczkach - A teraz tak tylko krótko na koniec: wizytówkę podajemy Azjacie dwoma rękoma w lekkim skłonie całego tułowia do przodu, unikamy tematów politycznych niczym ognia, a jeśli chcemy być bardzo grzeczni to po nazwisku dodajemy słowo 'pan', czyli 'sienszeng'. Jak pan nie doda, to też pewnie afery nie będzie. Nazwisko mają tam na początku, więc to 'pan Chen' a nie 'pan Yiliang'. Zapamięta pan, szefie?

- Mam nadzieję, że zapamiętam, pani Basiu. Co ja bym bez pani zrobił?

- Proszę o tym pamiętać przy przyznawaniu urlopów - zaśmiała się moja sekretarka.

Żartowała, jak zwykle, bo grafik urlopów został zatwierdzony już w zeszłym roku, a ona dostała swoje wolne w czasie, który sama wybrała – w listopadzie. Jako osoba samotna nie musiała brać pod uwagę żadnych wakacji dzieci, urlopów męża, czy temu podobnych spraw, więc taki termin musiał jej, z jakichś tam względów, odpowiadać.


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


© YPY - Strona poprawiona i publikowana 14.10.2012