Choroba morska CHOROBA MORSKA


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


ROZDZIAŁ VI

Wieczorem w domu czułem się tak zmęczony całym dniem, że pomysł zafundowania sobie kieliszka alkoholu wydał mi się kuszący. Nalałem trochę do szklaneczki, dolałem wody i już, już miałem iść po lód, kiedy zadzwonił telefon. Pełne zaskoczenie! To był Roman, mój kolega z Warszawy, z którym rozmawialiśmy mniej więcej raz na kwartał, a widywaliśmy się jeszcze rzadziej, zwłaszcza teraz, kiedy pracowałem w strefie Morza. Żeby powiedzieć prawdę, to on załatwił mi ten kontrakt, bo przyjaźń z czasów studenckich przetrwała, chociaż ja zostałem zwykłym inżynierem, a on wysoko postawionym działaczem.

Słychać było, że chce sobie nieobowiązująco pogadać. O ostatnim urlopie na św. Marcinie, o dzieciach nieukach, które wcale nie rozumieją potrzeby przykładania się do obowiązków szkolnych, o swojej trzeciej żonie, która też już zaczyna pokazywać pazury. O tym, że kopią pod nim dołki, ale on ma nadzieję, że je wszystkie ominie. Wreszcie o tym, że pewnie jesienią będzie w Drugim Mieście, to pójdziemy na piwo i pogadamy bez podsłuchów. Popijałem alkohol bez lodu i, prawdę mówiąc, robiło mi to niewielką różnicę, bo nigdy nie byłem jakimś tam wielkim koneserem. Wreszcie Roman spytał od niechcenia, jak tam przetrzymujemy chiński desant. Odpowiedziałem, zgodnie z prawdą, że zupełnie nieźle sobie radzimy. Bo wiesz, konfidencjonalnie zniżył głos Roman, ten przyjazd to właściwie zawdzięczasz naszemu ministrowi. Za dobrze tam działasz na Morzu (o!, przemknęło mi przez myśl, dobrze wiedzieć, że w ministerstwie mnie chwalą) i pan minister obiecał podczas naszej wizyty w Chinach w zeszłym roku, że to właśnie do ciebie przyjedzie dziecko jednego mandaryna, na którego życzliwości nam zależało.

Takie pozakulisowe znajomości nazywają się tam guanxi, tłumaczył dalej Roman, i kto ma lepsze guanxi, ten lepiej żyje. No to sam rozumiesz – państwo nie zbiednieje, a dobre układy z Chińczykami trzeba budować za wszelką cenę. Tam to każdy jest unurzany w nepotyzmie, że nawet w porównaniu z nimi, ha ha, to i my jako ptakowie nieskalani wychodzimy; chociaż, co ja ci tam będę tłumaczył szczegółowo. Nie czas i nie miejsce, pogadamy przy piwie. U nich to nawet jest takie śmieszne określenie na rodzinne związki, gdzie ustosunkowani rodzice ciągną dzieci za uszy, żeby też dopchnąć je do jakiegoś bezpiecznego i zasobnego żłobu: „dzieci rodziców”. Przyznasz, śmiał się Roman, że to bardzo obrazowe i malownicze określenie. Podsumowując: twój praktykant to synalek wysoko postawionego kacyka, chociaż, tak na oko dość głupi i rozpaskudzony bogactwem ojca.

Jak to: „synalek”? Przecież przyjechała młoda, ładna dziewczyna? Tu z kolei Roman przestał rozumieć, o czym mówię i upewniał się, czy aby nie robię sobie z niego jakichś jaj. Kiedy wreszcie wszystko sobie wytłumaczyliśmy w słuchawce zapadła cisza i po chwili mój kolega zmienionym głosem wypowiedział bardzo grube przekleństwa, a właściwie całą ich serię. Wiesz co?, powiedział, to jakaś grubsza afera. Powiadom natychmiast dowódcę swojego miasta, a ja tu zrobię to samo i doniosę o tym zadziwiającym fakcie ministrowi i kontrwywiadowi. Niech oni to sprawdzą. Tylko nie odkładaj na później, dzwoń natychmiast, proszę cię, chociaż już późny wieczór, bo to może być sprawa bardzo nieprzyjemna. Jakby padły pytania, skąd wiesz, że to miał być mężczyzna, śmiało powołuj się na tę rozmowę, tylko nie opowiadaj zanadto o tych dzieciach rodziców, bo po co. Zresztą, pewnie i tak wszystko nagrane. No to „do dzieła bracia, a będzie ono krwawe”, zakończył cytatem, który wydał mi się jednak nieco nie na miejscu.

Miałem ochotę przetrzeć zdumione uszy (chociaż zwykle przeciera się oczy), ale uznałem, że Roman ma rację. Dopiłem jednym haustem resztkę ciepłego alkoholu i wykręciłem numer pułkownika Szatybełki. Był zajęty, więc raz jeszcze wybrałem numer, poprzedzając go prefiksem przeznaczonym na wypadki szczególne i ustawiłem urządzenie na wybieranie ciągłe. W tej samej chwili coś dupło w przedpokoju i z chmury szarego dymu wyłonili się dwaj potężni mężczyźni, cali ubrano na czarno. Agent Krówka, agent Niedręga, usłyszałem w momencie, kiedy obalano mnie pyskiem na ziemię i skuwano kajdankami.

Po chwili siedziałem przy moim własnym stole, moja własna lampka świeciła mi w twarz, a któryś z agentów (nie potrafiłem powiedzieć, który, bo w chwili prezentacji nie uważałem) profilaktycznie (jak zwykle wyjaśniano po fakcie) walnął mnie jakąś pałą po plecach. Posypały się absurdalne pytania. Od jak dawna jestem szpiegiem? Za ile zdradziłem moją Ojczyznę? Gdzie jest panna Chen? Dlaczego z nią sypiałem? Czy wiem, że zgniję w pierdlu? Skąd wziąłem pieniądze na wakacje na Krecie?

Wtedy to właśnie do pokoju wkroczył (tak, to właściwe słowo – on nie wszedł, on wkroczył) pułkownik Szatybełko w otoczeniu gromady uzbrojonych po zęby żołnierzy w kominiarkach zasłaniających twarze pod bojowymi hełmami. Wkroczył i zażądał natychmiastowego wydania podejrzanego Szafarka, czyli mnie. Agenci Krówka i Niedręga zamachali jakimiś legitymacjami, żądając pełnego podporządkowania, ale na pułkowniku nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Zacząłem nawet myśleć o nim z sympatią (pierwszy raz od lat), zwłaszcza, kiedy z tą swoją wojskową zwięzłością rzucił krótki, ale czytelny rozkaz: „rzucić broń, albo was zap...”. Agenci Krówka i Niedręga rzucili broń, miotając najokropniejsze pogróżki, a także zdradzając fakt, że ich służby zbadały nawet sposób prowadzenia się rodzicielki pułkownika przed laty. Pułkownik stwierdził sucho, że ich zachowanie nie przynosi chwały ich służbom, a nagrania z podsłuchu będą koronnym dowodem, żeby obydwu agentów posłać na zieloną trawę bez prawa do emerytury. Musiało coś być w tym, co mówił, bo agenci natychmiast zamilkli.

Zostałem rozkuty, lampkę wyłączono, a nawet któryś z żołnierzy nalał mi kopiato brandy do szklanki. W pokoju zostało tylko dwóch żołnierzy, którzy stali pod ścianą, wciąż celując we mnie czarnymi otworami luf pistoletów maszynowych.

Pułkownik przyglądał mi się spod oka, nic nie mówiąc. Wybełkotałem jakieś podziękowania, chłepcząc dwa pełne łyki brandy. Ręce mi się trzęsły.

- No dobrze – zaczął pułkownik – ponieważ jest pan zbyt głupi, żeby być w tym umaczany, więc mogę spokojnie wszystko wyjaśnić, prosząc jednak, by nic z tego, o czym powiem, nie przedostało się na zewnątrz. Dotyczy to również pańskiej rodziny. Co? Spokojnie, jest niegroźnie uśpiona środkiem medycznym, rano nic nie będą pamiętać.

- Sprawdziliśmy pana bardzo dokładnie i na tym etapie jesteśmy spokojni, że jest pan niewinny. Nasze służby działały już od jakiegoś czasu we współpracy z kolegami chińskimi. Prawdziwego Chena znaleziono w kryjówce w Macao, związanego i odurzonego. Nawiasem mówiąc to ponoć okropny buc, zdemoralizowany do szpiku kości. Wpadliśmy na trop większej afery i zastawiliśmy misterne sieci. Och, proszę nie spodziewać się, że ujawnię jakieś smakowite szczegóły, bo w tej grze ja także jestem tylko pionkiem, takim małym trybikiem, że pozwolę sobie użyć określenia technicznego, żeby zniżyć się do poziomu pańskiego rozumowania.

Chciałem coś powiedzieć, ale pułkownik Szatybełko nie pozwolił mi na to.

- Milczeć! - ryknął. Po czym kontynuował wyjaśnienia, ale już normalnym, uprzejmym głosem – panna Chen była w posiadaniu najbardziej technologicznie zaawansowanego komputera w tej części Europy, ale żadnemu z cywilnych głupków, którzy ją u nas przesadzali z samolotu do samolotu nie wpadło to głowy. Dzięki temu połączyła się bez kłopotu w pańskim biurze z naszą europejską siecią, a także, a tak przynajmniej podejrzewają nasi specjaliści, z siecią wojskową. Proszę nie pytać, jak to zrobiła, skoro nawet nie podeszła do pańskiego komputera. Hainan-42AQQ potrafi nie takie rzeczy; wystarczy, że wasz sprzęt był włączony, kiedy ona była w biurze. Podejrzewamy, że to samo miało też chyba miejsce w czołgu Marchewy.

Przypomniała mi się komedia ze słowem „rycerscy”, a później to, że gdy nadjeżdżał Arend i pani Basia mnie o tym powiadomiła przez intercom, to wtedy na panelu świeciły się DWIE diody, a powinna – o idioto wpatrzony w azjatyckie oczęta! - jedna. No a w samochodzie Arenda sieć była zepsuta, czy może panna Chen ją jakoś zepsuła. Chciałem o tym powiedzieć, ale pułkownik kategorycznie mi tego zabronił.

- Milczeć – ryknął znowu i, z podejrzaną zmiennością nastrojów, ciągnął dalej, jakby nigdy nic – teraz nie wiadomo, które z naszych tajemnic są jeszcze tajemnicami. No i, co gorsza, kto je teraz zna, bo wcale nie wiadomo, dla kogo pracowała panna Chen. Aha, ci idioci Krówka i Niedręga tylko udowodnili swoją bezprzykładną nieprzydatność, oskarżając pana, Szafarek, o zdradę z powodów łóżkowego bara-bara. Wiemy dokładnie, jakie ma pan preferencje i wyznam nawet, bo teraz nie ma to już znaczenia, że nawet z przyjemnością oglądałem nagrania z waszej sypialni, więc ma się tę pewność w temacie.

- Co? Ty skurwysynu! - zerwałem się z krzesła, ale wtedy ktoś, pewnie trzeci żołnierz, o którego istnieniu nie miałem pojęcia, przywołał mnie do rozsądku uczciwie wymierzonym uderzeniem kolby w plecy. Osunąłem się z powrotem na krzesło, plując krwią. Sięgnąłem po chusteczkę, ale kolejny cios uzmysłowił mi, że lepiej trwać w bezruchu.

- Milczeć – ryknął pułkownik po raz kolejny, po czym uśmiechnął się zjadliwie i, już ojcowskim tonem, kontynuował – panna Chen wcale nie była kobietą, więc nie miała żadnej szansy, żeby pana, Szafarek, zaciągnąć do łóżka, choćby nawet pan do tego się palił. To znany na Dalekim Wschodzie szpieg, niejaki Wang Hairen, poszukiwany przez wiele państw także jako Harry Fong. Tym razem zdołał się nam wymknąć, ale w tym punkcie może to i lepiej, bo chociaż obyło się bez skandalu z Chinami.

Patrzyłem na pułkownika szeroko otwartymi oczyma, nie rozumiejąc, co mówi. A jeśli mówi, to czemu przekazuje mi takie tajemnice? Dlaczego mówi tak otwarcie? Zaczęło narastać we mnie straszliwe podejrzenie, kiedy pułkownik przerwał tę ciężką ciszę.

- No i cóż... To przykre, że pospolity opryszek Fong ukradł czyjąś osobowość, zakradł się tu podstępnie, a zdemaskowany przez pana posunął się do zbrodni, zabijając pana i całą pańską rodzinę. Będziecie mieli za to oficjalny, bardzo honorowy pogrzeb na koszt państwa. Z orkiestrą i salutem nad mogiłą, a przedsiębiorstwem pokieruje Biernacki, bo to dobry fachowiec - tu pułkownik znowu wykrzywił w niby-uśmiechu swoje wargi i dziwnie beznamiętnym tonem kontynuował - Zabić go.

Tu skinął ręką na stojących za nim żołnierzy, którzy ominęli pułkownika, żeby go nie postrzelić, wycelowali we mnie lufy pistoletów i, nie zwracając uwagi na to, że ze strachu drę się strasznym krzykiem podobnym do głosu kruka, pociągnęli za spusty...


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


© YPY - Strona poprawiona i publikowana 14.10.2012