Choroba morska CHOROBA MORSKA


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


ROZDZIAŁ V

Byliśmy już daleko poza miastem i zrobiło się bardzo przyjemnie, jak to zwyczajnie na wiosnę. Droga prowadziła przez obszar niezamieszkały, głównie przez zdziczałe pola, a w jednym miejscu obok wielkiego sadu, który wyglądał zupełnie bajkowo z tymi wszystkimi obsypanymi kwieciem drzewami. Tam także urządziliśmy krótką sesję zdjęciową i, przy okazji, pokazaliśmy pannie Chen sposób zabezpieczenia domostwa opuszczonego, jeśli wierzyć tabliczce informacyjnej, od października 2022 roku. Wszystko wyglądało dość dobrze, zważywszy na fakt, że minęło już przecież dwadzieścia lat. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że za trzy lata, zgodnie z planami mocarstw, kolejna konferencja wyda wiążące decyzje o przyszłości Morza.

Panna Chen wciąż rozmawiała z Arendem o Chinach, przybliżając mu teraz zagadnienie kur o czarnej skórze, z których kości produkuje się jakiś niezwykle ważny lek. Moje zdziwienie wciąż rosło, bo nie znałem Holendra od tej strony – że niby tak bardzo interesuje się Dalekim Wschodem. Może faktycznie wiąże z Chinką jakieś nadzieje? Kiedyś, na pikniku przy piwie, opowiadał nam, jak za młodu, kiedy jeszcze był kawalerem - to znaczy zanim poznał swoją schat, szalał podczas kilkumiesięcznego pobytu na Jawie z tamtejszymi dziewczynami, nie zważając na morderczy gorąc. Co ciekawe, jego schat siedziała w trakcie tego opowiadania obok i uśmiechała się promiennie. Czyżby dopadł go kryzys wieku średniego? Miałem go dotąd za mądrzejszego. Zobaczymy, co czas pokaże.

Jechaliśmy teraz przez mieszany lasek, w którym, idealnie białe z braku industrialnego zapylenia, brzozy przerywały monotonię sosnowych pni. Gleba musi tu być byle jaka, bo, jeśli dobrze pamiętam, brzoza rośnie raczej na nieużytkach. Tyle, że co ja plotę? Tu wszędzie wkoło, jak okiem sięgnąć, są nieużytki. Dojechaliśmy do obiektu numer 12709 i Arend zatrzymał samochód, choć nigdy tego nie robił, bo to obiekt od dawna opuszczony. Nie wychodząc na zewnątrz wskazał palcem na świeże plamy na murze.

- Już to skasowaliśmy – powiedział – żeby nie robić niepotrzebnie afery. No ale w naszym sztabie zapanowało wielkie poruszenie, bo podstawowym pytaniem jest kto miałby to zrobić?

- Co niby, Arend? Co miałby zrobić? Nie mów zagadkami, jakbyś i ty był w wywiadzie, czy innym kontrwywiadzie i uważał, że absolutnie wszystko trzeba zaszyfrować.

- Wróg nie śpi – zaśmiał się głośno mój holenderski kumpel – Mówiłem ci przecież przez telefon, że znaleźliśmy tutaj niepokojące napisy. Mogły mieć góra dwa – trzy dni.

- No i...

- Moi ludzie znaleźli te napisy, sfotografowali je i wysłali natychmiast wyżej. A tam – jedna wielka afera! Bo też wyobraź sobie, jak któryś z naszych ostatnich Ortmenszów przekrada się tu ze sprejem! Po pierwsze – została ich już garstka. Po drugie - nasz najmłodszy ma 90 lat, więc to niemożliwe.

- Zaraz zginiesz. Po kolei, proszę. Jakie napisy? Co było ich treścią? I dlaczego mam ci wierzyć, że były, skoro śladu po nich nie ma? Może żarty sobie z nudów robisz?

- Były, były. Wierz mi, że to poważna sprawa. Zaczekaj, pokażę ci te zdjęcia na ekranie, tylko z siecią się połączę – i Arend zaczął naciskać guziki na panelu sterowania tablicy rozdzielczej .

- Zanim znajdziesz je w sieci lepiej zaraz wyduś z siebie, co to za napisy były, bo za chwilę zginiesz w pożarze. Ostrzegam cię, że płonę chęcią poznania tej tajemnicy, więc podnosi mi się temperatura i jeszcze moment, a cały twój samochód zapali się ode mnie, stanie w płomieniach i zginiemy wszyscy troje przez twoją małomówność.

- Napisy natychmiast zniszczyliśmy. Jeden to było duże „444”, a drugi „Deutschland über alles”, więc sam przyznasz, że to niepokojące. Gdzie ta sieć? - pozwolił sobie nawet zakląć szpetnie po swojemu, co rzadko mu się zdarzało - Vervloekt computernetwerk.

- Przepraszam – odezwała się z tyłu milcząca dotychczas panna Chen – ale nie chwytam, o co chodzi. Co oznacza liczba czterysta czterdzieści cztery, że wywołała takie wzburzenie? Przed wyjazdem na praktykę przygotowywałam się z historii i kultury Polski i wiem, że liczba czterdzieści i cztery jest dla was bardzo ważna, ale w moich materiałach słowa nie było o czterysta czterdzieści cztery. No i co to za obce słowa, o których mówicie?

- Wy też używacie 444? Wy?? - zapytał, zdumiony wyraźnie takim obrotem sprawy, Arend, marszcząc brwi i spoglądając na mnie spod oka – to chyba jakaś pomyłka?

- Nie, Arend – wyjaśniłem zaskoczony erudycją panny Chen – to nie pomyłka. Ale nie 444, tylko 44. A właściwie: czterdzieści i cztery. Z tym, że nasze 44 nie ma nic wspólnego z 444. Jedź, a ja wszystko wam po drodze wytłumaczę, bo to dłuższa historia... Ale najpierw pytanie: kto jest tam u was, w Holandii, największym pisarzem?

- Dla mnie Simon Vestdijk – powiedział Arend – z tym, że to sprawa gustu. Bo... Ty! nie wykręcaj się, tylko mów o tym 44!

- U nas w dziewiętnastym wieku... - zacząłem objaśniać.

- W dziewiętnastym wieku? Głęboko sięgnąłeś – sarkastycznie zauważył Arend.

- Nie przerywaj i słuchaj! U nas w dziewiętnastym wieku królowała poezja. I nasz największy poeta użył w jednym utworze określenia czterdzieści i cztery. To taki bohaterski człowiek miał być. I ten czterdzieści i cztery miał być takim naszym nadczłowiekiem, który miał wyzwolić cały kraj spod... Jakby tu powiedzieć... Nie znam tego słowa po angielsku. No..., myśmy byli wtedy podzieleni między trzy inne kraje i nie mieliśmy własnego państwa.

- No to ciekawe... - gwizdnął Arend, podnosząc brwi – i właściwie to się zgadza z sytuacją BER-u i Ortmenszów.

- Powaliło cię – zawołałem oburzony – nas nikt nie sterylizował. I to było określenie poetyckie: czterdzieści i cztery. Słyszysz? Poetyckie!

- A dziadek mi mówił – ciągnął niezrażony Arend – że wy, Słowianie, za jego czasów nie segregowaliście odpadków. I że rzucaliście puszki po piwie na trawniki. Ciekawe, bo wczoraj sam jedną znalazłem obok pojemnika na śmieci.

- Zaraz cię zabiję, dziuro w tyłku, nie zważając na świadka i na to, że jesteś u siebie – ryknąłem wściekły.

- No dobra – uśmiechnął się Arend, widać przekonany moim wybuchem – nie ma mowy o tym, co mówił mój dziadek. Bo to dawno temu, a może coś mu się pomyliło.

- Oj – żachnąłem się – parę pokoleń temu rzucaliśmy puszki, gdzie popadnie. Tylko to nie ma nic do rzeczy.

- OK. To mów dalej.

- To czterdzieści i cztery w Polsce mamy wyjaśnione. Uwierzcie, że to nie ma nic wspólnego z 444. Panno Chen – zmieniłem chytrze temat - niech pani zacznie mówić alfabet i policzy, jaka litera wypada czwarta.

- A - jeden, be - dwa, ce - trzy, de - cztery. To „de”!

- O właśnie, doskonale. 444 czyta się jako trzy „de”. DdD. No a te trzy „de” to skrót od hasła neofaszystów, dość popularnego jeszcze długi czas po wojnie. Do tego miejsca pamiętam z kursów, ale gorzej z dokładnym znaczeniem. Przetłumaczę pani to hasło dopiero w biurze, bo nie znam języka tubylców i trzeba będzie sięgnąć do bazy danych.

- Nie ma sprawy – wtrącił się Arend – mój komputer pokładowy ma tę opcję, więc za chwilę, na postoju, usłyszymy wersję oficjalną. Sam wolę nie brać się za tłumaczenie, chociaż mój własny język jest trochę podobny.

- No ale przecież.... – zdawała się nie nadążać panna Chen, która urwała swoje zdanie i wydawało się, że myśli intensywnie, wpatrzona w przegub swojej ręki.

- No właśnie. Skąd tu neofaszyści? Dziewięćdziesiąt siedem lat po wojnie? Gdzie by się ukryli na tym bezludziu? - ciągnąłem dalej, żeby coś jej wreszcie wyjaśnić - Przecież Ortmenszów zostało wszystkiego kilka tysięcy i to same babcie i dziadkowie. Jeszcze rok, dwa i ten problem rozwiąże się sam.

- Aha – powiedziała panna Chen, chyba jednak tylko po to, żeby coś powiedzieć, bo nie wyglądała na taką, która zrozumiała, o co chodzi – a można zobaczyć te zdjęcia?

- O, właśnie, Arend – zawołałem – na najbliższym postoju pokazujesz nam wreszcie zdjęcia tych napisów.

- Nic z tego – Arend był wyraźnie skrępowany – od czasu, jak tu pracuję nic takiego mi się jeszcze nie przytrafiło, jak teraz. Nie mam połączenia z siecią, a zdjęcia są na moim dysku w biurze. Nie wiem, o co chodzi. Nasza technika jest przecież niezawodna.

- O Boże! - pisnęła nagle panna Chen z tylnego siedzenia, przez co, gdyby nie pasy, wyleciałbym przez szybę na maskę, bo zaalarmowany tym krzykiem Arend zahamował gwałtownie, udowadniając, że wieloobwodowe hamulce jego małego czołgu działają bez zarzutu, pomimo potwornej masy własnej pojazdu.

- Co się stało? – zapytaliśmy obaj jednym tchem, odwracając się, jak na komendę, na naszych fotelach.

- Nie zdążę... – wyjąkała skonsternowana panna Chen – nie zdążę na obiad.

- Ale proszę się nie obawiać – uspokajał Arend – zdążymy na pewno. Obiad będzie o pierwszej w naszej kantynie. A mam prawo upierać się, że nasz kucharz jest dużo lepszy od ich kucharza.

- Tak, rozumiem – szepnęła panna Chen, a w jej oczach zalśniła jakaś wilgoć – tylko, że... tylko, że...

- Tak, proszę się nie krępować, tylko mówić, o co chodzi. – zachęcałem niezbyt szczerze, bo przypomniał mi się jej poranny występ z wybuchem łez, gdy zapomniała jednego słowa. Żebym miał zawsze płakać, kiedy zapomniałem słowa, to musiałbym istne hektolitry łez przelać! Ba!, czasem to nawet zdarza mi się zapomnieć słowa w moim własnym języku, a co dopiero w obcym.

- Bo u nas chifan je się w południe, a później obowiązkowo ma się xiuxi. To znaczy, odpoczynek – wyjaśniła, widząc nasze zdumione oczy – no i, jadąc tu, wiedziałam, że będzie inaczej, ale chyba przeceniłam swój organizm, bo czuję straszny głód. Duibuqi.

- Dziwne – powiedział Arend, szukając czegoś w schowkach – zważywszy na jet lag, chyba nie powinno to jeszcze mieć miejsca. Ale myślę, że mamy rozwiązanie problemu, o ile tylko uzupełniłem zapasy. O! Chyba jest jeszcze sateh ajam, więc zaraz podgrzeję i sprawa załatwiona.

Zapadła cisza. Van Wortelkoek otworzył jakąś skrytkę, wyciągnął niewielki pojemnik, przerzucił go w inne miejsce, coś otworzył, coś zatrzasnął, poprzyciskał jakieś guziki i z dumą oznajmił:

- Za trzy minuty będzie ciepłe. A tak zawsze wyśmiewałeś się z mojego samochodu – to było do mnie – tymczasem popatrz tylko, jak wbudowana kuchenka mikrofalowa potrafi się przydać.

- A co to – nieśmiało zapytała panna Chen – a co to jest to sate...

- Sateh ajam? - zaśmiał się Arend – to danie z kurczaka pieczonego na sposób indonezyjski. Bez wchodzenia w szczegóły - z czosnkiem, sosem rybnym, soją, kolendrą, chili, kminkiem, cynamonem, curry i mlekiem kokosowym Jestem pewien, że będzie smakować. Ja bardzo to lubię. Odgrzewane nie jest takie smaczne, jak świeże, ale przecież da się z ryżem zjeść. Niestety, mam tylko jedno opakowanie, więc mój kolega i ja będziemy musieli zaczekać do obiadu, ale proszę się tym nie martwić, bo nie ma żadnego problemu. My uraczymy się podwójną porcją cukierków z lukrecją. Prawda, kolego?

- Tak, tak. Oczywiście – nie chciałem czynić pannie Chen przykrości, więc zgodziłem się nawet na te przesłodzone cukierki; przysmak Holendrów. Tymczasem coś zapiszczało kilkakrotnie, Arend z okrzykiem 'mais voila!' otworzył drzwiczki kuchenki, wyjął pojemnik specjalnym uchwytem, postawił go na jakimś talerzyku (który za cholerę nie wiem, skąd wyciągnął), otworzył pokrywkę i w samochodzie rozszedł się miły zapach. Panna Chen przyjęła danie z radością, a Arend znowu coś tam naciskał w pulpicie swego czołgu. Po krótkiej chwili oznajmił:

- Słuchajcie! To jest tłumaczenie napisu, o którym mówiliśmy.

I w tej chwili trochę monotonny głos komputera pokładowego (widać Arend ma jeszcze coś do ulepszania w swojej maszynie) wypowiedział starannie takie słowa:

- Tekst źródłowy: „Deutschland den Deutschen”. Znaczenie: „Specjalny Obszar Europejski dla Ortmenszów”.


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


© YPY - Strona poprawiona i publikowana 14.10.2012