Zapiski ZAPISKI CHIŃSKIE


Poprzedni rozdział

Spis treści

Następny rozdział‚


ROZDZIAŁ IX - rok 2015, część 2: od 06 marca do 18 kwietnia [17 tekstów]


O symbolach chwały na pewnej granicy; 06.03.2015

Tam, gdzie kończy się północno-wschodnie terytorium Mongolii (już poza tym krajem) wiedzie trasa kolejowa łącząca Rosję z Chinami. Po stronie rosyjskiej stacją na granicy jest Zabajkalsk (od 1929 do 1958 nosił nazwę Odpór, bo siły wrogie krajowi postępu i pokoju nie spały), a po chińskiej Manzhouli. Zabajkalsk liczy sobie dzisiaj około 11.700 mieszkańców, zaś Manzhouli ponad 300 tysięcy, co już samo z siebie sporo mówi o nierównym rozwoju tamtych ziem. Do 1930 roku pociągi z północy bez żadnych przeszkód śmigały sobie aż miło w kierunku Władywostoku, ale w tym to roku wskutek różnych nacisków Rosja Sowiecka zmuszona była sprzedać Japonii tak zwaną Kolej Wschodniochińską (Китайско-Восточная железная дорога КВЖД, biegnąca na ukos przez całą Mandżurię; do jej budowy dołożyło ręce wielu polskich inżynierów). A Japonia natychmiast przebudowała tory z rozstawu bliskiego sercu Rosjan (1.524 mm) na wymiar obowiązujący w całych Chinach (1.435 mm). Od tej chwili każdy pociąg musi na granicy tracić kilka godzin na wymianę podwozi.

Z czasem przejście graniczne stawało się coraz ważniejsze, bo rosła wymiana handlowa obu krajów. Dzisiaj ruch i odprawa celna są tam skomputeryzowane i zautomatyzowane, więc sami Rosjanie przyznawali (prawda, w artykule sprzed czternastu lat, więc może to już nieaktualne dane), że "w Rosji nie ma analogicznej stacji granicznej". No i nie ma nic dziwnego w tym, że Rosja, lubująca się w namiętnym pokazywaniu swojej siły zbudowała prawie na linii granicznej bramę triumfalną z ogromnym napisem "ROSJA". Niech każdy wjeżdżający widzi potęgę i chwałę moskiewską, na wieki wieków amen (ciekawe, że tamtejszemu bezhołowiu jakoś nie szkodziło, że orłowi odpadło jedno skrzydło, fatalnie świadcząc w tak propagandowej budowli o reklamowanym kraju). Zapomnieli jednak, biedacy, z kim mają do czynienia, kto w tej parze teraz rządzi i że z ich hegemonii pozostały tylko smętne resztki. Wredni Chińczycy rozbudowali bowiem natychmiast swoją bramę do wymiarów iście monstrualnych, przyćmiewając bezczelnie rosyjskie urojenia. Ich wzajemny stosunek wielkości dobrze widać na tym zdjęciu. To doskonała alegoria możliwości gospodarek Federacji Rosyjskiej i Chin, z uwzględnieniem nieokiełznanego tupetu oraz wyraźnej chęci dominacji.

Bądźcie dzielni, Moskale, ucząc się chińskiego! To bardzo trudny język, ale zdaje się, że nie macie już wyboru. Zwłaszcza w świetle działań waszych własnych władz, które od jakiegoś czasu uparły się, żeby włazić smokowi pod ogon.

O palmie daktylowej i jelicie grubym wieprza; 20.03.2015

Zdarzyło się tak, że w trakcie dyskusji z Wachmistrzem o udzielaniu pomocy bliźnim poruszyliśmy niechcący temat medycyny chińskiej, przez co nasza rozmowa skręciła niespodziewanie na tak zwanych "bosonogich lekarzy". A to bardzo frapujący temat, bo oni przez ładnych parę lat stanowili trzon chińskiej służby zdrowia na terenach wiejskich (większość Chińczyków to chłopi). No i w wyniku tej rozmowy odkryłem nieznane mi wcześniej szczegóły ich szkolenia. Podkreślić trzeba, że najczęściej zaledwie kilkumiesięcznego, a prawie na pewno nie przekraczającego okresu roku. Dlaczego akurat tak, skoro zwykle podstawowe wykształcenie lekarza trwa dobrych kilka lat? To osobny temat i zapewniam, że wrócę do niego niedługo. Tymczasem, żeby czytelników zaciekawić, chciałbym poinformować, że w wyniku pobieżnego, choć mozolnego poznawania zakresu wiedzy bosonogich lekarzy (ja nic nie wiem ani o biologii, ani o medycynie) jestem, między innymi, w posiadaniu chińskiego przepisu (a może wypada powiedzieć: recepty?) zapewniającego ponoć uzyskanie całkowitej dożywotniej bezpłodności kobiety w wyniku zażycia specyficznego dekoktu z korzeni palmy daktylowej i jelita grubego wieprza (to jelito jest grube, a wieprz nie musi, jelito grube z chudego wieprza byłoby tak samo dobre, jak jelito grube z grubego wieprza).

Jednak żeby móc dobrze zrozumieć zjawisko bosonogich lekarzy, politykę jednego dziecka i pokrewne sprawy społeczne i medyczne najpierw trzeba by mniej więcej wiedzieć co nieco o społeczeństwie chińskim i warunkach jego życia. Nie jest to łatwe, bo Chiny są wewnętrznie bardzo zróżnicowane, a ich historia to przecież długie wieki. Dlatego najprymitywniejsza próba zarysu wstępu do wprowadzenia w te zagadnienia musiałaby liczyć kilka tomów. Praktycznie jest więc niemożliwe, żebym to ja opisał wszystko gracko na moim blogu, bo nie mam na to czasu, nie posiadając przecież żadnego grantu na propagowanie obcych kultur. Tak więc trzeba sobie radzić inaczej. Założyłem wstępnie, że każdy coś tam o Chinach wie. W dodatku wie tyle, ile uważa za niezbędne (jedni trochę więcej, drudzy trochę mniej) - tak ogólnie to wielkie państwo, bardzo ludne, miało wiele dynastii, no i tak ze sto lat temu obalono tam cesarza, później trwały wojny z Japończykami, jeszcze później wojna domowa, a wreszcie władzę zdobyli komuniści pod przywództwem Mao Zedonga. Postanowiłem więc, że zajmę się historią Chin od tego właśnie momentu, bo, moim zdaniem, żeby ze zrozumieniem czytać o powojennej chińskiej opiece medycznej trzeba mniej więcej kojarzyć dzieje najnowsze. Spędziłem kilka dni przed wyszukiwarką, a później wziąłem z półki grubą książkę (John King Fairbank "Historia Chin"), poczytałem i w wyniku tej lektury napisałem 27 tekstów, każdy po 4-5 tysięcy słów. Zwrócono mi jednak delikatnie uwagę (małżonka), że to chyba pewna przesada i z bólem serca część skreśliłem. Teraz więc przez kilka tygodni będę zamieszczać odcinki historii Chin w latach 1949-1976, żeby następnie (liczę, że w lipcu - sierpniu tego roku) przejść płynnie do bosonogich lekarzy. Już dzisiaj zapraszam do lektury.

O ciągłych zmianach na lepsze zachodzących w Chinach w latach 1949-1976 (część #1); 24.03.2015

Pierwszego października 1949 roku Mao Zedong ogłosił z trybuny ustawionej na Placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie powstanie Chińskiej Republiki Ludowej (filmik pokazujący tę chwilę tutaj, czas 4:20). Można tutaj zapytać, jak to się w ogóle stało, że w Chinach zwyciężyli komuniści, skoro Guomindang (Kuomintang) pod przywództwem generalissimusa Jiang Jieshi (Czang Kaj-szeka) miał od nich więcej wojska i broni, pomagał mu i ZSRR i Stany Zjednoczone? Jak to ZSRR - zapytają czytelnicy? A tak - dzisiaj jakoś nie chce nam się wierzyć, że Rosja Sowiecka, co prawda, podpisała 14 sierpnia 1945 traktat o przyjaźni i współpracy z Chinami, ale że nie były to komunistyczne Chiny Mao Zedonga, tylko nacjonalistyczny rząd Czang Kaj-szeka, czyli właśnie ten bardzo kąśliwie krytykowany później w krajach demokracji ludowej Guomintang (który ostatecznie wylądował na Tajwanie i rządzi tam do dzisiaj). Dlaczego Stalin aż tak się pomylił (i czy to była pomyłka) i czy Mao Zedong pamiętał to Moskwie przez długie lata - to kolejne ciekawe pytania. A jednak nie padnie tu na nie odpowiedź, bo tytuł ogranicza wątek do czasów po 1949 roku, a więc automatycznie obcina wydarzenia wcześniejsze. Nie wykluczam, że najdzie mnie kiedyś ochota, żeby ten temat rozwinąć, ale przecież niczego nie obiecuję.

Trzeba pamiętać, że Chiny tamtego czasu były państwem bardzo biednym, niezwykle zniszczonym przez wojnę (okupacja japońska) i, w dodatku, stającym właśnie twarzą w twarz z ostracyzmem międzynarodowym. Ludność liczyła sobie mniej więcej (bo były to tylko oceny, a nie wyniki jakiegoś spisu powszechnego) 475-540 milionów mieszkańców. Dokładność rzędu sześćdziesięciu pięciu milionów uzmysławia problemy tego kraju. Nędza była powszechna, ale dobrze może przypomnieć, że wtedy na Dalekim Wschodzie nędza ludu należała do rzeczy oczywistych.

Rozpoczęto modernizację i transformację kraju. Na pierwszy rzut oka dziwnymi metodami. Oto bowiem pozostawiono na swoich stanowiskach urzędników guomindangowskich niskiego szczebla, chociaż Guomindang był przez ostatnie lata wrogiem numer jeden. Okazało się jednak, że nie ma na kim oprzeć biurokracji, więc trzeba posługiwać się tymi ludźmi, którzy są pod ręką. Następnie rozpoczęto obliczanie pensji nie w pieniądzach, ale w żywności, dzięki czemu oderwano je od inflacji. Ludzie na państwowych pensjach wiedzieli teraz ile otrzymają oleju, ryżu, czy innego ziarna, niezależnie od tego, ile te towary miałyby kosztować na czarnym rynku. Oni byli więc pewni, że, ubogo, bo ubogo, ale jednak przeżyją, a państwo - że wszystko, co państwowe nie rozsypie się w ciągu kilku dni. Państwo przejęło też, oczywiście, cały system bankowy.

Wiosną 1950 roku rozpoczęła się wojna koreańska. Stalin naciskał na władze chińskie, żeby interweniowały, obiecując nawet wsparcie lotnicze. Pekin miał wówczas ciężkie chwile, bo, z jednej strony, bał się zaogniania stosunków z U.S.A. (Hainan zdobywał właśnie wówczas, bo od marca do maja 1950, późniejszy marszałek*] Lin Biao, a następny miał być w kolejce Tajwan, zajęty przez siły uciekającego z kontynentu generalissimusa Jiang Jieshi, czyli Czang Kaj-szeka), a z drugiej strony w ostatnich latach siły komunistów chińskich walczących z Guomindangiem wspierały dwie dywizje koreańskie, więc wypadałoby wykazać się teraz jakąś minimalną choćby wdzięcznością. Poza tym do 1911 roku Korea była przez wieki państwem wasalnym wobec Chin, a to wiele znaczyło, nawet w komunistycznych głowach w Pekinie, tym bardziej, że musiano tam niedawno przełknąć porażkę oderwania się Mongolii. W październiku 1950 roku tak zwani Chińscy Ochotnicy Ludowi przekroczyli graniczną rzekę Yalu, wkroczyli do Korei i, pod dowództwem Peng Dehuaia (za cztery lata też zostanie, w uznaniu zasług, marszałkiem ChRL), uderzyli na wojska amerykańskie wykonujące w Korei postanowienia ONZ-u, odrzucając je mniej więcej na 38 równoleżnik. Było ich (tych chińskich ochotników) na początku około dwustu tysięcy, a później ponoć 600 tysięcy do nawet dwóch milionów (żadnych oficjalnych danych nigdy nie podano, ale szacuje się liczbę poległych tam Chińczyków na 380-400 tysięcy ludzi). Kiedy doszło co do czego, Rosja Sowiecka wycofała swoje obietnice o bezpośredniej pomocy, więc żadne rosyjskie lotnictwo nie nadleciało do Korei, latając tylko i wyłącznie po chińskiej stronie granicy, jako straszak na imperializm, a później "nie bliżej niż 100 km od linii frontu". W dodatku ubogie Chiny musiały zapłacić ZSRR za dostarczony sprzęt: czołgi, działa, karabiny, moździerze, granaty, amunicję itd. Tak to jest wierzyć bolszewikom i taka wolta Moskwy zmieniła diametralnie wiarę nawet najżarliwszych chińskich towarzyszy w celowość sojuszu z północnym sąsiadem. W dodatku powiało grozą, bo głównodowodzący wojskami amerykańskimi generał Douglas MacArthur zażądał ponoć prawa do uderzeń atomowych na Pekin, półwysep Shandong i Mandżurię (a także na wybrane cele w azjatyckiej części ZSRR w przypadku, gdyby ten ostatni przystąpił oficjalnie do wojny), więc zrobiło się rzeczywiście bardzo nieprzyjemnie. Kryzys koreański umocnił też siły amerykańskie na Tajwanie i myśl o zdobyciu wyspy przez siły komunistyczne stała się, od tej chwili, mało realna.

*] Marszałek - tak sobie to ważne stanowisko armijne tłumaczą dzicy z zagranicy. Dla Chińczyków tymczasem jest to tytuł Yuan Shuai (元帥). W 1954 roku przyznano go (jeden jedyny raz) w Chinach Ludowych hurtem od razu dziesięciu weteranom, czyli najbardziej zasłużonym dowódcom armii. Byli to: Zhu De, Peng Dehuai, Lin Biao, Liu Bocheng, He Long, Chen Yi, Luo Ronghuan, Xu Xiangqian, Nie Rongzheng i Ye Jianying. Nie przejmujcie się, że o większości z nich nic nigdy nie słyszeliście. Warto może jeszcze wspomnieć, że gdy przed tym tytułem postawić znak da (大), oznaczający "duży", "wielki", to wyjdzie Da Yuan Shuai (大元帥), czyli "generalissimus" albo, jeśli ktoś woli "wielki marszałek". Nawet i tego było jednak czułym na tytuły Chińczykom mało, więc wymyślili sobie coś jeszcze zaszczytniejszego: Wielkiego Marszałka Armii i Marynarki Wojennej. Tym tytułem obdarzyli tylko trzy osoby: Yuan Shikaia (1913), Sun Yatsena (1917) oraz Zhang Zuolina (1927). O tym pierwszym pisałem już tutaj, drugi był ojcem Republiki Chińskiej, który doprowadził do obalenia cesarstwa, zaś trzeci był praktycznie niezależnym wojskowym władcą Mandżurii w latach 1916-1928, zabitym przez Japończyków w zamachu bombowym (władzę po nim objął jego syn, Zhang Xueliang, który, co prawda, nie nacieszył się nią długo, bo Mandżurię zajęli kilka lat później Japończycy. W historii Chin zapisał się jednak autorstwem tak zwanego incydentu w Xi An, kiedy to aresztował, prawda, że z pomocą jeszcze jednego kumpla - generała, samego Czang Kajszeka i wymusił na nim zgodę na współpracę z komunistami Mao Zedonga we wspólnej walce z Japończykami. Czang Kajszek [Jiang Jieshi] mu tego nigdy nie zapomniał i trzymał go na Tajwanie w areszcie domowym od 1949 roku aż do swojej śmierci w 1975. W 1993 roku bardzo już wiekowy Zhang Xueliang wyemigrował na Hawaje, gdzie zmarł w Honolulu w 2001 jako sędziwy, budzący szacunek stuletni starzec). A, z kolei, sam Jiang Jieshi (czyli Czang Kajszek) dostał w 1928 roku jeszcze nieco inny chiński stopień wojskowy, który jednak tradycyjnie tłumaczy się jako "generalissimus".

O ciągłych zmianach na lepsze zachodzących w Chinach w latach 1949-1976 (część #2); 25.03.2015

Wojna koreańska okazała się dobrą wymówką dla społeczeństwa, czemu to obiecany dobrobyt nie nadchodzi i dlaczego wszystko trzeba reorganizować ("Przeciwstawić się Ameryce, pomagać Korei"). Nowa władza zrobiła też na samym początku rzecz niespotykaną. Uchwaliła prawo, że mężczyzna i kobieta są sobie równi. Że można łatwo uzyskać rozwód. Że do zawarcia małżeństwa niezbędna jest wyrażona przed urzędnikiem państwowym wola kobiety. Że nie należy mieć wielu kobiet. To była prawdziwa rewolucja i sprzeniewierzenie się odwiecznej tradycji. Trzeba przyznać, że w początkowym okresie w miastach zapanowała istna euforia, a ludzie faktycznie garnęli się do ideologii komunistów. Na tej fali zakładano pospiesznie różne masowe organizacje: młodzieżowe, robotnicze, kobiece, drobnej inteligencji itp. Umożliwiło to łatwą mobilizację różnych grup społecznych w kolejnych kampaniach, które władza organizowała z podziwu godnym zacięciem, co chwila ogłaszając kolejną.

W tak zwanym międzyczasie armia chińska zajęła jesienią 1950 roku Tybet. Mniej więcej od tej chwili rozpoczęły się też liczne dysputy graniczne z Indiami, które stały na stanowisku, że obowiązuje granica biegnąca według linii McMahona, zaś Chiny ową linię odrzucały. Żeby zrozumieć szczegóły trzeba by cofnąć się aż do 1914, kiedy to w podhimalajskim miasteczku Simla przedstawiciele Wielkiej Brytanii, Tybetu i Chin dyskutowali nie tylko sprawy graniczne, ale także prawo do wpływów na terytorium Tybetu. Ostatecznie przedstawiciel rządu Qingów odmówił podpisania tej umowy, co nie powstrzymało pozostałych stron od złożenia swoich podpisów pod dokumentem końcowym. Teraz (to znaczy w latach pięćdziesiątych XX wieku) Indie odnosiły się do tej postkolonialnej spuścizny jako do pewnego istniejącego faktu, który jest lepszy od kłótni, podczas gdy Chiny zdecydowanie podtrzymywały odmowę uznania granic wytyczonych bez nich pół wieku wcześniej. Największe tarcia rozpoczęły się w okolicach Kaszmiru, gdzie Pekin nakazał zająć sporne terytorium Aksai Chin, a chwilę później także północno-wschodnią część Kaszmiru (czy może raczej Ladakhu, ale tu bym się nie kłócił). To z tamtych lat datuje się sojusznicze traktowanie przez Chiny Pakistanu, który był wyraźnie z Indiami skonfliktowany. W 1954 roku strony (to jest Indie i Chiny) doszły jednak do porozumienia, granice pozostały w dużej mierze takie, jak chciały Chiny, podpisano "Pięć zasad pokojowego współistnienia", a indyjski premier Nehru wołał przed mikrofonem, że "Hindi-Chini bhai-bhai", co tłumaczy się jako "Indie i Chiny są braćmi". Długo jednak owo braterstwo nie trwało, bo do wojny doszło zaledwie osiem lat później.

Już w latach 1951-1952 przeprowadzono w Chinach dwie ogólnopaństwowe kampanie. Pierwsza to była tak zwana Kampania Trzech Anty. Walczono z korupcją, marnotrawstwem i biurokratyzmem wśród urzędników. W ten sposób przeprowadzono pierwszą czystkę pomiędzy pozostawionymi na swoich stanowiskach drobnymi urzędnikami z Guomindangu. Hasła były tak dobrane, że nikomu nie przyszło do głowy, żeby widzieć w tej kampanii coś złego. Przeciwnie - wpasowała się ona świetnie w oczekiwania ludu, który od niepamiętnych czasów miał wiele powodów, żeby niskich rangą urzędników nienawidzić (wysokich rangą lud i tak nie znał). Kilka miesięcy później została ogłoszona druga kampania - Kampania Pięciu Anty. Tu na celownik wzięto kapitalistów i burżuazję. Celem były sprawy w Azji banalne: łapówkarstwo, kradzież własności państwowej, unikanie płacenia podatków, oszustwa popełniane przy kontraktach dla państwa oraz cokolwiek tajemnicza "kradzież państwowych informacji gospodarczych" (chyba chodziło o szpiegostwo gospodarcze). To właśnie wówczas na forum wypłynął po raz pierwszy niejaki Deng Xiaoping nawołując, by ludzie "nie zostali zepsuci przez kapitalistyczny sposób myślenia". Stało się jasne, że państwo przestaje tolerować wielką własność prywatną. Oficjalnie mówi się, że w tych kampaniach zginęło kilkanaście tysięcy osób. Niewiele pomagały masowe autodenuncjacje, więc kilkadziesiąt tysięcy bogatych ludzi popełniło samobójstwo (istnieją podejrzenia, że nie wszystkie były tak naprawdę samobójstwami). W ten sposób państwo zaczęło kontrolować większe zakłady i przejęło sporo kapitału, którego, jak każdy wie, nigdy dość, zwłaszcza, gdy trzeba się modernizować w przyśpieszonym tempie, aby nie tylko doganiać, ale także przeganiać innych.

Jednocześnie przeprowadzano najważniejszy w rolniczych Chinach proces - reformę rolną. Nie była to sprawa błaha, skoro ponad 85% ludności (a może i więcej) mieszkało na wsi, więc wszelkie postanowienia dotyczące własności ziemi mogły doprowadzić do wybuchu. Tym bardziej, że w odróżnieniu od ludności miejskiej wieś chińska, pomimo straszliwej biedy dużej części wieśniaków, była ostoją konserwatyzmu. Nie wchodząc w szczegóły władza forowała teraz bezrolnych dzierżawców i małorolnych, a ich złość kierowana była na wielkich posiadaczy ziemskich. Miały miejsce liczne ataki biedoty na bogaczy (w obecności armii, która przeprowadzała pacyfikacje), wprowadzono atmosferę terroru, w której egzekucje "wyzyskiwaczy" nie były niczym dziwnym. Ocenia się ostrożnie, że zginęło w ten sposób kilka milionów ludzi. Z punktu widzenia zwykłych ludzi nie było pewnie nic milszego, jak widzieć, że ktoś, kogo rodzina od pokoleń robiła z zależnymi od niej finansowo wieśniakami wszystko, co chciała, łącznie z zabójstwami opornych i porywaniem co ładniejszych dziewcząt na swoje konkubiny, że taki ktoś stoi teraz spętany na głównym placu wioski i można go spokojnie opluwać, kopać, bić, a w końcu zatłamsić, radując się jego płynącą krwią, wybitymi zębami, skomleniem o litość i widoczną hańbą jako zapłatą za nasze własne cierpienia od pokoleń. Co ciekawe, w tej fazie nie atakowano chłopów nieco bogatszych.

Rodzi się automatycznie pytanie: kogo uznawano tam za chłopów nieco bogatszych? Tu może warto zacytować pana Jasienicę, który miał raz w życiu szczęście pojechać jako korespondent do Chin w 1956 roku, co zaowocowało jego mało znaną książką "Kraj nad Jangcy". To frapująca lektura, chociaż czasem jej autor wykazywał się, zdaniem piszącego te słowa, pewną naiwnością, jeśli chodzi o oceny tego, co w Azji widział. W rozdziale "Na zwrotniku" opisuje więc pan Jasienica swoją wizytę w tamtejszym kołchozie, który, o dziwo, rzeczywiście był dla jego członków wielką szansą życiową: "Wieś Hongcun leży przy bocznej szosie, czerwonej jak krew, biegnącej nad kanałem wśród zieleni, której by pozazdrościł każdy park europejski. Od stycznia 1956 roku jest tam spółdzielnia produkcyjna wyższego typu, powstała ze zjednoczenia pomniejszych kooperatyw, a skupiająca trzy tysiące pięćset osiemdziesięciu członków zamieszkałych w dziewięciuset trzydziestu pięciu zagrodach. Na każdy dom przypada więc prawie czterech dorosłych, nie licząc dzieci. Ziemi jest sześć tysięcy siedemdziesiąt mu*], co po naszemu oznacza niepełne trzysta siedemnaście hektarów. A więc niedużo więcej niż jedna trzecia hektara na zagrodę". Wiele, oczywiście, zależało od konkretnych liczb, zależnych, z kolei, od prowincji, jej ilości mieszkańców i areału ziemi uprawnej, jednak staje się jasne, ze można było w Chinach być uważanym za bogatego chłopa, gdy posiadało się 1,5-2 hektary ziemi. W tej fazie nie musiało to być dla takiego potentata groźne, jednak nadchodziły już zmiany - rząd postawił bowiem na kolektywizację. A skoro Pekin coś powiedział, sprawa była tym samym zakończona i poza dyskusją.

*] Mu - tradycyjna jednostka powierzchni w Chinach. Według dostępnych w sieci danych ustawa z 1915 roku określała zależność 1 mu = 614,4 m2, zaś prawo Guomindangu z 1930 roku nieco inaczej: 1 mu = 666,67 m2 (1/15 hektara). Dlatego zagadką jest, jak liczył pan Jasienica, że mu wyszło tak, jak wyszło (1 mu = 522,2 m2, czyli 1/19 ha).

O ciągłych zmianach na lepsze zachodzących w Chinach w latach 1949-1976 (część #3); 27.03.2015

Zaczęło się dość niewinnie, bo od powstania zespołów wzajemnej pomocy. Dalej położono nacisk na tworzenie rolniczych spółdzielni produkcyjnych. Takie spółdzielnie miały, co prawda, przejmować ziemię i narzędzia poszczególnych chłopów, ale zyski dzielono proporcjonalnie do wkładu, więc ci bogatsi dostawali więcej, niż biedni członkowie, co zapobiegało protestom ze strony dwu- czy trzy-hektarowych bogaczy. Odbieranie ziemi było sprawą marginalną i dotyczyło rzeczywistych nababów, posiadających wciąż ogromne, jak na tamtejsze warunki, pola. Ziemie takiego obszarnika parcelowano pomiędzy dotychczasowych dzierżawców i małorolnych, a ci, z reguły, wstępowali do spółdzielni, uważając jednak, że ta ziemia jest ich. Wciąż dozwolone było posiadanie ziemi i obrót nią. Rychło jednak wola nowego cesarza przeważyła. A On życzył sobie, by kolektywizację przeprowadzić do końca, tworząc gospodarstwa, w których ziemia należałaby w całości do państwa, zaś ludzie mieliby otrzymywać wynagrodzenie niezależnie od tego, ile wnieśli do takiej spółdzielni. Do roku 1956 zakończono ten etap (powstały Rolnicze Spółdzielnie Produkcyjne), a w latach 1958-1978 spółdzielnie te nosiły już miano "zespołów produkcyjnych". Od 1958 brygady produkcyjne składające się z wyżej wymienionych zespołów tworzyły tak zwane "komuny". Stworzono w ten sposób nowoczesny, podległy państwu system zarządzania. Na plus (a może właśnie ku hańbie) kraju trzeba dodać - największy system niewolniczo-pańszczyźniany na świecie.

W 1958 roku wprowadzono tak zwany system hukou (户口簿, czyli hukou bu), który obowiązuje do dzisiaj; przynajmniej teoretycznie. Polegało to na tym, że każdy obywatel otrzymał specjalny dokument - coś w rodzaju dowodu osobistego. Najważniejsze w tym wszystkim było to, że zapisany tam adres zamieszkania dożywotnio przypisywał obywatela do jego miejsca na ziemi i do typu wykonywanej pracy. W ten sposób komuniści chińscy podzielili bezczelnie cały swój naród na "pracowników miejskich" i "pracowników wiejskich". Zmiana hukou przez całe dziesięciolecia była praktycznie niemożliwa. Co więcej, hukou było dziedziczne: dzieci chłopów automatycznie zostawały chłopami i szlus. Te dokumenty trzymane były poza tym nie w domu, tylko w rękach miejscowej władzy (w zarządzie spółdzielni, czy na policji), żeby jeszcze bardziej utrudnić poruszanie. Młodszych czytelników może to zdziwi, ale ja pamiętam jeszcze doskonale czasy, kiedy także w Polsce istniały dwa rodzaje paszportów: na kraje demokracji ludowej (NRD, Czechosłowacja, Węgry, Rumunia, Bułgaria, ZSRR) oraz na pozostałe kraje świata. No i ten drugi, umożliwiający wyjazd poza obóz postępu i pokoju trzymany był obowiązkowo na milicji, gdzie można było składać korne prośby o wydanie go, zaś państwowe bolszewickie sobiepaństwo MOGŁO nasz własny paszport nam przyznać, a równie dobrze MOGŁO go odmówić, w dodatku nie podając powodu (a po co wy, właściwie, tak chcecie do tej Francji jechać, obywatelu?). Osoby złapane w Chinach poza swoim miejscem zamieszkania były karane, reedukowane i zwykle trafiały ciupasem do swojej wsi, gdzie miejscowi aparatczycy utrudniali im życie, jak mogli. Nowe kadry dobierano już zgodnie z obowiązującą od Szanghaju aż po Lipsk sowiecką regułą BMW (Bierny, Mierny ale Wierny). Zapewne były od tej reguły wyjątki, ale dura lex sed lex.

Komunistyczna Partia Chin głosiła, że dzięki światłemu przywództwu Wielkiego Sternika władza zapewnia dostawy nadwyżek zboża ze wsi po to, wy wyżywić miasta produkujące dla dobra wsi. Rzeczywistość wyglądała nieco inaczej. Istniał już monopol zbożowy i to państwo mówiło rolnikowi co i kiedy ma siać, a później zbierać, uważając najwyraźniej, że chłop jest za głupi, żeby decydować o czymkolwiek, zaś urzędnik, ten król stworzenia, wiedzieć musi. Państwo okazywało się też dobrym wujkiem z Pekinu, który obniżył podatek rolny do zaledwie kilku procent wartości produkcji. Po zbiorach (ryżu, pszenicy, czy innych uprawianych roślin) zespół czynił rozliczenia. Wiedziano już było, ile czego zebrano. Z tego oddzielano (niewielką) część na podatek rolny; oddawano go państwu za darmo. Następnie wydzielano tak zwane fundusze nie podlegające podziałowi. Pierwszym funduszem było ziarno na zasiew w kolejnym cyklu wzrostu (wcale nie na przyszły rok, bo w południowych Chinach stosuje się nawet trzy zasiewy w roku). Drugim funduszem było ziarno przeznaczone na pasze dla hodowanych zwierząt. Trzecim funduszem było ziarno przeznaczone na udział wszystkich wieśniaków w zespole produkcyjnym w zamian za ich całoroczną pracę. Te przydziały były dodatkowo skomplikowane przez to, że składały się z części stałej, zależnej od minimum życiowego (żeby chłop z głodu nie zdechł, kiedy miał pracować dla dobra Chin) oraz jeszcze z części zmiennej, zależnej od jego wkładu w pracę kolektywu oraz zaangażowania ocenianego przez aparatczyków według specjalnej tabeli punktowej. No i muszę się przyznać, że nie do końca jest dla mnie jasne jak zamieniano ten ostatni przydział na pieniądze wypłacane ludziom; tego zwyczajnie nie wiem. Cała reszta okazywała się w dzielnie rozwijanej nowomowie chińskiej "nadwyżką". A po co komu w komunizującym się kraju nadwyżka? Dlatego nadwyżkę sprzedawano państwu po bardzo niskich, ale za to gwarantowanych, cenach. Kruczek leżał w tym, że nad zespołem produkcyjnym istniała cała piramida biurokracji władzy. Podobno aż sześciopoziomowa, ale nie starałem się tego sprawdzić. No i, w ostatecznym rozrachunku, to nie zespół produkcyjny decydował, ile ma nadwyżki, tylko dostawał niepodlegające dyskusji polecenia "z góry", ile ma przekazać jako nadwyżkę (dokładniej o tym będzie trochę dalej). Rodziło to istotne problemy (za mało ziarna władza pozwalała zostawiać na miejscu, a za dużo nakazywała odesłać) i niezadowolenie. Co więcej - chłop, przyzwyczajony przez całe stulecia do kręcenia, kłamstw i oszukiwania zwierzchności, niespecjalnie przejmując się hasłami o lepszym, czerwonym życiu w cieniu sierpa i młota, prawie natychmiast przypomniał sobie wszystkie te swoje kruczki i sztuczki, mające na celu umożliwienie przeżycia jego i jego rodziny pomimo wszelkich przeciwności losu i niegodziwości władzy. Władza nie odpuszczała, a chłop trwał w uporze, oficjalnie skandując wiernopoddańcze banialuki. Gdy wreszcie towarzysz Mao Zedong odszedł z tego padołu do Wiecznie Czerwonych Ostępów, poluzowano nieco politykę rolną, zezwalając na sprzedaż na wolnym rynku tego, co chłop wyhoduje na dzierżawionej od państwa maleńkiej działce przyzagrodowej. Okazało się wówczas, że produkcja rolna wzrosła wyraźnie, a widmo głodu przepędzono. Czyli że można było od razu, tylko ideologia zaślepiła jeszcze jednych czerwonych aparatczyków, bezczelnie pewnych siebie bardziej od Pana Boga.

O ciągłych zmianach na lepsze zachodzących w Chinach w latach 1949-1976 (część #4); 29.03.2015

Mieszkańców miast było w Chinach w roku 1949 podobno około 57 milionów. Jest to wielkość niezwykle ważna, bo przecież komunizm to proletariat, a proletariat to miasta. Dlatego sympatyków powinno ucieszyć niezmiernie to, że w roku 1957 mieszkańców miast szacowano już na 100 milionów, bo popierano procesy urbanizacji. Jednak wspomnieć trzeba, że Mao Zedong sprzeciwiał się przywódcom ZSRR (oraz Kominternowi, siedzącemu tamtym w kieszeni, bo rezydującemu w Moskwie), odrzucając mechaniczne przenoszenie doświadczeń europejskich (i radzieckich, bo trochę wątpliwe, czy Rosja to Europa; tak wówczas jak i współczesnie), a wymagających aktywnej roli proletariatu w organizowaniu ważkich rewolucyjnych wystąpień. A taki Józef Wissarionowicz w swoim przemówieniu w Moskwie na kolejnym, którymś-tam plenum zwołanym dla uwielbienia władzy sam wskazywał na pewną odrębność specyfiki chińskiej i na konieczność wzięcia pod uwagę struktury ludnościowej tego kraju (czyli przewagi czynnika chłopskiego), ale przecież jeszcze na tym samym wydechu dodawał po przecinku, że JEDNAK wskazana byłaby współpraca chłopstwa z wiodącym "ku nowemu, lepszemu jutru" proletariatem. Jakim to niby proletariatem? - wołał rozdrażniony Mao Zedong - skoro całe Chiny mają z 500 milionów ludzi, a proletariatu będzie, jak dobrze pójdzie, z 15 milionów? A 15/500 = 3% społeczeństwa to jednak trochę za mało, żeby na proletariacie budować przyszłość rewolucji. Tym bardziej, że z braku proletariatu zaliczano do niego każdego, kto utrzymywał się w mieście z pracy własnych rąk, a więc, na przykład, właścicieli małych, jednoosobowych warsztatów mechanicznych, którzy pewnie zdziwiliby się niepomiernie, gdyby im powiedzieć, że tworzą jakiś tam proletariat (według nomenklatury chińskiej rewolucji - "proletariusze = ludzie nie posiadających własności"), kiedy oni dorabiają klucze i są poważnymi ludźmi.

Zdecydowano więc, że trzeba stworzyć własny przemysł, zwłaszcza ciężki. Towarzysze radzieccy obiecali pomóc - pomimo rozczarowania postawą ZSRR podczas wojny koreańskiej Chiny nie miały innej możliwości pozyskania rozwiniętej technologii, więc przystały na tę pomoc. Mało kto pamięta, że Guomindang też wcale nie planował, że Chiny wiecznie będą krajem rolniczym. Wręcz przeciwnie, za czasów rządów Jiang Jieshi (czyli Czang Kajszeka) powstała Komisja Zasobów Narodowych, która starała się objąć nadzorem, lub choćby kontrolą, inwestycje przemysłowe w całym kraju. Po 1949 większość jej pracowników pozostała na kontynencie i zadeklarowała chęć współpracy z nowym komunistycznym rządem, bo cel był jeden - lepsze, rozwinięte Chiny. Nie można bowiem łatwo ulegać prymitywnym stereotypom i uważać, że skoro fachowiec jest z Guomindangu, to na pewno musi być nieukiem, łotrem, łapownikiem, oszustem, malwersantem i chorym wenerycznie degeneratem (choć prawdą jest, że przy poprzedniej władzy wielu było i takich). Ci specjaliści z różnych dziedzin, o rodowodzie z poprzedniej epoki, skoncentrowani do tej pory na planowaniu rozwoju przemysłu na wzór amerykański stwierdzili teraz, że mogą równie dobrze kopiować wzorzec sowiecki, dzięki czemu komuniści pozostawili ich do roboty koncepcyjnej, a rozgonili na cztery wiatry dopiero w roku 1966, w czasie Rewolucji Kulturalnej.

Wzorując się na Rosji Sowieckiej zdążono w Chinach wykonać jeden Plan Pięcioletni (1953-1957). Wymyślono 156 wielkich i kosztownych inwestycji przemysłu ciężkiego, wzorowanych na przemyśle radzieckim. Usytuowano je, ze względów strategicznych, daleko od morza, żeby ewentualnym interwentom było trudniej, bo wiadomo, że wszelkie kapitalistyczne "ręce" (ręce precz!) wyłażą z wody. Ta, na pierwszy rzut oka, rozsądna idea okazała się jednak zgubna w kraju, w którym kolej nie była jeszcze specjalnie rozwinięta, zaś przemysł lekki praktycznie nie istniał. W świętej statystyce osiągnięcia Planu Pięcioletniego były zwyczajnie przytłaczające swoim ogromem i sukcesem, wykazując gigantyczne wzrosty procentowe w stosunku do analogicznego okresu poprzedniego. Jednak po bliższym przyjrzeniu się wynikom, zatrwożone kierownictwo chińskie doszło do nieoczekiwanego wniosku, że zostało wprowadzone w błąd i że model rozwoju, być może dobry dla Moskwy, wcale nie odpowiada potrzebom chińskim. Bolesnym było także to, że zamiast oczekiwanych subwencji ZSRR dawał jedynie oprocentowane pożyczki (do tego tylko krótkoterminowe), których spłaty egzekwował lichwiarsko do jednej kopiejki. W dodatku spłat dokonywano produktami rolnymi, co komplikowało sprawy wiejskie i było wskazówką, skąd brały się bezlitosne nakazy dotyczące wielkości "nadwyżek", chociaż okazało się rychło, że w niedalekiej przyszłości miało być znacznie gorzej. Nie tak wyobrażano sobie w Pekinie bratnią pomoc Ojczyzny Człowieka Radzieckiego. Uznano wówczas, że nie ma rady i Drugi Plan Pięcioletni należy odpowiednio zmodyfikować. Przede wszystkim zauważono, że wieś także musi otrzymywać jakieś środki, choć wcale nie zapominano o dalszej industrializacji. Ta ostatnia miała być teraz przeprowadzana poprzez organizację większej liczby niewielkich obiektów wolnych od sowieckiej gigantomanii, dzięki czemu już istniejące małe fabryczki miały taniej produkować niezbędne do rozwoju produkty, wykorzystując przy tym istniejącą na miejscu siłę roboczą bez konieczności natychmiastowej budowy jakichś nowych osiedli mieszkaniowych dla przemieszczających się ludzi. Wprowadzono obowiązującą w zasadzie do dzisiaj regułę "tam pracujesz, gdzie mieszkasz".

W 1957 roku Mao Zedong pojechał do Moskwy, gdzie podpisał kolejny traktat o przyjaźni i pomocy pomiędzy ZSRR a Chinami (ten poprzedni, podpisany przez Rosjan w 1945 z Jiang Jieshi [czyli Czang Kajszekiem] stał się, według cudownie jezuickiego określenia Kremla, "nieistotny w świetle zdarzeń z 1949 roku"). To tam Przewodniczący Mao miał podobno powiedzieć swoje słynne zdanie, że "wiatr ze wschodu jest silniejszy od zachodniego". Jedni wiążą to z wystrzeleniem w kosmos radzieckiego sputnika, a inni raczej z detonacją radzieckiej bomby atomowej. Było nie było, mówi się dość głośno o tym, że Wielkiemu Sternikowi obiecano w Moskwie przekazać po bratersku plany budowy bomby atomowej oraz dopomóc (wysyłając sowieckich specjalistów) w jej faktycznej budowie w Państwie Środka. Zresztą niezliczeni sowieccy specjaliści mieli pomagać w intensywnej industrializacji całego kraju, a nie tylko w sprawach zbrojeniowych. Tymczasem w 1958 roku Pekin zdecydował się ostrzelać Wyspy Jinmen (znane też jako Kinmen albo Quemoy), leżące w zasięgu wzroku z kontynentalnego portu Xiamen, ale należące do wrogiego Tajwanu i obsadzone przez jego wojska. Chiny, Tajwan dwa pokłócone bratanki - rozumowano, a sprawa jest wewnętrzną kwestią chińską i dlatego Pekin nikogo o tym kroku nie powiadomił. Nawet starszego brata w Moskwie. Tymczasem Pierwszy Sekretarz N. Chruszczow, którego ta wiadomość dopadła w trakcie rozmów z prezydentem Eisenhowerem, poczuł to jak osobistą obrazę, a w dodatku zrozumiał, że chińscy towarzysze nie są kimś, od kogo chciałby kupić używany samochód. Dlatego nie poparł żądań chińskich dotyczących Tajwanu, najwyraźniej bojąc się niepotrzebnej awantury na skalę światową. Kiedy zaś podczas którejś wizyty wodza ZSRR w Pekinie (1958, 1959) Mao Zedong otwarcie wyjawił, że jest za natychmiastowym użyciem broni jądrowej (prawda, że większość ludzi zginie, ale ci, co przeżyją, będą mieć pewność radości życia w komunizmie; nie wspomniał przy tym rzeczy oczywistej - większość z tych, którzy przeżyliby miałaby być, według Wielkiego Sternika, Chińczykami), Chruszczow podszedł do tego poważnie, zastanowił się co robić i wkrótce podjął ważką decyzję o wielkim znaczeniu nie tylko dla Azji. Wycofał nagle wszystkich specjalistów radzieckich z Chin (całe tysiące ludzi) i zdecydowanie odmówił współpracy przy budowie chińskiej broni atomowej (był rok 1960). W Chinach rozległy się głosy, że to dlatego, że Przewodniczący Mao upokorzył go dotkliwie podczas pekińskiej wizyty. Przyjął go bowiem w basenie (Mao uwielbiał pływać, choć niechętni mu twierdzą, że robił to niestylowo), zaś sowiecki gensek pływać ponoć wcale nie umiał, a w jednych majtkach pokazywać się nie lubił. Wątpliwe, żeby to mogło być prawdą.

O ciągłych zmianach na lepsze zachodzących w Chinach w latach 1949-1976 (część #5); 31.03.2015

Do Drugiego Planu Pięcioletniego nie doszło, bo nadeszły inne czasy. Za rogiem czaił się już tak zwany Wielki Skok (wiosna 1958). W "międzyczasie" zdążono jeszcze przeprowadzić dwie kampanie: Kampanię Stu Kwiatów (1956-1957) oraz Kampanię Przeciwko Prawicowcom (1957-1958). W pierwszej chodziło o stosunek pomiędzy słabo zwykle wykształconymi komunistami, a inteligentami. Jak wiadomo, Mao Zedong nie lubił ludzi wykształconych. Mówił, że "im kto więcej czyta, tym jest głupszy". Że "inteligencja zupełnie nie zna ludu". Że "wszystkich wielkich osiągnięć intelektualnych dokonywali nie jacyś tam mędrcy, tylko słabo wykształceni młodzi ludzie" Jeszcze w Yan'anie proponował, żeby rolę nauczycieli w szkołach przejęli ciemni, niepiśmienni chłopi, którzy - przez samo mianowanie ich profesorami - staliby się z miejsca źródłem cennej wiedzy dotyczącej prawdziwego życia. Powód takiego podejścia tkwił najprawdopodobniej w tym, że Mao sam nie był zbyt dobrze wykształconym człowiekiem, bo jako syn dość nawet zamożnego chłopa daleki był za młodu od dobrych szkół i nauczycieli. Ludzi z wyższym wykształceniem było w Chinach w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku około jednego procenta. Nie wszyscy byli zwolennikami rozwiązań komunistycznych. Wręcz przeciwnie - spora ich część kończyła szkoły wyższe za granicą, znała języki obce, była świadoma rozwiązań politycznych w innych krajach. A jednak Mao Zedong trwał przy naiwnym poglądzie, że ludzie wykształceni, jako specjaliści, powinni być ideowo "czerwoni". Dokładnie rzecz ujmując to Deng Xiaoping sformułował wówczas frapujący pogląd, jakoby robotnicy, chłopi i uczeni, będąc ludźmi pracy, wchodzili automatycznie w skład proletariatu. Najwyraźniej władza nerwowo starała się jednak znaleźć w kraju ten niezbędny ponoć do szczęścia komunizmu proletariat. Część podejrzliwych towarzyszy chińskich ze ścisłego kierownictwa nie zgadzała się wcale z takim postawieniem problemu i żądała rozprawienia się ze zgniłą inteligencją zgodnie z najlepszymi stalinowskimi wzorcami. Mao Zedong postanowił rozpoznać sprawę bojem i zachęcał inteligencję do krytykowania kadr partyjnych, jeśli te błędnie narzucają jej (inteligencji) swoją wolę. A wszystko w myśl prawdziwie dalekowschodniego hasła "Niech razem kwitnie sto kwiatów, niech współzawodniczy sto szkół myślenia". Podobno Przewodniczący łudził się, że jedynie kilka procent inteligencji jest krytyczne wobec jego partii. Tymczasem okazało się, że pretensje inteligencji są olbrzymie, więc błędne jest założenie, że ich śladowe ilości da się wykorzystać jako kolejny argument dla poparcia władzy komunistów (jako "nieantagonistyczną sprzeczność", cokolwiek by to w obłędnym slangu komunistów miało oznaczać). A skoro pojawiły się ataki na wszystko (praktyki, styl pracy, ale też i na samą doktrynę komunistyczną) dobrotliwy uśmiech zszedł ze słodkich ust Przewodniczącego Mao. Kampanię dość gwałtownie i brutalnie zakończono. W przyszłości inteligenci wiedzieli już, że nie należy wierzyć władzy i wychylać się, mówiąc to, co się myśli, a więc zaczęli już tylko powtarzać wyświechtane komunały maoistowskie. Może o to właśnie władzy chodziło. Tym bardziej, że władza nie zamierzała spokojnie słuchać głosów krytyki i ogłosiła chytrze Kampanię Przeciw Prawicowcom. Teraz ci, którzy głupio chlapali jęzorami przeciw władzy mogli być pewni, że władza im te jęzory obetnie. Wybuch krytycyzmu, do jakiego Mao sam kilka miesięcy wcześniej zachęcał ludzi wykształconych, wywołał w Wielkim Sterniku mściwą chęć odwetu. Znaleziono (przydały się masowe organizacje, które można było spuszczać ze smyczy) "wrogów ludu" i "prawicowców", napiętnowano ich i usunięto z pracy. Kto im kazał bezczelnie i bezpłodnie krytykować? A było tych prawicowców (wśród inteligencji i aparatu partyjnego też, bo zdecydowano się na przeprowadzenie "przy okazji" czystki) około pół miliona. Dokładnie rzecz biorąc ocenia się (bo w Chinach zwykle się ocenia, nie mając żadnych konkretnych danych), że było ich od 300 do 700 tysięcy. Niby w masie chińskiej nie tak wielu, skutki były jednak opłakane. W ten sposób partia odcięła swemu państwu rękę, która potrafiła pisać. Teraz tę dotkliwą lukę, ów brak ludzi wykształconych, trzeba było próbować jakoś nerwowo zapełnić. Władzy wydawało się, że najprościej będzie tego z powodzeniem dokonać poprzez dobieranie wiernych ideowo ludzi z awansu społecznego. Może nieco wyprzedzę narrację, jednak chciałbym nadmienić, że okres 1957-1977 sami Chińczycy nazywają "dwudziestoma straconymi latami". To symptomatyczne, bo teraz trzeba przejść do opisywania zupełnie niewiarygodnych zdarzeń, które pokazane jako film zostałyby z pewnością uznane przez większość widzów za dziwaczny pomysł marnego scenarzysty, niemożliwy do realizacji w żadnym państwie.

Kolejne lata określane są jako jedna z największych katastrof nowożytności, bo ocenia się ostrożnie, że z powodu błędnej polityki wewnętrznej zmarło w Chinach z głodu 25 milionów ludzi (plus minus 5 milionów). Zaczęło się od tego, że nikt nie podejrzewał jak bardzo zemści się dobieranie niższych kadr na zasadzie BMW [Bierny, Mierny ale Wierny]. Tak w końcu było od wieków i czynownicy niskiej rangi od zawsze prześcigali się w gorliwości wobec swoich zwierzchników. Nigdy jednak do tej pory potrzeby zwierzchności nie były tak wielkie i brzemienne w skutki. Dlatego sfałszowane sprawozdania wysyłane z prowincji do władz zwierzchnich, a w najlepszym razie nadmiernie optymistycznie wykazujące osiągnięte rzekomo wyniki produkcji rolnej (podobno raczej zwyczajnie kłamliwe i pełne banialuk) odebrano w Pekinie, na nieszczęście dla wszystkich, jako oczekiwaną oczywistą oczywistość. Nowoczesne, oparte według najlepszych sowieckich wzorów na nauce, komunistyczne zarządzanie skolektywizowanym rolnictwem musiało, po prostu, bardzo wydajnie zwiększyć poziom produkcji, amen! Dalej było już tylko gorzej, bo oczekiwano "nadwyżek", których poziom uniemożliwiał kolejne zasiewy i sprowadził na wieś głód.

O ciągłych zmianach na lepsze zachodzących w Chinach w latach 1949-1976 (część #6); 02.04.2015

Ponieważ do momentu wprowadzenia hukou (1958) starano się prowadzić intensywną urbanizację (pewnie w celu uzyskania lepszego wskaźnika udziału proletariatu), zaś industrializacja za nią nie nadążała, więc w miastach pojawiło się bezrobocie (w roku 1960 miastowych było już 130 milionów). Ludności wiejskiej też zrobiło się jakoś zbyt wiele i zaczęto sobie zdawać sprawę z tego, że należy przemyśleć politykę planowania rodziny (Wielki Sternik był temu jednak niechętny). Poza tym, jak już wspominałem, skonstatowano, że Drugi Plan Pięcioletni wymaga zasadniczych poprawek i większego udziału przemysłu lekkiego w planowanych krokach rozwoju przy przyhamowaniu tempa inwestycji w przemyśle ciężkim. Jednak wizja pojawienia się rynku, być może nawet niezależnego od decyzji władzy pekińskiej, nie znalazła uznania w oczach Mao Zedonga. Zdołał on przeforsować w kolektywie władzy swój pomysł polegający na przyspieszeniu wysiłku budowy nowoczesnego, silnego państwa poprzez wzbudzenie "rewolucyjnej determinacji" w masach.

Powróciły stare, dobre czasy, kiedy to uciekający przed oddziałami Guomindangu komuniści stosowali taktykę partyzancką. Duża część towarzyszy u władzy miała za sobą takie wojskowe epizody życia (w końcu kilka lat temu mianowano bez trudu dziesięciu zasłużonych marszałków), więc teraz z łatwością łykali powszechne używanie terminologii wojskowej. W dodatku zupacka wojskowość ma to do siebie, że z założenia nie przejmuje się żadnymi masami, uważając, że są one tylko po to, by ginąć pod światłymi rozkazami wojskowości, a gdyby czegoś zabrakło, to przecież z tyłów zawsze doślą uzupełnienie; po to, w końcu, tyły są, żeby dostarczać mięsa armatniego. Dlatego wszystkim spodobała się myśl Mao, żeby "chodzić na dwóch nogach", czyli w tym samym momencie rozwijać i wieś, i przemysł. A wszystko przy iście wojskowej mobilizacji tychże mas, przy czym władza, nie wiedzieć czemu, oczekiwała, że taka mobilizacja spowoduje istną erupcję energii pracowników i gigantyczny wzrost produkcji. Przewodniczący Mao naciskał w dodatku na to, by przy założonym większym wysiłku mas zmniejszyć w widoczny sposób zachęty materialne, ufając dufnie, że zwiększy to wydatnie entuzjazm tychże mas.

W takiej to atmosferze powstały komuny ludowe, które miały od tej pory zapewnić nie tylko wciąż rosnącą produkcję, ale też edukację i opiekę zdrowotną ich członkom. Założenia te okazały się nie do końca trafione. O opiece medycznej będzie jeszcze powiedziane osobno, a sprawy oświaty potoczyły się zupełnie inaczej, niż Mao, nienawidzący inteligentów, sobie założył. Pomimo utrudniania nauki wszystkim nie-robotnikom szkoły zawodowe i te najniższego poziomu pełne były dzieci chłopskich i proletariackich. Do szkół średnich i wyższych uczęszczały zaś w przeważającej większości dzieci działaczy politycznych, kadr partyjnych, a przede wszystkich starej inteligencji. Ważną informacją w skali całego kraju jest to, że dokonano decentralizacji ekonomicznej i za plany Wielkiego Skoku odpowiadali lokalni kacykowie partyjni, rozgrzani myślą współzawodnictwa cudzymi rękoma i po maoistowsku gardzący specjalistami, którzy ponoć jeszcze nieśmiało bąkali o paranoi, wykazując się przy tym nieludzką odwagą.

Zmobilizowane masy rozpoczęły pracę dniem i nocą i nie jest to wcale żadna przenośnia, tylko prymitywna konstatacja faktów. Miliony ludzi, niczym za faraonów, budowały najbardziej prymitywnymi narzędziami różne wielkie budowle komunizmu: drogi, tunele, zapory, wały, kanały, groble, fabryki i miasta. Zalesiano pustynie, nawadniano pola, osuszano bagna, sadzono ryż lub siano zboża (całe kompanie i pułki ludzi, w szyku niemalże bojowym szły na pola z chorągwiami, pod hasłami wypisanymi na transparentach, w cieniu portretów Ukochanych Przywódców, w huku bębnów i cymbałów, ale chyba nie litaurów, których, jak sądzę, w Chinach nie znano). Wspólnota komun szła tak daleko, że likwidowano rodzinne żywienie, zastępując je wspólnym kotłem w jadłodajniach zespołów roboczych, jednym dla wszystkich. Posunięto się także do potraktowania kobiet (w końcu kobieta i mężczyzna są równi, o czym partia mówiła od dawna) jako równouprawnionej siły roboczej i rozdzielano małżeństwa, jeśli uznano, że będzie to z korzyścią dla prac postawionych przed komuną. Być może to było jednym z powodów niezadowolenia ludu, który wiele potrafił znieść od zawsze, ale też żaden z poprzednich cesarzy nie zabraniał mu utrzymywania stosunków seksualnych, tej jedynej radości biedaka. A jednak nie można zaprzeczyć, że osiągnięcia tego czasu są rzeczywiście imponujące. Karnie słuchano rozkazów płynących z góry. Wszystkim znane są historie o tym, jak to władza mylnie założyła, że małe ptaki latające sobie na wolności powodują zniszczenia i straty zbiorów, wskutek czego postanowiono je wytępić, co się, niestety, udało. To wówczas prowadzono kampanię, w trakcie której każdy miał obowiązek pokazać w swojej grupie szkolnej, czy roboczej kilka złowionych i utłuczonych poprzedniego dnia owadów (komary, muchy), które po przeliczeniu uroczyście palono, żeby nie było oszustw. To wówczas w miastach walczono z plagą szczurów (nie wytępiono ich ostatecznie, bo ta kampania jest ciągle powtarzana - sam widziałem w Szanghaju odręczne rysunki kredą przedstawiające Niebiańską Małpę [Sun Wukonga], która mocarną ręką dzierżyła kopię, na końcu której wił się krwawiący szczur). To wreszcie wówczas zapadła najdziwniejsza chyba ze wszystkich decyzja, żeby przenieść wytop stali na najniższy możliwy poziom (czyli do poszczególnych komun) w celu otrzymania takiej ilości żeliwa i surówki, aby przegonić jednym susem najbardziej rozwinięte technicznie państwa świata. No i powstały liczne dymarki; ludzie nie mający pojęcia o jakimkolwiek procesie technologicznym wytopu czuwali dzień i noc, dokładając do ognia. Aktywiści zbierali złom, aby wrzucać go do wnętrza dymarek, wyrywano gwoździe ze ścian, przynoszono znalezione na ulicy agrafki, posuwano się ponoć do przetopu starych (a więc niepotrzebnych Nowym Chinom) wyrobów metalowych z czasów poprzednich dynastii. Wynikiem tego wysiłku był produkt, który nie spełniał żadnych norm, nie mógł być do niczego wykorzystany i był żywym dowodem na to, że warto jednak wiedzieć, za co się masy biorą, żeby nie doprowadzać do marnotrawstwa.

Do Pekinu słano sprawozdania. Przy tym ogólnym entuzjazmie nie mogły być pesymistyczne, więc ociekały hurraoptymizmem. Na tej podstawie władza skonstatowała, że to, towarzysze, działa! W 1958 roku zbiory bawełny niemal się podwoiły! Taka sama sytuacja była z produkcją żywności (ryż, zboża, soja, olej itd.)! A skoro tak, to niczym dziwnym nie było, że plan na rok 1959 także zakładał ambitne cele: postanowiono powtórzyć sukces i po raz kolejny osiągnąć wielki, bo 50% wzrost.

O ciągłych zmianach na lepsze zachodzących w Chinach w latach 1949-1976 (część #7); 04.04.2015

Niestety, okazało się, że niebiosa odwróciły się od Mao Zedonga, co mogło dać ludowi asumpt do podważania jego kwalifikacji jako dobrego cesarza. Oto bowiem pogoda w 1959 roku była tak niedobra, że zebrano plony o wiele mniejsze, niż w roku 1958. Ale co tam lud! On jest od roboty, a nie od mędrkowania. Od myślenia jest aparat partyjny, który nawet w nieurodzajnym roku nadal słał niezmiennie optymistyczne sprawozdania, potwierdzające słuszność założeń o 50% wzroście. Dlatego Pekin domagał się takich "nadwyżek", które doprowadziły do klęski głodu i fali śmierci głodowej. Niezadowolenie rosło. I wówczas okazało się, że nie wszyscy członkowie Komitetu Centralnego żyją w wieży z kości słoniowej.

W połowie 1959 odbyło się kolejne spotkanie robocze najważniejszych komunistów Chin w uroczej miejscowości wypoczynkowej (władza zbierała się tak co kilka miesięcy, aby trzymać rękę na pulsie, a oprócz tego wypoczynek w miłym miejscu należy się każdemu). W jego trakcie zabrał głos marszałek Peng Dehuai, człowiek niezwykle dla sprawy komunizmu zasłużony i przez wszystkich szanowany. W partii był od lat trzydziestych, współpracował z Mao Zedongiem na długo przed wojną, miał piękną kartę wojenną (jeszcze z czasów Yan'anu i wojny z Japonią, później wojny domowej z Guomindangiem, a wreszcie w czasie interwencji ochotników w Korei). W chwili swego wystąpienia był ministrem obrony narodowej. Marszałek Peng zaapelował o wycofanie się z Wielkiego Skoku, sugerując to tym, że sprawozdania na papierze nie mają nic wspólnego z rzeczywistym stanem państwa, że ludzie mrą z głodu i że trzeba powrócić do normalnej ekonomii. Wielki Sternik zrozumiał jego głos w jedyny dostępny mu sposób: jako personalny atak, przypuszczalnie z niskiej chęci zajęcia stanowiska. Udało mu się przekonać innych o mylności wypowiedzi Peng Dehuaia, a jego samego zdymisjonował (zastąpił go Lin Biao) i odwołał z zajmowanego stołka ministra (powodem takiego postępowania mogło być także zupełnie odmienne spojrzenie obydwu panów na armię. Peng Dehuai chciał inwestować w regularne, skoszarowane wojsko, uzbrajając je na modłę sowiecką, tymczasem Mao Zedong pieścił raczej wizję oddziałów partyzanckich uzupełnianych bronią jądrową; kilka lat później, w trakcie Rewolucji Kulturalnej marszałek Peng został aresztowany i zmarł w więzieniu w 1974 roku). Władza rozpoczęła natychmiast kampanię skierowaną przeciwko krytykom Wielkiego Skoku.

Tymczasem imperialistycznie nastawiona pogoda nadal nie sprzyjała rolnictwu, a w niektórych regionach kraju pozostawiono komunom wiejskim mniej niż połowę ziarna niezbędnego do następnych siewów. Trup słał się gęsto, miliony niedożywionych ludzi stały się podatne na choroby. W 1960 roku nie dało się już zamawiać rzeczywistości - trzeba było przyznać, że gospodarka została doprowadzona do ruiny. Jasnym stało się, że Przewodniczący nie zna się zupełnie na zagadnieniach ekonomii. A co więcej - jego reakcja na ostrożną krytykę wyartykułowaną przez Peng Dehuaia rozpoczęła otwartą frakcyjność wśród członków Komitetu Centralnego, który wcześniej cechowała jedność z umiarkowaną, ale jednak, skłonnością do dyskutowania problemów. W terenie rozpoczęto teraz walkę z narzuconą niedawno decentralizacją partii, usiłując przywrócić hierarchię i ręczne kierowanie z Pekinu. A tu zyg zyg! Okazało się, że rozpaskudzony aparat partyjny, który nie miał w ciągu tych lat nikogo nad sobą wcale nie pali się do przywracania porządku i wpasowywania się znowu w partyjne karby.

Tymczasem okazało się, że dwóm osobom z kierownictwa partii udało się w tych dziwnych czasach utrzymać siatkę oddanych informatorów w poszczególnych prowincjach i dzięki temu są jedynymi ludźmi, którzy potrafią powiedzieć, jak rzeczywiście wygląda stan gospodarki. Byli to Liu Shaoqi i Deng Xiaoping. Sądzę, że Deng Xiaopinga nie trzeba przedstawiać, bo jego późniejsze losy uczyniły go dość znaną postacią (tak, to ten, który wypowiedział ważkie zdanie, że "nieważne, czy kot jest biały, czy czarny; ważne jest, aby łowił myszy"). A Liu Shaoqi od kwietnia 1959 do października 1968 roku pełnił funkcję przewodniczącego Chin Ludowych, czyli piastował ważny urząd mniej więcej odpowiadający funkcji prezydenta, choć nie jest to porównanie ścisłe. Ponieważ w latach dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku dwukrotnie studiował w Moskwie, więc był zwolennikiem rozwoju na wzór sowiecki, to jest centralnego planowania i inwestycji w przemysł ciężki. A skoro nie popierał idei Wielkiego Skoku, no to automatycznie był postrzegany przez Przewodniczącego Mao jako wróg i konkurent, którego trzeba się pozbyć, bo - moim zdaniem - to nie żadne mrzonki o dobru ludu, tylko żądza władzy i tyłków młodych towarzyszek były głównym celem życia Wielkiego Sternika. Świat zaś widział Liu Shaoqi jako chiński odpowiednik Chruszczowa, skłonny do pewnej odwilży w Chinach. Wraz z nadejściem Rewolucji Kulturalnej Mao o nim nie zapomniał - Liu marnie skończył w więzieniu w Kaifengu (złe warunki życia oraz nieleczona cukrzyca i zapalenie płuc).

Na razie jednak Liu Shaoqi i Deng Xiaoping uzdrawiają zrujnowaną gospodarkę, podejmując nie zawsze popularne kroki. Redukują wydatki, co doprowadza do zamknięcia połowy nierentownych zakładów przemysłowych. Stają wówczas przed problemem bezrobotnych w miastach. Odsyłają ich bezwzględnie na wieś, egzekwując możliwości, jakie daje hukou. Wysyłają też młodzież z wielkich miast wschodu na wieś i do prowincji zachodnich w celu rozwoju tych terenów i zwiększenia tam chińskiej obecności. Większość przesiedlonej młodzieży nie marzy o niczym innym, jak tylko o powrocie do domu z miejsc, w których nawet nie potrafią się z tubylcami dobrze porozumieć (przypominam, że w Chinach co prowincja, to nieco odmienny język). Wreszcie dwaj reformatorzy różnicują status pracowników przemysłu w zależności od stopnia wykształcenia i specjalizacji, co wprawdzie daje dobre podstawy rozwoju fabryk, ale jednocześnie czyni tych pracowników całkowicie zależnymi od ich macierzystych zakładów. Jest to jednak zgodne ze starą konfucjańską tradycją Chin - mieć szansę utrzymać człowieka w karności i poddaństwie. W ferworze zmian zaproponowano nawet, aby zezwolić na korzystanie przez chłopów z małych działek przyzagrodowych w celu "przywrócenia motywacji" do pracy i zapewnienia strumienia żywności. Tego już Mao Zedong nie wytrzymał i wezwał do "odnowienia działań ideologicznych i walki klas". Każdy bowiem powinien pamiętać bolszewicki paradoks, że wraz z postępami budowy komunizmu walka klas musi się nieustannie zaostrzać. Aż strach pomyśleć, jak ostra być musi, gdy już nastanie ten wymodlony u komunistycznych bogów ustrój (prostym językiem brzmi to tak: im dalej w komunizm, tym większa naparzanka).

O ciągłych zmianach na lepsze zachodzących w Chinach w latach 1949-1976 (część #8); 06.04.2015

Nastąpiła chwila na złapanie oddechu zarówno przez państwo, jak i przez partię komunistyczną. Jednak w marcu 1959 roku Chińczycy sami poprosili czerwone niebiosa o zupełnie zbędny kłopot, który odtąd tkwi niczym cierń w ciele państwa na ich własne życzenie aż do dzisiaj i zupełnie nie wiadomo, jak go rozwiązać. Oto na początku marca zaprosili z kilkudniowym wyprzedzeniem do tybetańskiego sztabu chińskiej armii pod Lhasą "na spektakl teatralny i herbatę" osobę, której przysługiwał tytuł "Najczcigodniejszego, Doskonałej Chwały, Elokwentnego, Inteligentnego Dzierżawcy Nauk, Oceanu Mądrości", poza tym znanego powszechnie jako Tenzin Gjaco (czyli ostatni tytuł z powyższej wyliczanki) albo już całkiem zwyczajnie jako Jego Świątobliwość XIV Dalajlama (może niektórzy oglądali film M. Scorsese "Kundun"; Kundun to jeszcze jeden z tytułów Dalajlamy, oznacza "Obecność"). W przeddzień tej wizyty oficerowie chińscy przybyli do dowódcy ochrony Dalajlamy i naciskali, żeby ten ostatni przybył do nich bez eskorty, bez żadnych typowych ceremonii oraz bez zwyczajowej procesji wiernych. O broni nie wspominali. Tybetańczycy zaczęli się obawiać tego, że Chińczycy pragną uwięzić ich przywódcę. Dlatego następnego dnia 300 tysięcy Tybetańczyków okrążyło pałac Dalajlamy w Lhasie, aby uniemożliwić porwanie lub zatrzymanie. Tak rozpoczęło się powstanie w Tybecie, które kosztowało ten kraj ponad 80 tysięcy zabitych (według źródeł tybetańskich), ograbienie wielu klasztorów i zmuszanie większości mnichów i mniszek do porzucenia życia klasztornego, liczne aresztowania, gwałty, bombardowanie klasztorów i zniszczenia miast. Dwa dni później w Lhasie ogłoszono niepodległość i niezależność od Chin. Armia chińska po kilku pierwszych dniach zaskoczenia przystąpiła do pacyfikacji i zdławienia powstania, co zajęło jej dwa kolejne dni, więc od strony wojskowej sprawa nie była zbyt trudna. Jego Świątobliwość XIV Dalajlama wkrótce uciekł potajemnie przez Himalaje do Indii, zaś Pekin tradycyjnie już przez te wszystkie lata (bo do dnia dzisiejszego) oskarża go o wszelkie zło. Trudno tu mówić o krwi pobratymczej, jednak nienawiść niewątpliwie zapanowała. Obecnie organizacje tybetańskie na uchodźstwie oskarżają Pekin o zaplanowaną sinizację Tybetu poprzez przysyłanie Hanów (czyli rdzennych Chińczyków) w celu wzmożenia chińskiego osadnictwa, przez co Tybetańczycy mają się stać mniejszością we własnym kraju. Ta niechęć jest posunięta do tego stopnia, że krytycznie wypowiadają się o wszystkim, nawet o niewątpliwych osiągnięciach cywilizacyjnych, jak na przykład budowa linii kolejowej aż do samej Lhasy. Cóż jednak po niej - twierdzą uchodźcy - skoro pociągami tym łatwiej przyjedzie horda Hanów.

W 1960 roku nastąpił opisywany już wcześniej definitywny rozłam pomiędzy Chinami a ZSRR. Trochę później Chiny same zbudowały i zdetonowały sobie w 1962 bombę atomową (zdaje się, że na wyschłym jeziorze Łob-nor w Dżungarii, albo na pobliskiej pustyni w Kaszgarii; jedno i drugie miejsce w Xinjiangu), co bardzo podniosło partię na duchu, jako że ranga państwa natychmiast wzrosła jako takiego, którego nie można już lać jak się chce i kiedy się chce. W tym samym roku miała miejsce krótka, zwycięska wojna z Indiami, bo znowu pokłócono się o terytorium w wysokich górach. W 1964 roku Chiny zdetonowały swoją bombę wodorową. W sprawach wewnętrznych trwała frakcyjna dyskusja (a więc niedostępna dla zwykłych ludzi), czy odnowę należy przeprowadzać przez zarządzenie jakiegoś nowego masowego ruchu na wsi, czy też przez uzdrowienie organizacji partyjnych. Te dwie linie i dwie wizje zaczęły się zwalczać. Mao Zedong chciał doprowadzić do naprawy stylu pracy kadr partyjnych, zapoczątkowując tym samym w 1963 roku tak zwaną Kampanię Wychowania Socjalistycznego. Ponieważ jednak doły partyjne wcale nie były chętne do zmian, więc rok później rozpoczęto kolejną już (to taka chińska specjalność tamtych lat) kampanię - Kampanię Czterech Porządków. Władze najwyższe wezwały ni mniej, ni więcej, tylko... do walki klas w celu "naprawienia stylu pracy" wiejskich kadr, które zignorowały poprzednią kampanię, pokazując wymownie, że mają ją głęboko w pośladkach i że dobrowolnie nie zamierzają wyrzec się swoich drobnych malwersacji, nepotyzmu, faworytów, niechęci do pracy fizycznej, pięknych kochanek i czułych kochanków, wystawnych obiadów na koszt ludu i wygodnego życia przy komunizmie (odpowiednik zwrotu "przy mężu").

Uważam, że wiejskie kadry w zasadzie miały całkowitą rację - skoro wszystkie te przywary pasowały do najwyższego kierownictwa, jak ulał, to czemu akurat doły miałyby być świętsze od cesarza? Władze nasyłały na lokalne kadry robocze zespoły kadr nieco wyższych, które węszyły po wsiach i miasteczkach, szukając niezadowolonych. O tych akurat było łatwiej niż łatwo, więc korzystając z tych ostatnich oskarżano miejscowe kadry o "oderwanie się od mas". Chłopi dali się podpuścić i z lubością skarżyli i donosili na swoich aparatczyków. Niewątpliwie mieli dobre powody, żeby to robić.

Przewodniczący Mao był podobno bardzo niemile zaskoczony tym, że doły partyjne wcale nie czuły ochoty, żeby się oczyszczać i "naprawiać styl pracy poprzez masową kampanię", co, moim zdaniem, świadczy o jego znajomości ludu wyjątkowo źle. W dodatku denerwowała go rzekomo młodzież pochodzenia inteligenckiego, studiująca niepotrzebnie na wyższych uczelniach podczas gdy on od dawna głosił pochwałę nieuctwa. Widział już, że zmiana struktury klasowej poprzez edukację stała się mrzonką, bo rozwarstwienie nauczania stało się faktem i dzieci ludu lądowały w jej niskim nurcie, zaś dzieci inteligencji i elit partyjnych - w górnym, uprzywilejowanym. Mniej więcej w 1965 roku zaczął snuć plany sposobów naprawy systemu za pomocą sił spoza partii. W końcu całe jego życie było kierowaniem sprzeciwami przeciwko czemuś i lawirowaniem w celu utrzymania się na powierzchni. Teraz starał się odzyskać utracone wpływy i stać się znowu człowiekiem poza zasięgiem małych krytykantów, z których każdy chciał zająć jego miejsce. W 1966 roku zapoczątkował szczególny zupełnie ruch, który jednak wymknął mu się z rąk, przerastając jego wyobraźnię niczym ucznia czarnoksiężnika; coś, co cofnęło rozwój Chin o kolejne lata - Rewolucję Kulturalną.

W 1966 roku Mao Zedong pojawił się w świadomości Chińczyków jako ten, który przepłynął rzekę Jangcy. W dodatku ponoć w doskonałym czasie. To, trzeba dobrze zrozumieć kontekst, wyjątkowa wiadomość, bo zdecydowana większość chłopów chińskich tamtego czasu nie umiała pływać (teraz zresztą chyba nie jest z tym wcale lepiej). Filmik o tym można zobaczyć tutaj (czas: 1:48). A liczne plakaty, które pokazano nawet w najdalszych i najbardziej zatęchłych kątach ChRL - tutaj. Jangcy to wielka rzeka (6.300 kilometrów długości), ogromnej szerokości, żeglowna jeszcze prawie trzy tysiące kilometrów od ujścia; aż do Wuhanu mogą nią pływać statki oceaniczne. Znana jest pod kilkoma różnymi nazwami. Chińczycy często mówią na nią po prostu Wielka Rzeka, albo jeszcze skromniej: Rzeka - i wszystko staje się jasne. Ci wszyscy ludzie wchodzący entuzjastycznie do wody (parz powyższy film), dzierżąc w rękach sztandary na sztorc powinni dać do myślenia. Pewnie nie byli świadomi tego, że uczestniczą w czymś wyjątkowym, w początku czegoś absolutnie nowego, co miało zredukować i zniszczyć stare. Tymczasem to, co miało się stać pozytywną zmianą, okazało się koszmarnym snem pijanego debila na skalistej pustyni. Rewolucja Kulturalna trwała teoretycznie tylko trzy lata (1966-1969), jednak przyjmuje się najczęściej, że praktycznie zakończyła się dopiero wraz ze śmiercią swego duchowego ojca w 1976 roku, czyli że trwała okrągłe dziesięć lat.

Uwaga: Zrobiłem sobie krótkie wakacje, więc najbliższe teksty będzie wypluwać z siebie automat, a ja raczej nie będę na urlopie odpowiadać na komentarze czytelników.

O ciągłych zmianach na lepsze zachodzących w Chinach w latach 1949-1976 (część #9); 09.04.2015

Chińczycy nie opublikowali nigdy i nigdzie szczegółowych danych dotyczących kosztów tej Rewolucji. Łagodnie ocenia się, że zginęło wówczas 400-500 tysięcy ludzi, a represje objęły o wiele szersze kręgi, co w warunkach chińskich nie jest jeszcze liczbą straszną, jak bardzo nieludzko by to nie zabrzmiało. Można, oczywiście, spotkać się z dużo wyższymi liczbami ofiar, ale wszystko to podszyte jest dużą dawką niepewności. Gorzej jednak, że ówczesne ekscesy dotknęły około 60% kadr partyjnych, czyli tkanki nerwowej państwa. Chiny próbowały podciąć same sobie gardło i tylko przypadek sprawił, że nie skończyło się to całkowitym upadkiem i rozpadem państwa. Nie do przecenienia okazała się postawa premiera Zhou Enlaia, który (jak zawsze od lat) był tą osobą, która usiłowała łagodzić napięcia i godzić zwaśnione frakcje.

Mao Zedong pragnął odzyskać kontrolę na seniorami partii komunistycznej po tym, jak jego pozycja osłabła w wyniku nieudanego Wielkiego Skoku. Pod koniec 1965 roku aresztowano szefa sztabu generalnego Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. Nie jest ważne, jakie były oskarżenia; ważne jest to, że utracił on zaufanie głównodowodzącego marszałka Lin Biao. Lin Biao był człowiekiem nietuzinkowym i warto tu trochę o nim napisać. Upolitycznił armię do granic obrzydliwości, przywrócił komisarzy politycznych, zlikwidował dystynkcje oficerskie (oficera można było teraz rozpoznać jedynie po wiecznym piórze w kieszeni munduru), utrudniał życie pieszczoszkom swego poprzednika Peng Dehuaia, którzy wierzyli w wojsko na wzór sowiecki, w pełni podporządkował całą armię kontroli partyjnej. To on kazał zestawić najważniejsze cytaty z ust Wielkiego Sternika i kolportować je w postaci sławetnej "czerwonej książeczki". Dochodziło do sytuacji plasujących się daleko poza granicą paranoi: na przykład, gdy jakiś nienormalny kierowca wojskowy zamiast patrzeć na drogę, czytał tę "czerwoną książeczkę" w trakcie prowadzenia ciężarówki wypełnionej na pace żołnierzami i dlatego wypadł z drogi, trzasnął o jakąś tam przeszkodę i sam się zabił (jednego głupiego mniej) - to ogłoszono go niemal świętym chińskim i kazano "uczyć się" od takiego popaprańca, który ryzykował życiem kolegów. (W 1966 Lin Biao został wybrany na wiceprzewodniczącego partii, a więc stał się człowiekiem nr 2 w Chinach. W 1969 ogłoszono go "najbliższym towarzyszem broni" samego Mao Zedonga, a więc powinien zacząć się bać, że spocznie na nim zazdrosne oko Wielkiego Sternika. We wrześniu 1971 wybuchła afera - okazało się, że z bliżej nieznanych przyczyn Lin Biao wraz z rodziną i współpracownikami chciał uciec z Chin, wsiadł w samolot i skierował go na północ, do ZSRR, chociaż przez całe lata krytykował "sowiecki rewizjonizm". I znowu nikt nie wie, jak było naprawdę - czy służby wojskowe Mongolii zareagowały [chociaż oficjalnie mówiono, że był to wypadek i samolot SAM SIĘ rozbił] i nadlatujący od strony wrażych Chin samolot zestrzeliły, choć wszyscy temu zgodnie zaprzeczają, czy rzeczywiście pilot rozbił się sam z siebie. Nikt nie przeżył.)

Tak więc - aresztowano szefa sztabu wojska, po czym usunięto go ze wszystkich stanowisk, żeby zastraszyć innych wojskowych. Chwilę później zasugerowano aluzyjnie intelektualistom, żeby trzymali mordy w kubłach. Aluzja ta została przekazana poprzez aresztowanie niejakiego Wu Hana, zastępcy burmistrza Pekinu (a więc nie byle kogo) za napisanie popularnej opery, której wymowa była, po prostu, krzycząca. W jej treści odnoszono się do cesarza rządzącego kilkanaście wieków temu i, o zgrozo, KRYTYKOWANO go otwarcie i bezczelnie za zdymisjonowanie urzędnika. W dodatku za rzekomo NIESPRAWIEDLIWE zdymisjonowanie urzędnika. W dusznej atmosferze komunizmu chińskiego, gdzie nikt już nie odważał się mówić wprost i posługiwano się cienkimi aluzjami do aluzji, przenośniami, omówieniami i odniesieniami do historii, na upartego wszystko mogło stać się symbolem dowolnej idei. Toż to prawie otwarte krytykowanie władzy, która mylić się nie może! Całą tę sprawę (drugiego dna opery) pierwszy zauważył, zdemaskował i opisał w szanghajskiej gazecie niejaki Yao Wenyuan, który za chwilę stał się członkiem tak zwanej Bandy Czworga, o której napiszę trochę dalej. A samą publikację jego artykułu (10 listopada 1965) uważa się za oficjalną datę rozpoczęcia Rewolucji Kulturalnej. Teraz już łatwo przyszło Przewodniczącemu pozbyć się z najwyższych władz osób, którym nie ufał (wśród jego twardych popleczników pozostali: Zhou Enlai, Deng Xiaoping i Liu Shaoqi). W 1966 roku powstała Centralna Grupa do spraw Rewolucji Kulturalnej, bazująca na kadrach z Szanghaju, wśród których popularna była małżonka Mao Zedonga, pani Jiang Qing, była aktorka, która oczarowała Mao Zedonga w latach trzydziestych tak bardzo, że pojął ją jako swoją czwartą już z kolei żonę.

W okresie od czerwca do sierpnia 1966 (tak zwane Pięćdziesiąt Dni) zaatakowano rewizjonizm i niewymienionych z nazwisk członków partii "kroczących drogą kapitalistyczną". Był to prawdziwy majstersztyk Przewodniczącego. Najpierw należy chyba wyjaśnić, o co właściwie chodziło z tym "rewizjonizmem". Wydaje się, że dla Mao Zedonga określenie to łączyło się z porzuceniem celów rewolucji i z zaakceptowaniem zła w postaci specjalnego statusu nowych kadr pragnących rządzić masami oraz gromadzić dobra materialne. Niemniej jednak było to pojęcie dość pojemne i trudno było sobie wyobrazić, żeby ktoś w chińskich warunkach politycznych domagał się doprecyzowania. Skoro najwyższe władze gromią rewizjonizm, to niższe kadry kładą uszy po sobie i też, przynajmniej werbalnie, drogę tę popierają. Co więcej, najwyższe czynniki partyjne postępują w ten sam sposób, nie mając przecież pojęcia, przeciw komu ta kampania jest skierowana, bo nikt jakoś nie powiedział, kogo to oskarża się o ten rewizjonizm. Tak więc mogło okazać się, że ktoś, kto popierając główną obecnie linię partii głośno domagał się potępienia i ukarania rewizjonizmu mógł nagle stwierdzić ze zdumieniem, że gardłował przeciwko samemu sobie. W tym okresie "nieznane siły" mobilizowały studentów w stolicy do zaatakowania władz uniwersyteckich na gazetkach ściennych (tak zwane dazibao - gazetki wielkich hieroglifów). Sam Mao Zedong odizolował się tchórzliwie w ośrodku wypoczynkowym dla kadr, spychając na Liu Shaoqi odpowiedzialność za sytuację w państwie, a w lutym przepłynął nieoczekiwanie Jangcy, o czym już pisałem wcześniej, a co lud słusznie zrozumiał jako wielkie wydarzenie, które musi coś zapoczątkować. Zaś Liu, wierząc stale w posłannictwo dziejowe partii, nie chciał oddawać pierwszeństwa żadnym organizacjom masowym, ale bezpartyjnym, więc nie mógł akceptować działań studentów. Dlatego próbował stłumić agitację na uczelniach.

Nieco później frakcja konserwatywna spotkała się w lutym 1967 roku w Szanghaju z frakcją rewolucyjną (tzn. z Centralną Grupą do spraw Rewolucji Kulturalnej), ale do żadnego przełomu nie doszło. W dalszym okresie Rewolucji krytykowano to spotkanie jako "lutowy wrogi prąd" (to znaczy wrogi ożywczemu prądowi Rewolucji). Tymczasem w sierpniu 1966 roku Wielki Sternik na spotkaniu partyjnym w Szanghaju zaatakował "tych u władzy, którzy kroczą drogą kapitalistyczną". Nikt nie wiedział, o kogo chodzi, ale Przewodniczący zyskał wielkie poparcie, bo nikt nie odważał się oponować na sam dźwięk słów "droga kapitalistyczna". Tymczasem Mao zdymisjonował Liu Shaoqi (który, najwyraźniej, musiał kroczyć drogą kapitalistyczną) i w tym samym momencie wywyższył marszałka Lin Biao. Nieco później rozpoczął właściwy ruch przeciw obmierzłemu rewizjonizmowi w kręgach samej partii - stworzył rewolucyjny ruch czerwonogwardzistów. Czerwonogwardzista to po chińsku "hongweibin" [czyta się: hungłejbin], a w Polsce ten termin przyjął się w formie pochodzącej z Rosji; tak więc przyzwyczailiśmy się do formy "hunwejbin". Trzonem hunwejbinów była młodzież pochodząca z dużych miast (osoby starsze też się zdarzały, ale zwykle na bardziej prominentnych stołkach), zaś prawie nie było w ich szeregach młodych chłopów, o szczęście których tak niby Przewodniczącemu chodziło. Mao powiedział im po ojcowsku, by "uczyli się rewolucji, robiąc rewolucję" oraz by "bombardowali sztaby". Ciekawe, czy powtórzyłby te słowa, gdyby wiedział, do czego doprowadziły. Znając postać Wielkiego Sternika sądzę, że tak, bo nie obchodziło go nic poza własnym interesem, a tego upatrywał przy idei, aby nie dać się żadną miarą oderwać od żłobu.

O ciągłych zmianach na lepsze zachodzących w Chinach w latach 1949-1976 (część #10); 12.04.2015

W okresie od sierpnia do listopada 1966 z całego kraju za darmo zwożono pociągam młodzież do Pekinu (razem około 10 milionów ludzi), kadząc im, że są hunwejbinami, więc od nich zależy dobro i przyszłość narodu. Działalność szkół została zawieszona, to samo czekało uniwersytety. Jedno pokolenie weszło równym krokiem w okres głupiego nieuctwa zapoczątkowanego chorymi ambicjami Mao Zedonga. Chiny boleśnie długo odczuwały skutki jego zacietrzewienia oraz tchórzliwego poparcia pomniejszych kacyków partyjnych dla takich działań (tak piszę, jakby mieli inne wyjście, a przecież nie mieli) - jedno pokolenie praktycznie wypadło ze strumienia przekazywania sobie obowiązków przez kolejne generacje, bo ciężko odrobić coś, czego się Jaś nie nauczy za młodu. A Jaś nie tracił bezużytecznie czasu w nikomu niepotrzebnej szkole, tylko zajmował się wrzaskiem, skandowaniem haseł, napadaniem obywateli, zaprowadzaniem nowego, lepszego porządku i tym, co rozumiał jako "rządzenie".

Czerwonogwardziści z całym spokojem młodości postawili na terror. Niczym dla nich było wejście siłą do prywatnych domów, niszczenie tam księgozbiorów i sprzętu, bicie i poniżanie ludzi. Robili to przecież dla wyższych celów - walczyli z "czterema rodzajami staroci": ze starymi ideami, ze starą kulturą, ze starymi zwyczajami i ze starymi nawykami. Nie mieli litości dla nikogo i zdarzało im się tłuc i zabijać starszych, zwłaszcza takich zwolenników imperializmu, którzy kilka lat wcześniej wymagali od nich czegoś w szkole. Teraz nadszedł czas zapłaty, a przeintelektualizowani starzy wstecznicy, odziani w szaty hańby, z oślimi uszami włożonymi na wszawe łby, nie wytrzymywali wielogodzinnych wieców nienawiści, opuszczając po kilku godzinach podniesione siłą ręce, albo waląc się na wredne, oplute przez hunwejbinów, ryje z pozycji "samolotu" na glebę, robiąc ku radości tłumu pod siebie i budząc słuszną chęć ostatecznego wyeliminowania szkodników, którzy przejawiali cień podejrzanej cudzoziemskości lub równie podejrzanego wykształcenia. Całkiem łagodnym jeszcze wyrokiem dla takich obrzydliwych, zakamieniałych prawicowców, świadczącym o humanitaryzmie hunwejbinów, było polecenie wybierania gówna z dołów kloacznych gołymi rękoma. Hunwejbini mieli najczęściej od dziewięciu (!) do osiemnastu lat (trzeba podkreślić, że "najczęściej" - zdarzali się też starsi), a jest to często wiek nadmiernej pewności siebie. Mogli zaczepić na ulicy każdego, oskarżając go o "skazę burżuazyjną" i nikt nie czuł się wówczas bezpiecznie. Potrafili wpadać do prywatnych mieszkań i konfiskować dowolny sprzęt lub wyposażenie, które w swoim zaślepieniu uznawali za świadectwo hołdowania niesłusznym ideom. Odwołań od decyzji ich kolektywu nie było. Tak więc, na przykład, uznawali, że ozdobne, stuletnie łóżko jest jakieś takie burżuazyjne, więc je zabierali, pozostawiając pisemne zaświadczenie na świstku papieru, że taki a taki oddział miejscowej Czerwonej Gwardii zabrał obywatelowi X dnia tego a tego łóżko burżuazyjne, wypłacając w zamian pięć fenów (walutą Chin jest yuan, dzielący się na 10 mao i 100 fenów. Tak więc 1 mao to 10 fenów. Za pięć fenów nikt nigdy i nigdzie nie kupi sobie łóżka, choćby i najgorszego, bo szklanka herbaty zwykle kosztuje więcej).

Chociaż muszę tu opowiedzieć historię, którą sam usłyszałem w Chinach podczas mojego pobytu. Choćby po to, żeby dodać bardziej ludzki, drugi wymiar do tych strasznych historii. Pracowałem tam mając za partnera i współpracownika starszego ode mnie pana, który był dość spokojnym przedstawicielem strony chińskiej. Chyba tak w trzecim roku pobytu dowiedziałem się zupełnie przez przypadek, że w latach Rewolucji Kulturalnej był on głównym hunwejbinem zakładu i że pracownicy przedsiębiorstwa są mu za to bardzo wdzięczni. Jakże to? - zakrzyknąłem, pamiętając, czego naczytałem się o hunwejbinach. Okazało się, że mój partner przewodniczył oddziałowi Czerwonej Gwardii, chodził od domu do domu pracowników zakładu, w którym pracował i konfiskował różne "lepsze" przedmioty. Ale później przekonał towarzyszy, że nie należy tych przedmiotów niszczyć, bo może partia będzie wiedziała, jak je w swoim czasie lepiej wykorzystać dla dobra Rewolucji. Dlatego dokładnie opisane (który, gdzie, kiedy i od kogo zabrano) zamknięto w magazynie firmy. Później, oczywiście, rewolucja miała inne sprawy do roboty niż zajmowanie się paroma gratami z jakiegoś małego magazynu, więc wszystkie skonfiskowane sprzęty dotrwały spokojnie do końca Rewolucji. A kiedy już się uspokoiło i władza zaczęła przyznawać, że cała ta hucpa to był kolejny błąd, wówczas skonfiskowane sprzęty spokojnie odwieziono i zwrócono właścicielom. Myślę, że był to odosobniony przypadek.

Kiedy już ataki na przypadkowych przechodniów spowszedniały hunwejbini rozpoczęli planowane najścia na domy funkcjonariuszy partyjnych i rządowych. Po to, żeby ich "przesłuchać" i surowo ukarać. W ten sposób hunwejbini doszli do zdrajców z najwyższej półki - Liu Shaoqi i Deng Xiaopinga choć, oczywiście, na nich się nie skończyło. Niektórzy zaatakowani przez rewolucję przywódcy partii komunistycznej nie byli gorsi i sprokurowali sobie własnych hunwejbinów, którzy tłukli się z tymi nasłanymi przez zwolenników Przewodniczącego. W kraju zapanował chaos. W styczniu 1967 roku Czerwona Gwardia uznała, że może przecież z całym powodzeniem zająć miejsce urzędników (hunwejbini jakoś nie pchali się do fizycznej pracy na wsi, może dlatego, że w swym zasadniczym zrębie byli młodzieżą miejską), których bezceremonialnie wyrzucono z biur. Nawet z tych najwyższych, bo polecieli na bruk także pracownicy centralnych ministerstw, co było niewątpliwie ewenementem na skalę światową. Przeglądano znalezione w archiwach papiery i, jeśli uznano, że są dla celów rewolucji zbędne, niszczono je bez pardonu. W ministerstwie Spraw Zagranicznych bandy głupków niszczyły protokoły i akta, przerywając ciągłość stosunków zagranicznych i oczekując, że wypasiony imperialista, jakim bez wątpienia był dotychczasowy minister spraw zagranicznych, będzie składać przed nimi raz po raz samokrytykę. Może to zabrzmi dziwnie, ale w całym tym bezhołowiu popierał ich Zhou Enlai, który przejął w tym czasie całą politykę zagraniczną Chin i prowadził ją ze swego biura.

O ciągłych zmianach na lepsze zachodzących w Chinach w latach 1949-1976 (część #11); 14.04.2015

Na początku roku 1967 Mao, nie radząc sobie z sytuacją, zażądał, by na scenę wkroczyły oddziały armii, włączyły się w wydarzenia i popierały rewolucyjnych hunwejbinów. Część armii nie była do tego skora, a część okazała się za słaba do rzeczywistej ingerencji. W połowie roku doszło w dodatku do incydentów granicznych z Indiami (miejscowość Chola w okolicach Sikkimu), jednak tym razem strona chińska okazała się słabsza i sytuacja prędko się tam uspokoiła. W tym samym czasie rewolucyjna działalność pracowników ambasad Chin doprowadziła do zaostrzenia kontaktów z wieloma krajami. Miały też miejsce niepokoje w Hong Kongu. Kiedy już w kraju wszyscy kłócili się i naparzali ze wszystkimi Mao zrozumiał, że sytuacja wymknęła mu się spod kontroli i ogłosił rozwiązanie Czerwonej Gwardii. Dlatego, że rzekomo nie spełniła swej misji. Teraz komitety rewolucyjne w każdym możliwym miejscu miała tworzyć armia. Tą decyzją, w czasie potrzebnym na jedno splunięcie, zepchnięto hunwejbinów ze szczytów niczym nieograniczonej władzy do ciężkiej pracy na wsi, bo tam ich złośliwie wysłano. Ponieważ większość z nich pochodziła z miast, było to dla nich wyjątkowo bolesne przebudzenie w obcym i niechętnym środowisku. Dochodziło podobno do samosądów i zabijania hunwejbinów przez tych, którzy mieli im za złe czyny dokonane w chwili ich chwały i partyjnego poparcia. Dżumę zwalczano też miejscowo cholerą, bo pojawiły się jakieś oddziały Rewolucyjnych Buntowników, które miały robić finalny porządek z Czerwoną Gwardią, a zapisały się głównie skłonnością do przemocy i gwałtów. Wynika z tego, że hunwejbini wcale nie zamierzali oddawać władzy dobrowolnie. Ostatecznie Rewolucja Kulturalna została zdominowana przez wojsko, choć wcale nie odbyło się to spokojnie i bezkrwawo. W kwietniu 1969 roku wydawało się, że osiągnięto jaki taki spokój, pozwalający na oficjalne ogłoszenie zakończenia Rewolucji Kulturalnej. Niewykluczone, że zimnym prysznicem były wydarzenia na granicy z ZSRR. W marcu tego roku oddziały chińskie zaatakowały Sowietów na małej wysepce na rzece Ussuri, będącej granicą pomiędzy chińską Mandżurią, a radzieckim Krajem Nadmorskim (i Krajem Chabarowskim chyba częściowo też). Na początku, w wyniku zaskoczenia, Chińczycy byli górą. Jednak prawie natychmiast Rosjanie odpowiedzieli z taką siłą, że Chinom pozostało cieszyć się, że nie wybuchła z tego jakaś wojna.

W latach 1970-1971 wojsko robiło w kraju czystki, pozbywając się kogo tylko chciało bez żadnego nadzoru z czyjejkolwiek strony. Teoretycznie szukano, wyłapywano, osądzano i skazywano członków nielegalnej Grupy 16 Maja, ale do dzisiaj nie wiadomo konkretnie, czy taka grupa w ogóle istniała, czy była tylko dobrym hasłem do zaprowadzania armijnych porządków. Co ciekawe, chociaż Rewolucję Kulturalną oficjalnie już zakończono, to jej odpryski dopiero teraz zaczęły trafiać na wieś, do tej pory raczej nieobjętej głównym nurtem rewolucji. Władza zaczęła nagle zmuszać chłopów, by "odcięli ogon kapitalizmu". W czym przejawiał się ów ogon? Ano w tym, że chłop, pozbawiony decyzją partii ziemi, wciąż jeszcze w kącie chałupy hodował własne kury, kaczki, a bywało nawet, że świnie. Ponieważ nie wolno było takiego inwentarza sprzedawać, więc były to zwierzęta na potrzeby chłopskiej rodziny. Teraz oczekiwano, że chłop całą tę gadzinę zarżnie, albo odda państwu, żeby już nie wstydzić się swoich kapitalistycznych ciągot. W ten sposób zwiększono w kraju głód, choć jestem pewien, że kierownictwo miało to w samym środku pośladków, wpatrzone w ideologiczne miazmaty.

W 1973 roku Zhou Enlai dowiedział się, że ma raka i mianował wówczas Deng Xiaopinga swoim następcą. Niecałe trzy lata później (w styczniu 1976 roku) premier Zhou Enlai umarł. Banda Czworga zakazała ceremonii żałobnych (Banda Czworga był to raczej nieformalny twór w Komunistycznej Partii Chin, bliski władzy, bardzo radykalnie lewicowy, nazywany tak już po jego upadku przez przeciwników i niechętnych. W jej skład wchodziła ostatnia żona Mao Zedonga, pani Jiang Qing oraz trzech jej współpracowników, głównie z Szanghaju [Zhang Chunqiao, Wang Hongwen, Yao Wenyuan]. Ponieważ w latach siedemdziesiątych Mao był już poważnie chory, władzę w państwie przejęła faktycznie jego żona, a co za tym idzie - właśnie Banda Czworga). Jednak 5 kwietnia przypadło w Chinach tradycyjne święto opłakiwania zmarłych i wówczas dla wspomnienia Zhou Enlaia zebrały się setki tysięcy ludzi, manifestujących swoje niezadowolenie z polityki partii. Niezadowolenie stłumiono (żadna niespodzianka w kraju komunistycznym), a Deng Xiaopinga odsunięto od stołka.

W tymże 1973 roku zapoczątkowano kolejną kampanię (bo już ładny kawał czasu nic się nie działo i władza poczuła, że lud mógł odczuwać słuszny niedosyt). Kampania nazywała się: "krytykować Lin [Biao], krytykować Konfucjusza". Lin Biao, który był w pewnym momencie oficjalnym następcą Mao Zedonga i jego Najbliższym Współpracownikiem, zginął w niewyjaśnionym wypadku lotniczym na terenie Mongolii w 1971 roku. Strona rosyjska mówi, że maszynie, którą uciekał z Chin Lin Biao z żoną i współpracownikami, zabrakło paliwa. Albo też pilot, starając się lecieć poza zasięgiem radarów zbyt obniżył kurs, przez co rozbił się na pustyni. Istnieją opinie, że Lin Biao planował zamach na swego wodza, pragnąc dokonać puczu i zająć cesarski tron (po raz pierwszy te słowa wypowiedziane na głos padły na procesie Bandy Czworga). Ta śmierć w wypadku poza granicami Chin musiała być wyjątkowo gorzką pigułką dla komunistów, bo ukrywali ją przez kilka miesięcy przed własną opinią publiczną. No bo faktycznie - źle to świadczy o wodzu, jeżeli jego Najbliższy Współpracownik, Osoba Numer Dwa w państwie, chce go zdradzić. I jak tu zakazać szeptów, że Wielki Sternik starzeje się, ma syfilityczną demencję i nie powinien już rządzić? W tym świetle krytyka byłego następcy tronu jest jakoś tam zrozumiała. Jednak z krytyką Konfucjusza sprawa jest nieco zawiła. Konfucjusz żył na przełomie szóstego i piątego wieku przed naszą erą, a jego myśl stała się podstawą filozofii chińskiej. Posłuszeństwo syna ojcu, a obywatela władzy to idee konfucjańskie. Nie wchodząc w szczegóły można powiedzieć, że konfucjanizm stał się w ciągu kilku tysięcy lat czymś oczywistym w życiu każdego Chińczyka. Tak więc "krytyka Konfucjusza" nie dotyczyła wcale jego samego, tylko pewnych jego "niepostępowych" idei, które pomimo wszystkich zmian wciąż miały się w Chinach dobrze, a które nie odpowiadały wizjom Mao Zedonga. Krytykując Konfucjusza popierano dla równowagi równie starą szkołę filozoficzną legalistów (używa się też nazwy "legistów"), czyli ruchu, który utrzymywał, że obowiązkiem każdego jest przestrzegać wszystkich praw wydanych przez władzę, nie próbując dokonywać ich moralnej oceny. Dla każdej władzy myśl idealna. Tak więc sprawa wydaje się teraz banalnie czytelna. Jak zwykle w tamtych stronach poprzez tę kampanię władza mogła zaatakować kogo tylko chciała, a chciała rozprawić się głównie z wrogami Bandy Czworga, która wówczas przejęła już faktycznie rządy. Jako jedno z głównych narzędzi walki obrano dyskusję nad dość klasycznym dziełem literackim "Opowieści znad brzegów rzeki", którego akcja działa się w XII wieku (banici pod wodzą Song Jianga formują armię, zostają ułaskawieni przez cesarza i biją się za umiłowane Chiny z najeźdźcami i rebeliantami). To jedna z czterech głównych powieści chińskich, licząca sobie (według różnych redakcji) od 100 do 120 rozdziałów. Teraz wykorzystywano tę czternastowieczną powieść do walki politycznej. Dodatkową sprawą, którą chciano załatwić poprzez tę kampanię, było przyznanie racji poglądowi historycznemu Wielkiego Sternika, jakoby wszelkie znaleziska archeologiczne przemawiały za poglądem, że w historii Chin od zawsze istniał antagonizm pomiędzy postępowym chłopstwem (które co chwila buntowało się przeciw opresjom, opowiadając się rzekomo za legistami), a konfucjanizmem i feudalizmem - stąd kampania krytyki i walki. Kres takim działaniom położyło dopiero aresztowanie Bandy Czworga po śmierci Przewodniczącego.

Na nieszczęście władzy w lipcu 1976 zdarzyło się w Chinach straszne zdarzenie - trzęsienie ziemi niedaleko Pekinu. Zginęły w nim, niestety, setki tysięcy ludzi. W Chinach wierzy się powszechnie od tysiącleci, że takie zdarzenia są to znaki od Niebios mówiących aluzyjnie, że mandat dla władzy zostaje cofnięty za jej niegodziwości. Oczekiwano więc powszechnie jakiegoś wyjątkowo ważnego wydarzenia, czegoś wręcz przełomowego. No i faktycznie - 9 września 1976 zmarł Wielki Sternik, Przewodniczący Mao Zedong. Skończyła się pewna epoka (Chińczycy, z ich zdolnością do łatwego komplikowania rzeczy najprostszych stwierdzili, że ocena Wielkiego Sternika nie może być jednostronna - według nich 30% rzeczy, których dokonał, było złych, zaś 70% - dobrych). Swoim następcą Mao wyznaczył mało znanego działacza partyjnego, Hua Guofenga, który do tej pory nie należał do ścisłego kierownictwa. Po latach triumfu Bandy Czworga (w okresie ostatnich lat życia Mao Zedonga) do władzy doszli teraz jej wrogowie, którzy wdowę po Przewodniczącym (i jej kumpli też) zaaresztowali (październik 1976), nieśpiesznie osądzili (1980-1981) i osadzili w więzieniu (opinii publicznej zaaplikowano wówczas mnóstwo plakatów z hasłem "W zdecydowany sposób odrzucić antypartyjną klikę Wang - Zhang - Jiang - Yao"). Konkretnie rzecz ujmując mocą wydanego wyroku (styczeń 1981) Jiang Qing i Zhang Chunqiao zostali skazani na karę śmierci (którą zamieniono później na dożywocie), Wang Hongwen od razu na dożywocie a Yao Wenyuan na 20 lat więzienia. (Jiang Qing popełniła w więzieniu samobójstwo w maju 1991. Zhang Chunqiao miał więcej szczęścia - najpierw w 1997 zamieniono mu wyrok na 17 lat odsiadki, w 1998 roku został zwolniony z więzienia z powodów zdrowotnych i siedem lat później zmarł sobie na wolności w Szanghaju na raka trzustki. Wang Hongwen zmarł w 1992 w szpitalu więziennym na raka wątroby. Yao Wenyuan został zwolniony z więzienia w 1996 roku, resztę życia spędził w Szanghaju, gdzie zmarł na cukrzycę w roku 2005.) Do głosu doszli ludzie dążący do, ostrożnych z początku, zmian. Mówi się zwykle, że okres 1978-1988 to reformy Deng Xiaopinga. Nie mam zamiaru ich tu opisywać, bo sądzę, że przeciętny Polak wiele o nich słyszał. Poza tym ten cykl, zamierzony z początku na kilka stron (maksymalnie dwa teksty blogowe), trochę mi się rozrósł. Tak więc po tym krótkim wstępie czas teraz na zajęcie się opieką medyczną w Chinach w latach 1949-1976. I temu będzie poświęcony kolejny tekst. Tymczasem można ponapawać się plakatami z okresu Rewolucji Kulturalnej.

Już tak dla przyzwoitości przypomnę to, o czym mówiłem raz na samym początku - że przy pisaniu tych jedenastu odcinków posiłkowałem się siecią oraz posiadaną w prywatnej bibliotece poważną książką, bo sam bym przecież tylu szczegółów nie spamiętał, a ten okres nie jest moim ulubionym. To główne źródło to: John King Fairbank "Historia Chin", Wydawnictwo Marabut, Warszawa - Gdańsk 2004.

O wpływie sytuacji w Chinach na politykę rodzinną w latach 1949-1976 (część #1); 15.04.2015

Medycyna chińska jest w naszych, europejskich oczach, tak samo swoista, jak cała reszta Chin. Są nawet tacy ludzie, którzy będą utrzymywać, że zawiera w sobie cenne pierwiastki prawdy, dawno zapomniane przez, otumanione fałszywą pychą nauki, społeczeństwa zachodnie, które utraciły w ten sposób swoje związki z naturą. Moim zdaniem nie należy ich słuchać, bo to spośród nich wyszli tacy popaprańcy, którzy z wypiekami na policzkach słuchali o ponadczasowej roli feng shui w życiu każdego człowieka (mogę jeszcze zrozumieć chytrych oszustów, którzy swoje marne usługi w tej dziedzinie polecali za ciężkie pieniądze, ale już nie znajduję słów dla opisania ich naiwnych nuworyszowskich klientów, próbujących pokryć w ten sposób jakieś swoje uzasadnione kompleksy zaściankowości). Wreszcie - czy w chwili ciężkiej choroby ktoś z tych ludzi jechał w busz do północnego Kamerunu, żeby tam poddać się prawdopodobnie najlepszej na świecie medycynie znachorskiej (smarowanie krwią czarnej kury i plwociną umalowanego na różne wesołe kolory czarownika, połączone z szybkim zamawianiem rzuconego czaru, okadzaniem pękiem śmierdzących ziół, pluciem na ziemię i rozgniataniem tego bosą stopą), czy może jednak biegli w dyrdy do najlepszych lekarzy, gabinetów i szpitali na miejscu? Dlatego od samego początku mówię wyraźnie: spokojnie z tym uwielbieniem tego, co dalekie i malownicze, zwłaszcza w medycynie. Przyznaję przecież z łatwością, że sztuka leczenia u dzikich bywa oparta na jakichś racjonalnych podstawach nabytych przez nich niechcący przez tysiące lat, ale swoją efektywnością nie może mierzyć się z medycyną nowoczesną. Poza tym ich medycyna najczęściej oparta jest na zielskach rosnących tuż za kraalem albo za wigwamem (tylko w tych miejscach, gdzie sika wapiti albo okapi), a niewystępujących w ogóle w Europie, albo też na świeżych kupach żółwi, które, co poradzić, są endemiczne i też ich u nas nikt nigdzie nie spotka. Wystarczy też sobie przypomnieć, ile lat żyją średnio przedstawiciele tych ludów bliższych rzekomo naturze (i dlaczego tak krótko) i zapytać, dlaczego w chwili prawdy tak wielu z nich decyduje się iść kilka dni przez sawannę, trzymając w dłoniach wylatujące z rozdartego brzucha trzewia, do najbliższej misji chrześcijańskiej z nadzieją, że medycyna kolonizatorów jakoś im dopomoże, zamiast z dumą czekać w kolejce do swojego czarownika pozostającego poza NFZ. Dlatego jestem dość sceptycznie nastawiony do dziecinnie euforycznego podchodzenia do medycyny ludowej, czy medycyny odległych plemion. Dotyczy to także, żeby nie było niedomówień, tradycyjnej medycyny chińskiej, którą uważam za jedno wielkie szamaństwo.

Jak się jednak nie ma tego, co się lubi, to się przecież lubi, co się ma. Co ma niby zrobić tubylec, który do nowoczesnej medycyny ma trzy dni przez dżunglę? Radzi sobie, jak potrafi i nawet czasem mu wyjdzie. A nawet jeśli stryj Fununumu odejdzie, to i cóż? Bratanek będzie w ważkich chwilach kładł sobie jego czaszkę pod głowę, żeby duch mądrego stryja spływał nań nocą, służąc radą w prawdziwej potrzebie. Poza tym, niech przypomnę, połowa działań prozdrowotnych u ludów pierwotnych i postpierwotnych polega na odganianiu oraz odwracaniu różnorakich klątw, czarów i złych duchów. Ewentualnie na znalezieniu i zatłuczeniu osób winnych nałożonemu na nas czarowi. Lub też na polowaniu na albinosów, żeby z ich skóry, zębów i kości zrobić fetysze i gri-gri dobre na czary. Tak, bez żadnego cienia wątpliwości tradycyjna medycyna ludów pozaeuropejskich może być bardzo ciekawa i pomocna w życiu. A jednak dobrze pamiętać o tym, że w samej Europie swoje oczy zwracają na nią dwie grupy ludzi. Pierwsza to ci, którzy nie mają już żadnej nadziei i czepiają się każdej możliwej okazji, żeby odpędzić widmo śmierci. Medycyna osądziła ich jako letalne przypadki beznadziejne i wskazała, jako osobnikom terminalnym, hospicja, by tam godnie odeszli. A tu pojawia się jakucki szaman, albo inny oszust, który, z kolei, twierdzi z miedzianym czołem, że leczy seksem tantrycznym, ale z przyczyn doktrynalnych jedynie młode kobiety. To co im szkodzi, skoro oficjalnie i tak położono na nich krzyżyk? Druga to ludzie bogaci, cierpiący na totalny Arschvoll, a przy tym szczególnie wyczuleni na głos swego organizmu. Oni już wszystko widzieli i poddawali się wszelkim dostępnym, nawet za horrendalne pieniądze, badaniom, a prawie co dzień, gdy wstaną, to czują w lewym przedramieniu takie jakieś jakby uporczywe swędzenie; zwykle przez 10 do 12 sekund. I co to może być? A najpoważniejsi luminarze nauki nie potrafili ulżyć ich cierpieniu. No to może zaprosić na specjalne spotkanie, tylko dla jednego pacjenta (a kto bogatemu zabroni), tego cudotwórcę z Celebesu, który jest właśnie na tournée w naszym kraju i bada przez palpację płatka ucha, koniecznie dwie minuty po zjedzeniu mieszaniny ze sproszkowanej guawy i soku z karalucha?

Przyznaję, że trochę zniosło mnie z głównego nurtu tematu, ale teraz już obiecuję, że kolejny tekst będzie poświęcony tylko i wyłącznie leczeniu w Chinach. Po tym krótkim wstępie przechodzimy więc śmiało do rzeczy.

O wpływie sytuacji w Chinach na politykę rodzinną w latach 1949-1976 (część #2); 16.04.2015

Pięć jest Chinach liczbą szczególną, bo według tamtejszych ludzi właściwie dokładnie wszystko da się poukładać na pięć kupek. Przede wszystkim jest pięć elementów, z których można posklejać wszystko inne. Można, oczywiście, spotkać odmienne tłumaczenia z chińskiego (bo tu zawsze mamy do czynienia z tłumaczeniami, ale musimy się przyzwyczaić do smutnej myśli, że raczej nie będziemy czytać w oryginale). Tak więc, równie dobrze spotkamy się ze stwierdzeniem, że chodzi o "pięć żywiołów" lub o "pięć pierwiastków". Wyliczmy je: drewno, ogień, ziemia, metal, woda. Pomiędzy nimi zachodzą specyficzne zależności, a przede wszystkim dwa cykle: tworzący i niszczący. O co chodzi? Ano, spójrzmy tylko: według Chińczyka drewno rodzi ogień, a ogień rodzi ziemię. Idąc dalej: ziemia rodzi metal, a ten, z kolei, wodę. Z wody powstaje drewno i cykl tworzący właśnie się zamknął. A teraz na odwrót: woda gasi ogień. Ogień niszczy metal, a metal ścina drewno. Z kolei drewno niszczy ziemię, a ziemią można zasypać ogień. I znowu mamy cały cykl: cykl niszczący. W każdym mamy po pięć tych samych elementów.

Tym elementom można w myśl chińskiego rozumienia świata przypisać dosłownie WSZYSTKO. I tak, gdy weźmiemy kwestię planet, to mamy ich przecież pięć (a przynajmniej Chińczycy uważali, że jest ich pięć). To przypisanie planet do elementów jest następujące: Drewno (Jowisz), Ogień (Mars), Ziemia (Saturn), Metal (Wenus) i Woda (Merkury). Prawda, że łatwe? Ale też tak samo do pięciu elementów można dołączyć inne sprawy, nie stawiając sobie żadnych ograniczeń. Niektóre z nich opiszę bez komentarza:

Materiały: Drewno (wiatr, dźwięk, wilgoć, powietrze, minerały, energia życiowa, tusz, kwas, rozum, guma, papier, rośliny, trucizna, statyka, wosk, węgiel, zdrowie, przestrzeń), Ogień (ciepło, światło, lawa, mydło, promieniowanie, iskry, plama, krochmal, wybuchy, gwiazdy, krew, spalanie, płomień, olej, szkło, słońce, duch), Ziemia (glina, skała, pył, piasek, błoto, energia, materia, puder, przestrzeń, cukier, ciemność, dym, popiół, przyciąganie, mięśnie, wstrząsy, krzem), Metal (chmury, magnetyzm, rdza, mleko, czyste metale, czysta woda, świeży śnieg, mróz, stopy metali, kryształ, kucie) i Woda (morze, żwir, deszcz, burze, para, płyn, mgła, szlam, muł, diament, sól, czas, ciśnienie, księżyc, lustro, kość, cień).
Kolor: Drewno (zielony), Ogień (czerwony), Ziemia (żółty), Metal (biały) i Woda (czarny).
Kształt: Drewno (prostokąt), Ogień (trójkąt), Ziemia (kwadrat), Metal(okrągły) i Woda (łuk).
Kierunek świata: Drewno (wschód), Ogień (południe), Ziemia (środek), Metal (zachód) i Woda (północ).
Istota niebiańska: Drewno (Czarny Smok), Ogień (Cynobrowy ptak), Ziemia (Żółty smok), Metal (Biały tygrys) i Woda (Czarny żółw).
Faza księżyca: Drewno (Nów yang), Ogień (Pełnia yang), Ziemia (Równowaga yin/yang), Metal (Nów yin) i Woda (Pełnia yin).
Kierunek lub ruch: Drewno (ekspansywny i zewnętrzny), Ogień (wznoszący), Ziemia (stabilizujący - reprezentuje harmonię), Metal (zapadający się i wewnętrzny) i Woda (opadający).
Pora roku: Drewno (wiosna), Ogień (lato), Ziemia (późne lato), Metal (jesień) i Woda (zima).
Klimat: Drewno (wietrznie), Ogień (gorąco), Ziemia (wilgotno), Metal (sucho) i Woda (zimno).
Rozwój: Drewno (kiełkujący), Ogień (kwitnący), Ziemia (dojrzewający), Metal (usypiający) i Woda (śpiący).
Cechy: Drewno (idealizm, spontaniczność, ciekawość), Ogień (pasja, intensywność), Ziemia (bycie przyjemnym, uczciwość), Metal (intuicja, racjonalność, umysł) i Woda (erudycyjność, przedsiębiorczość, dowcip).
Emocje: Drewno (złość), Ogień (szczęście), Ziemia (miłość), Metal (smutek) i Woda (strach, obawa).
Organy yin: Drewno (wątroba), Ogień (serce, osierdzie), Ziemia (śledziona, trzustka), Metal (płuca) i Woda (nerki).
Organy yang: Drewno (pęcherzyk żółciowy), Ogień (jelito cienkie, trzy podgrzewacze [san jiao]), Ziemia (żołądek), Metal (jelito grube) i Woda (pęcherz).
Organy zmysłów: Drewno (oczy), Ogień (język), Ziemia (usta), Metal (nos) i Woda (uszy).
Części ciała: Drewno (ścięgna), Ogień (puls), Ziemia (mięśnie), Metal (skóra) i Woda (kości).
Płyny organiczne: Drewno (łzy), Ogień (pot), Ziemia (ślina), Metal (śluz) i Woda (mocz).
Palce: Drewno (wskazujący), Ogień (środkowy), Ziemia (kciuk), Metal (serdeczny) i Woda (mały).
Zmysły: Drewno (wzrok), Ogień (mowa), Ziemia (smak), Metal (powonienie) i Woda (słuch).
Smaki: Drewno (kwaśny), Ogień (gorzki), Ziemia (słodki), Metal (ostry) i Woda (słony).
Zapachy: Drewno (zjełczały), Ogień (przypalony), Ziemia (wonny), Metal (zgniły) i Woda (rozkładający się).
Okresy życia: Drewno (narodziny), Ogień (młodość), Ziemia (dorosłość), Metal starość) i Woda (śmierć).
Zwierzęta: Drewno (pokryte łuską), Ogień (upierzone), Ziemia (człowiek), Metal (pokryte futrem) i Woda (mające skorupę).

I tak dalej (bo wcale jeszcze nie wyliczyłem wszystkiego). Teraz trzeba sobie uświadomić, że te pięć elementów składa się z dwóch pierwiastków, działających w dwóch przeciwstawnych kierunkach, czyli z YIN i YANG. O co chodzi?

- YANG (dosłownie rozumiane jako "nasłonecznione miejsce, południowe zbocze (wzgórza), północny brzeg (rzeki), światło słoneczne") reprezentowane przez biel i Słońce oznacza siłę, aktywność, radość, ciepło i lato, symbolizuje męski aspekt natury, ekstrawersję oraz liczby nieparzyste; odpowiada jej dzień, niebo oraz dusza hún 魂. YANG symbolizuje ogień lub wiatr. Wszyscy urodzeni w parzystych latach.
- YIN (dosłownie rozumiane jako "zacienione miejsce, północne zbocze (wzgórza), południowy brzeg (rzeki), zachmurzenie, zaciemnienie") reprezentowane przez czerń i Księżyc oznacza bierność, uległość, smutek, chłód i zimę, symbolizuje żeński aspekt natury, introwersję oraz liczby parzyste; odpowiada jej noc oraz dusza po 魄. YIN symbolizuje woda lub ziemia. Wszyscy urodzeni w nieparzystych latach.

Wzajemne oddziaływanie YIN i YANG jest przyczyną powstawania i zmiany wszystkich rzeczy. To z nich dopiero powstaje pięć elementów [żywiołów, albo pierwiastków] (przypominam: ogień, woda, ziemia, metal i drewno), z których z kolei powstają wszystkie inne rzeczy. Wśród sił natury da się zauważyć stany YIN i YANG będące w ciągłym ruchu. Najważniejszym wykładem nauki o YIN i YANG jest Księga przemian 易经 (Yi jing; czasem pokutuje jeszcze stara forma: I Cing). W dodatku yang może zmieniać się w yin, a yin może zmieniać się w yang. Więcej - w yang znajduje się nieco yin, a w yin - nieco yang (wystarczy przypomnieć sobie flagę Korei Południowej, na której wyobrażone jest współistnienie yin i yang, otoczone przez trygramy). Nic nie jest stałe, a wręcz przeciwnie: trwa ciągła i nieprzerwana zmiana. A zauważyliście, że ciało Chińczyka jest zbudowane inaczej, niż ciała reszty świata? Nie? No to zastanówcie się, gdzie macie "trzy podgrzewacze". No i o co może chodzić z tymi dwoma rodzajami dusz (hun i po). Zapraszam do kolejnego odcinka. Powinien być strawniejszy, choć nie wiadomo, czy się uda.

O wpływie sytuacji w Chinach na politykę rodzinną w latach 1949-1976 (część #3); 17.04.2015

Kiedy się coś nieopatrznie powie lub napisze, to nie należy się dziwić, że rozmówca (czytelnik) chwyta za guzik i domaga się wyjaśnień. Zauważyłem, pisząc poprzedni tekst, że wprowadziłem tam pojęcia, które wcale nie muszą być powszechnie znane. A skoro tak, to czuję, że powinienem przerwać na chwilę mozolną podróż w kierunku tradycyjnej medycyny chińskiej i najpierw je dobrze wyjaśnić. Chodzi o: duszę hun, duszę po, trygramy oraz chińską Księgę Przemian (Yi jing, znaną u nas też jako "I Cing").

Najkrócej rzecz ujmując, w tradycyjnej filozofii i religii chińskiej człowiek miał mieć kilka dusz, a co najmniej dwie. Pewna gałąź taoistów uważała nawet, że razem było to dziesięć dusz - trzy dusze typu hun i siedem dusz typu po. Dusza hun miała być "duszą-chmurą", zaś dusza po "białą duszą", cokolwiek by to oznaczało. Dusza hun śmierci szła do niebios, zaś dusza po była nierozerwalnie związana z ciałem i szła z nim po śmierci do ziemi. Jeśli ktoś chciałby wiedzieć o tych sprawach tyle, co każdy, to powinien poświęcić z kwadransik lub dwa na czytanie tego artykułu w wikipedii (niestety, dostępne tylko po angielsku).

Trygramy to sprawa iście banalna. Narysujcie sobie trzy poziome kreski, równej długości, jedna nad drugą. Właśnie zbudowaliście najprostszy trygram ☰. A teraz wyobraźcie sobie, że kreska może być ciągła albo przerwana w środku swej długości. No i tu pojawia się już więcej możliwości - wszystkie kreski mogą być przerwane ☷, tylko jedna z nich będzie przerwana (albo najwyższa ☱, albo środkowa ☲, albo najniższa ☴), a pozostałe dwie - ciągłe; tylko jedna będzie ciągła, a dwie z nich będą przerwane (górna i dolna ☵, dwie górne ☳, dwie dolne ☶). Razem utworzy się w ten sposób osiem możliwych, różniących się od siebie trygramów. Chińczyk nazwie je "八卦 - bagua", czyli "osiem symboli". Każdy z nich ma swoją nazwę, do każdego jest przypisane mnóstwo różnych znaczeń, ale tym razem nie chcę już zanudzać czytelników tak, jak to uczyniłem przy pięciu elementach. Jeżeli ktoś czuje, że musi wiedzieć więcej, to niech zajrzy tutaj (też po angielsku), a otrzyma wiedzy w nadmiarze. Dla naszych potrzeb wystarcz zapamiętać, że trygramy mają swoją rolę w naukach Dalekiego Wschodu: filozofii, idei pięciu elementów, feng shui, tradycyjnej medycynie, astronomii, astrologii, geografii, sprawach rodziny i w ogóle we wszystkim, czego można się tknąć.

Gdyby ktoś wpadł na taki pomysł (a właśnie na Dalekim Wschodzie wpadł), żeby poskładać do kupy po dwa trygramy jeden nad drugim, to może zbudować tabelkę na podobieństwo tabliczki mnożenia. W górnej linii osiem trygramów, które będą górną częścią heksagramu, a po lewej stronie te same osiem trygramów, które będą dolną częścią heksagramu. Na przecięciu wiersza i kolumny trzeba wpisać (wrysować?) wynik: najpierw trzy linijki trygramu górnego, a później (tuż pod nim, żeby tworzyły jeden ciąg kresek bez odstępu pomiędzy trygramami) trzy linijki trygramu dolnego. W ten sposób otrzyma się razem 64 heksagramy, czyli symbole składające się z sześciu linii. No i po staremu niektóre z tych linii będą ciągłe, a niektóre przerwane. Każdy heksagram ma swoją nazwę i specyficzny opis, ale o tym za chwilę.

Azjata z Dalekiego Wschodu wierzy sumiennie, że te 64 heksagramy opisują wszystko: co było, co jest, co będzie. Czyli, że wiedza o nich pozwala na dobre i wydajne wróżenie. A wynika to z jego postrzegania świata, które chyba należałoby nazwać holistycznym. Uważa on bowiem, że świat jest całością i że pewne sytuacje tworzą powtarzalne, charakterystyczne konfiguracje jego części. Czyli że pewne, bardzo konkretne sytuacje zawsze wymuszają pewne konkretne szczegóły całości. No i, dochodząc do praktycznych wniosków - pewne czynności wróżebne, które możemy sobie sami wykonać będą ściśle zależeć od porządku wyższego wymiaru. Jeżeli potrafimy sobie powróżyć poprzez rzucanie gałązek krwawnika lub rzuty monetą, to przecież ich ułożenie MUSI być całkowicie uzależnione od spraw wielkich, bo nawet taki szczegół jest w tym sposobie rozumienia świata ściśle określony i niezmienny (nie znaczy to, że zawsze w chwili, gdy zachodzi w świecie zdarzenie X, to musi także zajść pewne szczególne ułożenie gałązek krwawnika, bo te same się przecież nie układają; gdyby jednak w chwili zdarzenia X sprawdzać położenie gałązek, to zawsze i bez żadnego odstępstwa musiałyby się ułożyć w taki sam sposób, czyli ich konfiguracja istnieje jako pewne zachowanie potencjalne, a ściśle uzależnione od zdarzenia X). Tak więc, jeśli potrafimy właściwie odczytać układ tych gałązek krwawnika podczas wróżenia, to tak samo dobrze będziemy potrafili określić interesujące nas sprawy większej wagi, ściśle przecież związane z takim, a nie innym układem gałązek. A te układy wszechświata opisują właśnie heksagramy, zebrane do kupy i opisane w tak zwanej "Księdze przemian" (Yi jing). Banalne, prawda? (Kroplą piołunu w tej misce miodu musi to, że dostępne u nas "Księgi przemian" są jedynie tłumaczeniami i, podobno, dość znacznie różnią się od siebie; może warto uczyć się chińskiego).

Podchodząc do wróżenia tradycyjnie brano specjalne pudełko zawierające 50 wysuszonych łodyżek krwawnika o tej samej długości. Odkładano jedną, a pozostały pęk dzielono na chybił trafił na dwa mniejsze. Później powtarzano tę czynność kilkukrotnie, a ja nigdy nie znalazłem w sobie dość hartu ducha, żeby zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi i w jaki sposób dochodzi się do konkretnego symbolu. Za to muszę teraz przeprosić wszystkich czytelników, że niby coś im obiecuję, a jak przyjdzie co do czego, to okazuje się, że jestem nieukiem. Duibuqi (对不起). Za to mogę im powiedzieć dokładnie, jak wróżyć sobie za pomocą monety, więc będzie nawet łatwiej, bo niby skąd teraz wziąć krwawnik? Bierzemy zatem monetę i ustalamy, która strona jest reszką, a która orłem. Rzucamy i patrzymy. Jeżeli orzeł, to zapisujemy na kartce 3, a jeżeli reszka to 2. Powtarzamy czynność trzykrotnie i dodajemy osiągnięte wyniki. Możemy wówczas mieć następujące sumy:

- 9 (tak zwany "stary yang" albo "duży yang"), czyli linia ciągła,
- 8 ("stary yin" albo "duży yin"), czyli linia przerwana,
- 7 ("młody yang" albo "mały yang"), czyli linia ciągła i wreszcie
- 6 ("młody yin" albo "mały yin"), czyli linia przerwana.

Rysujemy taką linię, jaka nam z trzykrotnego rzucania monetą wyszła. Teraz powtarzamy tę czynność (trzy rzuty i narysowanie kolejnej linii) jeszcze pięć razy, pamiętając, żeby każdą kolejną linię rysować ponad dotychczasowymi. W ten sposób linia na samym dole jest linią pierwszą, ta trochę wyżej - drugą i tak dalej, aż do najwyższej - szóstej. Stworzyliśmy właśnie pierwszy heksagram, który w sposób doskonały opisuje obecną chwilę dotyczącą naszego pytania, które zadaliśmy sobie zaczynając wróżenie. Odszukujemy go w tabeli i idziemy do właściwego opisu w "Księdze przemian". Teraz wydzielamy z niego dwa trygramy: górny (linie 5, 4 i 3) oraz dolny (linie 4, 3 i 2). Składamy je do kupy i uzyskujemy heksagram drugi. Przedtem jednak patrzymy, czy któraś z linii była typu "duży" (albo "stary"), w których wewnętrzne napięcie jest tak wielkie, że za chwilę po prostu MUSZĄ zmienić się w swoje przeciwieństwo. Jeśli tak, oznacza to, że nasz drugi heksagram jest niestabilny i trzeba jeszcze znaleźć jego odpowiednik "po przemianie" (może się jednak zdarzyć i tak, że wszystkie linie będą stabilne i tego kolejnego heksagramu nie uzyskamy, bo nie będzie z czego). Przemiany dokonujemy banalnie, zamieniając te linie "dużych yin i yang" na linie przeciwnego typu (jak była ciągła, to rysujemy w to miejsce przerwaną, a jak przerwana, to ciągłą). I uzyskaliśmy w ten sposób trzeci heksagram. Też odszukujemy go w tabeli i idziemy do właściwego opisu w "Księdze przemian". No, to już coś i będzie o czym czytać. A właściwie nie czytać, bo czytać to można drapiąc się od niechcenia po pośladkach - wróżący dokona bowiem z całą powagą i skupieniem analizy heksagramów. Tu muszę rozczarować tych czytelników, którzy sądzą naiwnie, że na pytanie "co robić?" uzyskają jasną i klarowną odpowiedź typu: "zmienić pracę, bo ta za pół roku się rozpadnie; kupić psa; wepchnąć stryja Janusza do krokodyli (Egipt)". Nic z tych rzeczy! Teksty w "Księdze przemian" napisane są językiem usytuowanym pomiędzy enuncjacjami Pytii Delfickiej oszołomionej ziołem, a Ezopem, unikającym szczegółów jak ognia. To już tylko tak, z obowiązku, niechętnie zacytuję część informacji dotyczącej heksagramu numer jeden. >>Niebo nad niebem: ruch pełen potęgi. Człowiek szlachetny staje się wywyższony. Tworzący przynosi najwyższe szczęście. Korzystna jest stałość. Ukryty smok. Nie działać. Smok pojawia się na łące. Korzystne jest spotkać wielkiego człowieka. Człowiek szlachetny jest twórczy przez cały dzień. Nadchodzi wieczór: jego umysł jest opanowany troską. Niebezpieczeństwo. Bez winy. Chwiejny lot nad głębinami. Bez winy. Latający smok na niebie. (...)<< (Korzystałem z posiadanego spolszczenia dokonanego przez pana Oskara Sobańskiego).

Nic więc dziwnego, że interpretacja wykładni wyroczni mogła być bardzo różna i wiele zależało od inwencji i doświadczenia wróżbity. Dość jednak przesądów światło ćmiących. Następnym razem już równym krokiem pójdziemy w medycynę, bo źle się czuję opisując coś, co sam uważam za banialuki.

O wpływie sytuacji w Chinach na politykę rodzinną w latach 1949-1976 (część #4); 18.04.2015

Poprzednio zapoznaliśmy się dość ogólnie z chińskim systemem postrzegania świata w którym pewną cząstką jest człowiek. Rozumiem, że wystawiło to cierpliwość czytelników na potężną próbę, ale sądzę jednak, że było to też korzystne dla ich wiedzy, bo dzięki temu łatwiej zorientować się w pokrętnym sposobie azjatyckiego myślenia. A przecież ten krótki kurs chińskiej filozofii i teorii otoczenia był jedynie prymitywnym wypunktowaniem ich niektórych głównych myśli. W dodatku wcale nie twierdzę, że ja znam go w sposób doskonały (nigdy nie ciągnęła mnie mętna woda), bo widzę, że przemawia przeze mnie europocentryczna ironia wobec innych ludów, być może przecież lepszych i mądrzejszych od mojego plemienia.

Ciało człowieka składa się z różnych elementów. W poprzednich tekstach zapoznaliśmy się z chińskim poglądem, że każdy organ jest jakoś tam powiązany zarówno z którymś z pięciu elementów, jak i z siłami yin i yang, które owe elementy tworzą. To przyporządkowanie decyduje o działaniach, które należy podejmować, gdy równowaga organizmu zostaje w chińskich oczach zachwiana. Teraz dobrze by było uświadomić sobie, że poszczególne organy są połączone specjalnymi kanałami, (ma ich być razem czternaście: dwanaście parzystych i dwa nieparzyste) którymi przepływa energia. I nic to, że nauka zachodnia nic nie słyszała o takich kanałach. Kto by tam przejmował się dzikimi, choćby nawet i zaawansowanymi technologicznie? Na tych kanałach znajdują się szczególne punkty, które mają wpływ na poszczególne składowe organizmu. Na niektórych kanałach jest ich tylko kilka (minimum to dziewięć), a na innych istne zatrzęsienie (maksimum to 67). Razem jest ich 693. Wielkość takiego aktywnego punktu ma się wahać od 0,2 do 5 milimetrów średnicy i Chińczycy będą się upierać, że dla specjalisty wymacanie ich jest sprawą banalną. Energia krąży po organizmie tymi kanałami i w różnych godzinach doby jej szczyty przypadają na różne organy. Dlatego należy być szczególnie ostrożnym, bo coś, co rankiem może leczyć konkretny organ, już po południu może mu szkodzić. I na odwrót. Warto jeszcze podkreślić, że nie działa tutaj zasada bliskości, to znaczy, że kiedy kłujemy punkty na palcu, to (najczęściej) wcale nie ten palec leczymy.

Może komuś przyda się wiedza, jak mu owa energia krąży po ciele? To akurat proste niczym włączenie światła elektrycznego, gdy stoi się przy przełączniku. Wszystkie organy wewnętrzne dzieli się na trzy grupy: organy nocne, organy dzienno-nocne i, dość wymyślnie, organy dzienne. Zacznijmy od tych nocnych. Gdzieś tak około 19:00 najwięcej energii jest w układzie moczowo-płciowym, między 21:00 a 23:00 przebywa ona w potrójnym podgrzewaczu (odmawiam wyjaśniania, co to jest - sami spytajcie Chińczyka), który opuszcza około 23:00. Później zaszczyca swoją obecnością pęcherzyk żółciowy i pozostaje w nim do mniej więcej 01:00. Na tym żegnamy organy nocne i przechodzimy do dzienno-nocnych. Teraz (03:00) wątroba i (05:00) płuca. No i już przeskakujemy do organów dziennych. O 07:00 jelito cienkie, o 09:00 śledziona, koło 11:00 serce, a o 13:00 jelito grube. I opuszczamy organy dzienne i znowu (po raz drugi w cyklu dobowym) wkraczamy w organy dzienno-nocne. Pęcherz moczowy nawiedza energia o 15:00, zaś nerki o 17:00. I adieu organy dzienno-nocne, bo około 19:00 powracamy do układu moczowo-płciowego, czyli że zatoczyliśmy cały, pełny cykl.

Teraz do rzeczy: na ciele istnieją obszary, w których ogniskuje się obraz całego ciała. Należą do nich: podbicie stopy i płatki uszu. Jeśli ktoś jest wykształconym w odpowiednich szkołach medykiem, ten wie, co i jak. W które miejsce ucha należy wbić igłę lub je potrzeć, żeby zadziałać na konkretny organ wewnętrzny. Wydaje się to wam szalbierstwem? Ani chybi jesteście z kręgu kultury pozachińskiej, bo prawdziwy Chińczyk nawet okiem nie mrugnie, uważając to za oczywistą oczywistość. On przecież wie, że jeżeli nacisnąć spód stopy 4,1 centymetra w dół od palucha, a 3,2 centymetra w lewo od wewnętrznego podbicia platfusa, to będzie się stymulować nadnercza. A kawałek w bok szyszynkę. A jeszcze obok ślinianki. I aortę. A kawałek dalej jądra. No i z czego się śmiejecie? Że to noga kobiety? No to wówczas chodzi o jajniki.

W dawnych, dawnych czasach żył sobie pewien człowiek, który poszedł na wojnę. Ta informacja, że chodzi o czasy nieomal prehistoryczne jest nad wyraz ważna, bo Chińczyk z szacunkiem traktuje sprawy odwieczne, za nic mając nowinki liczące sobie dwa tysiące lat. Tak więc, w baardzo dawnych czasach poszedł mąż ów na wojnę. Nie odznaczył się niczym szczególnym, bo ani nie był specjalnie ważny, ani też specjalnie odważny. Co więcej - miał już swoje lata i strzykało go to tu, to tam. No i na jego nieszczęście zagwizdało i dostał strzałą, i zniesiono go z pola bitwy, i trafił do szpitala polowego. Postrzał nie był jakiś tam bardzo groźny, więc się żołnierz prędko wylizał, nawet w szpitalu armijnym, który służy głównie do tego, żeby lekarze wojskowi też mogli się dorobić i poznać anatomię na otwartych ciałach. Ale ważne było coś innego - od chwili zranienia pozbył się uporczywych bólów głowy, na które cierpiał od zawsze. Powiedział o tym lekarzowi, a ten rozpoczął natychmiast studia zależności pomiędzy charakterystycznymi punktami na ciele człowieka, a stanem jego zdrowia. Tak ponoć wystartowała akupunktura. A później akupresura. A później coś, na co strach patrzeć, a co nie ma dobrego określenia po polsku. Po angielsku używa się słowa moxibustion (灸, jiu), co podobno odpowiada słowu "przyżeganie". Polega to na tym, że wbija się igłę do akupunktury w wybrany i dokładnie już od stuleci opisany punkt na ciele (dzięki czemu wie się dokładnie, na co się w organizmie pacjenta działa), a chwilę później zaczyna się ją podgrzewać, żeby ciepło spływało po igle do tego punktu. Można też dotykać tego punktu bezpośrednio nie igłą, ale specjalną, zapaloną trociczką z konkretnego typu ziół (dostępne są specjalne cygara piołunowe, chociaż zdaje się, że nie tylko z tego zielska). Nowoczesność dodała jeszcze jedną opcję - urządzenie na baterię, które emituje impulsy elektryczne, kierowane na właściwy punkt. Wszystkie te narzędzia poprawiają zdrowie pacjenta, pozwalając na lepszą cyrkulację zarówno krwi, jak i qi. A co to znowu za cholera, to "qi"?

Tu pozwolę sobie przytoczyć wiadomości z wikipedii in extenso: >>Qi (氣) o w filozofii chińskiej hipotetyczna energia życiowa, której manifestacją miałyby być zjawiska i procesy natury. W szczególności energia owa miałaby być silnie związana z siłami życiowymi natury i człowieka<<. Chodzi więc o ową energię, która pałęta się po ciele człowieka w hipotetycznych kanałach, przechodząc w ciągu doby z jednego organu w drugi.

Dalej wikipedia podaje bez żadnego zastanowienia chińskie bzdury, z całą powagą twierdząc, że: >>chiński znak 'qi' składa się ze znaku reprezentującego gotowany ryż (米) oraz znaku oznaczającego parę wodną (气), co wskazuje na podwójną, materialną i niematerialną naturę qi. Dosłownie pojęcie to oznacza więc "gaz" lub "eter", ale także "oddech". W filozofii chińskiej termin ten używany jest na określenie jednocześnie "życiowego tchnienia" i "kosmicznej energii". Jest to więc chińska odmiana idei fundamentalnej jedności człowieka i wszechświata. "Qi" oznacza także "intencje", "emocje", co obrazuje potoczny zwrot "shengqi" - "złościć się", który oznacza dosłownie "rodzić", albo "wydawać na świat qi", bowiem zagniewany człowiek nierzadko charakterystycznie dyszy (sic!)<<. Osoby przyzwyczajone do filozofii greckiej proweniencji ostrzegam tu przed filozofią chińską: moim zdaniem mętną, niejasną, nieprecyzyjną, wieloznaczną i zawsze gotową do dalszego komplikowania wszystkiego przy użyciu nieostrych pojęć. Może wystarczy już dziecinnego zachwytu Europy na chińskimi ideami filozoficznymi.

Na koniec czuję się w obowiązku przypomnieć, że akupunktury nie wolno stosować, gdy pije się alkohol, co raczej umniejsza jej rolę w ewentualnym zastosowaniu u nas. Zaciekawiło mnie też (przejrzałem posiadaną książkę o tym sposobie leczenia), że nie wolno jej stosować, gdy pacjent nosi ubrania z tworzyw sztucznych. No ciekaw jestem, skąd antyczny Chińczyk wziął te tworzywa sztuczne. W kolejnym odcinku przejdziemy wreszcie do rzeczy bardziej przyziemnych, ale przecież ważnych.


Poprzedni rozdział‚

Spis treści

Następny rozdział‚


© YPY - Strona utworzona i publikowana 28.04.2019