|
ZAPISKI CHIŃSKIE | |
Egzotyczny przepis kulinarny; 09.03.2004
Jest to łatwe w przygotowaniu, wyszukane i niezwykłe danie orientalne, którym z pewnością zaszokujecie znajomych i
przyjaciół. Kraj pochodzenia przepisu: Chiny.
Ingrediencje (proporcje na 6-8 osób):
1 kg żywych krewetek rzecznych
1-1,5 l wina shaoxin (patrz wyjaśnienie poniżej)
Przygotowanie: około 1 minuty
Gotowanie: nie występuje
Żywe krewetki przemyć strumieniem bieżącej wody. Do płaskiego naczynia wlać wino. Na oczach gości wsypać krewetki.
Przykryć pokrywką i energicznie potrząsnąć. Zdjąć pokrywkę. Jeść wyłącznie pałeczkami.
Uwagi:
1. Wino shaoxin (wym. szaosin) jest niezwykle popularne na Dalekim Wschodzie. Można je pić zarówno na zimno,
jak i podgrzane. Produkowane jest z soi. Zawiera niewielką ilość alkoholu (gdzieś około 10%). Można je u nas dostać
w większych domach towarowych. Jeśli przypadkiem byłoby niedostępne, można wyprodukować własnoręcznie polski
zamiennik: rozcieńczyć sos sojowy wodą w stosunku 1 : 8, a do roztworu dolać tyle alkoholu, żeby otrzymać
dziesięcioprocentową mieszaninę. Gotowe.
2. Krewetki nie lubią alkoholu, bo prężą się w winie bardzo intensywnie, wydając charakterystyczny chrzęst
pancerzyków. Co mocniejsze potrafią nawet wyskoczyć z naczynia - stąd nazwa: skok przez stół - budząc tym
zachwyt obecnych gości.
3. Jedzenie żywych, lekko tylko pijanych krewetek wydaje się być okropne tylko w oczach barbarzyńców -
Chińczyk wytłumaczy z godnością, że w ten sposób jest się pewnym, że krewetki są świeżutkie (nie ma ryzyka
zatrucia), a poza tym, to po prostu rarytasik.
4. Sposób jedzenia: wszyscy sięgają swoimi pałeczkami do centralnie ustawionego (na, tak zwanej przez
Anglosasów, leniwej Zuzi [lazy Susan]) naczynia, przenosząc po krewetce już to do ust, już to na swoją miseczkę.
Pancerzyki należy wypluwać na stół obok swojego nakrycia. Im większe wały resztek uda nam się wyprodukować, tym
bardziej gospodarz będzie zachwycony, widząc, że nam smakowało!
Sprawiedliwość na sposób chiński; 02.04.2004
W zamierzchłych czasach, gdy nasi europejscy przodkowie siedzieli jeszcze w puszczy, w cesarskich Chinach hojnie
szafowano wyrokiem przymusowych robót przy pracach publicznych. W końcu to tam lubowano się w budowie już to
Wielkiego Muru, już to Wielkiego Kanału, co powodowało duże zapotrzebowanie na darmowego pracownika. No więc,
gdy skazany na ciężkie roboty zdechł przed zakończeniem swego wyroku (warunki były ciężkie, a karmiono ponoć
dość marnie, o kradzieżach i defraudacjach popełnianych przez nadzorców nie wspominając), to z litery prawa
pozostały czas do końca wyroku był zobowiązany odrobić ktoś z jego rodziny. Przepis egzekwowano bezlitośnie,
wychodząc widać z założenia, że "dura lex, sed lex".
Nefrytowa szata warunkiem nieśmiertelności; 03.04.2004
1. "Mówią wieki" to periodyk, który zajmuje się szeroko rozumianą historią. Ostatni raz czytałem go chyba z
dziesięć lat temu, gdy podziwiałem kopię supliki działaczy robotniczych z lat pięćdziesiątych do władz Polski z
prośbą o uproszczenie pisowni, która miała dla tych działaczy wyraźny posmak klasowy. Ostatnio odkryłem, ku mej
uciesze, że ten miesięcznik istnieje także w sieci, a publikowane artykuły są całkiem ciekawe.
2. I tak wyczytałem tam o zwyczajach grzebalnych wśród władców małych, podzielonych królestw w okresie Zachodniego
Han (a może wschodniego, nie jestem całkiem pewien, ale łatwo to sprawdzić, tylko ze trzeba by było wstać). Wierzono
wówczas, że nefryt ma szczególne właściwości, które uniemożliwiają rozkład ciała. Dlatego też, nie zważając na
horrendalne koszty, władcy uwielbiali zamawianie sobie do grobu kombinezonów, czy też rodzajów zbroi wykonanych na
wzór znanych nam z Europy karacen z połączonych kunsztownie złotym drutem płytek nefrytowych. Wiele grobów
okradziono, jednak do naszych czasów w stanie nienaruszonym ostało się ich kilka, dzięki czemu zapoznano się z
kunsztem rzemieślniczym okresu ktoregośtam Han. Niezbyt rozumiem, czy niechęć do pośmiertnego rozkładu oznaczał
jakieś wierzenia w życie pozagrobowe, czy też może w zmartwychwstanie, czy tylko było to wszystko podyktowane
względami estetycznymi. Wiara jednak musiała być wyjątkowo silna, jeżeli wzmiankowane "Mówią wieki" przytaczają
starożytną kronikę chińską, która opisuje włamanie do takiego grobu w czasach bardzo odległych od naszych. Ponoć
grabieżcy, po dostaniu się do grobu małżonki władcy, stwierdzili, że nefrytowe wdzianko uchroniło jej ciało od
rozkładu, wiec z niezrozumiałych dla mnie powodów postanowili wykorzystać zwłoki, jakby mieli do czynienia z żywą
kobietą (wynika stąd, że władczyni musiała zejść w wieku niezbyt zaawansowanym, bo trudno zakładać, że cała
złodziejska szajka składała się chłop w chłopa z osobników o upodobaniach do gerontofilii. Nie przytoczono też
informacji, ile czasu minęło od pochówku, co mogłoby zweryfikować choć trochę zasadność wiary w działanie nefrytu,
no ale - summa summarum - antyczna laska z najwyższych sfer musiała jeszcze wyglądać na tyle apetycznie, żeby się
na nią skusić). Owe nekrofilno - pornograficzne zapiski musiały z pewnością podtrzymywać wiarę w działanie nefrytu.
3. Dowiedziałem się także, ze w celu zapewnienia sobie odpowiedniej ilości funduszy na iście faraońskie wyposażenie
grobowców każdy rozsądny władca owych czasów (o ile nie był ateistą, ale tego chyba nie bywało) przeznaczał już od
chwili wstąpienia na tron jedną trzecią, a później nieraz i połowę dochodu państwa na ten cel. Dopiero dynastia
Tang zabroniła tak bogatych pochówków, choć nie zrozumiałem, z jakich przyczyn: czy woleli wykorzystać te pieniądze
z pożytkiem dla państwa, czy zauważyli, ze zakopane skarby przyciągają tylko rabusiów.
4. Ubożsi (a po zakazach pewnie i władcy też) ograniczali się jedynie do zatykania otworów ciała nefrytowymi
korkami; a to w celu zatrzymania ducha, by nie uleciał. Badaczy nie dziwią więc nefrytowe zatyczki do nosa, uszu,
ale też i do odbytu - co kraj, to obyczaj.
5. Chyba więc lepiej, że nasze współczesne władze nie hołdują takim wierzeniom, bo w celu zapewnienia właściwego
pochówku prezydentom i premierom podatki wyśrubowano by do jeszcze wyższego poziomu.
Qing gei wo yi jin tang; 17.04.2004
"Qing gei wo yi jin tang" to właściwe zdanie, gdy chce się kupić w Chinach pół kilo cukru. Wymawia się je
jak "cing gej ło ji dzin thang", przy czym trzeba pamiętać, że należy właściwie intonować słowa. Chiński,
jak wiele języków azjatyckich, jest bowiem językiem tonowym, czyli że tę samą sylabę można wymawiać na kilka
sposobów: tonem wysokim równym, tonem wznoszącym, tonem opadająco - wznoszącym i tonem opadającym. Nieźle, prawda?
Co więcej, owe cztery tony dotyczą jedynie oficjalnej wersji języka, tak zwanego pinyin, bazującego na odmianie
pekińskiej, a inne dialekty (kantoński, fukieński itd.) mają więcej tonów. Nie wchodząc w szczegóły, można
powiedzieć, że im dalej na południe od Pekinu, tym więcej tonów, których liczba dochodzi aż do siedmiu (czy nawet
dziewięciu, ale nie będę się kłócić) przy granicy z Wietnamem. Nie ma więc żadnej gwarancji, że nauczywszy się
wyżej podanego zdania moglibyśmy zapewnić sobie dolce vita w Chinach. "Tang" to słowo oznaczające cukier, jeśli
jednak pomylimy tony, co nie wydaje się specjalnie niemożliwe, to możemy mówić o "zupie", "świątyni" lub "boisku"
(piszę z pamięci, więc jeśli się pomyliłem, to czytelników znających temat lepiej ode mnie przepraszam).
Stajemy więc w sklepie, rozglądamy się nerwowo po półkach, bo może sami dojrzymy ten cholerny cukier i pokażemy go
palcem, aż w końcu, niczego nie dojrzawszy, wyrzucamy z siebie zapamiętane zdanie o cukrze. Sprzedawczyni
(sprzedawca) przygląda nam się badawczo, bo nie ufa naszej znajomości chińskiego. Wreszcie powtarza sobie na głos
słówko "tang" na różne sposoby, upewniając się, czego też może chcieć zamorski barbarzyńca w chińskim sklepie
spożywczym. Pół kilo zupy? Boiska? Świątyni? Cukru? Cukier! No pewno, że cukier! Jest więc szansa, że wyjdziemy
z cukrem, chyba, że trafimy na rasistę, który wie, że i tak z dzikim nijak się nie dogada, więc nawet nie będzie
próbować nas zrozumieć. Wówczas zostaje nam już tylko ostatnia broń. Często Chińczyk, który sam ma kłopoty z
dogadaniem się z ludźmi z innych prowincji, dochodzi do wniosku, że pewnie to nasza wymowa uniemożliwia mu
porozumienie z nami, a przecież na głupich nie wyglądamy, więc podsuwa kawałek papieru i długopis. W głowie mu
się nie mieści, że wykształcona osoba (głupki siedzą u siebie w domu, a do Chin przyjeżdżają osoby rzutkie i
wyedukowane) nie pisze po chińsku! Warto więc nauczyć się pisać. Może nie od razu wszystkich kilku tysięcy znaków,
ale przynajmniej tego nieszczęsnego "tang" (糖), o którym tyle tu dzisiaj pisałem. Wreszcie, pociecha dla
tych, którzy wracają z zakupów z pustymi rękoma - po co komu cukier w Chinach - tam nie słodzi się herbaty.
Chińska maszyna do pisania to nie surrealizm; 21.04.2004
Chińska maszyna do pisania wyglądała nieco inaczej niż nasze mechaniczne maszyny. Pracowicie wstukiwało się
elementy składowe znaku (a jest ich sporo) na nieruchomej kartce papieru, po czym, gdy znak był ukończony, naciskało
się główny klawisz, przesuwając papier o jeden znak dalej. Na wypadek, gdyby zabrakło rzadziej używanego elementu,
można było go dobrać z leżącej tuż przy maszynie kasty. Było to czasochłonne, jednak dawało elegancki, czytelny
efekt.
Uważano kiedyś, że narody Dalekiego Wschodu, używające znaków chińskich, będą musiały w dobie nowoczesności przejść
na zapis alfabetem łacińskim. Precedens już był - po zajęciu Wietnamu Francuzi opracowali zapis języka wietnamskiego
alfabetem łacińskim, do którego dodano nowe znaki diakrytyczne. A pamiętać trzeba, że wietnamski ma o wiele więcej
tonów, niż chiński. Okazało się, że można to zrobić dobrze, a najlepszym dowodem na to jest fakt, że ten system
działa do dzisiaj, choć z początku wydawało się to niemożliwe, a Wietnamczycy przed kolonizacją używali
zaadaptowanego pisma chińskiego. Pewnie więc dlatego rząd chiński przyjął w 1958 alfabet łaciński jako pomocniczy
system zapisu języka. Służy on głównie cudzoziemcom uczącym się chińskiego do zapisu wymowy, a przeciętnemu
Chińczykowi był do niedawna słabo znany.
Już dalekopis stał się w Chinach i Japonii wyzwaniem, ale poradzono sobie, numerując znaki i przesyłając szeregi
cyfr. Komputery działające w trybie znakowym miały być gwoździem do trumny znaków chińskich, jednak gdy wprowadzono
tryb graficzny, okazało się, że przedwcześnie odtrąbiono ich koniec. Dzisiaj pisanie na komputerze po chińsku jest
więcej niż proste. Wprowadzamy z normalnej klawiatury zapis sylaby w alfabecie łacińskim. Wówczas program
komputerowy podpowiada w odrębnym oknie najpopularniejsze znaki zapisujące taką właśnie sylabę, a jeśli trzeba,
podpowiada dalsze, rzadziej używane. Wybieramy tę właściwą i przechodzimy do następnej sylaby. Pisanie nie jest
wiele wolniejsze, niż w przypadku języków europejskich. A kilka lat temu opracowano tak zwane tablety, na których
można pisać odręcznie normalne znaki chińskie, zaś odpowiedni program czyta je i przetwarza automatycznie na formę
drukowaną. Wydaje się więc, że najprościej mają, oczywiście, analfabeci, bo ich te problemy nie dotyczą. Żeby
jednak nie było nieporozumień - w Chinach kontynentalnych uważa się za analfabetę osobę, która zna mniej niż 2000
znaków (a w warunkach wiejskich ponoć tylko 1000, choć słyszałem o tym z drugiej ręki, więc może to nieprawda).
A jeśli tak, to będąc Chińczykiem nie można uciec przed taką formą nowoczesności nawet w analfabetyzm, bo
tamtejszy analfabeta może czytać teksty, które dla nas pozostaną na zawsze wielką zagadką.
Gdy przybędzie dżonka barbarzyńców...; 28.04.2004
Pod koniec osiemnastego wieku król Anglii wysłał specjalne poselstwo do Chin. Celem miało być nawiązanie kontaktów
politycznych, zaimponowanie dworowi cesarskiemu poziomem rozwoju Anglii oraz, last but not least, sprawdzenie
możliwości nawiązania bezpośrednich kontaktów handlowych. Przygotowywano się więc do podróży niezwykle starannie,
dobierając przez kilka miesięcy odważnych ludzi, wybierając (wypowiadała się specjalna komisja Królewskiego
Towarzystwa Naukowego) produkty przemysłowe i różnorodne przyrządy naukowe, które miały uzmysłowić Chińczykom, że
nie przyjeżdżają do nich jacyś tam barbarzyńcy, tylko przedstawiciele silnego i nowoczesnego państwa. Na czele
poselstwa stanął doświadczony dyplomata w randze ambasadora, który oprócz plenipotencji królewskich zabrał ze
sobą w podróż (liczono ją na kilka lat) kilkunastoletniego syna. Mnogie skrzynie i licznych ludzi załadowano w końcu
na specjalnie przez króla przydzielony statek, który podniósł kotwicę, rozwinął żagle i ruszył w długą podróż
na drugi koniec świata.
Chiny były wówczas silnym cesarstwem, którym rządził starszy człowiek o imieniu Qianlong (czyt. Cienlung) z dynastii
mandżurskiej. Jego ludne i rozległe państwo stanowiło dla Chińczyków cały świat, gdyż niezbyt poważano barbarzyńców
z różnych śmiesznych kraików płacących cesarzowi coroczny trybut, więc nie było specjalnego zainteresowania ziemiami
poza Chinami, a na wypadek, gdyby takowe jednak się jakimś cudem pojawiło, zabroniono Chińczykom opuszczania kraju
pod karą śmierci. Tym dziwniejsze więc, że angielskie poselstwo znalazło jakichś obywateli Państwa Środka po drodze
do Chin i zachęciło ich do zostania przewodnikami Anglików na terenie cesarstwa. Korzyść była z tego taka, że syn
ambasadora nauczył się od nich chińskiego - wynika z tego, że podróż musiała być jednak dość długa, a Chińczyków
spotkano stosunkowo daleko od ich ojczyzny.
Statek dotarł do Guangzhou (czyt. Guangdżou - to miasto znane obcokrajowcom raczej jako Kanton), gdzie Anglicy
zostali dość sympatycznie przyjęci, przekazali władzom cel swojej podróży i, po dość długim oczekiwaniu, otrzymali
zgodę na udanie się wzdłuż wybrzeża na północ. Zawijali do kolejnych portów, czujnie się wokół rozglądając i
zapisując wszystkie ciekawe spostrzeżenia. W którymś z kolejnych portów wypłynął na ich spotkanie statek gubernatora
prowincji z nim samym na pokładzie. Gromady sług już już przygotowywały trap, łagodnie uśmiechnięty gubernator
patrzył, jak statki zbliżają się do siebie, gdy nagle, pozornie bez powodu, uśmiech zgasł mu na ustach, rzucił
jakieś krótkie słowa i bez żadnego wyjaśnienia jego statek zmienił kurs i odpłynął, pozostawiając zdumionych
Anglików samym sobie. Żadnych oznak wrogości jednak nie stwierdzono.
Wyjaśnienie przyszło po wielu latach, gdy badacze europejscy dotarli do archiwów cesarskich z owego czasu. Chiny
były bardzo silnie zbiurokratyzowane (zawód urzędnika był szczytem marzeń wszystkich ambitnych ludzi, których nie
pociągała kariera wojskowa), więc do stolicy przesyłano setki, jeśli nie tysiące sprawozdań. Jakimś cudem zachowała
się także relacja z opisanego powyżej incydentu. Było więc tak - gubernator wiedział o nadpływających barbarzyńcach
i miał polecenie, aby ich zaszczycić swoją obecnością na ich nędznej dżonce, co nawet w ich prymitywnych głowach
musiałoby wzbudzić uczucie wdzięczności do państwa chińskiego. Nadpływał tedy nasz gubernator w stroju szczególnie
oficjalnym i paradnym, aby, zgodnie z przyjętym protokołem, zejść na dżonkę barbarzyńców. Kiedy jego statek zbliżył
się do statku Anglików, gubernator przekonał się jednak na własne oczy, że dżonka barbarzyńców jest większa i wyższa
od jego służbowego statku, więc nie mógłby wypełnić właściwie polecenia cesarskiego, bo musiałby wspiąć się na obcą
jednostkę. Stało się dla niego oczywistym, że od takiego zachowania ucierpiałby majestat cesarski, więc zdecydował
się zawrócić i udawać, że sprawy w ogóle nie było. Otrzymał za to pochwałę z dworu pekińskiego, jako że okazał się
być urzędnikiem myślącym i przestrzegającym obowiązującej etykiety.
O perypetiach Anglików w stolicy Chin obiecuję jeszcze kiedyś napisać, bo to frapujący temat.
Barbarzyńcy w pekińskim ogrodzie; 12.05.2004
Skoro obiecałem nieopatrznie 28 kwietnia ("Gdy przybędzie dżonka barbarzyńców..."), że opiszę dalszą historię wizyty
delegacji angielskiej w Chinach, to trzeba dotrzymać danego słowa. A była to wizyta niezwykle ciekawa, bo okazało
się, że strony posługiwały się różnymi pojęciami, zupełnie do siebie nieprzystającymi. Historia zaś pokazała tu
przewrotnie obydwu stronom, że nadmierna pewność siebie może przynieść opłakane skutki. Do rzeczy jednak - był
koniec osiemnastego wieku, Anglicy dopłynęli w końcu do portu najbliżej Pekinu (zdaje się, że było to Taku, znane
też w pisowni chińskiej jako Dagu, albo też może Tianqin, jednak szczegółów, niestety, nie pamiętam), zeszli na ląd,
wyładowali wszystkie swoje bagaże i pomaszerowali pod chińską eskortą w kierunku stolicy. Zostali tam zakwaterowani
i rozpoczęły się długotrwałe targi o sposób przyjęcia ich przez cesarza. Anglicy naciskali, aby zostali potraktowani
jako delegacja niezależnego kraju, a jej szef w randze ambasadora chciał przekazać pozdrowienia od swego króla,
składając ceremonialny, głęboki ukłon przed cesarzem Qianlongiem. Eunuchowie chińscy, zarządzający zwyczajowo
dworem cesarskim, nie widzieli takiej możliwości. Naciskali stanowczo, żeby Anglicy (tak jak wszyscy do tej pory)
złożyli cesarzowi hołd jako lennicy wielkich Chin, zaś stojący na czele delegacji lord miał koniecznie złożyć
ukłon kotou. Oznaczałoby to konieczność dziewięciokrotnego kłaniania się przed cesarzem do ziemi, przy czym
co trzeci raz należałoby się na tę glebę rzucać, bo taki był miejscowy zwyczaj, że przed synem niebios nie kłaniano
się ot tak, jakby od niechcenia, tylko w sposób uświęcony tradycją, więc porządnie i z odpowiednim namaszczeniem.
Anglicy nie zgadzali się na to, uważając, że to upokorzenie, które godziłoby w honor ich króla. Nastąpił więc
długi impas. Rozmowy trwały kilka miesięcy, aż wreszcie Chińczycy przystali (przynajmniej pozornie) na propozycje
Anglików.
Poprowadzono więc delegację zamorskich diabłów przez Pekin, poprzedzając ją zwyczajową w takich
przypadkach tablicą po chińsku, oznajmiającą wszystkim mieszkańcom, że oto prowadzi się do cesarza jeszcze jedną
zamorską delegację, która idzie złożyć mu hołd lenny. Przyjęto ich w sali, która tylko do tego służyła (do tej
pory nie było jeszcze w Pekinie żadnych zagranicznych delegacji, które przybywałyby w innym celu, jednak było to,
z pewnością, dobrze przemyślane przez dwór, przy którym stosunki bizantyjskie mogłyby służyć za wzór prostoty).
Zgodnie z porozumieniem ambasador angielski złożył był tylko jeden głęboki ukłon, a o kotou nie było już
mowy. Wielką ciekawostką okazał się w czasie audiencji jego kilkunastoletni syn, który mówił już wówczas po chińsku
i to praktycznie on tłumaczył całą rozmowę pomiędzy ambasadorem i cesarzem. Anglicy złożyli propozycję
dobrosąsiedzkich stosunków pomiędzy dwoma krajami oraz rozpoczęcie handlu. Na dowód rozwinięcia swojej ojczyzny
przedstawili wszystkie przywiezione z Anglii przyrządy naukowe, które - w ich mniemaniu - były najlepszym dowodem
na to, że ich kraj znajdował się na wysokim poziomie rozwoju, godnym partnerstwa z dalekowschodnim mocarstwem.
Cesarz był wówczas starszym człowiekiem owładniętym już tylko jedną pasją - swoim młodym i pięknym faworytem.
Odpowiedział wymijająco, zaś oceną angielskich osiągnięć naukowych miała się zająć specjalna komisja dworska
(wynika z tego, że wiara w zbawienną moc specjalnych komisji nie jest tylko sprawą polską). Cudzoziemcy, ufni
w moc wytworów europejskiego rozumu czekali spokojnie przez jakiś czas, aż powiadomiono ich przez posłańca, że
wspaniałe cesarstwo chińskie nie widzi możliwości rozpoczęcia handlu z ich kraikiem, bo i niby czym (Chiny
obfitowały, według dworzan, we wszystko, albo jeszcze więcej, więc niczego z zewnątrz nie potrzebowały), zaś
ich zamorskie zabawki, choć nawet zmyślne, nie potrafiły przyciągnąć swym śmiesznym kuglarstwem uwagi miejscowych
uczonych. Skutkiem czego poproszono dziwacznych cudzoziemców, aby jak najrychlej udali się ku swoim odległym
domostwom i zapomnieli na zawsze o swych dziwnych mrzonkach. Obdarowano ich nawet zwyczajowymi prezentami, aby
i w swych dalekich zamorskich stepach mogli podziwiać wspaniałości Państwa Środka. Anglicy wrócili więc na swój
statek i, czujnie obserwowani, odpłynęli na południe.
Mimo pozornego fiaska wizyta musiała jednak stanowić istotny przełom, bo w zderzeniu z rzeczywistością Anglicy
stracili wysokie mniemanie o potędze Chin, a chęć partnerstwa potraktowali tak, jak zażyczyli sobie dworzanie
Qianlonga - jako mrzonkę, z tą tylko różnicą, że w niedalekiej przyszłości to nie Chiny lekceważyły Anglię,
tylko Anglia Chiny. Mniej więcej sześćdziesiąt lat później, po wygranej wojnie opiumowej Anglicy podpisali z
następcami Qianlonga traktat, na mocy którego otrzymywali w bezterminową dzierżawę Pachnący Port, czyli
Xianggang (ponieważ nie byli w stanie tego powiedzieć, więc z ich przybliżonej wymowy wywodzi się jego
dzisiejsza nazwa: Hong Kong). Parędziesiąt lat później, po kolejnej wojnie wymogli na porażającym słabością
gigancie chińskim przekazanie na 99 lat przyległego do wyspy półwyspu Dziewięciu Smoków, czyli Kowloonu.
Byli raczej pewni wiecznego władania tymi ziemiami, lecz historia spłatała im kolejnego figla, bo po upływie
owych 99 lat inne już Chiny upomniały się o dotrzymanie postanowień traktatu, zaś ponieważ sama wyspa nie byłaby
w stanie egzystować, niezbędnym okazało się ustąpienie Wielkiej Brytanii z całego terytorium Hong Kongu. Co
nastąpiło w wyniku takiego kroku, to już jednak całkiem inna historia, że zacytuję (kogóż by, jeśli nie
Anglika?) R. Kiplinga.
Poland + China = zdumiewające znaczenie; 30.05.2004
Moim wszystkim znajomym i przyjaciołom polskim, chińskim i polsko-chińskim pragnę przedstawić (gdyby jeszcze nie
znali) znaczenie bardzo specyficznego zwrotu amerykańskiego z zakresu hodowli trzody chlewnej.
Poland China n [Poland, Europe + China, Asia] (1879): any of an American breed of large
white-marked black swine.
Merriam-Webster's Collegiate Dictionary, Tenth Edition, 1994, str. 900
Różnica losu dwóch cesarzy: Hirohito i Pu Yi; 14.08.2004
Zdumiewające są drogi sprawiedliwości. Pięćdziesiąt dziewięć lat temu, 14 sierpnia 1945, cesarz Hirohito
ogłosił przez radio kapitulację Japonii. Zawieszenie ognia nastąpiło 18 sierpnia, a podpisanie kapitulacji 2
września. Japonia została okupowana przez wojska Stanów Zjednoczonych, zaś cesarza zmuszono do zrezygnowania z
atrybutów boskości, a jego władza została zredukowana do czynności symbolicznych. Poza tym nie spotkało go w
zasadzie nic złego i umarł sobie spokojnie ze starości, bodajże w 1989 roku. A przecież był odpowiedzialny
(lub co najmniej współodpowiedzialny) za ekspansjonistyczną politykę Japonii, a w jej wyniku za śmierć milionów
ludzi na Dalekim Wschodzie. Tymczasem niejaki Pu Yi, który był marionetkowym cesarzem Mandżukuo i był całkowicie
zależny od Japonii, został po wojnie uznany za zbrodniarza wojennego i zatrzymany w sowieckim więzieniu, a
później, w myśl sprawiedliwości komunistycznej, przekazany w ręce sądownictwa Chin Ludowych. Po długoletnim
pobycie w więzieniu i intensywnej reedukacji, która oznaczała w azjatyckich warunkach bezwzględne pranie mózgu,
został ogrodnikiem w ogrodach pałacu cesarskiego w Pekinie, którego przed wojną był wszakże właścicielem. Już
jako "zwykły obywatel Pu Yi" musiał sygnować swoim nazwiskiem pamiętniki niby swojego pióra, w których kazano
mu wychwalać władzę komunistyczną. Obserwowany do końca życia zmarł jako skromny ogrodnik. Różnica pomiędzy
powojennymi losami obydwu cesarzy jest znamienna, a Hirohito powinien być niezmiernie wdzięczny rozwojowi
komunizmu w Azji Wschodniej, bo chyba właśnie to był powód, dla którego Amerykanie zdecydowali się nie usuwać
go z tronu.
Urzędnik, Pan Wang Ai-ke śpieszy do pracy; 13.09.2004
Osiem osób w stożkowych czapkach niesie lektykę drogą wśród pól. Albo: okazała jednoosiowa kolasa z palankinem
dąży gdzieś w dal, ciągnięta przez rącze konie, wymijając innych podróżników. Czasem bohater tych obrazów
ukazany jest nawet konno, gdy śpieszy mu się tak bardzo, że sam dosiada grzbietu rumaka, nie bacząc na niewygody.
Najczęściej w co najmniej średnim wieku, dostojny, postawny, patrzący z niezmąconym spokojem w dal, ubrany w
godne szaty z szerokimi rękawami i dziwaczne dla naszego oka nakrycie głowy z jakimiś pomponami lub czymś, co
przypomina małe skrzydełka sterczące poziomo na boki koło uszu. To on, uosobienie marzeń wielu pokoleń - urzędnik
chiński okresu cesarstwa. Nie było chyba drugiego kraju na świecie, gdzie urzędnik byłby tak częstym źródłem
natchnienia dla twórców - stąd te liczne obrazy wymieniane na początku tekstu, a prawie zawsze zatytułowane
"Urzędnik, pan ..., spieszący do pracy". Nie było też chyba drugiego kraju na świecie, gdzie urzędnik byłby
osobą tak szanowaną (no, może współczesne państwa biurokratyczne dążą do osiągnięcia podobnego stanu, ale
kasta urzędnicza, mimo rozrostu przypominającego tkankę rakową, nie cieszy się współcześnie szacunkiem).
Urzędnikiem nie było łatwo zostać - przez całe wieki nie było żadnych szkół kształcących urzędników i trzeba
było samemu do egzaminów się przygotowywać.
Z racji charakteru pisma chińskiego nauka pisania i czytania trwała
przez wiele lat, więc nie była to zabawa dla ubogich. Ci zresztą byli przez długie wieki analfabetami, z niemal
bogobojną czcią odnoszącymi najmniejszy znaleziony skrawek zapisanego papieru do swych władz. Kasta urzędników
rządziła praktycznie całym krajem, więc nic dziwnego, że wielu ambitnych ludzi marzyło o takiej karierze (nie
każdy był na tyle bogaty z domu, żeby nie musieć interesować się posadą, a inne drogi awansu były nieliczne:
można było zostać kupcem lub wojskowym, a jeśli ktoś zdecydował się na karierę dworską przy cesarzu, musiał
w przypadku wielu stanowisk decydować się także na kastrację, co nie wszystkim odpowiadało, a poza tym chętnych
było aż nadto, więc trudno było się tam dostać bez protekcji). Raz na kilka lat odbywały się egzaminy, które
polegały na tym, że chętnych zamykano w niewielkich drewnianych pomieszczeniach (cały spory obóz składający
się tylko z przylegających do siebie niewielkich klitek, przypominających zwielokrotnione latryny wojskowe) i
kazano im w takim odosobnieniu napisać sonet na zadany temat, przy zachowaniu wszelkich prawideł sztuki
rymotwórstwa i kaligrafii. Nie było to łatwe, skutkiem czego wielu ludzi zdawało takie egzaminy kilkakrotnie
(o ile było ich stać). Jak miała się umiejętność napisania klasycznego poematu przepiękną kaligrafią do
sprawnego zarządzania i kontrolowania, tego nie wiem. System ten trwał długie wieki i przekształcał się powoli
lecz nieuchronnie w twór coraz bardziej oderwany od rzeczywistości, gdyż chińszczyzna klasyczna stawała się
wobec tej codziennej czymś przypominającym łacinę w naszej kulturze, to znaczy językiem całkowicie hermetycznym
i dla pospólstwa niezrozumiałym. Klasa urzędników przekształciła się dzisiaj twórczo w kadry działaczy
partyjnych i rządzi prowincją kraju tak, jak chce, nie oglądając się specjalnie na władzę centralną, która
jest daleko i wszystkiego skontrolować nie może. Stąd co rusz bunty w prowincjach, petycje zdesperowanych
chłopów i afery wykrywane przez kontrole spadające na lokalnych urzędników (k nam jediet rewizor) niczym
kania na małego ptaszka. Najbardziej drakońskie kary nie pomagają - urzędnik staje się na swym terenie
prawdziwym udzielnym władcą. Co z tego, że do czasu?
Rozważania o biednych inaczej; 01.10.2004
Pierwszego października 1949 roku ogłoszono w Beijingu (Pekinie) powstanie Chińskiej Republiki Ludowej. Część
przeciwników państwa komunistycznego zdołała uciec na Tajwan, gdzie rządy Guomindangu trwają praktycznie do
dzisiaj, nawet po śmierci generalissimusa Czang Kai-szeka. Na kontynencie nastąpiły czasy sprawiedliwości
społecznej, która bywała niekiedy dość okrutna (na przykład, gdy postanowiono oczyścić Szanghaj ze zgnilizny
moralnej, to najłatwiejszym sposobem wydało się tamtejszym towarzyszom załadowanie kilku tysięcy prostytutek
na stare barki, które odholowano daleko w morze i zatopiono), ale, przyznać trzeba, dość egalitarnie podzieliła
biedę. To tyle tytułem wspominkowym w związku z dzisiejszą rocznicą.
W Polsce zaś mój wielki idol, pan Andrzej Lepper, zapuścił się odważnie na tereny rozważań filozoficznych,
wykuwając nowe pojęcie "biednego inaczej". Jeśli się nie mylę, byli już chyba "trzeźwi inaczej" (?), ale
wynikało to raczej z obmierzłej dla mnie poprawności politycznej, podczas gdy twór myślowy pana Leppera zdaje
się być cennym, nowatorskim wkładem w rozwój klasycznej myśli o wielbłądzie i uchu igielnym. Chociaż, czy
rzeczywiście "ubodzy duchem" już się przeżyli i potrzeba nowego zdefiniowania takich ludzi jako, jak
zaproponowano, "biednych moralnie"?