Choroba morska CHOROBA MORSKA


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


ROZDZIAŁ IV

Nie ma to jak nasz bałagan! Przecież wszystkie źródła uparcie twierdziły, że przyjeżdża do nas praktykant, co zrobiło ze mnie durnia, bo gdy usłyszałem z korytarza głos mojej sekretarki (Follow me, please) i wyskoczyłem energicznie zza moich drzwi z okrzykiem „Welcome, Mister....”, to głos uwiązł mi w gardle, zamurowało mnie zupełnie i bez słowa spoglądałem jak sroka w gnat w stojącą obok kręcącej głową pani Basi drobną, eteryczną dziewczynę, pełną niesamowitego azjatyckiego uroku. Nie znam się na urodzie Azjatek, nie szukam przygód, bo jestem spełniony w małżeństwie z Zosią, ale ta młoda kobieta robiła, trzeba to przyznać, wrażenie na mężczyznach. A przynajmniej na mnie. I, wstyd powiedzieć, słowo „niesamowite wrażenie” dobrze oddaje nastrój. Na szczęście sytuację uratowała pani Basia, mówiąc szybko po angielsku:

- Szefie, mam przyjemność przedstawić pannę Chen, która będzie z nami pracować przez dwa tygodnie.

- Miło mi – wydukałem, wciąż niebotycznie zdumiony – ale otrzymaliśmy informację, że przyjedzie do nas mężczyzna i stąd moje zaskoczenie.

- Dzień dobry panu. To nieporozumienie zostało już wyjaśnione, mam nadzieję. – odpowiedziała melodyjnym głosem panna Chen, potrząsając energicznie moją dłonią.

- Jak podróż? Czy jest pani zadowolona z hotelu?

- Dziękuję, wszystko w porządku. A podróż bardzo udana. Wiecie państwo, że leciałam tu z żołnierzami waszej armii. Potwierdziło się to, o czym mówiono mi o was jeszcze w moim kraju.

- A o czym mówiono? - zapytałem nieśmiało, woląc usłyszeć najgorszą prawdę, niż trwać w ponurym oczekiwaniu.

- Że wasi mężczyźni są super. Już w samolocie miałam trzy propozycje małżeństwa, chociaż w jednym przypadku nie jestem pewna, bo chłopak kiepsko mówił po angielsku. Ale to prawda, że jesteście.., jesteście... - i tu, zupełnie niespodziewanie, rozpłakała się.

- Co się stało? - zaniepokoiliśmy się oboje, pani Basia i ja, patrząc na siebie badawczo całkiem ogłupiałym wzrokiem.

- Duibuqi, duibuqi – powtarzała w kółko panienka, a my zaczynaliśmy patrzeć na siebie z rosnącym niepokojem. Jakaś niezrównoważona mimoza, która zatruje nam najbliższe dwa tygodnie? Pani Basia, dobra dusza, zaczęła nawet nieśmiało wycierać małej Chince łzy papierową chusteczką. Wtedy panna Chen uspokoiła się trochę i wyrzuciła z siebie potok słów:

- Przepraszam, bo ja... ja zapomniałam słowa! Tak mi przykro! Nie potrafię sobie przypomnieć słowa po angielsku, które oddaje właściwie postawę waszych młodych mężczyzn w samolocie. Ale zaraz..., za chwilę je odnajdę; proszę o wybaczenie.

- Kiedy nic się nie stało... Nikt nie ma do pani, panno Chen, żadnych pretensji. Wręcz przeciwnie – starałem się załagodzić sytuację – jesteśmy pod wrażeniem pani języka, który jest doskonały.

- Nie, nie – zawołała nerwowo panna Chen – już wyjaśniam, już. Może od razu po polsku, to będzie jeszcze lepiej, prawda?

Podniosła lewe przedramię i wtedy zobaczyliśmy, że jej zegarek jest nienaturalnie duży. Po chwili jasnym stało się, że to nie zegarek, tylko komputer najnowszej generacji, który Chiny produkują od niedawna. Czy ten model nie nazywa się przypadkiem Hainan-41? Nie byłem tego pewien. Jeśli tak, to nieoczekiwanie mieliśmy szczęście kontemplować ostatni krzyk techniki. Te najnowocześniejsze są objęte chińskim zakazem wywozu, ale nawet i ten byłby nie lada gratką dla każdego w Europie. Zadrżałem, wspomniawszy na tajemniczych Krówkę i Niedręgę, jakby za chwilę mieli wyłonić się z mroku. Tymczasem panienka trochę się uspokoiła, coś zamruczała po swojemu, przytykając prawie usta do tego niby-zegarka i natychmiast pokój wypełnił miły baryton, który wypowiedział po polsku jedno słowo:

- Rycerscy.

- O! właśnie o to mi chodziło – zawołała uspokojona już wyraźnie panna Chen – czy teraz zrozumieli państwo, co chciałam wyrazić?

- Oczywiście, oczywiście – odpowiedzieliśmy razem jak na komendę.

- Kawy czy herbaty? - zapytała moja sekretarka. I, zorientowawszy się, że proponowanie kawy komuś z Kraju Środka może być nietaktem, dodała natychmiast – Rozumiem, że herbaty.

- Nie, nie – zaprotestowała nasza praktykantka – w trakcie przygotowań do wyjazdu do Europy nauczyłam się pić także kawę. Może państwo nie uwierzą, ale ten napój staje się u nas coraz bardziej popularny.

- To co? Tym razem kawę? Z cukrem, czy bez? - drążyła pani Basia.

- Tym razem – uśmiechnęła się nieśmiało panna Chen, wyciągając z torebki niewielką paczuszkę pokrytą gęsto chińskimi hieroglifami – proponuję, żebyśmy wszyscy spróbowali herbaty z moich stron rodzinnych. Molihua cha właściwie nie jest herbatą, do jakiej Europejczycy przywykli, bo to napój z kwiatami jaśminu. Po zaparzeniu pływają rozwinięte w filiżankach, dając odczucie prawdziwego piękna.

No i faktycznie, po ceremonii parzenia (pani Basia była wyraźnie zafascynowana) w słomkowym płynie w mojej filiżance pływały ze dwa jasne kwiatki. Herbata bez cukru nie jest jednak moim ulubionym napojem, ale mocno starałem się, by nie okazać, że mi nie smakuje. Przeszliśmy do mojego pomieszczenia i tam przez prawie godzinę wyjaśniałem azjatyckiej praktykantce zasady naszej pracy w polskiej części Morza. W tym czasie udało mi się jakoś przełknąć małymi łykami podarowany nam przez nią rarytas. Raz tylko przerwał mi Tomek Biernacki, który zatelefonował, by poinformować, że agregat awaryjny w szpitalu miejskim nadaje się tylko na złom i że trzeba, ze względów bezpieczeństwa, występować natychmiast o nowy. „Aplikować”, mruknąłem do słuchawki, przypominając podwładnemu, że w dzisiejszych czasach o wszystko się aplikuje, a biurokraci, od których owo wszystko zależy, chyba już nie rozumieją słowa tak archaicznego, jak „prośba”, czy „zapotrzebowanie”.

Po moim wprowadzeniu panna Chen zadawała zupełne rozsądne pytania, gdy na kombajnie roboczym na moim biurku zapaliła się druga dioda i rozległ się cichy dzwonek. To pani Basia przypominała, że za pięć minut przyjeżdża Mijnheer Arend van Wortelkoek na cotygodniowy wspólny patrol sprawdzający stan wyposażenia technicznego naszej części strefy granicznej. Kolejna rutyna - raz jeździliśmy naszym samochodem, a raz jego, na zmianę. Przy czym nasz dżip był zwykły, najzupełniej typowy i, w dodatku, dość już leciwy, a pojazd Arenda świadczył o dostatku i rozmachu jego służb. Szesnastocylindrowy potwór z napędem na wszystkie cztery koła, z nadmierną wręcz ilością mnogich reduktorów i przekładni, kuloodpornymi szybami i oponami, klimatyzowanym ośmioosobowym wnętrzem pełnym zbędnego luksusu, skomputeryzowany do przesady, bo chyba sam wróciłby do stajni, gdyby kierowca wykorkował za kółkiem. Z racji wielkości tego samochodu porównywano go do czołgu.

- Pojedziemy teraz na wspólny patrol – wyjaśniłem pannie Chen – Wspólny: to znaczy prowadzony razem przez stronę holenderską i polską. Potrwa około dwóch godzin, a tym razem skorzystamy z samochodu naszych kolegów.

- Aha – odpowiedziała – czyli, że skończy się to gdzieś tak około trzynastej? Czy dobrze zrozumiałam?

- Tak, doskonale – odrzekłem, obserwując ją ze zdziwieniem. Wydawała mi się jakaś skonsternowana. Czyżby bała się jazdy samochodem? Przecież dwie godziny to nie wieczność. No i nie będzie się przecież tłukła naszym gratem, tylko miękko płynęła w wyrafinowanej atmosferze holenderskiego luksusu. Oj, lepiej by chyba było, żeby panna Chen wybrała inne miejsce dla swojej praktyki.

- Proszę się niczego nie obawiać – powiedziałem z naciskiem - Holender, który nas za chwilę zabierze na patrol, dysponuje jednym z najnowocześniejszych aut w całej okolicy. Jedyne, czego należy się obawiać, to jego cukierki.

- Nie rozumiem? - okazało się, że panna Chen cudownie potrafiła trzepotać rzęsami.

- To Holender, a oni obsesyjnie jedzą cukierki z lukrecji. Jeśli pięć sekund po przedstawieniu poczęstuje panią czarnymi cukierkami, to będzie właśnie to. Ostrzegam, że lukrecja jest bardzo, bardzo słodka. Aż zęby bolą.

- Lukrecja, lukrecja... A! Gancao. Tak, jest słodka, ale można się do niej przyzwyczaić – uśmiechnęła się promiennie panna Chen.

Za oknem dał się słyszeć ryk wielkiego silnika. Wyjrzałem – to Arend zajechał przed budynek, punktualny, jak zawsze. Była punkt jedenasta, nie czepiając się już sekund. Jego samochód lśnił pucowanym chromem, w lakierze można było się przejrzeć, opony były idealnie czarne, jakby przed chwilą je ropowano, za to przez przyciemniane szyby niczego nie można było dojrzeć. Jak on załatwił taki służbowy samochód, było dla nas wszystkich jedną wielką zagadką. Chyba nawet najwyższe władze jego strefy używały czegoś mniejszego. Z zazdrosnym przekąsem mówiono, że Arend jeździ małym czołgiem i, amicus Plato, to była prawda. Szesnastocylindrowy silnik wydawał się przesadą nawet najbardziej zagorzałym zwolennikom motoryzacji - tym bardziej, że owo monstrum rzadko zjeżdżało na boczne, nieutwardzane drogi, bo tam sprawy techniczne zostały zamknięte gdzieś tak przed dwudziestu laty i teraz wystarczały inspekcje raz na kilka miesięcy. Nie można też powiedzieć, żeby Holender skarżył się w te dni, kiedy kontrolę robiliśmy używając naszego samochodu, który był gdzieś tak o połowę mniejszy od jego potwora, więc Arend potrafił wytrzymać w skromniejszych środkach lokomocji. Siedział wtedy grzecznie obok kierowcy, częstował lukrecją, żartował, jak zawsze, i nigdy nie wymknęło mu się nawet słówko, żeby naszego starego dżipa skrytykować.

Gdy wyszliśmy z panną Chen przed budynek i dokonałem prezentacji, Arend zaczął wołać, że to nie fair, że mu nic nie powiedzieliśmy o tak miłym gościu, bo zawiesiłby też flagę chińską na antenie. Tu wskazał małą, holenderską, wodoodporną chorągiewkę przymocowaną na jednej z anten samochodu (w sumie było ich kilka). Tak miły gość uśmiechnął się na to szeroko i odparł z równą swadą, że to nic straconego, bo będzie tu na praktyce jeszcze dwa tygodnie. Rozpoczęliśmy nieoczekiwaną dla mnie dyskusję (tak właściwie to zaczął mój holenderski odpowiednik) jak siadamy. Zaproponował bowiem, żebym tym razem zajął miejsce z tyłu, a nasz drogi gość będzie mieć lepsze widoki siedząc przy nim, obok kierowcy. Zaskoczony, już już miałem coś powiedzieć, kiedy panna Chen przecięła tę dyskusję, chwytając klamkę tylnych drzwi i z gracją wskakując do środka. Zauważyłem przy tym, że chiński gość nie miał żadnych problemów z odnalezieniem się wewnątrz, bo moja praktykantka załatwiła wszystkie typowe czynności pasażera (znalezienie pasa, regulacja fotela, ustawienie klimatyzacji obsługującej jej siedzenie, włączenie zamontowanego w oparciu mojego fotela ekranu kamer zewnętrznych), jakby znała ten model od dawna. Arend, oczywiście, sięgnął do schowka i wyciągnął paczkę cukierków lukrecjowych, podając ją do tyłu i zachęcając do spróbowania. Jasne! Bez tego czarnego okropieństwa nie przeżyłby chyba dłużej niż pół godziny! Kiedy dotarło do niego, że panna Chen reguluje sobie właśnie temperaturę skórzanego siedzenia, trochę go to zamurowało (widziałem to dobrze - znam go, w końcu, od dość długiego czasu), ale starał się nie dać po sobie poznać zdziwienia.

Jak zawsze mieliśmy jechać ustaloną trasą: do holenderskiej części miasta, później około dwudziestu kilometrów do stacji telefonii komórkowej, jeszcze później powinniśmy wjechać z powrotem do naszej strefy, skontrolować nasz odcinek drogi do Miasta Nr Jeden, wrócić do punktu wyjścia, przejechać na drugi kraniec obszaru, by skontrolować tym razem obiekty po naszej stronie, wrócić do strefy holenderskiej i tam skorzystać z bocznego traktu wiodącego prosto do Nieuwe Stad 2, zatrzymując się po drodze ze dwa razy. Pełne kółko. Razem z przewidzianymi postojami i dokumentowaniem stanu faktycznego wszystko razem powinno trwać niecałe dwie godziny. A po powrocie prosto na obiad. Tym razem u Holendrów, w przyszłym tygodniu u nas. I tak na zmianę. Pełna rutyna, bo od czasu objęcia przeze mnie stanowiska nic nigdy nie zakłóciło tych służbowych wycieczek, a z Arendem współpracowało się całkiem dobrze.

Kiedy tylko dojechaliśmy do rzeczki granicznej panna Chen poprosiła natychmiast, by, jeśli tylko można i nie będzie to złamanie zasad, zatrzymać samochód, bo chciałaby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie przy tablicy informującej o przekraczaniu granic wewnętrznych Morza.

Special European Area (SEA)

Specjalny Obszar Europejski (SOE)

Bijzondere Europese Ruimte (BER)

You leave the zone under administration of Republic of Poland.

Opuszczasz strefę pod administracją Rzeczypospolitej Polskiej.

U verlaat de zone onder bewind van de Republiek Polen.

You enter the zone under administration of Kingdom of the Netherlands

Wjeżdżasz do strefy pod administracją Królestwa Niderlandów.

U komt binnen in de zone onder bewind van het Koninkrijk der Nederlanden



Nasze patrole nie przewidywały, co prawda, takiej opcji, ale też nic nie stało na przeszkodzie, by pstryknąć kilka zdjęć. W końcu praktykantka pochodziła z kraju, z którym wszyscy chcieli mieć teraz jak najlepsze stosunki. Tak więc Arend kadrował ochoczo ujęcia tak, by raz panna Chen zasłaniała tekst polski, a raz angielski, bo nie było tyle miejsca, żeby zmieścić na ekraniku wszystko na raz, a obiektyw aparatu nie był szerokokątny. Przyznać też trzeba, że panna Chen wcale dobrze prezentowała się w jakimś nietypowym dla naszych oczu, dopasowanym do jej szczupłej sylwetki, kubraku pod szyję, który chyba był uszyty z jedwabiu, łącznie ze stójką zamiast kołnierza, ale głowy bym nie dał, czy dobrze rozpoznałem materiał. Trzeba będzie zapytać pani Basi, czy to prawdziwy jedwab – przemknęło mi przez głowę. Po chwili ruszyliśmy dalej, a Arend pytlował jak najęty, opowiadając, jak to kilka lat temu pojechał z żoną do Szanghaju i Kantonu na tygodniową wycieczkę. Chyba nasz gość zrobił na nim wrażenie, bo zwykle nie był aż tak gadatliwy. Chociaż, żeby być sprawiedliwym, milczkiem też nigdy nie był, więc może tylko próbował być miły i gościnny. W końcu wspomniał przecież wyraźnie o swojej żonie, więc nie mógł mieć żadnych złych intencji. Wreszcie, co mnie, u licha, obchodzą intencje Arenda wobec panny Chen? Oboje są dorośli, a ja nie jestem wszak stróżem brata mego.


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


© YPY - Strona poprawiona i publikowana 14.10.2012