Choroba morska CHOROBA MORSKA


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


ROZDZIAŁ VII

- Aaaa aaaaa aaaa – obudziłem się nagle słysząc ten okropny krzyk, cały zlany potem. Rozejrzałem się ostrożnie. Moja sypialnia. Pułkownika ani śladu. Ani żołnierzy. Ufff! Zosia śpi obok, cichutko wypuszczając powietrze przez usta. Ma zatkany nos? Dobrze, że jej nie obudziłem. Boże, to tylko sen. Dobrze, że się nie zsikałem ze strachu. Boże, to tylko sen. Do budzika jeszcze trzy godziny i dwadzieścia pięć minut, ale chyba wstanę i czegoś się napiję, bo zupełnie zaschło mi w ustach. Sen mara...

Po powrocie z kuchni zdjąłem mokrą piżamę, bo zrobiło mi się w niej jakoś nieprzyjemnie. Niezbyt pamiętałem gdzie Zosia trzyma zapasowe, a że nie chciałem jej budzić po nocy, postanowiłem położyć się do łóżka całkiem goły. Przykryłem się kołdrą, ale nie mogłem zasnąć. Wczoraj było tego wszystkiego za dużo, przynajmniej jak dla mnie. Patrol skończył się spokojnie, bo panna Chen, najadłszy się kurczaków Arenda, jakoś dożyła do obiadu. Później przez całą drogę Holender opowiadał jej o przewagach, jakie niesie ta ich nienormalna zabawa paalzitten. Żartował nawet, że dopiero podczas siedzenia na słupie można sprawdzić jak zachowuje się organizm wystawiony na nietypowe warunki. Gdy opisywał z najdrobniejszymi szczegółami drewniane pale i ich rzekomo wygodne siedzenia na szczycie, wydawał się być w siódmym niebie. Nie wiem, co oni widzą w siedzeniu na czubku słupa wbitego w dno rzeki, czy jeziora. Panna Chen też chyba nie podzielała holenderskiego zachwytu, bo nawet kręciła głową i widać było, że usilnie starała się nie okazywać dziecinnego zdumienia ich dziwacznymi zabawami. Arend wsiadł, wyraźnie, na swego ulubionego konika, bo nawet posunął się do tego, że zaczął twierdzić, że dałem starszemu synowi na imię Symeon z rzekomej miłości do ich specyficznego sportu. Protestowałem nieśmiało, a azjatycka praktykanta musiała mieć nielichy mętlik w głowie.

W trakcie tego ględzenia Arenda sprawdziliśmy (prawda, że dość pobieżnie) wszystkie obiekty przy zwykłej trasie (na szczęście nie zanotowaliśmy żadnych anomalii) i dojechaliśmy do holenderskiej stołówki akurat na czas (dochodziła pierwsza). Przed budynkiem stały jakieś wielkie zielone auta (no, nie tak wielkie jak to Arenda, ale zawsze) z talerzami anten satelitarnych na dachach. Ta zieleń biła po oczach już z daleka, a dopiero po podjechaniu bliżej ukazywały się żółte napisy, których nie rozumiałem. Okazało się, że przyjechała jakaś ichnia telewizja specjalizująca się w skandalach. Po co – nie wiadomo. Arend kręcił głową i mówił, że im mniej tu hałasu, tym lepiej. Tym bardziej, że ostatni skandal zdarzył się po ich stronie w 2023 roku, kiedy jeden z pracowników został przyłapany na niedozwolonych kontaktach z Ortmenszką i wyleciał z hukiem z pracy z łatką gerontofila. Mój kolega nawet gdzieś zadzwonił ze swojej komórki, ale ten jego rozmówca też wydawał się być zdziwiony wizytą reporterów. W środku także niewiele się wyjaśniło, chociaż wszyscy ci reporterzy już tam siedzieli i w najlepsze milczkiem żwawo jedli, nie odpowiadając na zagadywanie innych stołowników

Holenderska stołówka okazała się być miejscem nieoczekiwanej tragedii gościa z egzotycznego kręgu kulturowego. Najpierw wyszło na jaw, że zupa serowa to dla większości ludzi z Dalekiego Wschodu zwykła obrzydliwość, bo nie lubią żółtego sera, który wywołuje w nich odruchy wymiotne. Arend westchnął, spojrzał na menu wiszące na ścianie, podszedł do lady i, cały uśmiechnięty, przyniósł stamtąd parujące drugie danie. Okazało się jednak, że stamppot andijvie met gehaktballen to danie dla panny Chen równie niejadalne. Arend poleciał zaraz do kucharza i, chyba cudem, wyprosił jakąś michę białego ryżu. Przyniósł ją bardzo zadowolony z siebie, ale wtedy okazało się, że ten ryż też jest jakiś nie taki jak trzeba. To znaczy, żeby powiedzieć prawdę, panna Chen starała się być bardzo dzielna. Próbowała, z wyraźnym niesmakiem, jeść po łyżeczce białej masy, jednak wyraźnie potrawa nie chciała jej przejść przez gardło. Starała się popijać sokiem pomarańczowym, ale widać było, że zaraz się rozpłacze. Na szczęście kucharz przyleciał po chwili z pełną michą czegoś, co trochę przypominało sajgonki i to danie znalazło wreszcie uznanie mojej praktykantki. Długo, co prawda, przyglądała się lśniącemu widelcowi, obracając go w palcach, jakby był czymś godnym uwagi, ale wreszcie zdecydowała się i zaczęła nim jeść, bardzo dokładnie i metodycznie wkłuwając go w coś, co przypominało małe naleśniczki. A jak już spróbowała, to wyraźnie zasmakowało i dalej już poszło lepiej. Na deser podano to ich haskie paskudztwo z waty cukrowej i cała sala wydawała się być ukontentowana. Jak dzieci. Nie darmo mówią, że co kraj, to obyczaj.

W domu musiałem pogadać z Krzysiem i okazało się, że on w ogóle nie rozumie, że nie należy używać takich wyrażeń, jak „dupło”, więc mocno naciskałem, żeby nie starał się wzorować w tym względzie na Szymku, z którym jeszcze na ten temat poważnie porozmawiam, aż mu się ciepło zrobi. Zacząłem synkowi dydaktycznie tłumaczyć, że chyba nigdy nie słyszał, żeby mamusia mówiła kiedykolwiek w ten sposób (albo ja). Patrzył przez chwilę takim jakimś dziwnym wzrokiem, jakby nad czymś się zastanawiał, aż wreszcie, na szczęście, wydusił z siebie, że nie - nie słyszał. No i dobrze. Później poświeciłem sporo czasu, żeby wyjaśnić mu ideę Ostatecznego Zamknięcia, która legła u podstaw obecnego porządku Morza. No i, na koniec, przypomniałem mu, że za trzy lata wszystko się zmieni, bo to wyznaczony czas na Sztokholm III i zapadną tam wiążące decyzje, tym razem już ostateczne. Chyba zrozumiał, bo obiecał, że przeredaguje to swoje wypracowanie i pokaże Zosi (czyli mamie) przed przesłaniem do szkoły.

Jeszcze później miałem telefon, który mnie zaniepokoił. Nie, nie od Romana, bo to był tylko zły sen. Dzwonił mój teść, który, pomiędzy innymi licznymi błahymi wiadomościami, rzucił od niechcenia, że chciałby, żeby ktoś od nas pomógł mu w tym roku w remoncie altanki na działce. To był rodzaj hasła, ustalonego jeszcze przed naszym wyjazdem na ten kontrakt. Bo tak w ogóle teść ma obsesję na punkcie omnipotentnej ingerencji państwa w życie obywateli, potrzebie wywalczenia sobie prywatności i wszechogarniającego podsłuchu założonego przez służby wszędzie i u wszystkich. Tak więc zwrot „pomoc przy remoncie altanki” miał oznaczać, że dzieje się coś niedobrego i najlepiej by było, żebyśmy wszyscy, całą rodziną, zmywali się z Nowego Miasta nr 2. Kiedy teść omawiał ze mną te tajne kody (na rybach, w łódce na środku jeziora; wyciągnął mnie tam specjalnie, choć mówiłem mu o mikrofonach kierunkowych i sztucznych komarach naszpikowanych sprzętem) chciało mi się śmiać, bo to przecież śmieszne, żeby w XXI wieku spiskować niczym dzieci. Teraz zaś nie wiedziałem, czy zaczął mieć starcze odchyłki, czy też faktycznie coś wisi w powietrzu. Dlaczego to powiedział? Co może się wydarzyć? Czy, wreszcie, rzeczywiście czymś tu ryzykujemy? To chyba jakaś niedorzeczność. Tu, w środku Europy, w najspokojniejszym miejscu całego kontynentu?

Bardzo już późnym wieczorem niespodziewanie zajrzała pani Basia - niby, żeby oddać pożyczoną od nas parę dni temu książkę szpiegowską (Zosia mówi, że to zupełnie dobry autor dwudziestowieczny, choć mało znany), a kiedy odprowadzałem ją do furtki, zaniepokojonym głosem powiedziała, że wie z dobrze poinformowanego źródła, że Trzecia Flota Śródziemnomorska po raz pierwszy od zawsze wypłynęła na Atlantyk i że kieruje się na północ. Ta wiadomość była rzeczywiście niepokojąca, bo Pekin od lat utrzymywał tę flotę na morzu Śródziemnym jako element równowagi sił i nigdy jeszcze nie wyprowadzał jej na inne wody. Może to fałszywy alarm? To źródło nie robi fałszywych alarmów, podkreśliła z mocą pani Basia i odeszła w mrok.

Jeszcze później Zosia poskarżyła się, że odkurzacz przestał chodzić, więc zabrałem się do rozkręcania, żeby chociaż zerknąć, czy da się go naprawić, czy też to jedno z tych urządzeń, które do naprawy się nie nadają i już na ekranie CAD'u powstają jako jednorazówki. O tyle jednak było dobrze, że ten odkurzacz był inspirowany (bo może nieładnie byłoby powiedzieć, że był europejską podróbką) azjatyckim modelem Tianshan, więc w środku wszystko miało ręce i nogi. Bo też ten model od lat wygrywał wszystkie konkursy funkcjonalności i racjonalności konstrukcji. Najwięcej czasu zajęło mi domyślenie się, gdzie konstruktorzy umieścili wewnętrzne zaczepy (żeby nie poharatać obudowy, bo żona byłaby zła, bo bardzo lubiła ten odkurzacz, nie mówiąc już o tym, że był dość drogi), ale gdy już wpadłem na właściwy pomysł, wszystko stało się proste. Okazało się, że w fabryce nie odgięto podkładki zabezpieczającej przez co poluzowała się śrubka i końcówka kabla zasilającego wysunęła się ze styku głównego wyłącznika. Ponowne podłączenie zabrało mi jedną chwilę, złożenie odkurzacza kilka minut i z dumą zaniosłem go Zosi do akceptacji.

Zerknąłem za okno – ciemno. Zerknąłem na zegarek – jeszcze ponad trzy godziny do budzika. Trzeba spać, spać, spać. Może liczyć barany? Nie, to na nic. Barany nigdy na mnie nie działały. Może przynieść jakąś nudną książkę i zasnąć nad nią? Ale wtedy mogę obudzić Zosię. Zresztą - nie będę się po domu szwendał goły, a szlafrok został w łazience. Może... może myśleć o czymś przyjemnym, to sen sam przyjdzie. Kreta... szmaragdowe morze i białe skały. Oleandry i trawa zeschnięta od silnego słońca. Zapach ziół, intensywny zapach ziół... I smak wina, którego później nie dało się zeprać z T-shirta. Resztki pałacu w Knossos. Tańce z bykami, czy jakoś podobnie... Najstarsza cywilizacja europejska, jakże odmienna od mojej. Zakurzone dróżki prowadzące do zatok wcinających się głęboko w skały...

Szedłem jedną z nich, ale musiałem się pomylić i zabłądziłem. Chociaż to niedobre słowo, bo przecież wiedziałem bardzo dobrze, gdzie jestem, słyszałem nawet głosy przyjaciół pluskających się w wodzie, wołających, żebym prędko przyszedł, bo warto. Więcej nawet! Kiedy się wychyliłem zza skały, widziałem, jak baraszkują w płytkiej wodzie. A jednak tędy nie mogłem zejść, bo pod stopami ziała kilkumetrowa przepaść, a na pionowych skałach ostro schodzących ku wodzie nie było żadnych stopni, po których można by zejść. Widziałem jedynie jakieś kolczaste krzewy czepiające się szczelin skał. Część z nich kwitła ładnymi, żółtawymi kwiatkami i słyszałem nawet wyraźnie, że wokół nich kręcą się z bzykiem jakieś owady. Trzeba było zawrócić, odnaleźć właściwą ścieżkę (nie była daleko) i ostrożnie schodzić na plażę. Ostrożnie, bo różnice poziomów poszczególnych kamieni też potrafiły osiągać ponad metr, więc może określanie tej przeprawy ścieżką było nieco na wyrost. Lepszej jednak nie było, a zatoczka, do której ścieżka wiodła, była przepiękna. Płytka, osłonięta przed wzrokiem przypadkowych przechodniów (na tym odludziu?), prawie całkiem odcięta od właściwego morza progiem skalnym, z płaskim, żwirowym dnem. Istny ideał wakacyjny.

Gdy wreszcie zszedłem na sam dół, zobaczyłem, że z chłopakami są te dwie dziewczyny, które poznaliśmy wczoraj w barze. Skąd one są? - przemknęła mi myśl. Chyba z Finlandii, czy z Estonii, ale pewny nie byłem. I, tak samo jak my, przyjechały tu w poszukiwaniu ciepła, słońca i smaku ouzo. Impreza była jednak zbyt wesoła, bo zupełnie nie pamiętałem ich imion. Bartek i Heniek taplali się ze Skandynawkami w płytkiej wodzie, która sięgała im, w zależności od miejsca, już to po kolana, już to po pas. Cała czwórka ochlapywała się wodą, czyniąc przy tym sporo hałasu. Słońce było jeszcze na tyle nisko, że nie wypalało mózgu, a wiatr łagodnie chłodził twarz. Jak w raju – pomyślałem – jak w raju.

Podszedłem do miejsca, w którym zostawili wszystkie rzeczy i prędko zdjąłem buty, koszulę i spodnie. Rzucając ciuchy na kupkę zobaczyłem, że z jednej z toreb wystaje szyjka butelki. Zawahałem się, ale przyszło mi do głowy, że woda jest tu tak płytka, że niczym nie ryzykuję, jeśli pociągnę łyk przed kąpielą. Kiedy wyciągnąłem flaszkę, zrozumiałem, że to był dobry pomysł, bo na etykiecie jak byk stało: Μαυροδάφνη. Lubiłem to wino, więc wyciągnąłem korek i z przyjemnością pociągnąłem tęgi łyk... Później drugi i trzeci. Dość. Trzeba być rozsądnym. A teraz – odświeżająca kąpiel w kryształowej wodzie. Odwróciłem się twarzą do zatoki i poczułem, że muszę przetrzeć oczy. Czy wino na pusty żołądek plus wysoka temperatura to dobry pomysł? Czy można upić się trzema łykami, prawda, że doskonałego, mavrodafni? Cała czwórka nadal bawiła się w wodzie, jednak teraz wrażenie raju było całkowite, bo i obydwie dziewczyny, i Heniek, i Bartek byli zupełnie nadzy. Nie zauważyłem tego wcześniej? Jestem pijany? Mam halucynacje?

Trochę zmieszany usiadłem na skałce. No i zmieszany nie dlatego, że zobaczyłem nagich ludzi, tylko dlatego, że z początku zupełnie ich nagości nie zauważyłem i dopiero teraz ją odkryłem. Nie byłem pewny, czy jestem przy zdrowych zmysłach, czy to może jakaś pijacka maligna, połączona z nadmiarem południowego słońca. Tymczasem moi przyjaciele wyszli parami na brzeg i, nie krępując się ani sobą nawzajem, ani też mną, siedzącym zaledwie kilka kroków od nich, zaczęli udowadniać, że w raju pojęcie grzechu było nieznane. Drobniejsza z dziewczyn znikła prawie pod Bartkiem, który był rosły i dobrze zbudowany, a ta druga, o długich blond włosach, rozkołysała się energicznie na Heńku, patrząc przy tym na mnie i uśmiechając się, jak mi się wydawało, zachęcająco. I wtedy poczułem, ku własnemu upokorzeniu, że nie jestem wcale z kamienia. Zdaje się, że hetman Sobieski opisywał w listach do swej małżonki podobną sytuację, skarżąc się, że nie był w jakiejś łaźni do pary... Ciekawe, co na to ta żona – czy podchodziła do sprawy z pełnym zrozumieniem dla mężowskich kłopotów. W końcu, zdrowie męża – rzecz bezcenna... I wtedy z wody wyszła trzecia dziewczyna – właściwie chyba syrena – bo odrzuciła ogon (czemu mnie to nie dziwiło?) i z energią wskoczyła na skałę tuż obok mnie. Przykucnęła i poczułem jej zapach: mieszaninę drzewa sandałowego i jakby gałki muszkatołowej, a z jej stromych piersi ściekała na mnie gorącymi kroplami woda. Wyciągnęła smukłe ręce i zaczęła ściągać ze mnie bermudy... Ale zaraz: przyszło nagłe opamiętanie – zacząłem się opierać, odpychając jej ręce, chociaż jedyne, co w tej chwili widziałem, to był jej pełen niepokojącego turgoru biust. Zosia! - błysnęła mi w głowie myśl – Zosia! Ja jestem żonaty! Nie mogę... Nie chcę!

I w tej właśnie chwili jakiś głęboki, męski głos zawołał zupełnie niedorzecznie ze skał z góry: „No jasne! Co to za książka by była bez dupy?!” Jaka książka? Przecież nie czytam żadnej książki, tylko jestem na wakacjach z kolegami. Co to znowu za idiotyczne brednie? Skąd kretyński kreteński podglądacz znał polski, bo wołał w tym języku? Bo to przecież boska Kreta. Czy na Krecie są krety? Ale jaka znów Kreta? Przecież z Heńkiem i Bartkiem nigdy nie byłem na Krecie, bo zginęli w wypadku samochodowym na drugim roku studiów, jadąc na narty, i, z naszego pokoju, zostałem tylko ja. Co znowu? Co??

Ocknąłem się we własnym łóżku. Co za noc! Jeszcze jeden dziwny sen, a do budzika wciąż ponad dwie godziny. Zaczyna pomału szarzeć, niedługo wzejdzie słońce. Co gorsza, zorientowałem się, że ten sen typu soft porno pozostawił na mnie swój ślad i czułem bardzo wyraźnie, że nadal nie byłem wcale z kamienia. Ostrożnie pogłaskałem Zosię po policzku... Otworzyła oczy, mruknęła coś o Indianach atakujących przed świtem i, uśmiechnięta, wyciągnęła do mnie ramiona...


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


© YPY - Strona poprawiona i publikowana 14.10.2012