Choroba morska CHOROBA MORSKA


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


ROZDZIAŁ VIII

Przy śniadaniu otarliśmy się o kilka raf pedagogicznych, ale i tak skończyło się nadspodziewanie dobrze. Najpierw Krzyś narzekał, że musi iść do szkoły, chociaż jest święto. Tu wychylił się Szymek, który starannym barytonem (przechodzi ostatnio mutację) objaśnił bratu, że:

- Święto? Drwalówa agencyjna, a nie święto, głupku!

- Proszę mówić po polsku – rzuciłem odruchowo, ale w głowie odezwały się natychmiast jakieś dzwonki alarmowe. No przecież mamy ich nie tylko karmić, ale też, a może przede wszystkim, wychowywać – a byłbyś łaskaw wytłumaczyć, co powiedziałeś?

- No bo... - po minie widziałem wyraźnie, że Szymek zrozumiał od razu, że się zapędził na niebezpieczne pole, bo poczerwieniał - „drwalówa” to tyle, co to, co robi drwal – czyli „porąbane”. No właśnie, tato – porąbane i wszystko ci już wytłumaczyłem.

- A co z tą agencją? - drążyłem, lekko zaniepokojony.

- No to... - Szymek opuścił głowę i dodał ciszej piskliwym głosem – to... to jest... no, to jest związane z agencją.

- Jaką znowu agencją?

- No... towarzyską przecież.

- Że co? - podniosłem głos – możesz mi to jakoś przybliżyć, syneczku?

- Wolałbym nie. – zaciął wargi Szymek i zaczął ostentacyjnie mieszać kakao, czujnie wpatrując się w jego powierzchnię, jakby czegoś tam szukał, a przecież w wykonaniu Zosi kożuchy to istna rzadkość.

- Spokojnie, kochanie. – Zosia wyciągnęła rękę i dotknęła znacząco mego przedramienia. Po czym, zwracając się do chłopców starała się wyraźnie załagodzić sytuację:

- Szymku, mimo tego, co ci się wydaje, rodzice też znają różne słowa, nawet i brzydkie, tylko starają się ich nie używać, bo uważają je za paskudne i niegodne. Czy dobrze rozumiem, że „agencyjna” oznacza tutaj to, co się, w mniemaniu młodzieży, robi w agencji towarzyskiej?

- No... - ściszył głos Szymek, spoglądając błagalnie na matkę – no... tak.

- Dobrze – kontynuowała spokojnie Zosia, wciąż trzymając zdecydowanie swoją dłoń na moim przedramieniu – staramy się zrozumieć posługiwanie slangiem młodzieżowym przez własne dzieci, ale stanowczo żądamy, żebyś nie używał takich wyrażeń w domu. W szkole i tak cię nie upilnujemy. Zgoda?

- Zgoda – skwapliwie powiedział, wciąż czerwony na twarzy, starszy syn, oddychając z ulgą.

- Słuchaj – dodałem energicznie – jeżeli wydaje ci się, że...

Ale Zosia powstrzymała mnie, podkreślając, że Szymek już obiecał i że z pewnością zrozumiał, że źle postępował. No, niech tam! Wydawało się, że kłopot mamy z głowy, gdy nagle Krzyś wypalił znad swoich płatków śniadaniowych:

- Co za agencja towarzyska? O co chodzi? Ja też chcę wiedzieć!

- Cicho, głupku – osadził go Szymek. Przepełniło mnie zadowolenie. Szymek na tyle zrozumiał swój błąd, że nawet postanowił chronić przed własną głupotą młodszego brata! Zaraz jednak balon dumy ojcowskiej został brutalnie przekłuty, bo Szymek ciągnął dalej – później ci wszystko wytłumaczę.

- Szymek!! - ryknąłem, zły na smarkacza. A na to Krzyś, chcąc najwyraźniej odwrócić uwagę od tego tematu zapiszczał:

- Tato, to dlaczego właściwie idziemy do pracy i do szkoły, chociaż jest święto?

- No właśnie – uznałem, że może lepiej nie ciągnąć tematu agencji towarzyskich, tylko zwekslować uwagę na inne pola – To stara historia, Krzysiu. Wszystko zaczęło się parę lat po tym, jak przyjęto nas z dnia na dzień do Unii.

- To wy tego nie pamiętacie, ale dziadek tak?

- Dziadek był w tym czasie młodym chłopakiem, Krzysiu. Nasze państwo nie było wtedy przygotowane do gospodarki rynkowej, więc zakłady bankrutowały jeden po drugim, bezrobocie było bardzo wysokie, a ludzie niezadowoleni. Drugi z kolei rząd wygrał wybory na fali tej niechęci do zmian i zaczął otwarcie atakować Brukselę. A w kraju, żeby czymś się wykazać, rząd ogłaszał coraz to nowe święta, głównie związane z osobami, które wcześniej walczyły z bolszewikami. Tyle tylko, że tych nowych świąt zrobiło się tak wiele, że gdyby każde było dniem wolnym, to pracowałoby się u nas może pięć – sześć dni w miesiącu. To z kolei oznaczałoby zupełnie załamanie i tak już bardzo wątłej gospodarki.

- Tato – wtrącił się Szymek – mów mu lepiej od razu o Gonszorku, bo to jest ważne w szkole.

- Racja. No więc, Krzysiu, z okazji kolejnego nowego święta telewizja robiła wywiady na żywo na ulicy i, pech chciał, że zaczepili robotnika ze Śląska, niejakiego Gonszorka. I ten im takich rzeczy nawygadywał przed kamerą, że zrobiła się afera, bo...

- A co on im powiedział?

- No, tak dokładnie to ci nie powiem, bo sam nie pamiętam. Ale tak ogólnie...

Tu wtrącił się znowu Szymek, który przypomniał, że teraz w piątej klasie wszyscy uczą się słów Edwina Gonszorka na pamięć i on nam je zaraz przytoczy, bo wciąż je doskonale pamięta, bo jego pan wałkował to przez całe dwa tygodnie. Chrząknął i zaczął mówić:

- Powiedzcie mi, panowie, jak ja mam świętować przy mojej tokarce? Krawat se założyć, czy co? Święto to jest wtedy, jak mam wolne i mogę robić, co tylko chcę. A jak idę do roboty, to nie jest żadne święto i każdy głupi to wie. Więc na szwanca mi takie święto i tyle.”.

- Co to jest ta „szwanca”?

- Krzysiu, nie wszystko naraz, dobrze? Niech skończę o tych świętach, co?

Szymek pochylił się do ucha Krzysia, coś mu tam szepnął i mały od razu się uspokoił. Właściwie nie wiedziałem, czy być zadowolonym, czy robić nową awanturę. Wybrałem to pierwsze, tym bardziej, że za chwilę trzeba było wychodzić z domu. Kiedy nie miałem dzieci wiele spraw wydawało mi się oczywistych i byłem pewien, że sprawdzę się jako dobry ojciec. Teraz, kiedy od kilkunastu lat miałem okazję konfrontować młodzieńcze ideały dotyczące wychowania dzieci z rzeczywistością, nadspodziewanie często decydowałem się podać tyły, rezygnować z odważnego i bezkompromisowego podejścia. I znowu wieczorem Zosia będzie się ze mnie podśmiewać.

- OK, OK. Już nie przeszkadzam, tatusiu – głos Krzysia był podejrzanie przesłodzony.

- No więc władza się strasznie oburzyła na Gonszorka i mu dokuczała, że Ślązacy to tacy owacy, że nie doceniają wagi tych świąt, ale czego się po Ślązakach spodziewać, jak oni nie wiadomo, po jakiemu w domu mówią. To było w tych czasach poważne oskarżenie. A później Gonszorek zniknął i dopiero po kilku miesiącach okazało się, że go aresztowano.

- Jak to po kilku miesiącach?

- Bo po kilku miesiącach był zamach, który dzisiaj czcimy i wtedy wszystko się zmieniło na lepsze. Ta zła władza upadła. No i właśnie wtedy wydało się, że Gonszorka zamknięto w więzieniu, a jak już się wydało, to zaraz go wypuszczono. Zmarł kilka lat temu jako wiekowy starzec.

- A dlaczego był zamach? - dociekał niestrudzenie młodszy syn.

- Krzysiu, to może wieczorem ci o tym opowiem, bo to długa historia i trzeba będzie sporo tłumaczyć, żeby ci wszystko przybliżyć – trzeba będzie, pomyślałem, podczas przerwy obiadowej trochę w sieci poczytać, żeby się przygotować na dokształcanie smarkacza. A po pikniku może będzie zmęczony, to całe to tłumaczenie przesunie się o dzień, czy dwa. I dobrze by było.

- Teraz niech ci wystarczy tyle – ciągnąłem poważnie - że po zamachu bardzo wiele się zmieniło, naszemu państwu podarowano różne długi, kraj zaczął się wreszcie rozwijać. Kolejny nowy rząd zlikwidował większość tych nowych świąt, ale kiedy ustanowił Święto Odnowy Narodowej, bo tak się dzisiejszy dzień nazywa, to sam też nie zdecydował się, żeby to był dzień wolny. Zwyczajowo tego dnia kończy się pracę o godzinę wcześniej, a później organizowane są pikniki. Dla dorosłych z piwem, dla dzieci ze słodyczami.

- My też po szkole mamy zbiórkę o 16, sprawdzenie listy i wymarsz na piknik – zakomunikował nam Krzyś – ciekawe, czy tym razem Holendrzy też przywiozą swoją watę cukrową, tak jak w zeszłym roku..

- No właśnie – z młodzieńczym cynizmem podsumował naszą patriotyczną rozmowę starszy syn – to po to Gonszorek siedział w kiciu, żeby teraz wciąż były święta, w które trzeba pracować? Sam powiedz tato, czy to nie jest jednak istna drwalówa? No i ten zamachowiec to podobno był ich najbliższy kumpel i niezły paranoik?

- Szymek, nie dyskutujemy - rzuciłem z naciskiem - I żebyś mi tego w szkole nie powtarzał, bo narobisz sobie kłopotów. Chłopcy, zbierajcie się, to podrzucę was do szkoły samochodem. Kochanie, czy zabierasz się z nami, czy po ciebie przyjadą?


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział


© YPY - Strona poprawiona i publikowana 14.10.2012