|
ZAPISKI CHIŃSKIE | |
O symbolach chwały na pewnej granicy; 06.03.2015
Tam, gdzie kończy się północno-wschodnie terytorium Mongolii (już poza tym krajem)
wiedzie trasa kolejowa łącząca Rosję z Chinami. Po stronie rosyjskiej stacją na granicy
jest Zabajkalsk (od 1929 do 1958 nosił nazwę Odpór, bo siły wrogie krajowi postępu i
pokoju nie spały), a po chińskiej Manzhouli. Zabajkalsk liczy sobie dzisiaj około
11.700 mieszkańców, zaś Manzhouli ponad 300 tysięcy, co już samo z siebie sporo
mówi o nierównym rozwoju tamtych ziem. Do 1930 roku pociągi z północy bez żadnych
przeszkód śmigały sobie aż miło w kierunku Władywostoku, ale w tym to roku wskutek
różnych nacisków Rosja Sowiecka zmuszona była sprzedać Japonii tak zwaną Kolej
Wschodniochińską
(Китайско-Восточная
железная дорога КВЖД,
biegnąca na ukos przez całą Mandżurię; do jej budowy dołożyło ręce wielu polskich
inżynierów). A Japonia natychmiast przebudowała tory z rozstawu bliskiego sercu
Rosjan (1.524 mm) na wymiar obowiązujący w całych Chinach (1.435 mm). Od tej
chwili każdy pociąg musi na granicy tracić kilka godzin na wymianę podwozi.
Z czasem przejście graniczne stawało się coraz ważniejsze, bo rosła wymiana handlowa
obu krajów. Dzisiaj ruch i odprawa celna są tam skomputeryzowane i zautomatyzowane,
więc sami Rosjanie przyznawali (prawda, w artykule sprzed czternastu lat, więc może
to już nieaktualne dane), że "w Rosji nie ma analogicznej stacji granicznej". No i
nie ma nic dziwnego w tym, że Rosja, lubująca się w namiętnym pokazywaniu swojej
siły zbudowała prawie na linii granicznej bramę triumfalną z ogromnym napisem "ROSJA".
Niech każdy wjeżdżający widzi potęgę i chwałę moskiewską, na wieki wieków amen (ciekawe,
że tamtejszemu bezhołowiu jakoś nie szkodziło, że orłowi odpadło jedno skrzydło,
fatalnie świadcząc w tak propagandowej budowli o reklamowanym kraju). Zapomnieli
jednak, biedacy, z kim mają do czynienia, kto w tej parze teraz rządzi i że z ich
hegemonii pozostały tylko smętne resztki. Wredni Chińczycy rozbudowali bowiem
natychmiast swoją bramę do wymiarów iście monstrualnych, przyćmiewając bezczelnie
rosyjskie urojenia. Ich wzajemny stosunek wielkości dobrze widać na tym zdjęciu.
To doskonała alegoria możliwości gospodarek Federacji Rosyjskiej i Chin, z
uwzględnieniem nieokiełznanego tupetu oraz wyraźnej chęci dominacji.
Bądźcie dzielni, Moskale, ucząc się chińskiego! To bardzo trudny język, ale zdaje
się, że nie macie już wyboru. Zwłaszcza w świetle działań waszych własnych władz,
które od jakiegoś czasu uparły się, żeby włazić smokowi pod ogon.
O palmie daktylowej i jelicie grubym wieprza; 20.03.2015
Zdarzyło się tak, że w trakcie dyskusji z Wachmistrzem o udzielaniu pomocy bliźnim
poruszyliśmy niechcący temat medycyny chińskiej, przez co nasza rozmowa skręciła
niespodziewanie na tak zwanych "bosonogich lekarzy". A to bardzo frapujący temat,
bo oni przez ładnych parę lat stanowili trzon chińskiej służby zdrowia na terenach
wiejskich (większość Chińczyków to chłopi). No i w wyniku tej rozmowy odkryłem nieznane
mi wcześniej szczegóły ich szkolenia. Podkreślić trzeba, że najczęściej zaledwie
kilkumiesięcznego, a prawie na pewno nie przekraczającego okresu roku. Dlaczego
akurat tak, skoro zwykle podstawowe wykształcenie lekarza trwa dobrych kilka lat?
To osobny temat i zapewniam, że wrócę do niego niedługo. Tymczasem, żeby czytelników
zaciekawić, chciałbym poinformować, że w wyniku pobieżnego, choć mozolnego poznawania
zakresu wiedzy bosonogich lekarzy (ja nic nie wiem ani o biologii, ani o medycynie)
jestem, między innymi, w posiadaniu chińskiego przepisu (a może wypada powiedzieć:
recepty?) zapewniającego ponoć uzyskanie całkowitej dożywotniej bezpłodności kobiety
w wyniku zażycia specyficznego dekoktu z korzeni palmy daktylowej i jelita grubego
wieprza (to jelito jest grube, a wieprz nie musi, jelito grube z chudego wieprza
byłoby tak samo dobre, jak jelito grube z grubego wieprza).
Jednak żeby móc dobrze zrozumieć zjawisko bosonogich lekarzy, politykę jednego
dziecka i pokrewne sprawy społeczne i medyczne najpierw trzeba by mniej więcej
wiedzieć co nieco o społeczeństwie chińskim i warunkach jego życia. Nie jest to
łatwe, bo Chiny są wewnętrznie bardzo zróżnicowane, a ich historia to przecież
długie wieki. Dlatego najprymitywniejsza próba zarysu wstępu do wprowadzenia w
te zagadnienia musiałaby liczyć kilka tomów. Praktycznie jest więc niemożliwe,
żebym to ja opisał wszystko gracko na moim blogu, bo nie mam na to czasu, nie
posiadając przecież żadnego grantu na propagowanie obcych kultur. Tak więc trzeba
sobie radzić inaczej. Założyłem wstępnie, że każdy coś tam o Chinach wie. W dodatku
wie tyle, ile uważa za niezbędne (jedni trochę więcej, drudzy trochę mniej) - tak
ogólnie to wielkie państwo, bardzo ludne, miało wiele dynastii, no i tak ze sto
lat temu obalono tam cesarza, później trwały wojny z Japończykami, jeszcze później
wojna domowa, a wreszcie władzę zdobyli komuniści pod przywództwem Mao Zedonga.
Postanowiłem więc, że zajmę się historią Chin od tego właśnie momentu, bo, moim
zdaniem, żeby ze zrozumieniem czytać o powojennej chińskiej opiece medycznej
trzeba mniej więcej kojarzyć dzieje najnowsze. Spędziłem kilka dni przed wyszukiwarką,
a później wziąłem z półki grubą książkę (John King Fairbank "Historia Chin"),
poczytałem i w wyniku tej lektury napisałem 27 tekstów, każdy po 4-5 tysięcy słów.
Zwrócono mi jednak delikatnie uwagę (małżonka), że to chyba pewna przesada i z bólem
serca część skreśliłem. Teraz więc przez kilka tygodni będę zamieszczać odcinki
historii Chin w latach 1949-1976, żeby następnie (liczę, że w lipcu - sierpniu
tego roku) przejść płynnie do bosonogich lekarzy. Już dzisiaj zapraszam do lektury.
O ciągłych zmianach na lepsze zachodzących w Chinach w latach 1949-1976 (część #1); 24.03.2015
Pierwszego października 1949 roku Mao Zedong ogłosił z trybuny ustawionej na Placu
Niebiańskiego Spokoju w Pekinie powstanie Chińskiej Republiki Ludowej (filmik
pokazujący tę chwilę tutaj,
czas 4:20). Można tutaj zapytać, jak to się w ogóle stało, że w Chinach zwyciężyli
komuniści, skoro Guomindang (Kuomintang) pod przywództwem generalissimusa Jiang
Jieshi (Czang Kaj-szeka) miał od nich więcej wojska i broni, pomagał mu i ZSRR i
Stany Zjednoczone? Jak to ZSRR - zapytają czytelnicy? A tak - dzisiaj jakoś nie
chce nam się wierzyć, że Rosja Sowiecka, co prawda, podpisała 14 sierpnia 1945
traktat o przyjaźni i współpracy z Chinami, ale że nie były to komunistyczne Chiny
Mao Zedonga, tylko nacjonalistyczny rząd Czang Kaj-szeka, czyli właśnie ten bardzo
kąśliwie krytykowany później w krajach demokracji ludowej Guomintang (który
ostatecznie wylądował na Tajwanie i rządzi tam do dzisiaj). Dlaczego Stalin aż tak
się pomylił (i czy to była pomyłka) i czy Mao Zedong pamiętał to Moskwie przez
długie lata - to kolejne ciekawe pytania. A jednak nie padnie tu na nie odpowiedź,
bo tytuł ogranicza wątek do czasów po 1949 roku, a więc automatycznie obcina
wydarzenia wcześniejsze. Nie wykluczam, że najdzie mnie kiedyś ochota, żeby ten
temat rozwinąć, ale przecież niczego nie obiecuję.
Trzeba pamiętać, że Chiny tamtego czasu były państwem bardzo biednym, niezwykle
zniszczonym przez wojnę (okupacja japońska) i, w dodatku, stającym właśnie twarzą
w twarz z ostracyzmem międzynarodowym. Ludność liczyła sobie mniej więcej (bo były
to tylko oceny, a nie wyniki jakiegoś spisu powszechnego) 475-540 milionów mieszkańców.
Dokładność rzędu sześćdziesięciu pięciu milionów uzmysławia problemy tego kraju.
Nędza była powszechna, ale dobrze może przypomnieć, że wtedy na Dalekim Wschodzie
nędza ludu należała do rzeczy oczywistych.
Rozpoczęto modernizację i transformację kraju. Na pierwszy rzut oka dziwnymi metodami.
Oto bowiem pozostawiono na swoich stanowiskach urzędników guomindangowskich niskiego
szczebla, chociaż Guomindang był przez ostatnie lata wrogiem numer jeden. Okazało się
jednak, że nie ma na kim oprzeć biurokracji, więc trzeba posługiwać się tymi ludźmi,
którzy są pod ręką. Następnie rozpoczęto obliczanie pensji nie w pieniądzach, ale
w żywności, dzięki czemu oderwano je od inflacji. Ludzie na państwowych pensjach
wiedzieli teraz ile otrzymają oleju, ryżu, czy innego ziarna, niezależnie od tego,
ile te towary miałyby kosztować na czarnym rynku. Oni byli więc pewni, że, ubogo,
bo ubogo, ale jednak przeżyją, a państwo - że wszystko, co państwowe nie rozsypie
się w ciągu kilku dni. Państwo przejęło też, oczywiście, cały system bankowy.
Wiosną 1950 roku rozpoczęła się wojna koreańska. Stalin naciskał na władze chińskie,
żeby interweniowały, obiecując nawet wsparcie lotnicze. Pekin miał wówczas ciężkie
chwile, bo, z jednej strony, bał się zaogniania stosunków z U.S.A. (Hainan zdobywał
właśnie wówczas, bo od marca do maja 1950, późniejszy marszałek*] Lin Biao, a następny
miał być w kolejce Tajwan, zajęty przez siły uciekającego z kontynentu generalissimusa
Jiang Jieshi, czyli Czang Kaj-szeka), a z drugiej strony w ostatnich latach siły
komunistów chińskich walczących z Guomindangiem wspierały dwie dywizje koreańskie,
więc wypadałoby wykazać się teraz jakąś minimalną choćby wdzięcznością. Poza tym
do 1911 roku Korea była przez wieki państwem wasalnym wobec Chin, a to wiele znaczyło,
nawet w komunistycznych głowach w Pekinie, tym bardziej, że musiano tam niedawno
przełknąć porażkę oderwania się Mongolii. W październiku 1950 roku tak zwani Chińscy
Ochotnicy Ludowi przekroczyli graniczną rzekę Yalu, wkroczyli do Korei i, pod
dowództwem Peng Dehuaia (za cztery lata też zostanie, w uznaniu zasług, marszałkiem
ChRL), uderzyli na wojska amerykańskie wykonujące w Korei postanowienia ONZ-u,
odrzucając je mniej więcej na 38 równoleżnik. Było ich (tych chińskich ochotników)
na początku około dwustu tysięcy, a później ponoć 600 tysięcy do nawet dwóch milionów
(żadnych oficjalnych danych nigdy nie podano, ale szacuje się liczbę poległych tam
Chińczyków na 380-400 tysięcy ludzi). Kiedy doszło co do czego, Rosja Sowiecka
wycofała swoje obietnice o bezpośredniej pomocy, więc żadne rosyjskie lotnictwo
nie nadleciało do Korei, latając tylko i wyłącznie po chińskiej stronie granicy,
jako straszak na imperializm, a później "nie bliżej niż 100 km od linii frontu".
W dodatku ubogie Chiny musiały zapłacić ZSRR za dostarczony sprzęt: czołgi, działa,
karabiny, moździerze, granaty, amunicję itd. Tak to jest wierzyć bolszewikom i
taka wolta Moskwy zmieniła diametralnie wiarę nawet najżarliwszych chińskich
towarzyszy w celowość sojuszu z północnym sąsiadem. W dodatku powiało grozą, bo
głównodowodzący wojskami amerykańskimi generał Douglas MacArthur zażądał ponoć
prawa do uderzeń atomowych na Pekin, półwysep Shandong i Mandżurię (a także na
wybrane cele w azjatyckiej części ZSRR w przypadku, gdyby ten ostatni przystąpił
oficjalnie do wojny), więc zrobiło się rzeczywiście bardzo nieprzyjemnie. Kryzys
koreański umocnił też siły amerykańskie na Tajwanie i myśl o zdobyciu wyspy przez
siły komunistyczne stała się, od tej chwili, mało realna.
*] Marszałek - tak sobie to ważne stanowisko armijne tłumaczą dzicy z zagranicy.
Dla Chińczyków tymczasem jest to tytuł Yuan Shuai (元帥). W 1954 roku
przyznano go (jeden jedyny raz) w Chinach Ludowych hurtem od razu dziesięciu
weteranom, czyli najbardziej zasłużonym dowódcom armii. Byli to: Zhu De, Peng Dehuai,
Lin Biao, Liu Bocheng, He Long, Chen Yi, Luo Ronghuan, Xu Xiangqian, Nie Rongzheng
i Ye Jianying. Nie przejmujcie się, że o większości z nich nic nigdy nie słyszeliście.
Warto może jeszcze wspomnieć, że gdy przed tym tytułem postawić znak da (大),
oznaczający "duży", "wielki", to wyjdzie Da Yuan Shuai (大元帥),
czyli "generalissimus" albo, jeśli ktoś woli "wielki marszałek". Nawet i tego było
jednak czułym na tytuły Chińczykom mało, więc wymyślili sobie coś jeszcze
zaszczytniejszego: Wielkiego Marszałka Armii i Marynarki Wojennej. Tym tytułem
obdarzyli tylko trzy osoby: Yuan Shikaia (1913), Sun Yatsena (1917) oraz Zhang
Zuolina (1927). O tym pierwszym pisałem już tutaj, drugi był ojcem Republiki Chińskiej,
który doprowadził do obalenia cesarstwa, zaś trzeci był praktycznie niezależnym
wojskowym władcą Mandżurii w latach 1916-1928, zabitym przez Japończyków w zamachu
bombowym (władzę po nim objął jego syn, Zhang Xueliang, który, co prawda, nie
nacieszył się nią długo, bo Mandżurię zajęli kilka lat później Japończycy. W
historii Chin zapisał się jednak autorstwem tak zwanego incydentu w Xi An,
kiedy to aresztował, prawda, że z pomocą jeszcze jednego kumpla - generała,
samego Czang Kajszeka i wymusił na nim zgodę na współpracę z komunistami Mao
Zedonga we wspólnej walce z Japończykami. Czang Kajszek [Jiang Jieshi] mu tego
nigdy nie zapomniał i trzymał go na Tajwanie w areszcie domowym od 1949 roku aż
do swojej śmierci w 1975. W 1993 roku bardzo już wiekowy Zhang Xueliang wyemigrował
na Hawaje, gdzie zmarł w Honolulu w 2001 jako sędziwy, budzący szacunek stuletni
starzec). A, z kolei, sam Jiang Jieshi (czyli Czang Kajszek) dostał w 1928 roku
jeszcze nieco inny chiński stopień wojskowy, który jednak tradycyjnie tłumaczy się
jako "generalissimus".
O ciągłych zmianach na lepsze zachodzących w Chinach w latach 1949-1976 (część #2); 25.03.2015
Wojna koreańska okazała się dobrą wymówką dla społeczeństwa, czemu to obiecany
dobrobyt nie nadchodzi i dlaczego wszystko trzeba reorganizować ("Przeciwstawić
się Ameryce, pomagać Korei"). Nowa władza zrobiła też na samym początku rzecz
niespotykaną. Uchwaliła prawo, że mężczyzna i kobieta są sobie równi. Że można łatwo
uzyskać rozwód. Że do zawarcia małżeństwa niezbędna jest wyrażona przed urzędnikiem
państwowym wola kobiety. Że nie należy mieć wielu kobiet. To była prawdziwa rewolucja
i sprzeniewierzenie się odwiecznej tradycji. Trzeba przyznać, że w początkowym okresie
w miastach zapanowała istna euforia, a ludzie faktycznie garnęli się do ideologii
komunistów. Na tej fali zakładano pospiesznie różne masowe organizacje: młodzieżowe,
robotnicze, kobiece, drobnej inteligencji itp. Umożliwiło to łatwą mobilizację
różnych grup społecznych w kolejnych kampaniach, które władza organizowała z podziwu
godnym zacięciem, co chwila ogłaszając kolejną.
W tak zwanym międzyczasie armia chińska zajęła jesienią 1950 roku Tybet. Mniej więcej
od tej chwili rozpoczęły się też liczne dysputy graniczne z Indiami, które stały na
stanowisku, że obowiązuje granica biegnąca według linii McMahona, zaś Chiny ową
linię odrzucały. Żeby zrozumieć szczegóły trzeba by cofnąć się aż do 1914, kiedy
to w podhimalajskim miasteczku Simla przedstawiciele Wielkiej Brytanii, Tybetu i
Chin dyskutowali nie tylko sprawy graniczne, ale także prawo do wpływów na terytorium
Tybetu. Ostatecznie przedstawiciel rządu Qingów odmówił podpisania tej umowy, co
nie powstrzymało pozostałych stron od złożenia swoich podpisów pod dokumentem końcowym.
Teraz (to znaczy w latach pięćdziesiątych XX wieku) Indie odnosiły się do tej
postkolonialnej spuścizny jako do pewnego istniejącego faktu, który jest lepszy od
kłótni, podczas gdy Chiny zdecydowanie podtrzymywały odmowę uznania granic wytyczonych
bez nich pół wieku wcześniej. Największe tarcia rozpoczęły się w okolicach Kaszmiru,
gdzie Pekin nakazał zająć sporne terytorium Aksai Chin, a chwilę później także
północno-wschodnią część Kaszmiru (czy może raczej Ladakhu, ale tu bym się nie kłócił).
To z tamtych lat datuje się sojusznicze traktowanie przez Chiny Pakistanu, który był
wyraźnie z Indiami skonfliktowany. W 1954 roku strony (to jest Indie i Chiny) doszły
jednak do porozumienia, granice pozostały w dużej mierze takie, jak chciały Chiny,
podpisano "Pięć zasad pokojowego współistnienia", a indyjski premier Nehru wołał
przed mikrofonem, że "Hindi-Chini bhai-bhai", co tłumaczy się jako "Indie i
Chiny są braćmi". Długo jednak owo braterstwo nie trwało, bo do wojny doszło zaledwie
osiem lat później.
Już w latach 1951-1952 przeprowadzono w Chinach dwie ogólnopaństwowe kampanie.
Pierwsza to była tak zwana Kampania Trzech Anty. Walczono z korupcją, marnotrawstwem
i biurokratyzmem wśród urzędników. W ten sposób przeprowadzono pierwszą czystkę
pomiędzy pozostawionymi na swoich stanowiskach drobnymi urzędnikami z Guomindangu.
Hasła były tak dobrane, że nikomu nie przyszło do głowy, żeby widzieć w tej kampanii
coś złego. Przeciwnie - wpasowała się ona świetnie w oczekiwania ludu, który od
niepamiętnych czasów miał wiele powodów, żeby niskich rangą urzędników nienawidzić
(wysokich rangą lud i tak nie znał). Kilka miesięcy później została ogłoszona druga
kampania - Kampania Pięciu Anty. Tu na celownik wzięto kapitalistów i burżuazję.
Celem były sprawy w Azji banalne: łapówkarstwo, kradzież własności państwowej,
unikanie płacenia podatków, oszustwa popełniane przy kontraktach dla państwa oraz
cokolwiek tajemnicza "kradzież państwowych informacji gospodarczych" (chyba
chodziło o szpiegostwo gospodarcze). To właśnie wówczas na forum wypłynął po raz
pierwszy niejaki Deng Xiaoping nawołując, by ludzie "nie zostali zepsuci przez
kapitalistyczny sposób myślenia". Stało się jasne, że państwo przestaje tolerować
wielką własność prywatną. Oficjalnie mówi się, że w tych kampaniach zginęło kilkanaście
tysięcy osób. Niewiele pomagały masowe autodenuncjacje, więc kilkadziesiąt tysięcy
bogatych ludzi popełniło samobójstwo (istnieją podejrzenia, że nie wszystkie były
tak naprawdę samobójstwami). W ten sposób państwo zaczęło kontrolować większe zakłady
i przejęło sporo kapitału, którego, jak każdy wie, nigdy dość, zwłaszcza, gdy trzeba
się modernizować w przyśpieszonym tempie, aby nie tylko doganiać, ale także przeganiać
innych.
Jednocześnie przeprowadzano najważniejszy w rolniczych Chinach proces - reformę
rolną. Nie była to sprawa błaha, skoro ponad 85% ludności (a może i więcej) mieszkało
na wsi, więc wszelkie postanowienia dotyczące własności ziemi mogły doprowadzić do
wybuchu. Tym bardziej, że w odróżnieniu od ludności miejskiej wieś chińska, pomimo
straszliwej biedy dużej części wieśniaków, była ostoją konserwatyzmu. Nie wchodząc
w szczegóły władza forowała teraz bezrolnych dzierżawców i małorolnych, a ich złość
kierowana była na wielkich posiadaczy ziemskich. Miały miejsce liczne ataki biedoty
na bogaczy (w obecności armii, która przeprowadzała pacyfikacje), wprowadzono
atmosferę terroru, w której egzekucje "wyzyskiwaczy" nie były niczym dziwnym. Ocenia
się ostrożnie, że zginęło w ten sposób kilka milionów ludzi. Z punktu widzenia zwykłych
ludzi nie było pewnie nic milszego, jak widzieć, że ktoś, kogo rodzina od pokoleń
robiła z zależnymi od niej finansowo wieśniakami wszystko, co chciała, łącznie z
zabójstwami opornych i porywaniem co ładniejszych dziewcząt na swoje konkubiny, że
taki ktoś stoi teraz spętany na głównym placu wioski i można go spokojnie opluwać,
kopać, bić, a w końcu zatłamsić, radując się jego płynącą krwią, wybitymi zębami,
skomleniem o litość i widoczną hańbą jako zapłatą za nasze własne cierpienia od
pokoleń. Co ciekawe, w tej fazie nie atakowano chłopów nieco bogatszych.
Rodzi się automatycznie pytanie: kogo uznawano tam za chłopów nieco bogatszych?
Tu może warto zacytować pana Jasienicę, który miał raz w życiu szczęście pojechać
jako korespondent do Chin w 1956 roku, co zaowocowało jego mało znaną książką
"Kraj nad Jangcy". To frapująca lektura, chociaż czasem jej autor wykazywał
się, zdaniem piszącego te słowa, pewną naiwnością, jeśli chodzi o oceny tego, co
w Azji widział. W rozdziale "Na zwrotniku" opisuje więc pan Jasienica swoją wizytę
w tamtejszym kołchozie, który, o dziwo, rzeczywiście był dla jego członków wielką
szansą życiową: "Wieś Hongcun leży przy bocznej szosie, czerwonej jak krew,
biegnącej nad kanałem wśród zieleni, której by pozazdrościł każdy park europejski.
Od stycznia 1956 roku jest tam spółdzielnia produkcyjna wyższego typu, powstała ze
zjednoczenia pomniejszych kooperatyw, a skupiająca trzy tysiące pięćset
osiemdziesięciu członków zamieszkałych w dziewięciuset trzydziestu pięciu zagrodach.
Na każdy dom przypada więc prawie czterech dorosłych, nie licząc dzieci. Ziemi jest
sześć tysięcy siedemdziesiąt mu*], co po naszemu oznacza niepełne trzysta siedemnaście
hektarów. A więc niedużo więcej niż jedna trzecia hektara na zagrodę". Wiele,
oczywiście, zależało od konkretnych liczb, zależnych, z kolei, od prowincji, jej
ilości mieszkańców i areału ziemi uprawnej, jednak staje się jasne, ze można było
w Chinach być uważanym za bogatego chłopa, gdy posiadało się 1,5-2 hektary ziemi.
W tej fazie nie musiało to być dla takiego potentata groźne, jednak nadchodziły już
zmiany - rząd postawił bowiem na kolektywizację. A skoro Pekin coś powiedział,
sprawa była tym samym zakończona i poza dyskusją.
*] Mu - tradycyjna jednostka powierzchni w Chinach. Według dostępnych w sieci danych
ustawa z 1915 roku określała zależność 1 mu = 614,4 m2, zaś prawo
Guomindangu z 1930 roku nieco inaczej: 1 mu = 666,67 m2 (1/15 hektara).
Dlatego zagadką jest, jak liczył pan Jasienica, że mu wyszło tak, jak wyszło
(1 mu = 522,2 m2, czyli 1/19 ha).
O ciągłych zmianach na lepsze zachodzących w Chinach w latach 1949-1976 (część #3); 27.03.2015
Zaczęło się dość niewinnie, bo od powstania zespołów wzajemnej pomocy. Dalej
położono nacisk na tworzenie rolniczych spółdzielni produkcyjnych. Takie
spółdzielnie miały, co prawda, przejmować ziemię i narzędzia poszczególnych chłopów,
ale zyski dzielono proporcjonalnie do wkładu, więc ci bogatsi dostawali więcej, niż
biedni członkowie, co zapobiegało protestom ze strony dwu- czy trzy-hektarowych
bogaczy. Odbieranie ziemi było sprawą marginalną i dotyczyło rzeczywistych nababów,
posiadających wciąż ogromne, jak na tamtejsze warunki, pola. Ziemie takiego obszarnika
parcelowano pomiędzy dotychczasowych dzierżawców i małorolnych, a ci, z reguły,
wstępowali do spółdzielni, uważając jednak, że ta ziemia jest ich. Wciąż dozwolone
było posiadanie ziemi i obrót nią. Rychło jednak wola nowego cesarza przeważyła.
A On życzył sobie, by kolektywizację przeprowadzić do końca, tworząc gospodarstwa,
w których ziemia należałaby w całości do państwa, zaś ludzie mieliby otrzymywać
wynagrodzenie niezależnie od tego, ile wnieśli do takiej spółdzielni. Do roku 1956
zakończono ten etap (powstały Rolnicze Spółdzielnie Produkcyjne), a w latach 1958-1978
spółdzielnie te nosiły już miano "zespołów produkcyjnych". Od 1958 brygady produkcyjne
składające się z wyżej wymienionych zespołów tworzyły tak zwane "komuny". Stworzono
w ten sposób nowoczesny, podległy państwu system zarządzania. Na plus (a może właśnie
ku hańbie) kraju trzeba dodać - największy system niewolniczo-pańszczyźniany na świecie.
W 1958 roku wprowadzono tak zwany system hukou (户口簿, czyli hukou bu), który obowiązuje
do dzisiaj; przynajmniej teoretycznie. Polegało to na tym, że każdy obywatel otrzymał
specjalny dokument - coś w rodzaju dowodu osobistego. Najważniejsze w tym wszystkim
było to, że zapisany tam adres zamieszkania dożywotnio przypisywał obywatela do
jego miejsca na ziemi i do typu wykonywanej pracy. W ten sposób komuniści chińscy
podzielili bezczelnie cały swój naród na "pracowników miejskich" i "pracowników
wiejskich". Zmiana hukou przez całe dziesięciolecia była praktycznie niemożliwa.
Co więcej, hukou było dziedziczne: dzieci chłopów automatycznie zostawały chłopami
i szlus. Te dokumenty trzymane były poza tym nie w domu, tylko w rękach miejscowej
władzy (w zarządzie spółdzielni, czy na policji), żeby jeszcze bardziej utrudnić
poruszanie. Młodszych czytelników może to zdziwi, ale ja pamiętam jeszcze doskonale
czasy, kiedy także w Polsce istniały dwa rodzaje paszportów: na kraje demokracji
ludowej (NRD, Czechosłowacja, Węgry, Rumunia, Bułgaria, ZSRR) oraz na pozostałe
kraje świata. No i ten drugi, umożliwiający wyjazd poza obóz postępu i pokoju trzymany
był obowiązkowo na milicji, gdzie można było składać korne prośby o wydanie go, zaś
państwowe bolszewickie sobiepaństwo MOGŁO nasz własny paszport nam przyznać, a równie
dobrze MOGŁO go odmówić, w dodatku nie podając powodu (a po co wy, właściwie, tak
chcecie do tej Francji jechać, obywatelu?). Osoby złapane w Chinach poza swoim
miejscem zamieszkania były karane, reedukowane i zwykle trafiały ciupasem do swojej
wsi, gdzie miejscowi aparatczycy utrudniali im życie, jak mogli. Nowe kadry dobierano
już zgodnie z obowiązującą od Szanghaju aż po Lipsk sowiecką regułą BMW (Bierny,
Mierny ale Wierny). Zapewne były od tej reguły wyjątki, ale dura lex sed lex.
Komunistyczna Partia Chin głosiła, że dzięki światłemu przywództwu Wielkiego
Sternika władza zapewnia dostawy nadwyżek zboża ze wsi po to, wy wyżywić miasta
produkujące dla dobra wsi. Rzeczywistość wyglądała nieco inaczej. Istniał już monopol
zbożowy i to państwo mówiło rolnikowi co i kiedy ma siać, a później zbierać, uważając
najwyraźniej, że chłop jest za głupi, żeby decydować o czymkolwiek, zaś urzędnik,
ten król stworzenia, wiedzieć musi. Państwo okazywało się też dobrym wujkiem z
Pekinu, który obniżył podatek rolny do zaledwie kilku procent wartości produkcji.
Po zbiorach (ryżu, pszenicy, czy innych uprawianych roślin) zespół czynił rozliczenia.
Wiedziano już było, ile czego zebrano. Z tego oddzielano (niewielką) część na podatek
rolny; oddawano go państwu za darmo. Następnie wydzielano tak zwane fundusze nie
podlegające podziałowi. Pierwszym funduszem było ziarno na zasiew w kolejnym cyklu
wzrostu (wcale nie na przyszły rok, bo w południowych Chinach stosuje się nawet trzy
zasiewy w roku). Drugim funduszem było ziarno przeznaczone na pasze dla hodowanych
zwierząt. Trzecim funduszem było ziarno przeznaczone na udział wszystkich wieśniaków
w zespole produkcyjnym w zamian za ich całoroczną pracę. Te przydziały były dodatkowo
skomplikowane przez to, że składały się z części stałej, zależnej od minimum życiowego
(żeby chłop z głodu nie zdechł, kiedy miał pracować dla dobra Chin) oraz jeszcze z
części zmiennej, zależnej od jego wkładu w pracę kolektywu oraz zaangażowania ocenianego
przez aparatczyków według specjalnej tabeli punktowej. No i muszę się przyznać, że
nie do końca jest dla mnie jasne jak zamieniano ten ostatni przydział na pieniądze
wypłacane ludziom; tego zwyczajnie nie wiem. Cała reszta okazywała się w dzielnie
rozwijanej nowomowie chińskiej "nadwyżką". A po co komu w komunizującym się kraju
nadwyżka? Dlatego nadwyżkę sprzedawano państwu po bardzo niskich, ale za to
gwarantowanych, cenach. Kruczek leżał w tym, że nad zespołem produkcyjnym istniała
cała piramida biurokracji władzy. Podobno aż sześciopoziomowa, ale nie starałem się
tego sprawdzić. No i, w ostatecznym rozrachunku, to nie zespół produkcyjny decydował,
ile ma nadwyżki, tylko dostawał niepodlegające dyskusji polecenia "z góry", ile ma
przekazać jako nadwyżkę (dokładniej o tym będzie trochę dalej). Rodziło to istotne
problemy (za mało ziarna władza pozwalała zostawiać na miejscu, a za dużo nakazywała
odesłać) i niezadowolenie. Co więcej - chłop, przyzwyczajony przez całe stulecia do
kręcenia, kłamstw i oszukiwania zwierzchności, niespecjalnie przejmując się hasłami
o lepszym, czerwonym życiu w cieniu sierpa i młota, prawie natychmiast przypomniał
sobie wszystkie te swoje kruczki i sztuczki, mające na celu umożliwienie przeżycia
jego i jego rodziny pomimo wszelkich przeciwności losu i niegodziwości władzy. Władza
nie odpuszczała, a chłop trwał w uporze, oficjalnie skandując wiernopoddańcze
banialuki. Gdy wreszcie towarzysz Mao Zedong odszedł z tego padołu do Wiecznie
Czerwonych Ostępów, poluzowano nieco politykę rolną, zezwalając na sprzedaż na
wolnym rynku tego, co chłop wyhoduje na dzierżawionej od państwa maleńkiej działce
przyzagrodowej. Okazało się wówczas, że produkcja rolna wzrosła wyraźnie, a widmo
głodu przepędzono. Czyli że można było od razu, tylko ideologia zaślepiła jeszcze
jednych czerwonych aparatczyków, bezczelnie pewnych siebie bardziej od Pana Boga.
O ciągłych zmianach na lepsze zachodzących w Chinach w latach 1949-1976 (część #4); 29.03.2015
Mieszkańców miast było w Chinach w roku 1949 podobno około 57 milionów. Jest to
wielkość niezwykle ważna, bo przecież komunizm to proletariat, a proletariat to
miasta. Dlatego sympatyków powinno ucieszyć niezmiernie to, że w roku 1957 mieszkańców
miast szacowano już na 100 milionów, bo popierano procesy urbanizacji. Jednak wspomnieć
trzeba, że Mao Zedong sprzeciwiał się przywódcom ZSRR (oraz Kominternowi, siedzącemu
tamtym w kieszeni, bo rezydującemu w Moskwie), odrzucając mechaniczne przenoszenie
doświadczeń europejskich (i radzieckich, bo trochę wątpliwe, czy Rosja to Europa;
tak wówczas jak i współczesnie), a wymagających aktywnej roli proletariatu w
organizowaniu ważkich rewolucyjnych wystąpień. A taki Józef Wissarionowicz w swoim
przemówieniu w Moskwie na kolejnym, którymś-tam plenum zwołanym dla uwielbienia
władzy sam wskazywał na pewną odrębność specyfiki chińskiej i na konieczność wzięcia
pod uwagę struktury ludnościowej tego kraju (czyli przewagi czynnika chłopskiego),
ale przecież jeszcze na tym samym wydechu dodawał po przecinku, że JEDNAK wskazana
byłaby współpraca chłopstwa z wiodącym "ku nowemu, lepszemu jutru" proletariatem.
Jakim to niby proletariatem? - wołał rozdrażniony Mao Zedong - skoro całe Chiny
mają z 500 milionów ludzi, a proletariatu będzie, jak dobrze pójdzie, z 15 milionów?
A 15/500 = 3% społeczeństwa to jednak trochę za mało, żeby na proletariacie budować
przyszłość rewolucji. Tym bardziej, że z braku proletariatu zaliczano do niego
każdego, kto utrzymywał się w mieście z pracy własnych rąk, a więc, na przykład,
właścicieli małych, jednoosobowych warsztatów mechanicznych, którzy pewnie zdziwiliby
się niepomiernie, gdyby im powiedzieć, że tworzą jakiś tam proletariat (według
nomenklatury chińskiej rewolucji - "proletariusze = ludzie nie posiadających
własności"), kiedy oni dorabiają klucze i są poważnymi ludźmi.
Zdecydowano więc, że trzeba stworzyć własny przemysł, zwłaszcza ciężki. Towarzysze
radzieccy obiecali pomóc - pomimo rozczarowania postawą ZSRR podczas wojny koreańskiej
Chiny nie miały innej możliwości pozyskania rozwiniętej technologii, więc przystały
na tę pomoc. Mało kto pamięta, że Guomindang też wcale nie planował, że Chiny wiecznie
będą krajem rolniczym. Wręcz przeciwnie, za czasów rządów Jiang Jieshi (czyli Czang
Kajszeka) powstała Komisja Zasobów Narodowych, która starała się objąć nadzorem, lub
choćby kontrolą, inwestycje przemysłowe w całym kraju. Po 1949 większość jej pracowników
pozostała na kontynencie i zadeklarowała chęć współpracy z nowym komunistycznym rządem,
bo cel był jeden - lepsze, rozwinięte Chiny. Nie można bowiem łatwo ulegać prymitywnym
stereotypom i uważać, że skoro fachowiec jest z Guomindangu, to na pewno musi być
nieukiem, łotrem, łapownikiem, oszustem, malwersantem i chorym wenerycznie degeneratem
(choć prawdą jest, że przy poprzedniej władzy wielu było i takich). Ci specjaliści z
różnych dziedzin, o rodowodzie z poprzedniej epoki, skoncentrowani do tej pory na
planowaniu rozwoju przemysłu na wzór amerykański stwierdzili teraz, że mogą równie
dobrze kopiować wzorzec sowiecki, dzięki czemu komuniści pozostawili ich do roboty
koncepcyjnej, a rozgonili na cztery wiatry dopiero w roku 1966, w czasie Rewolucji
Kulturalnej.
Wzorując się na Rosji Sowieckiej zdążono w Chinach wykonać jeden Plan Pięcioletni
(1953-1957). Wymyślono 156 wielkich i kosztownych inwestycji przemysłu ciężkiego,
wzorowanych na przemyśle radzieckim. Usytuowano je, ze względów strategicznych,
daleko od morza, żeby ewentualnym interwentom było trudniej, bo wiadomo, że wszelkie
kapitalistyczne "ręce" (ręce precz!) wyłażą z wody. Ta, na pierwszy rzut oka,
rozsądna idea okazała się jednak zgubna w kraju, w którym kolej nie była jeszcze
specjalnie rozwinięta, zaś przemysł lekki praktycznie nie istniał. W świętej statystyce
osiągnięcia Planu Pięcioletniego były zwyczajnie przytłaczające swoim ogromem i
sukcesem, wykazując gigantyczne wzrosty procentowe w stosunku do analogicznego okresu
poprzedniego. Jednak po bliższym przyjrzeniu się wynikom, zatrwożone kierownictwo
chińskie doszło do nieoczekiwanego wniosku, że zostało wprowadzone w błąd i że model
rozwoju, być może dobry dla Moskwy, wcale nie odpowiada potrzebom chińskim. Bolesnym
było także to, że zamiast oczekiwanych subwencji ZSRR dawał jedynie oprocentowane
pożyczki (do tego tylko krótkoterminowe), których spłaty egzekwował lichwiarsko do
jednej kopiejki. W dodatku spłat dokonywano produktami rolnymi, co komplikowało
sprawy wiejskie i było wskazówką, skąd brały się bezlitosne nakazy dotyczące wielkości
"nadwyżek", chociaż okazało się rychło, że w niedalekiej przyszłości miało być
znacznie gorzej. Nie tak wyobrażano sobie w Pekinie bratnią pomoc Ojczyzny Człowieka
Radzieckiego. Uznano wówczas, że nie ma rady i Drugi Plan Pięcioletni należy
odpowiednio zmodyfikować. Przede wszystkim zauważono, że wieś także musi otrzymywać
jakieś środki, choć wcale nie zapominano o dalszej industrializacji. Ta ostatnia
miała być teraz przeprowadzana poprzez organizację większej liczby niewielkich
obiektów wolnych od sowieckiej gigantomanii, dzięki czemu już istniejące małe
fabryczki miały taniej produkować niezbędne do rozwoju produkty, wykorzystując
przy tym istniejącą na miejscu siłę roboczą bez konieczności natychmiastowej budowy
jakichś nowych osiedli mieszkaniowych dla przemieszczających się ludzi. Wprowadzono
obowiązującą w zasadzie do dzisiaj regułę "tam pracujesz, gdzie mieszkasz".
W 1957 roku Mao Zedong pojechał do Moskwy, gdzie podpisał kolejny traktat o przyjaźni
i pomocy pomiędzy ZSRR a Chinami (ten poprzedni, podpisany przez Rosjan w 1945 z
Jiang Jieshi [czyli Czang Kajszekiem] stał się, według cudownie jezuickiego
określenia Kremla, "nieistotny w świetle zdarzeń z 1949 roku"). To tam Przewodniczący
Mao miał podobno powiedzieć swoje słynne zdanie, że "wiatr ze wschodu jest silniejszy
od zachodniego". Jedni wiążą to z wystrzeleniem w kosmos radzieckiego sputnika,
a inni raczej z detonacją radzieckiej bomby atomowej. Było nie było, mówi się dość
głośno o tym, że Wielkiemu Sternikowi obiecano w Moskwie przekazać po bratersku
plany budowy bomby atomowej oraz dopomóc (wysyłając sowieckich specjalistów) w jej
faktycznej budowie w Państwie Środka. Zresztą niezliczeni sowieccy specjaliści mieli
pomagać w intensywnej industrializacji całego kraju, a nie tylko w sprawach
zbrojeniowych. Tymczasem w 1958 roku Pekin zdecydował się ostrzelać Wyspy Jinmen
(znane też jako Kinmen albo Quemoy), leżące w zasięgu wzroku z kontynentalnego
portu Xiamen, ale należące do wrogiego Tajwanu i obsadzone przez jego wojska.
Chiny, Tajwan dwa pokłócone bratanki - rozumowano, a sprawa jest wewnętrzną kwestią
chińską i dlatego Pekin nikogo o tym kroku nie powiadomił. Nawet starszego brata
w Moskwie. Tymczasem Pierwszy Sekretarz N. Chruszczow, którego ta wiadomość dopadła
w trakcie rozmów z prezydentem Eisenhowerem, poczuł to jak osobistą obrazę, a w
dodatku zrozumiał, że chińscy towarzysze nie są kimś, od kogo chciałby kupić używany
samochód. Dlatego nie poparł żądań chińskich dotyczących Tajwanu, najwyraźniej bojąc
się niepotrzebnej awantury na skalę światową. Kiedy zaś podczas którejś wizyty wodza
ZSRR w Pekinie (1958, 1959) Mao Zedong otwarcie wyjawił, że jest za natychmiastowym
użyciem broni jądrowej (prawda, że większość ludzi zginie, ale ci, co przeżyją, będą
mieć pewność radości życia w komunizmie; nie wspomniał przy tym rzeczy oczywistej -
większość z tych, którzy przeżyliby miałaby być, według Wielkiego Sternika,
Chińczykami), Chruszczow podszedł do tego poważnie, zastanowił się co robić i
wkrótce podjął ważką decyzję o wielkim znaczeniu nie tylko dla Azji. Wycofał nagle
wszystkich specjalistów radzieckich z Chin (całe tysiące ludzi) i zdecydowanie
odmówił współpracy przy budowie chińskiej broni atomowej (był rok 1960). W Chinach
rozległy się głosy, że to dlatego, że Przewodniczący Mao upokorzył go dotkliwie
podczas pekińskiej wizyty. Przyjął go bowiem w basenie (Mao uwielbiał pływać, choć
niechętni mu twierdzą, że robił to niestylowo), zaś sowiecki gensek pływać ponoć
wcale nie umiał, a w jednych majtkach pokazywać się nie lubił. Wątpliwe, żeby to
mogło być prawdą.
O ciągłych zmianach na lepsze zachodzących w Chinach w latach 1949-1976 (część #5); 31.03.2015
Do Drugiego Planu Pięcioletniego nie doszło, bo nadeszły inne czasy. Za rogiem
czaił się już tak zwany Wielki Skok (wiosna 1958). W "międzyczasie" zdążono jeszcze
przeprowadzić dwie kampanie: Kampanię Stu Kwiatów (1956-1957) oraz Kampanię
Przeciwko Prawicowcom (1957-1958). W pierwszej chodziło o stosunek pomiędzy słabo
zwykle wykształconymi komunistami, a inteligentami. Jak wiadomo, Mao Zedong nie
lubił ludzi wykształconych. Mówił, że "im kto więcej czyta, tym jest głupszy". Że
"inteligencja zupełnie nie zna ludu". Że "wszystkich wielkich osiągnięć intelektualnych
dokonywali nie jacyś tam mędrcy, tylko słabo wykształceni młodzi ludzie" Jeszcze w
Yan'anie proponował, żeby rolę nauczycieli w szkołach przejęli ciemni, niepiśmienni
chłopi, którzy - przez samo mianowanie ich profesorami - staliby się z miejsca źródłem
cennej wiedzy dotyczącej prawdziwego życia. Powód takiego podejścia tkwił
najprawdopodobniej w tym, że Mao sam nie był zbyt dobrze wykształconym człowiekiem,
bo jako syn dość nawet zamożnego chłopa daleki był za młodu od dobrych szkół i nauczycieli.
Ludzi z wyższym wykształceniem było w Chinach w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku
około jednego procenta. Nie wszyscy byli zwolennikami rozwiązań komunistycznych.
Wręcz przeciwnie - spora ich część kończyła szkoły wyższe za granicą, znała języki
obce, była świadoma rozwiązań politycznych w innych krajach. A jednak Mao Zedong trwał
przy naiwnym poglądzie, że ludzie wykształceni, jako specjaliści, powinni być ideowo
"czerwoni". Dokładnie rzecz ujmując to Deng Xiaoping sformułował wówczas frapujący
pogląd, jakoby robotnicy, chłopi i uczeni, będąc ludźmi pracy, wchodzili automatycznie
w skład proletariatu. Najwyraźniej władza nerwowo starała się jednak znaleźć w kraju
ten niezbędny ponoć do szczęścia komunizmu proletariat. Część podejrzliwych towarzyszy
chińskich ze ścisłego kierownictwa nie zgadzała się wcale z takim postawieniem problemu
i żądała rozprawienia się ze zgniłą inteligencją zgodnie z najlepszymi stalinowskimi
wzorcami. Mao Zedong postanowił rozpoznać sprawę bojem i zachęcał inteligencję do
krytykowania kadr partyjnych, jeśli te błędnie narzucają jej (inteligencji) swoją
wolę. A wszystko w myśl prawdziwie dalekowschodniego hasła "Niech razem kwitnie sto
kwiatów, niech współzawodniczy sto szkół myślenia". Podobno Przewodniczący
łudził się, że jedynie kilka procent inteligencji jest krytyczne wobec jego partii.
Tymczasem okazało się, że pretensje inteligencji są olbrzymie, więc błędne jest
założenie, że ich śladowe ilości da się wykorzystać jako kolejny argument dla poparcia
władzy komunistów (jako "nieantagonistyczną sprzeczność", cokolwiek by to w obłędnym
slangu komunistów miało oznaczać). A skoro pojawiły się ataki na wszystko (praktyki,
styl pracy, ale też i na samą doktrynę komunistyczną) dobrotliwy uśmiech zszedł
ze słodkich ust Przewodniczącego Mao. Kampanię dość gwałtownie i brutalnie zakończono.
W przyszłości inteligenci wiedzieli już, że nie należy wierzyć władzy i wychylać się,
mówiąc to, co się myśli, a więc zaczęli już tylko powtarzać wyświechtane komunały
maoistowskie. Może o to właśnie władzy chodziło. Tym bardziej, że władza nie
zamierzała spokojnie słuchać głosów krytyki i ogłosiła chytrze Kampanię Przeciw
Prawicowcom. Teraz ci, którzy głupio chlapali jęzorami przeciw władzy mogli być
pewni, że władza im te jęzory obetnie. Wybuch krytycyzmu, do jakiego Mao sam kilka
miesięcy wcześniej zachęcał ludzi wykształconych, wywołał w Wielkim Sterniku mściwą
chęć odwetu. Znaleziono (przydały się masowe organizacje, które można było spuszczać
ze smyczy) "wrogów ludu" i "prawicowców", napiętnowano ich i usunięto z pracy. Kto
im kazał bezczelnie i bezpłodnie krytykować? A było tych prawicowców (wśród inteligencji
i aparatu partyjnego też, bo zdecydowano się na przeprowadzenie "przy okazji" czystki)
około pół miliona. Dokładnie rzecz biorąc ocenia się (bo w Chinach zwykle się ocenia,
nie mając żadnych konkretnych danych), że było ich od 300 do 700 tysięcy. Niby w
masie chińskiej nie tak wielu, skutki były jednak opłakane. W ten sposób partia
odcięła swemu państwu rękę, która potrafiła pisać. Teraz tę dotkliwą lukę, ów brak
ludzi wykształconych, trzeba było próbować jakoś nerwowo zapełnić. Władzy wydawało się,
że najprościej będzie tego z powodzeniem dokonać poprzez dobieranie wiernych ideowo
ludzi z awansu społecznego. Może nieco wyprzedzę narrację, jednak chciałbym nadmienić,
że okres 1957-1977 sami Chińczycy nazywają "dwudziestoma straconymi latami".
To symptomatyczne, bo teraz trzeba przejść do opisywania zupełnie niewiarygodnych
zdarzeń, które pokazane jako film zostałyby z pewnością uznane przez większość widzów
za dziwaczny pomysł marnego scenarzysty, niemożliwy do realizacji w żadnym państwie.
Kolejne lata określane są jako jedna z największych katastrof nowożytności, bo ocenia
się ostrożnie, że z powodu błędnej polityki wewnętrznej zmarło w Chinach z głodu 25
milionów ludzi (plus minus 5 milionów). Zaczęło się od tego, że nikt nie podejrzewał
jak bardzo zemści się dobieranie niższych kadr na zasadzie BMW [Bierny, Mierny ale
Wierny]. Tak w końcu było od wieków i czynownicy niskiej rangi od zawsze prześcigali
się w gorliwości wobec swoich zwierzchników. Nigdy jednak do tej pory potrzeby
zwierzchności nie były tak wielkie i brzemienne w skutki. Dlatego sfałszowane
sprawozdania wysyłane z prowincji do władz zwierzchnich, a w najlepszym razie
nadmiernie optymistycznie wykazujące osiągnięte rzekomo wyniki produkcji rolnej
(podobno raczej zwyczajnie kłamliwe i pełne banialuk) odebrano w Pekinie, na
nieszczęście dla wszystkich, jako oczekiwaną oczywistą oczywistość. Nowoczesne,
oparte według najlepszych sowieckich wzorów na nauce, komunistyczne zarządzanie
skolektywizowanym rolnictwem musiało, po prostu, bardzo wydajnie zwiększyć poziom
produkcji, amen! Dalej było już tylko gorzej, bo oczekiwano "nadwyżek", których
poziom uniemożliwiał kolejne zasiewy i sprowadził na wieś głód.
O ciągłych zmianach na lepsze zachodzących w Chinach w latach 1949-1976 (część #6); 02.04.2015
Ponieważ do momentu wprowadzenia hukou (1958) starano się prowadzić intensywną
urbanizację (pewnie w celu uzyskania lepszego wskaźnika udziału proletariatu), zaś
industrializacja za nią nie nadążała, więc w miastach pojawiło się bezrobocie (w
roku 1960 miastowych było już 130 milionów). Ludności wiejskiej też zrobiło się
jakoś zbyt wiele i zaczęto sobie zdawać sprawę z tego, że należy przemyśleć politykę
planowania rodziny (Wielki Sternik był temu jednak niechętny). Poza tym, jak już
wspominałem, skonstatowano, że Drugi Plan Pięcioletni wymaga zasadniczych poprawek
i większego udziału przemysłu lekkiego w planowanych krokach rozwoju przy przyhamowaniu
tempa inwestycji w przemyśle ciężkim. Jednak wizja pojawienia się rynku, być może
nawet niezależnego od decyzji władzy pekińskiej, nie znalazła uznania w oczach Mao
Zedonga. Zdołał on przeforsować w kolektywie władzy swój pomysł polegający na
przyspieszeniu wysiłku budowy nowoczesnego, silnego państwa poprzez wzbudzenie
"rewolucyjnej determinacji" w masach.
Powróciły stare, dobre czasy, kiedy to uciekający przed oddziałami Guomindangu
komuniści stosowali taktykę partyzancką. Duża część towarzyszy u władzy miała za
sobą takie wojskowe epizody życia (w końcu kilka lat temu mianowano bez trudu
dziesięciu zasłużonych marszałków), więc teraz z łatwością łykali powszechne
używanie terminologii wojskowej. W dodatku zupacka wojskowość ma to do siebie, że
z założenia nie przejmuje się żadnymi masami, uważając, że są one tylko po to,
by ginąć pod światłymi rozkazami wojskowości, a gdyby czegoś zabrakło, to przecież
z tyłów zawsze doślą uzupełnienie; po to, w końcu, tyły są, żeby dostarczać mięsa
armatniego. Dlatego wszystkim spodobała się myśl Mao, żeby "chodzić na dwóch
nogach", czyli w tym samym momencie rozwijać i wieś, i przemysł. A wszystko
przy iście wojskowej mobilizacji tychże mas, przy czym władza, nie wiedzieć czemu,
oczekiwała, że taka mobilizacja spowoduje istną erupcję energii pracowników i
gigantyczny wzrost produkcji. Przewodniczący Mao naciskał w dodatku na to, by
przy założonym większym wysiłku mas zmniejszyć w widoczny sposób zachęty materialne,
ufając dufnie, że zwiększy to wydatnie entuzjazm tychże mas.
W takiej to atmosferze powstały komuny ludowe, które miały od tej pory zapewnić nie
tylko wciąż rosnącą produkcję, ale też edukację i opiekę zdrowotną ich członkom.
Założenia te okazały się nie do końca trafione. O opiece medycznej będzie jeszcze
powiedziane osobno, a sprawy oświaty potoczyły się zupełnie inaczej, niż Mao,
nienawidzący inteligentów, sobie założył. Pomimo utrudniania nauki wszystkim
nie-robotnikom szkoły zawodowe i te najniższego poziomu pełne były dzieci chłopskich
i proletariackich. Do szkół średnich i wyższych uczęszczały zaś w przeważającej
większości dzieci działaczy politycznych, kadr partyjnych, a przede wszystkich
starej inteligencji. Ważną informacją w skali całego kraju jest to, że dokonano
decentralizacji ekonomicznej i za plany Wielkiego Skoku odpowiadali lokalni kacykowie
partyjni, rozgrzani myślą współzawodnictwa cudzymi rękoma i po maoistowsku gardzący
specjalistami, którzy ponoć jeszcze nieśmiało bąkali o paranoi, wykazując się przy
tym nieludzką odwagą.
Zmobilizowane masy rozpoczęły pracę dniem i nocą i nie jest to wcale żadna przenośnia,
tylko prymitywna konstatacja faktów. Miliony ludzi, niczym za faraonów, budowały
najbardziej prymitywnymi narzędziami różne wielkie budowle komunizmu: drogi, tunele,
zapory, wały, kanały, groble, fabryki i miasta. Zalesiano pustynie, nawadniano pola,
osuszano bagna, sadzono ryż lub siano zboża (całe kompanie i pułki ludzi, w szyku
niemalże bojowym szły na pola z chorągwiami, pod hasłami wypisanymi na transparentach,
w cieniu portretów Ukochanych Przywódców, w huku bębnów i cymbałów, ale chyba nie
litaurów, których, jak sądzę, w Chinach nie znano). Wspólnota komun szła tak daleko,
że likwidowano rodzinne żywienie, zastępując je wspólnym kotłem w jadłodajniach
zespołów roboczych, jednym dla wszystkich. Posunięto się także do potraktowania
kobiet (w końcu kobieta i mężczyzna są równi, o czym partia mówiła od dawna) jako
równouprawnionej siły roboczej i rozdzielano małżeństwa, jeśli uznano, że będzie
to z korzyścią dla prac postawionych przed komuną. Być może to było jednym z powodów niezadowolenia ludu, który wiele potrafił znieść od zawsze, ale też żaden z poprzednich cesarzy nie zabraniał mu utrzymywania stosunków seksualnych, tej jedynej radości biedaka.
A jednak nie można zaprzeczyć, że osiągnięcia tego czasu są rzeczywiście imponujące.
Karnie słuchano rozkazów płynących z góry. Wszystkim znane są historie o tym, jak to
władza mylnie założyła, że małe ptaki latające sobie na wolności powodują zniszczenia
i straty zbiorów, wskutek czego postanowiono je wytępić, co się, niestety, udało.
To wówczas prowadzono kampanię, w trakcie której każdy miał obowiązek pokazać w
swojej grupie szkolnej, czy roboczej kilka złowionych i utłuczonych poprzedniego
dnia owadów (komary, muchy), które po przeliczeniu uroczyście palono, żeby nie było
oszustw. To wówczas w miastach walczono z plagą szczurów (nie wytępiono ich ostatecznie,
bo ta kampania jest ciągle powtarzana - sam widziałem w Szanghaju odręczne rysunki
kredą przedstawiające Niebiańską Małpę [Sun Wukonga], która mocarną ręką dzierżyła
kopię, na końcu której wił się krwawiący szczur). To wreszcie wówczas zapadła
najdziwniejsza chyba ze wszystkich decyzja, żeby przenieść wytop stali na najniższy
możliwy poziom (czyli do poszczególnych komun) w celu otrzymania takiej ilości
żeliwa i surówki, aby przegonić jednym susem najbardziej rozwinięte technicznie
państwa świata. No i powstały liczne dymarki; ludzie nie mający pojęcia o jakimkolwiek
procesie technologicznym wytopu czuwali dzień i noc, dokładając do ognia. Aktywiści
zbierali złom, aby wrzucać go do wnętrza dymarek, wyrywano gwoździe ze ścian,
przynoszono znalezione na ulicy agrafki, posuwano się ponoć do przetopu starych
(a więc niepotrzebnych Nowym Chinom) wyrobów metalowych z czasów poprzednich
dynastii. Wynikiem tego wysiłku był produkt, który nie spełniał żadnych norm, nie
mógł być do niczego wykorzystany i był żywym dowodem na to, że warto jednak wiedzieć,
za co się masy biorą, żeby nie doprowadzać do marnotrawstwa.
Do Pekinu słano sprawozdania. Przy tym ogólnym entuzjazmie nie mogły być pesymistyczne,
więc ociekały hurraoptymizmem. Na tej podstawie władza skonstatowała, że to, towarzysze,
działa! W 1958 roku zbiory bawełny niemal się podwoiły! Taka sama sytuacja była z
produkcją żywności (ryż, zboża, soja, olej itd.)! A skoro tak, to niczym dziwnym nie
było, że plan na rok 1959 także zakładał ambitne cele: postanowiono powtórzyć sukces
i po raz kolejny osiągnąć wielki, bo 50% wzrost.
O ciągłych zmianach na lepsze zachodzących w Chinach w latach 1949-1976 (część #7); 04.04.2015
Niestety, okazało się, że niebiosa odwróciły się od Mao Zedonga, co mogło dać ludowi
asumpt do podważania jego kwalifikacji jako dobrego cesarza. Oto bowiem pogoda w
1959 roku była tak niedobra, że zebrano plony o wiele mniejsze, niż w roku 1958.
Ale co tam lud! On jest od roboty, a nie od mędrkowania. Od myślenia jest aparat
partyjny, który nawet w nieurodzajnym roku nadal słał niezmiennie optymistyczne
sprawozdania, potwierdzające słuszność założeń o 50% wzroście. Dlatego Pekin domagał
się takich "nadwyżek", które doprowadziły do klęski głodu i fali śmierci głodowej.
Niezadowolenie rosło. I wówczas okazało się, że nie wszyscy członkowie Komitetu
Centralnego żyją w wieży z kości słoniowej.
W połowie 1959 odbyło się kolejne spotkanie robocze najważniejszych komunistów Chin
w uroczej miejscowości wypoczynkowej (władza zbierała się tak co kilka miesięcy, aby
trzymać rękę na pulsie, a oprócz tego wypoczynek w miłym miejscu należy się każdemu).
W jego trakcie zabrał głos marszałek Peng Dehuai, człowiek niezwykle dla sprawy
komunizmu zasłużony i przez wszystkich szanowany. W partii był od lat trzydziestych,
współpracował z Mao Zedongiem na długo przed wojną, miał piękną kartę wojenną (jeszcze
z czasów Yan'anu i wojny z Japonią, później wojny domowej z Guomindangiem, a wreszcie
w czasie interwencji ochotników w Korei). W chwili swego wystąpienia był ministrem
obrony narodowej. Marszałek Peng zaapelował o wycofanie się z Wielkiego Skoku,
sugerując to tym, że sprawozdania na papierze nie mają nic wspólnego z rzeczywistym
stanem państwa, że ludzie mrą z głodu i że trzeba powrócić do normalnej ekonomii.
Wielki Sternik zrozumiał jego głos w jedyny dostępny mu sposób: jako personalny atak,
przypuszczalnie z niskiej chęci zajęcia stanowiska. Udało mu się przekonać innych
o mylności wypowiedzi Peng Dehuaia, a jego samego zdymisjonował (zastąpił go Lin
Biao) i odwołał z zajmowanego stołka ministra (powodem takiego postępowania mogło
być także zupełnie odmienne spojrzenie obydwu panów na armię. Peng Dehuai chciał
inwestować w regularne, skoszarowane wojsko, uzbrajając je na modłę sowiecką,
tymczasem Mao Zedong pieścił raczej wizję oddziałów partyzanckich uzupełnianych
bronią jądrową; kilka lat później, w trakcie Rewolucji Kulturalnej marszałek Peng
został aresztowany i zmarł w więzieniu w 1974 roku). Władza rozpoczęła natychmiast
kampanię skierowaną przeciwko krytykom Wielkiego Skoku.
Tymczasem imperialistycznie nastawiona pogoda nadal nie sprzyjała rolnictwu, a w
niektórych regionach kraju pozostawiono komunom wiejskim mniej niż połowę ziarna
niezbędnego do następnych siewów. Trup słał się gęsto, miliony niedożywionych ludzi
stały się podatne na choroby. W 1960 roku nie dało się już zamawiać rzeczywistości -
trzeba było przyznać, że gospodarka została doprowadzona do ruiny. Jasnym stało się,
że Przewodniczący nie zna się zupełnie na zagadnieniach ekonomii. A co więcej -
jego reakcja na ostrożną krytykę wyartykułowaną przez Peng Dehuaia rozpoczęła otwartą
frakcyjność wśród członków Komitetu Centralnego, który wcześniej cechowała jedność
z umiarkowaną, ale jednak, skłonnością do dyskutowania problemów. W terenie rozpoczęto
teraz walkę z narzuconą niedawno decentralizacją partii, usiłując przywrócić hierarchię
i ręczne kierowanie z Pekinu. A tu zyg zyg! Okazało się, że rozpaskudzony aparat
partyjny, który nie miał w ciągu tych lat nikogo nad sobą wcale nie pali się do
przywracania porządku i wpasowywania się znowu w partyjne karby.
Tymczasem okazało się, że dwóm osobom z kierownictwa partii udało się w tych
dziwnych czasach utrzymać siatkę oddanych informatorów w poszczególnych prowincjach
i dzięki temu są jedynymi ludźmi, którzy potrafią powiedzieć, jak rzeczywiście
wygląda stan gospodarki. Byli to Liu Shaoqi i Deng Xiaoping. Sądzę, że Deng
Xiaopinga nie trzeba przedstawiać, bo jego późniejsze losy uczyniły go dość znaną
postacią (tak, to ten, który wypowiedział ważkie zdanie, że "nieważne, czy kot jest
biały, czy czarny; ważne jest, aby łowił myszy"). A Liu Shaoqi od kwietnia
1959 do października 1968 roku pełnił funkcję przewodniczącego Chin Ludowych, czyli
piastował ważny urząd mniej więcej odpowiadający funkcji prezydenta, choć nie jest
to porównanie ścisłe. Ponieważ w latach dwudziestych i trzydziestych ubiegłego
wieku dwukrotnie studiował w Moskwie, więc był zwolennikiem rozwoju na wzór sowiecki,
to jest centralnego planowania i inwestycji w przemysł ciężki. A skoro nie popierał
idei Wielkiego Skoku, no to automatycznie był postrzegany przez Przewodniczącego Mao
jako wróg i konkurent, którego trzeba się pozbyć, bo - moim zdaniem - to nie żadne
mrzonki o dobru ludu, tylko żądza władzy i tyłków młodych towarzyszek były głównym
celem życia Wielkiego Sternika. Świat zaś widział Liu Shaoqi jako chiński odpowiednik
Chruszczowa, skłonny do pewnej odwilży w Chinach. Wraz z nadejściem Rewolucji
Kulturalnej Mao o nim nie zapomniał - Liu marnie skończył w więzieniu w Kaifengu
(złe warunki życia oraz nieleczona cukrzyca i zapalenie płuc).
Na razie jednak Liu Shaoqi i Deng Xiaoping uzdrawiają zrujnowaną gospodarkę,
podejmując nie zawsze popularne kroki. Redukują wydatki, co doprowadza do zamknięcia
połowy nierentownych zakładów przemysłowych. Stają wówczas przed problemem bezrobotnych
w miastach. Odsyłają ich bezwzględnie na wieś, egzekwując możliwości, jakie daje
hukou. Wysyłają też młodzież z wielkich miast wschodu na wieś i do prowincji
zachodnich w celu rozwoju tych terenów i zwiększenia tam chińskiej obecności. Większość
przesiedlonej młodzieży nie marzy o niczym innym, jak tylko o powrocie do domu z
miejsc, w których nawet nie potrafią się z tubylcami dobrze porozumieć (przypominam,
że w Chinach co prowincja, to nieco odmienny język). Wreszcie dwaj reformatorzy
różnicują status pracowników przemysłu w zależności od stopnia wykształcenia i
specjalizacji, co wprawdzie daje dobre podstawy rozwoju fabryk, ale jednocześnie
czyni tych pracowników całkowicie zależnymi od ich macierzystych zakładów. Jest to
jednak zgodne ze starą konfucjańską tradycją Chin - mieć szansę utrzymać człowieka
w karności i poddaństwie. W ferworze zmian zaproponowano nawet, aby zezwolić na
korzystanie przez chłopów z małych działek przyzagrodowych w celu "przywrócenia
motywacji" do pracy i zapewnienia strumienia żywności. Tego już Mao Zedong nie
wytrzymał i wezwał do "odnowienia działań ideologicznych i walki klas". Każdy
bowiem powinien pamiętać bolszewicki paradoks, że wraz z postępami budowy komunizmu
walka klas musi się nieustannie zaostrzać. Aż strach pomyśleć, jak ostra być musi,
gdy już nastanie ten wymodlony u komunistycznych bogów ustrój (prostym językiem
brzmi to tak: im dalej w komunizm, tym większa naparzanka).
O ciągłych zmianach na lepsze zachodzących w Chinach w latach 1949-1976 (część #8); 06.04.2015
Nastąpiła chwila na złapanie oddechu zarówno przez państwo, jak i przez partię
komunistyczną. Jednak w marcu 1959 roku Chińczycy sami poprosili czerwone niebiosa
o zupełnie zbędny kłopot, który odtąd tkwi niczym cierń w ciele państwa na ich
własne życzenie aż do dzisiaj i zupełnie nie wiadomo, jak go rozwiązać. Oto na
początku marca zaprosili z kilkudniowym wyprzedzeniem do tybetańskiego sztabu
chińskiej armii pod Lhasą "na spektakl teatralny i herbatę" osobę, której
przysługiwał tytuł "Najczcigodniejszego, Doskonałej Chwały, Elokwentnego,
Inteligentnego Dzierżawcy Nauk, Oceanu Mądrości", poza tym znanego powszechnie
jako Tenzin Gjaco (czyli ostatni tytuł z powyższej wyliczanki) albo już całkiem
zwyczajnie jako Jego Świątobliwość XIV Dalajlama (może niektórzy oglądali film
M. Scorsese "Kundun"; Kundun to jeszcze jeden z tytułów Dalajlamy, oznacza "Obecność").
W przeddzień tej wizyty oficerowie chińscy przybyli do dowódcy ochrony Dalajlamy i
naciskali, żeby ten ostatni przybył do nich bez eskorty, bez żadnych typowych
ceremonii oraz bez zwyczajowej procesji wiernych. O broni nie wspominali.
Tybetańczycy zaczęli się obawiać tego, że Chińczycy pragną uwięzić ich przywódcę.
Dlatego następnego dnia 300 tysięcy Tybetańczyków okrążyło pałac Dalajlamy w Lhasie,
aby uniemożliwić porwanie lub zatrzymanie. Tak rozpoczęło się powstanie w Tybecie,
które kosztowało ten kraj ponad 80 tysięcy zabitych (według źródeł tybetańskich),
ograbienie wielu klasztorów i zmuszanie większości mnichów i mniszek do porzucenia
życia klasztornego, liczne aresztowania, gwałty, bombardowanie klasztorów i
zniszczenia miast. Dwa dni później w Lhasie ogłoszono niepodległość i niezależność
od Chin. Armia chińska po kilku pierwszych dniach zaskoczenia przystąpiła do pacyfikacji
i zdławienia powstania, co zajęło jej dwa kolejne dni, więc od strony wojskowej
sprawa nie była zbyt trudna. Jego Świątobliwość XIV Dalajlama wkrótce uciekł
potajemnie przez Himalaje do Indii, zaś Pekin tradycyjnie już przez te wszystkie
lata (bo do dnia dzisiejszego) oskarża go o wszelkie zło. Trudno tu mówić o krwi
pobratymczej, jednak nienawiść niewątpliwie zapanowała. Obecnie organizacje tybetańskie
na uchodźstwie oskarżają Pekin o zaplanowaną sinizację Tybetu poprzez przysyłanie
Hanów (czyli rdzennych Chińczyków) w celu wzmożenia chińskiego osadnictwa, przez
co Tybetańczycy mają się stać mniejszością we własnym kraju. Ta niechęć jest posunięta
do tego stopnia, że krytycznie wypowiadają się o wszystkim, nawet o niewątpliwych
osiągnięciach cywilizacyjnych, jak na przykład budowa linii kolejowej aż do samej
Lhasy. Cóż jednak po niej - twierdzą uchodźcy - skoro pociągami tym łatwiej
przyjedzie horda Hanów.
W 1960 roku nastąpił opisywany już wcześniej definitywny rozłam pomiędzy Chinami
a ZSRR. Trochę później Chiny same zbudowały i zdetonowały sobie w 1962 bombę
atomową (zdaje się, że na wyschłym jeziorze Łob-nor w Dżungarii, albo na pobliskiej
pustyni w Kaszgarii; jedno i drugie miejsce w Xinjiangu), co bardzo podniosło partię
na duchu, jako że ranga państwa natychmiast wzrosła jako takiego, którego nie można
już lać jak się chce i kiedy się chce. W tym samym roku miała miejsce krótka,
zwycięska wojna z Indiami, bo znowu pokłócono się o terytorium w wysokich górach.
W 1964 roku Chiny zdetonowały swoją bombę wodorową. W sprawach wewnętrznych trwała
frakcyjna dyskusja (a więc niedostępna dla zwykłych ludzi), czy odnowę należy
przeprowadzać przez zarządzenie jakiegoś nowego masowego ruchu na wsi, czy też
przez uzdrowienie organizacji partyjnych. Te dwie linie i dwie wizje zaczęły się
zwalczać. Mao Zedong chciał doprowadzić do naprawy stylu pracy kadr partyjnych,
zapoczątkowując tym samym w 1963 roku tak zwaną Kampanię Wychowania Socjalistycznego.
Ponieważ jednak doły partyjne wcale nie były chętne do zmian, więc rok później
rozpoczęto kolejną już (to taka chińska specjalność tamtych lat) kampanię - Kampanię
Czterech Porządków. Władze najwyższe wezwały ni mniej, ni więcej, tylko... do walki
klas w celu "naprawienia stylu pracy" wiejskich kadr, które zignorowały poprzednią
kampanię, pokazując wymownie, że mają ją głęboko w pośladkach i że dobrowolnie nie
zamierzają wyrzec się swoich drobnych malwersacji, nepotyzmu, faworytów, niechęci
do pracy fizycznej, pięknych kochanek i czułych kochanków, wystawnych obiadów na
koszt ludu i wygodnego życia przy komunizmie (odpowiednik zwrotu "przy mężu").
Uważam, że wiejskie kadry w zasadzie miały całkowitą rację - skoro wszystkie te
przywary pasowały do najwyższego kierownictwa, jak ulał, to czemu akurat doły miałyby
być świętsze od cesarza? Władze nasyłały na lokalne kadry robocze zespoły kadr nieco
wyższych, które węszyły po wsiach i miasteczkach, szukając niezadowolonych. O tych
akurat było łatwiej niż łatwo, więc korzystając z tych ostatnich oskarżano miejscowe
kadry o "oderwanie się od mas". Chłopi dali się podpuścić i z lubością skarżyli i
donosili na swoich aparatczyków. Niewątpliwie mieli dobre powody, żeby to robić.
Przewodniczący Mao był podobno bardzo niemile zaskoczony tym, że doły partyjne wcale
nie czuły ochoty, żeby się oczyszczać i "naprawiać styl pracy poprzez masową kampanię",
co, moim zdaniem, świadczy o jego znajomości ludu wyjątkowo źle. W dodatku denerwowała
go rzekomo młodzież pochodzenia inteligenckiego, studiująca niepotrzebnie na wyższych
uczelniach podczas gdy on od dawna głosił pochwałę nieuctwa. Widział już, że zmiana
struktury klasowej poprzez edukację stała się mrzonką, bo rozwarstwienie nauczania
stało się faktem i dzieci ludu lądowały w jej niskim nurcie, zaś dzieci inteligencji
i elit partyjnych - w górnym, uprzywilejowanym. Mniej więcej w 1965 roku zaczął snuć
plany sposobów naprawy systemu za pomocą sił spoza partii. W końcu całe jego życie
było kierowaniem sprzeciwami przeciwko czemuś i lawirowaniem w celu utrzymania się
na powierzchni. Teraz starał się odzyskać utracone wpływy i stać się znowu człowiekiem
poza zasięgiem małych krytykantów, z których każdy chciał zająć jego miejsce. W 1966
roku zapoczątkował szczególny zupełnie ruch, który jednak wymknął mu się z rąk,
przerastając jego wyobraźnię niczym ucznia czarnoksiężnika; coś, co cofnęło rozwój
Chin o kolejne lata - Rewolucję Kulturalną.
W 1966 roku Mao Zedong pojawił się w świadomości Chińczyków jako ten, który
przepłynął rzekę Jangcy. W dodatku ponoć w doskonałym czasie. To, trzeba dobrze
zrozumieć kontekst, wyjątkowa wiadomość, bo zdecydowana większość chłopów chińskich
tamtego czasu nie umiała pływać (teraz zresztą chyba nie jest z tym wcale lepiej).
Filmik o tym można zobaczyć tutaj
(czas: 1:48). A liczne plakaty, które pokazano
nawet w najdalszych i najbardziej zatęchłych kątach ChRL - tutaj. Jangcy to wielka
rzeka (6.300 kilometrów długości), ogromnej szerokości, żeglowna jeszcze prawie
trzy tysiące kilometrów od ujścia; aż do Wuhanu mogą nią pływać statki oceaniczne.
Znana jest pod kilkoma różnymi nazwami. Chińczycy często mówią na nią po prostu
Wielka Rzeka, albo jeszcze skromniej: Rzeka - i wszystko staje się jasne. Ci wszyscy
ludzie wchodzący entuzjastycznie do wody (parz powyższy film), dzierżąc w rękach
sztandary na sztorc powinni dać do myślenia. Pewnie nie byli świadomi tego, że
uczestniczą w czymś wyjątkowym, w początku czegoś absolutnie nowego, co miało
zredukować i zniszczyć stare. Tymczasem to, co miało się stać pozytywną zmianą,
okazało się koszmarnym snem pijanego debila na skalistej pustyni. Rewolucja
Kulturalna trwała teoretycznie tylko trzy lata (1966-1969), jednak przyjmuje
się najczęściej, że praktycznie zakończyła się dopiero wraz ze śmiercią swego
duchowego ojca w 1976 roku, czyli że trwała okrągłe dziesięć lat.
Uwaga: Zrobiłem sobie krótkie wakacje, więc najbliższe teksty będzie wypluwać
z siebie automat, a ja raczej nie będę na urlopie odpowiadać na komentarze
czytelników.
O ciągłych zmianach na lepsze zachodzących w Chinach w latach 1949-1976 (część #9); 09.04.2015
Chińczycy nie opublikowali nigdy i nigdzie szczegółowych danych dotyczących kosztów
tej Rewolucji. Łagodnie ocenia się, że zginęło wówczas 400-500 tysięcy ludzi, a
represje objęły o wiele szersze kręgi, co w warunkach chińskich nie jest jeszcze
liczbą straszną, jak bardzo nieludzko by to nie zabrzmiało. Można, oczywiście,
spotkać się z dużo wyższymi liczbami ofiar, ale wszystko to podszyte jest dużą
dawką niepewności. Gorzej jednak, że ówczesne ekscesy dotknęły około 60% kadr
partyjnych, czyli tkanki nerwowej państwa. Chiny próbowały podciąć same sobie
gardło i tylko przypadek sprawił, że nie skończyło się to całkowitym upadkiem i
rozpadem państwa. Nie do przecenienia okazała się postawa premiera Zhou Enlaia,
który (jak zawsze od lat) był tą osobą, która usiłowała łagodzić napięcia i godzić
zwaśnione frakcje.
Mao Zedong pragnął odzyskać kontrolę na seniorami partii komunistycznej po tym,
jak jego pozycja osłabła w wyniku nieudanego Wielkiego Skoku. Pod koniec 1965 roku
aresztowano szefa sztabu generalnego Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. Nie jest ważne,
jakie były oskarżenia; ważne jest to, że utracił on zaufanie głównodowodzącego
marszałka Lin Biao. Lin Biao był człowiekiem nietuzinkowym i warto tu trochę o nim
napisać. Upolitycznił armię do granic obrzydliwości, przywrócił komisarzy politycznych,
zlikwidował dystynkcje oficerskie (oficera można było teraz rozpoznać jedynie po
wiecznym piórze w kieszeni munduru), utrudniał życie pieszczoszkom swego poprzednika
Peng Dehuaia, którzy wierzyli w wojsko na wzór sowiecki, w pełni podporządkował
całą armię kontroli partyjnej. To on kazał zestawić najważniejsze cytaty z ust
Wielkiego Sternika i kolportować je w postaci sławetnej "czerwonej książeczki".
Dochodziło do sytuacji plasujących się daleko poza granicą paranoi: na przykład,
gdy jakiś nienormalny kierowca wojskowy zamiast patrzeć na drogę, czytał tę "czerwoną
książeczkę" w trakcie prowadzenia ciężarówki wypełnionej na pace żołnierzami i dlatego
wypadł z drogi, trzasnął o jakąś tam przeszkodę i sam się zabił (jednego głupiego
mniej) - to ogłoszono go niemal świętym chińskim i kazano "uczyć się" od takiego
popaprańca, który ryzykował życiem kolegów. (W 1966 Lin Biao został wybrany na
wiceprzewodniczącego partii, a więc stał się człowiekiem nr 2 w Chinach. W 1969
ogłoszono go "najbliższym towarzyszem broni" samego Mao Zedonga, a więc powinien
zacząć się bać, że spocznie na nim zazdrosne oko Wielkiego Sternika. We wrześniu
1971 wybuchła afera - okazało się, że z bliżej nieznanych przyczyn Lin Biao wraz
z rodziną i współpracownikami chciał uciec z Chin, wsiadł w samolot i skierował
go na północ, do ZSRR, chociaż przez całe lata krytykował "sowiecki rewizjonizm".
I znowu nikt nie wie, jak było naprawdę - czy służby wojskowe Mongolii zareagowały
[chociaż oficjalnie mówiono, że był to wypadek i samolot SAM SIĘ rozbił] i nadlatujący
od strony wrażych Chin samolot zestrzeliły, choć wszyscy temu zgodnie zaprzeczają,
czy rzeczywiście pilot rozbił się sam z siebie. Nikt nie przeżył.)
Tak więc - aresztowano szefa sztabu wojska, po czym usunięto go ze wszystkich
stanowisk, żeby zastraszyć innych wojskowych. Chwilę później zasugerowano aluzyjnie
intelektualistom, żeby trzymali mordy w kubłach. Aluzja ta została przekazana poprzez
aresztowanie niejakiego Wu Hana, zastępcy burmistrza Pekinu (a więc nie byle kogo)
za napisanie popularnej opery, której wymowa była, po prostu, krzycząca. W jej treści
odnoszono się do cesarza rządzącego kilkanaście wieków temu i, o zgrozo, KRYTYKOWANO
go otwarcie i bezczelnie za zdymisjonowanie urzędnika. W dodatku za rzekomo
NIESPRAWIEDLIWE zdymisjonowanie urzędnika. W dusznej atmosferze komunizmu chińskiego,
gdzie nikt już nie odważał się mówić wprost i posługiwano się cienkimi aluzjami do
aluzji, przenośniami, omówieniami i odniesieniami do historii, na upartego wszystko
mogło stać się symbolem dowolnej idei. Toż to prawie otwarte krytykowanie władzy,
która mylić się nie może! Całą tę sprawę (drugiego dna opery) pierwszy zauważył,
zdemaskował i opisał w szanghajskiej gazecie niejaki Yao Wenyuan, który za chwilę
stał się członkiem tak zwanej Bandy Czworga, o której napiszę trochę dalej. A samą
publikację jego artykułu (10 listopada 1965) uważa się za oficjalną datę rozpoczęcia
Rewolucji Kulturalnej. Teraz już łatwo przyszło Przewodniczącemu pozbyć się z
najwyższych władz osób, którym nie ufał (wśród jego twardych popleczników pozostali:
Zhou Enlai, Deng Xiaoping i Liu Shaoqi). W 1966 roku powstała Centralna Grupa do
spraw Rewolucji Kulturalnej, bazująca na kadrach z Szanghaju, wśród których popularna
była małżonka Mao Zedonga, pani Jiang Qing, była aktorka, która oczarowała Mao Zedonga
w latach trzydziestych tak bardzo, że pojął ją jako swoją czwartą już z kolei żonę.
W okresie od czerwca do sierpnia 1966 (tak zwane Pięćdziesiąt Dni) zaatakowano
rewizjonizm i niewymienionych z nazwisk członków partii "kroczących drogą
kapitalistyczną". Był to prawdziwy majstersztyk Przewodniczącego. Najpierw należy
chyba wyjaśnić, o co właściwie chodziło z tym "rewizjonizmem". Wydaje się, że dla
Mao Zedonga określenie to łączyło się z porzuceniem celów rewolucji i z zaakceptowaniem
zła w postaci specjalnego statusu nowych kadr pragnących rządzić masami oraz gromadzić
dobra materialne. Niemniej jednak było to pojęcie dość pojemne i trudno było sobie
wyobrazić, żeby ktoś w chińskich warunkach politycznych domagał się doprecyzowania.
Skoro najwyższe władze gromią rewizjonizm, to niższe kadry kładą uszy po sobie i też,
przynajmniej werbalnie, drogę tę popierają. Co więcej, najwyższe czynniki partyjne
postępują w ten sam sposób, nie mając przecież pojęcia, przeciw komu ta kampania jest
skierowana, bo nikt jakoś nie powiedział, kogo to oskarża się o ten rewizjonizm. Tak
więc mogło okazać się, że ktoś, kto popierając główną obecnie linię partii głośno
domagał się potępienia i ukarania rewizjonizmu mógł nagle stwierdzić ze zdumieniem,
że gardłował przeciwko samemu sobie. W tym okresie "nieznane siły" mobilizowały
studentów w stolicy do zaatakowania władz uniwersyteckich na gazetkach ściennych
(tak zwane dazibao - gazetki wielkich hieroglifów). Sam Mao Zedong odizolował się
tchórzliwie w ośrodku wypoczynkowym dla kadr, spychając na Liu Shaoqi odpowiedzialność
za sytuację w państwie, a w lutym przepłynął nieoczekiwanie Jangcy, o czym już pisałem
wcześniej, a co lud słusznie zrozumiał jako wielkie wydarzenie, które musi coś
zapoczątkować. Zaś Liu, wierząc stale w posłannictwo dziejowe partii, nie chciał
oddawać pierwszeństwa żadnym organizacjom masowym, ale bezpartyjnym, więc nie mógł
akceptować działań studentów. Dlatego próbował stłumić agitację na uczelniach.
Nieco później frakcja konserwatywna spotkała się w lutym 1967 roku w Szanghaju z
frakcją rewolucyjną (tzn. z Centralną Grupą do spraw Rewolucji Kulturalnej), ale
do żadnego przełomu nie doszło. W dalszym okresie Rewolucji krytykowano to spotkanie
jako "lutowy wrogi prąd" (to znaczy wrogi ożywczemu prądowi Rewolucji). Tymczasem w
sierpniu 1966 roku Wielki Sternik na spotkaniu partyjnym w Szanghaju zaatakował "tych
u władzy, którzy kroczą drogą kapitalistyczną". Nikt nie wiedział, o kogo chodzi, ale
Przewodniczący zyskał wielkie poparcie, bo nikt nie odważał się oponować na sam dźwięk
słów "droga kapitalistyczna". Tymczasem Mao zdymisjonował Liu Shaoqi (który,
najwyraźniej, musiał kroczyć drogą kapitalistyczną) i w tym samym momencie wywyższył
marszałka Lin Biao. Nieco później rozpoczął właściwy ruch przeciw obmierzłemu
rewizjonizmowi w kręgach samej partii - stworzył rewolucyjny ruch czerwonogwardzistów.
Czerwonogwardzista to po chińsku "hongweibin" [czyta się: hungłejbin], a w Polsce ten
termin przyjął się w formie pochodzącej z Rosji; tak więc przyzwyczailiśmy się do
formy "hunwejbin". Trzonem hunwejbinów była młodzież pochodząca z dużych miast (osoby
starsze też się zdarzały, ale zwykle na bardziej prominentnych stołkach), zaś prawie
nie było w ich szeregach młodych chłopów, o szczęście których tak niby Przewodniczącemu
chodziło. Mao powiedział im po ojcowsku, by "uczyli się rewolucji, robiąc rewolucję"
oraz by "bombardowali sztaby". Ciekawe, czy powtórzyłby te słowa, gdyby wiedział, do
czego doprowadziły. Znając postać Wielkiego Sternika sądzę, że tak, bo nie obchodziło
go nic poza własnym interesem, a tego upatrywał przy idei, aby nie dać się żadną miarą
oderwać od żłobu.
O ciągłych zmianach na lepsze zachodzących w Chinach w latach 1949-1976 (część #10); 12.04.2015
W okresie od sierpnia do listopada 1966 z całego kraju za darmo zwożono pociągam
młodzież do Pekinu (razem około 10 milionów ludzi), kadząc im, że są hunwejbinami, więc
od nich zależy dobro i przyszłość narodu. Działalność szkół została zawieszona, to
samo czekało uniwersytety. Jedno pokolenie weszło równym krokiem w okres głupiego
nieuctwa zapoczątkowanego chorymi ambicjami Mao Zedonga. Chiny boleśnie długo odczuwały
skutki jego zacietrzewienia oraz tchórzliwego poparcia pomniejszych kacyków partyjnych
dla takich działań (tak piszę, jakby mieli inne wyjście, a przecież nie mieli) - jedno
pokolenie praktycznie wypadło ze strumienia przekazywania sobie obowiązków przez kolejne
generacje, bo ciężko odrobić coś, czego się Jaś nie nauczy za młodu. A Jaś nie tracił
bezużytecznie czasu w nikomu niepotrzebnej szkole, tylko zajmował się wrzaskiem,
skandowaniem haseł, napadaniem obywateli, zaprowadzaniem nowego, lepszego porządku
i tym, co rozumiał jako "rządzenie".
Czerwonogwardziści z całym spokojem młodości postawili na terror. Niczym dla nich było
wejście siłą do prywatnych domów, niszczenie tam księgozbiorów i sprzętu, bicie i
poniżanie ludzi. Robili to przecież dla wyższych celów - walczyli z "czterema rodzajami
staroci": ze starymi ideami, ze starą kulturą, ze starymi zwyczajami i ze starymi
nawykami. Nie mieli litości dla nikogo i zdarzało im się tłuc i zabijać starszych,
zwłaszcza takich zwolenników imperializmu, którzy kilka lat wcześniej wymagali od
nich czegoś w szkole. Teraz nadszedł czas zapłaty, a przeintelektualizowani starzy
wstecznicy, odziani w szaty hańby, z oślimi uszami włożonymi na wszawe łby, nie
wytrzymywali wielogodzinnych wieców nienawiści, opuszczając po kilku godzinach
podniesione siłą ręce, albo waląc się na wredne, oplute przez hunwejbinów, ryje
z pozycji "samolotu" na glebę, robiąc ku radości tłumu pod siebie i budząc słuszną
chęć ostatecznego wyeliminowania szkodników, którzy przejawiali cień podejrzanej
cudzoziemskości lub równie podejrzanego wykształcenia. Całkiem łagodnym jeszcze
wyrokiem dla takich obrzydliwych, zakamieniałych prawicowców, świadczącym o
humanitaryzmie hunwejbinów, było polecenie wybierania gówna z dołów kloacznych gołymi
rękoma. Hunwejbini mieli najczęściej od dziewięciu (!) do osiemnastu lat (trzeba
podkreślić, że "najczęściej" - zdarzali się też starsi), a jest to często wiek
nadmiernej pewności siebie. Mogli zaczepić na ulicy każdego, oskarżając go o
"skazę burżuazyjną" i nikt nie czuł się wówczas bezpiecznie. Potrafili wpadać
do prywatnych mieszkań i konfiskować dowolny sprzęt lub wyposażenie, które w swoim
zaślepieniu uznawali za świadectwo hołdowania niesłusznym ideom. Odwołań od decyzji
ich kolektywu nie było. Tak więc, na przykład, uznawali, że ozdobne, stuletnie łóżko
jest jakieś takie burżuazyjne, więc je zabierali, pozostawiając pisemne zaświadczenie
na świstku papieru, że taki a taki oddział miejscowej Czerwonej Gwardii zabrał
obywatelowi X dnia tego a tego łóżko burżuazyjne, wypłacając w zamian pięć fenów
(walutą Chin jest yuan, dzielący się na 10 mao i 100 fenów. Tak więc 1 mao to 10
fenów. Za pięć fenów nikt nigdy i nigdzie nie kupi sobie łóżka, choćby i najgorszego,
bo szklanka herbaty zwykle kosztuje więcej).
Chociaż muszę tu opowiedzieć historię, którą sam usłyszałem w Chinach podczas mojego
pobytu. Choćby po to, żeby dodać bardziej ludzki, drugi wymiar do tych strasznych
historii. Pracowałem tam mając za partnera i współpracownika starszego ode mnie pana,
który był dość spokojnym przedstawicielem strony chińskiej. Chyba tak w trzecim roku
pobytu dowiedziałem się zupełnie przez przypadek, że w latach Rewolucji Kulturalnej
był on głównym hunwejbinem zakładu i że pracownicy przedsiębiorstwa są mu za to
bardzo wdzięczni. Jakże to? - zakrzyknąłem, pamiętając, czego naczytałem się o
hunwejbinach. Okazało się, że mój partner przewodniczył oddziałowi Czerwonej Gwardii,
chodził od domu do domu pracowników zakładu, w którym pracował i konfiskował różne
"lepsze" przedmioty. Ale później przekonał towarzyszy, że nie należy tych przedmiotów
niszczyć, bo może partia będzie wiedziała, jak je w swoim czasie lepiej wykorzystać
dla dobra Rewolucji. Dlatego dokładnie opisane (który, gdzie, kiedy i od kogo zabrano)
zamknięto w magazynie firmy. Później, oczywiście, rewolucja miała inne sprawy do
roboty niż zajmowanie się paroma gratami z jakiegoś małego magazynu, więc wszystkie
skonfiskowane sprzęty dotrwały spokojnie do końca Rewolucji. A kiedy już się uspokoiło
i władza zaczęła przyznawać, że cała ta hucpa to był kolejny błąd, wówczas skonfiskowane
sprzęty spokojnie odwieziono i zwrócono właścicielom. Myślę, że był to odosobniony
przypadek.
Kiedy już ataki na przypadkowych przechodniów spowszedniały hunwejbini rozpoczęli
planowane najścia na domy funkcjonariuszy partyjnych i rządowych. Po to, żeby ich
"przesłuchać" i surowo ukarać. W ten sposób hunwejbini doszli do zdrajców z najwyższej
półki - Liu Shaoqi i Deng Xiaopinga choć, oczywiście, na nich się nie skończyło.
Niektórzy zaatakowani przez rewolucję przywódcy partii komunistycznej nie byli gorsi
i sprokurowali sobie własnych hunwejbinów, którzy tłukli się z tymi nasłanymi przez
zwolenników Przewodniczącego. W kraju zapanował chaos. W styczniu 1967 roku Czerwona
Gwardia uznała, że może przecież z całym powodzeniem zająć miejsce urzędników
(hunwejbini jakoś nie pchali się do fizycznej pracy na wsi, może dlatego, że w swym
zasadniczym zrębie byli młodzieżą miejską), których bezceremonialnie wyrzucono z biur.
Nawet z tych najwyższych, bo polecieli na bruk także pracownicy centralnych ministerstw,
co było niewątpliwie ewenementem na skalę światową. Przeglądano znalezione w archiwach
papiery i, jeśli uznano, że są dla celów rewolucji zbędne, niszczono je bez pardonu.
W ministerstwie Spraw Zagranicznych bandy głupków niszczyły protokoły i akta, przerywając
ciągłość stosunków zagranicznych i oczekując, że wypasiony imperialista, jakim bez
wątpienia był dotychczasowy minister spraw zagranicznych, będzie składać przed nimi
raz po raz samokrytykę. Może to zabrzmi dziwnie, ale w całym tym bezhołowiu popierał
ich Zhou Enlai, który przejął w tym czasie całą politykę zagraniczną Chin i prowadził
ją ze swego biura.
O ciągłych zmianach na lepsze zachodzących w Chinach w latach 1949-1976 (część #11); 14.04.2015
Na początku roku 1967 Mao, nie radząc sobie z sytuacją, zażądał, by na scenę wkroczyły
oddziały armii, włączyły się w wydarzenia i popierały rewolucyjnych hunwejbinów. Część
armii nie była do tego skora, a część okazała się za słaba do rzeczywistej ingerencji.
W połowie roku doszło w dodatku do incydentów granicznych z Indiami (miejscowość Chola
w okolicach Sikkimu), jednak tym razem strona chińska okazała się słabsza i sytuacja
prędko się tam uspokoiła. W tym samym czasie rewolucyjna działalność pracowników
ambasad Chin doprowadziła do zaostrzenia kontaktów z wieloma krajami. Miały też
miejsce niepokoje w Hong Kongu. Kiedy już w kraju wszyscy kłócili się i naparzali
ze wszystkimi Mao zrozumiał, że sytuacja wymknęła mu się spod kontroli i ogłosił
rozwiązanie Czerwonej Gwardii. Dlatego, że rzekomo nie spełniła swej misji. Teraz
komitety rewolucyjne w każdym możliwym miejscu miała tworzyć armia. Tą decyzją, w
czasie potrzebnym na jedno splunięcie, zepchnięto hunwejbinów ze szczytów niczym
nieograniczonej władzy do ciężkiej pracy na wsi, bo tam ich złośliwie wysłano.
Ponieważ większość z nich pochodziła z miast, było to dla nich wyjątkowo bolesne
przebudzenie w obcym i niechętnym środowisku. Dochodziło podobno do samosądów i
zabijania hunwejbinów przez tych, którzy mieli im za złe czyny dokonane w chwili
ich chwały i partyjnego poparcia. Dżumę zwalczano też miejscowo cholerą, bo pojawiły
się jakieś oddziały Rewolucyjnych Buntowników, które miały robić finalny porządek z
Czerwoną Gwardią, a zapisały się głównie skłonnością do przemocy i gwałtów. Wynika
z tego, że hunwejbini wcale nie zamierzali oddawać władzy dobrowolnie. Ostatecznie
Rewolucja Kulturalna została zdominowana przez wojsko, choć wcale nie odbyło się
to spokojnie i bezkrwawo. W kwietniu 1969 roku wydawało się, że osiągnięto jaki
taki spokój, pozwalający na oficjalne ogłoszenie zakończenia Rewolucji Kulturalnej.
Niewykluczone, że zimnym prysznicem były wydarzenia na granicy z ZSRR. W marcu
tego roku oddziały chińskie zaatakowały Sowietów na małej wysepce na rzece Ussuri,
będącej granicą pomiędzy chińską Mandżurią, a radzieckim Krajem Nadmorskim (i Krajem
Chabarowskim chyba częściowo też). Na początku, w wyniku zaskoczenia, Chińczycy byli
górą. Jednak prawie natychmiast Rosjanie odpowiedzieli z taką siłą, że Chinom
pozostało cieszyć się, że nie wybuchła z tego jakaś wojna.
W latach 1970-1971 wojsko robiło w kraju czystki, pozbywając się kogo tylko chciało
bez żadnego nadzoru z czyjejkolwiek strony. Teoretycznie szukano, wyłapywano, osądzano
i skazywano członków nielegalnej Grupy 16 Maja, ale do dzisiaj nie wiadomo konkretnie,
czy taka grupa w ogóle istniała, czy była tylko dobrym hasłem do zaprowadzania
armijnych porządków. Co ciekawe, chociaż Rewolucję Kulturalną oficjalnie już zakończono,
to jej odpryski dopiero teraz zaczęły trafiać na wieś, do tej pory raczej nieobjętej
głównym nurtem rewolucji. Władza zaczęła nagle zmuszać chłopów, by "odcięli ogon
kapitalizmu". W czym przejawiał się ów ogon? Ano w tym, że chłop, pozbawiony
decyzją partii ziemi, wciąż jeszcze w kącie chałupy hodował własne kury, kaczki,
a bywało nawet, że świnie. Ponieważ nie wolno było takiego inwentarza sprzedawać,
więc były to zwierzęta na potrzeby chłopskiej rodziny. Teraz oczekiwano, że chłop
całą tę gadzinę zarżnie, albo odda państwu, żeby już nie wstydzić się swoich
kapitalistycznych ciągot. W ten sposób zwiększono w kraju głód, choć jestem pewien,
że kierownictwo miało to w samym środku pośladków, wpatrzone w ideologiczne
miazmaty.
W 1973 roku Zhou Enlai dowiedział się, że ma raka i mianował wówczas Deng Xiaopinga
swoim następcą. Niecałe trzy lata później (w styczniu 1976 roku) premier Zhou Enlai
umarł. Banda Czworga zakazała ceremonii żałobnych (Banda Czworga był to raczej
nieformalny twór w Komunistycznej Partii Chin, bliski władzy, bardzo radykalnie
lewicowy, nazywany tak już po jego upadku przez przeciwników i niechętnych. W jej
skład wchodziła ostatnia żona Mao Zedonga, pani Jiang Qing oraz trzech jej
współpracowników, głównie z Szanghaju [Zhang Chunqiao, Wang Hongwen, Yao Wenyuan].
Ponieważ w latach siedemdziesiątych Mao był już poważnie chory, władzę w państwie
przejęła faktycznie jego żona, a co za tym idzie - właśnie Banda Czworga). Jednak
5 kwietnia przypadło w Chinach tradycyjne święto opłakiwania zmarłych i wówczas dla
wspomnienia Zhou Enlaia zebrały się setki tysięcy ludzi, manifestujących swoje
niezadowolenie z polityki partii. Niezadowolenie stłumiono (żadna niespodzianka w
kraju komunistycznym), a Deng Xiaopinga odsunięto od stołka.
W tymże 1973 roku zapoczątkowano kolejną kampanię (bo już ładny kawał czasu nic
się nie działo i władza poczuła, że lud mógł odczuwać słuszny niedosyt). Kampania
nazywała się: "krytykować Lin [Biao], krytykować Konfucjusza". Lin Biao, który był
w pewnym momencie oficjalnym następcą Mao Zedonga i jego Najbliższym Współpracownikiem,
zginął w niewyjaśnionym wypadku lotniczym na terenie Mongolii w 1971 roku. Strona
rosyjska mówi, że maszynie, którą uciekał z Chin Lin Biao z żoną i współpracownikami,
zabrakło paliwa. Albo też pilot, starając się lecieć poza zasięgiem radarów zbyt
obniżył kurs, przez co rozbił się na pustyni. Istnieją opinie, że Lin Biao planował
zamach na swego wodza, pragnąc dokonać puczu i zająć cesarski tron (po raz pierwszy
te słowa wypowiedziane na głos padły na procesie Bandy Czworga). Ta śmierć w wypadku
poza granicami Chin musiała być wyjątkowo gorzką pigułką dla komunistów, bo ukrywali
ją przez kilka miesięcy przed własną opinią publiczną. No bo faktycznie - źle to
świadczy o wodzu, jeżeli jego Najbliższy Współpracownik, Osoba Numer Dwa w państwie,
chce go zdradzić. I jak tu zakazać szeptów, że Wielki Sternik starzeje się, ma
syfilityczną demencję i nie powinien już rządzić? W tym świetle krytyka byłego
następcy tronu jest jakoś tam zrozumiała. Jednak z krytyką Konfucjusza sprawa jest
nieco zawiła. Konfucjusz żył na przełomie szóstego i piątego wieku przed naszą erą,
a jego myśl stała się podstawą filozofii chińskiej. Posłuszeństwo syna ojcu, a
obywatela władzy to idee konfucjańskie. Nie wchodząc w szczegóły można powiedzieć,
że konfucjanizm stał się w ciągu kilku tysięcy lat czymś oczywistym w życiu każdego
Chińczyka. Tak więc "krytyka Konfucjusza" nie dotyczyła wcale jego samego, tylko
pewnych jego "niepostępowych" idei, które pomimo wszystkich zmian wciąż miały się
w Chinach dobrze, a które nie odpowiadały wizjom Mao Zedonga. Krytykując Konfucjusza
popierano dla równowagi równie starą szkołę filozoficzną legalistów (używa się też nazwy
"legistów"), czyli ruchu, który utrzymywał, że obowiązkiem każdego jest przestrzegać
wszystkich praw wydanych przez władzę, nie próbując dokonywać ich moralnej oceny.
Dla każdej władzy myśl idealna. Tak więc sprawa wydaje się teraz banalnie czytelna.
Jak zwykle w tamtych stronach poprzez tę kampanię władza mogła zaatakować kogo tylko
chciała, a chciała rozprawić się głównie z wrogami Bandy Czworga, która wówczas
przejęła już faktycznie rządy. Jako jedno z głównych narzędzi walki obrano dyskusję
nad dość klasycznym dziełem literackim "Opowieści znad brzegów rzeki", którego
akcja działa się w XII wieku (banici pod wodzą Song Jianga formują armię, zostają
ułaskawieni przez cesarza i biją się za umiłowane Chiny z najeźdźcami i rebeliantami).
To jedna z czterech głównych powieści chińskich, licząca sobie (według różnych redakcji)
od 100 do 120 rozdziałów. Teraz wykorzystywano tę czternastowieczną powieść do walki
politycznej. Dodatkową sprawą, którą chciano załatwić poprzez tę kampanię, było
przyznanie racji poglądowi historycznemu Wielkiego Sternika, jakoby wszelkie znaleziska
archeologiczne przemawiały za poglądem, że w historii Chin od zawsze istniał antagonizm
pomiędzy postępowym chłopstwem (które co chwila buntowało się przeciw opresjom,
opowiadając się rzekomo za legistami), a konfucjanizmem i feudalizmem - stąd kampania
krytyki i walki. Kres takim działaniom położyło dopiero aresztowanie Bandy Czworga po
śmierci Przewodniczącego.
Na nieszczęście władzy w lipcu 1976 zdarzyło się w Chinach straszne zdarzenie - trzęsienie
ziemi niedaleko Pekinu. Zginęły w nim, niestety, setki tysięcy ludzi. W Chinach wierzy
się powszechnie od tysiącleci, że takie zdarzenia są to znaki od Niebios mówiących
aluzyjnie, że mandat dla władzy zostaje cofnięty za jej niegodziwości. Oczekiwano
więc powszechnie jakiegoś wyjątkowo ważnego wydarzenia, czegoś wręcz przełomowego.
No i faktycznie - 9 września 1976 zmarł Wielki Sternik, Przewodniczący Mao Zedong.
Skończyła się pewna epoka (Chińczycy, z ich zdolnością do łatwego komplikowania
rzeczy najprostszych stwierdzili, że ocena Wielkiego Sternika nie może być
jednostronna - według nich 30% rzeczy, których dokonał, było złych, zaś 70% - dobrych).
Swoim następcą Mao wyznaczył mało znanego działacza partyjnego, Hua Guofenga, który
do tej pory nie należał do ścisłego kierownictwa. Po latach triumfu Bandy Czworga (w
okresie ostatnich lat życia Mao Zedonga) do władzy doszli teraz jej wrogowie, którzy
wdowę po Przewodniczącym (i jej kumpli też) zaaresztowali (październik 1976),
nieśpiesznie osądzili (1980-1981) i osadzili w więzieniu (opinii publicznej zaaplikowano
wówczas mnóstwo plakatów z hasłem "W zdecydowany sposób odrzucić antypartyjną klikę
Wang - Zhang - Jiang - Yao"). Konkretnie rzecz ujmując mocą wydanego wyroku (styczeń 1981)
Jiang Qing i Zhang Chunqiao zostali skazani na karę śmierci (którą zamieniono później
na dożywocie), Wang Hongwen od razu na dożywocie a Yao Wenyuan na 20 lat więzienia.
(Jiang Qing popełniła w więzieniu samobójstwo w maju 1991. Zhang Chunqiao miał więcej
szczęścia - najpierw w 1997 zamieniono mu wyrok na 17 lat odsiadki, w 1998 roku
został zwolniony z więzienia z powodów zdrowotnych i siedem lat później zmarł sobie
na wolności w Szanghaju na raka trzustki. Wang Hongwen zmarł w 1992 w szpitalu
więziennym na raka wątroby. Yao Wenyuan został zwolniony z więzienia w 1996 roku,
resztę życia spędził w Szanghaju, gdzie zmarł na cukrzycę w roku 2005.) Do głosu
doszli ludzie dążący do, ostrożnych z początku, zmian. Mówi się zwykle, że okres
1978-1988 to reformy Deng Xiaopinga. Nie mam zamiaru ich tu opisywać, bo sądzę,
że przeciętny Polak wiele o nich słyszał. Poza tym ten cykl, zamierzony z początku
na kilka stron (maksymalnie dwa teksty blogowe), trochę mi się rozrósł. Tak więc
po tym krótkim wstępie czas teraz na zajęcie się opieką medyczną w Chinach w latach
1949-1976. I temu będzie poświęcony kolejny tekst. Tymczasem można ponapawać się
plakatami z okresu Rewolucji Kulturalnej.
Już tak dla przyzwoitości przypomnę to, o czym mówiłem raz na samym początku - że
przy pisaniu tych jedenastu odcinków posiłkowałem się siecią oraz posiadaną w
prywatnej bibliotece poważną książką, bo sam bym przecież tylu szczegółów nie
spamiętał, a ten okres nie jest moim ulubionym. To główne źródło to: John King
Fairbank "Historia Chin", Wydawnictwo Marabut, Warszawa - Gdańsk 2004.
O wpływie sytuacji w Chinach na politykę rodzinną w latach 1949-1976 (część #1); 15.04.2015
Medycyna chińska jest w naszych, europejskich oczach, tak samo swoista, jak cała
reszta Chin. Są nawet tacy ludzie, którzy będą utrzymywać, że zawiera w sobie cenne
pierwiastki prawdy, dawno zapomniane przez, otumanione fałszywą pychą nauki,
społeczeństwa zachodnie, które utraciły w ten sposób swoje związki z naturą.
Moim zdaniem nie należy ich słuchać, bo to spośród nich wyszli tacy popaprańcy,
którzy z wypiekami na policzkach słuchali o ponadczasowej roli feng shui w życiu
każdego człowieka (mogę jeszcze zrozumieć chytrych oszustów, którzy swoje marne
usługi w tej dziedzinie polecali za ciężkie pieniądze, ale już nie znajduję słów
dla opisania ich naiwnych nuworyszowskich klientów, próbujących pokryć w ten sposób
jakieś swoje uzasadnione kompleksy zaściankowości). Wreszcie - czy w chwili ciężkiej
choroby ktoś z tych ludzi jechał w busz do północnego Kamerunu, żeby tam poddać się
prawdopodobnie najlepszej na świecie medycynie znachorskiej (smarowanie krwią czarnej
kury i plwociną umalowanego na różne wesołe kolory czarownika, połączone z szybkim
zamawianiem rzuconego czaru, okadzaniem pękiem śmierdzących ziół, pluciem na ziemię
i rozgniataniem tego bosą stopą), czy może jednak biegli w dyrdy do najlepszych
lekarzy, gabinetów i szpitali na miejscu? Dlatego od samego początku mówię wyraźnie:
spokojnie z tym uwielbieniem tego, co dalekie i malownicze, zwłaszcza w medycynie.
Przyznaję przecież z łatwością, że sztuka leczenia u dzikich bywa oparta na jakichś
racjonalnych podstawach nabytych przez nich niechcący przez tysiące lat, ale swoją
efektywnością nie może mierzyć się z medycyną nowoczesną. Poza tym ich medycyna
najczęściej oparta jest na zielskach rosnących tuż za kraalem albo za wigwamem
(tylko w tych miejscach, gdzie sika wapiti albo okapi), a niewystępujących w ogóle
w Europie, albo też na świeżych kupach żółwi, które, co poradzić, są endemiczne i
też ich u nas nikt nigdzie nie spotka. Wystarczy też sobie przypomnieć, ile lat żyją
średnio przedstawiciele tych ludów bliższych rzekomo naturze (i dlaczego tak krótko)
i zapytać, dlaczego w chwili prawdy tak wielu z nich decyduje się iść kilka dni przez
sawannę, trzymając w dłoniach wylatujące z rozdartego brzucha trzewia, do najbliższej
misji chrześcijańskiej z nadzieją, że medycyna kolonizatorów jakoś im dopomoże, zamiast
z dumą czekać w kolejce do swojego czarownika pozostającego poza NFZ. Dlatego jestem
dość sceptycznie nastawiony do dziecinnie euforycznego podchodzenia do medycyny
ludowej, czy medycyny odległych plemion. Dotyczy to także, żeby nie było niedomówień,
tradycyjnej medycyny chińskiej, którą uważam za jedno wielkie szamaństwo.
Jak się jednak nie ma tego, co się lubi, to się przecież lubi, co się ma. Co ma niby
zrobić tubylec, który do nowoczesnej medycyny ma trzy dni przez dżunglę? Radzi sobie,
jak potrafi i nawet czasem mu wyjdzie. A nawet jeśli stryj Fununumu odejdzie, to i
cóż? Bratanek będzie w ważkich chwilach kładł sobie jego czaszkę pod głowę, żeby duch
mądrego stryja spływał nań nocą, służąc radą w prawdziwej potrzebie. Poza tym, niech
przypomnę, połowa działań prozdrowotnych u ludów pierwotnych i postpierwotnych polega
na odganianiu oraz odwracaniu różnorakich klątw, czarów i złych duchów. Ewentualnie
na znalezieniu i zatłuczeniu osób winnych nałożonemu na nas czarowi. Lub też na
polowaniu na albinosów, żeby z ich skóry, zębów i kości zrobić fetysze i gri-gri
dobre na czary. Tak, bez żadnego cienia wątpliwości tradycyjna medycyna ludów
pozaeuropejskich może być bardzo ciekawa i pomocna w życiu. A jednak dobrze pamiętać
o tym, że w samej Europie swoje oczy zwracają na nią dwie grupy ludzi. Pierwsza to ci,
którzy nie mają już żadnej nadziei i czepiają się każdej możliwej okazji, żeby
odpędzić widmo śmierci. Medycyna osądziła ich jako letalne przypadki beznadziejne i
wskazała, jako osobnikom terminalnym, hospicja, by tam godnie odeszli. A tu pojawia
się jakucki szaman, albo inny oszust, który, z kolei, twierdzi z miedzianym czołem,
że leczy seksem tantrycznym, ale z przyczyn doktrynalnych jedynie młode kobiety. To
co im szkodzi, skoro oficjalnie i tak położono na nich krzyżyk? Druga to ludzie bogaci,
cierpiący na totalny Arschvoll, a przy tym szczególnie wyczuleni na głos swego
organizmu. Oni już wszystko widzieli i poddawali się wszelkim dostępnym, nawet za
horrendalne pieniądze, badaniom, a prawie co dzień, gdy wstaną, to czują w lewym
przedramieniu takie jakieś jakby uporczywe swędzenie; zwykle przez 10 do 12 sekund.
I co to może być? A najpoważniejsi luminarze nauki nie potrafili ulżyć ich cierpieniu.
No to może zaprosić na specjalne spotkanie, tylko dla jednego pacjenta (a kto bogatemu
zabroni), tego cudotwórcę z Celebesu, który jest właśnie na tournée w naszym kraju i
bada przez palpację płatka ucha, koniecznie dwie minuty po zjedzeniu mieszaniny ze
sproszkowanej guawy i soku z karalucha?
Przyznaję, że trochę zniosło mnie z głównego nurtu tematu, ale teraz już obiecuję,
że kolejny tekst będzie poświęcony tylko i wyłącznie leczeniu w Chinach. Po tym
krótkim wstępie przechodzimy więc śmiało do rzeczy.
O wpływie sytuacji w Chinach na politykę rodzinną w latach 1949-1976 (część #2); 16.04.2015
Pięć jest Chinach liczbą szczególną, bo według tamtejszych ludzi właściwie dokładnie
wszystko da się poukładać na pięć kupek. Przede wszystkim jest pięć elementów, z
których można posklejać wszystko inne. Można, oczywiście, spotkać odmienne tłumaczenia
z chińskiego (bo tu zawsze mamy do czynienia z tłumaczeniami, ale musimy się przyzwyczaić
do smutnej myśli, że raczej nie będziemy czytać w oryginale). Tak więc, równie dobrze
spotkamy się ze stwierdzeniem, że chodzi o "pięć żywiołów" lub o "pięć pierwiastków".
Wyliczmy je: drewno, ogień, ziemia, metal, woda. Pomiędzy nimi zachodzą specyficzne
zależności, a przede wszystkim dwa cykle: tworzący i niszczący. O co chodzi? Ano,
spójrzmy tylko: według Chińczyka drewno rodzi ogień, a ogień rodzi ziemię. Idąc dalej:
ziemia rodzi metal, a ten, z kolei, wodę. Z wody powstaje drewno i cykl tworzący właśnie
się zamknął. A teraz na odwrót: woda gasi ogień. Ogień niszczy metal, a metal ścina
drewno. Z kolei drewno niszczy ziemię, a ziemią można zasypać ogień. I znowu mamy cały
cykl: cykl niszczący. W każdym mamy po pięć tych samych elementów.
Tym elementom można w myśl chińskiego rozumienia świata przypisać dosłownie WSZYSTKO.
I tak, gdy weźmiemy kwestię planet, to mamy ich przecież pięć (a przynajmniej Chińczycy
uważali, że jest ich pięć). To przypisanie planet do elementów jest następujące: Drewno
(Jowisz), Ogień (Mars), Ziemia (Saturn), Metal (Wenus) i Woda (Merkury). Prawda, że
łatwe? Ale też tak samo do pięciu elementów można dołączyć inne sprawy, nie stawiając
sobie żadnych ograniczeń. Niektóre z nich opiszę bez komentarza:
Materiały: Drewno (wiatr, dźwięk, wilgoć, powietrze, minerały, energia życiowa,
tusz, kwas, rozum, guma, papier, rośliny, trucizna, statyka, wosk, węgiel, zdrowie,
przestrzeń), Ogień (ciepło, światło, lawa, mydło, promieniowanie, iskry, plama,
krochmal, wybuchy, gwiazdy, krew, spalanie, płomień, olej, szkło, słońce, duch),
Ziemia (glina, skała, pył, piasek, błoto, energia, materia, puder, przestrzeń,
cukier, ciemność, dym, popiół, przyciąganie, mięśnie, wstrząsy, krzem), Metal
(chmury, magnetyzm, rdza, mleko, czyste metale, czysta woda, świeży śnieg, mróz,
stopy metali, kryształ, kucie) i Woda (morze, żwir, deszcz, burze, para, płyn,
mgła, szlam, muł, diament, sól, czas, ciśnienie, księżyc, lustro, kość, cień).
Kolor: Drewno (zielony), Ogień (czerwony), Ziemia (żółty), Metal (biały)
i Woda (czarny).
Kształt: Drewno (prostokąt), Ogień (trójkąt), Ziemia (kwadrat), Metal(okrągły)
i Woda (łuk).
Kierunek świata: Drewno (wschód), Ogień (południe), Ziemia (środek), Metal (zachód)
i Woda (północ).
Istota niebiańska: Drewno (Czarny Smok), Ogień (Cynobrowy ptak), Ziemia (Żółty
smok), Metal (Biały tygrys) i Woda (Czarny żółw).
Faza księżyca: Drewno (Nów yang), Ogień (Pełnia yang), Ziemia (Równowaga
yin/yang), Metal (Nów yin) i Woda (Pełnia yin).
Kierunek lub ruch: Drewno (ekspansywny i zewnętrzny), Ogień (wznoszący),
Ziemia (stabilizujący - reprezentuje harmonię), Metal (zapadający się i wewnętrzny)
i Woda (opadający).
Pora roku: Drewno (wiosna), Ogień (lato), Ziemia (późne lato), Metal (jesień)
i Woda (zima).
Klimat: Drewno (wietrznie), Ogień (gorąco), Ziemia (wilgotno), Metal (sucho)
i Woda (zimno).
Rozwój: Drewno (kiełkujący), Ogień (kwitnący), Ziemia (dojrzewający), Metal
(usypiający) i Woda (śpiący).
Cechy: Drewno (idealizm, spontaniczność, ciekawość), Ogień (pasja, intensywność),
Ziemia (bycie przyjemnym, uczciwość), Metal (intuicja, racjonalność, umysł) i Woda
(erudycyjność, przedsiębiorczość, dowcip).
Emocje: Drewno (złość), Ogień (szczęście), Ziemia (miłość), Metal (smutek) i
Woda (strach, obawa).
Organy yin: Drewno (wątroba), Ogień (serce, osierdzie), Ziemia (śledziona,
trzustka), Metal (płuca) i Woda (nerki).
Organy yang: Drewno (pęcherzyk żółciowy), Ogień (jelito cienkie, trzy
podgrzewacze [san jiao]), Ziemia (żołądek), Metal (jelito grube) i Woda (pęcherz).
Organy zmysłów: Drewno (oczy), Ogień (język), Ziemia (usta), Metal (nos) i
Woda (uszy).
Części ciała: Drewno (ścięgna), Ogień (puls), Ziemia (mięśnie), Metal (skóra)
i Woda (kości).
Płyny organiczne: Drewno (łzy), Ogień (pot), Ziemia (ślina), Metal (śluz)
i Woda (mocz).
Palce: Drewno (wskazujący), Ogień (środkowy), Ziemia (kciuk), Metal (serdeczny)
i Woda (mały).
Zmysły: Drewno (wzrok), Ogień (mowa), Ziemia (smak), Metal (powonienie)
i Woda (słuch).
Smaki: Drewno (kwaśny), Ogień (gorzki), Ziemia (słodki), Metal (ostry)
i Woda (słony).
Zapachy: Drewno (zjełczały), Ogień (przypalony), Ziemia (wonny), Metal (zgniły)
i Woda (rozkładający się).
Okresy życia: Drewno (narodziny), Ogień (młodość), Ziemia (dorosłość), Metal
starość) i Woda (śmierć).
Zwierzęta: Drewno (pokryte łuską), Ogień (upierzone), Ziemia (człowiek),
Metal (pokryte futrem) i Woda (mające skorupę).
I tak dalej (bo wcale jeszcze nie wyliczyłem wszystkiego). Teraz trzeba sobie uświadomić,
że te pięć elementów składa się z dwóch pierwiastków, działających w dwóch przeciwstawnych
kierunkach, czyli z YIN i YANG. O co chodzi?
- YANG (dosłownie rozumiane jako "nasłonecznione miejsce, południowe zbocze (wzgórza),
północny brzeg (rzeki), światło słoneczne") reprezentowane przez biel i Słońce oznacza
siłę, aktywność, radość, ciepło i lato, symbolizuje męski aspekt natury, ekstrawersję
oraz liczby nieparzyste; odpowiada jej dzień, niebo oraz dusza hún 魂. YANG symbolizuje
ogień lub wiatr. Wszyscy urodzeni w parzystych latach.
- YIN (dosłownie rozumiane jako "zacienione miejsce, północne zbocze (wzgórza), południowy
brzeg (rzeki), zachmurzenie, zaciemnienie") reprezentowane przez czerń i Księżyc oznacza
bierność, uległość, smutek, chłód i zimę, symbolizuje żeński aspekt natury, introwersję
oraz liczby parzyste; odpowiada jej noc oraz dusza po 魄. YIN symbolizuje woda lub ziemia.
Wszyscy urodzeni w nieparzystych latach.
Wzajemne oddziaływanie YIN i YANG jest przyczyną powstawania i zmiany wszystkich rzeczy.
To z nich dopiero powstaje pięć elementów [żywiołów, albo pierwiastków] (przypominam:
ogień, woda, ziemia, metal i drewno), z których z kolei powstają wszystkie inne rzeczy.
Wśród sił natury da się zauważyć stany YIN i YANG będące w ciągłym ruchu. Najważniejszym
wykładem nauki o YIN i YANG jest Księga przemian 易经 (Yi jing; czasem pokutuje jeszcze
stara forma: I Cing). W dodatku yang może zmieniać się w yin, a yin może zmieniać się
w yang. Więcej - w yang znajduje się nieco yin, a w yin - nieco yang (wystarczy
przypomnieć sobie flagę Korei Południowej, na której wyobrażone jest współistnienie
yin i yang, otoczone przez trygramy). Nic nie jest stałe, a wręcz przeciwnie: trwa ciągła i nieprzerwana zmiana.
A zauważyliście, że ciało Chińczyka jest zbudowane inaczej, niż ciała reszty świata?
Nie? No to zastanówcie się, gdzie macie "trzy podgrzewacze". No i o co może chodzić
z tymi dwoma rodzajami dusz (hun i po). Zapraszam do kolejnego odcinka. Powinien być
strawniejszy, choć nie wiadomo, czy się uda.
O wpływie sytuacji w Chinach na politykę rodzinną w latach 1949-1976 (część #3); 17.04.2015
Kiedy się coś nieopatrznie powie lub napisze, to nie należy się dziwić, że rozmówca
(czytelnik) chwyta za guzik i domaga się wyjaśnień. Zauważyłem, pisząc poprzedni
tekst, że wprowadziłem tam pojęcia, które wcale nie muszą być powszechnie znane.
A skoro tak, to czuję, że powinienem przerwać na chwilę mozolną podróż w kierunku
tradycyjnej medycyny chińskiej i najpierw je dobrze wyjaśnić. Chodzi o: duszę hun,
duszę po, trygramy oraz chińską Księgę Przemian (Yi jing, znaną u nas też jako "I
Cing").
Najkrócej rzecz ujmując, w tradycyjnej filozofii i religii chińskiej człowiek miał
mieć kilka dusz, a co najmniej dwie. Pewna gałąź taoistów uważała nawet, że razem było
to dziesięć dusz - trzy dusze typu hun i siedem dusz typu po. Dusza hun miała być
"duszą-chmurą", zaś dusza po "białą duszą", cokolwiek by to oznaczało. Dusza hun
śmierci szła do niebios, zaś dusza po była nierozerwalnie związana z ciałem i szła
z nim po śmierci do ziemi. Jeśli ktoś chciałby wiedzieć o tych sprawach tyle, co każdy,
to powinien poświęcić z kwadransik lub dwa na czytanie tego artykułu w wikipedii
(niestety, dostępne tylko po angielsku).
Trygramy to sprawa iście banalna. Narysujcie sobie trzy poziome kreski, równej
długości, jedna nad drugą. Właśnie zbudowaliście najprostszy trygram ☰. A teraz
wyobraźcie sobie, że kreska może być ciągła albo przerwana w środku swej długości.
No i tu pojawia się już więcej możliwości - wszystkie kreski mogą być
przerwane ☷, tylko jedna z nich będzie przerwana (albo najwyższa ☱, albo
środkowa ☲, albo najniższa ☴), a pozostałe dwie - ciągłe; tylko jedna będzie
ciągła, a dwie z nich będą przerwane (górna i dolna ☵, dwie górne ☳, dwie
dolne ☶). Razem utworzy się w ten sposób osiem możliwych, różniących się od
siebie trygramów. Chińczyk nazwie je "八卦 - bagua", czyli "osiem symboli". Każdy
z nich ma swoją nazwę, do każdego jest przypisane mnóstwo różnych znaczeń, ale
tym razem nie chcę już zanudzać czytelników tak, jak to uczyniłem przy pięciu
elementach. Jeżeli ktoś czuje, że musi wiedzieć więcej, to niech zajrzy tutaj
(też po angielsku), a otrzyma wiedzy w nadmiarze. Dla naszych potrzeb wystarcz
zapamiętać, że trygramy mają swoją rolę w naukach Dalekiego Wschodu: filozofii,
idei pięciu elementów, feng shui, tradycyjnej medycynie, astronomii, astrologii,
geografii, sprawach rodziny i w ogóle we wszystkim, czego można się tknąć.
Gdyby ktoś wpadł na taki pomysł (a właśnie na Dalekim Wschodzie wpadł), żeby
poskładać do kupy po dwa trygramy jeden nad drugim, to może zbudować tabelkę na
podobieństwo tabliczki mnożenia. W górnej linii osiem trygramów, które będą górną
częścią heksagramu, a po lewej stronie te same osiem trygramów, które będą dolną
częścią heksagramu. Na przecięciu wiersza i kolumny trzeba wpisać (wrysować?) wynik:
najpierw trzy linijki trygramu górnego, a później (tuż pod nim, żeby tworzyły jeden
ciąg kresek bez odstępu pomiędzy trygramami) trzy linijki trygramu dolnego. W ten
sposób otrzyma się razem 64 heksagramy, czyli symbole składające się z sześciu linii.
No i po staremu niektóre z tych linii będą ciągłe, a niektóre przerwane. Każdy
heksagram ma swoją nazwę i specyficzny opis, ale o tym za chwilę.
Azjata z Dalekiego Wschodu wierzy sumiennie, że te 64 heksagramy opisują wszystko:
co było, co jest, co będzie. Czyli, że wiedza o nich pozwala na dobre i wydajne
wróżenie. A wynika to z jego postrzegania świata, które chyba należałoby nazwać
holistycznym. Uważa on bowiem, że świat jest całością i że pewne sytuacje tworzą
powtarzalne, charakterystyczne konfiguracje jego części. Czyli że pewne, bardzo
konkretne sytuacje zawsze wymuszają pewne konkretne szczegóły całości. No i, dochodząc
do praktycznych wniosków - pewne czynności wróżebne, które możemy sobie sami wykonać
będą ściśle zależeć od porządku wyższego wymiaru. Jeżeli potrafimy sobie powróżyć
poprzez rzucanie gałązek krwawnika lub rzuty monetą, to przecież ich ułożenie MUSI
być całkowicie uzależnione od spraw wielkich, bo nawet taki szczegół jest w tym
sposobie rozumienia świata ściśle określony i niezmienny (nie znaczy to, że zawsze
w chwili, gdy zachodzi w świecie zdarzenie X, to musi także zajść pewne szczególne
ułożenie gałązek krwawnika, bo te same się przecież nie układają; gdyby jednak w
chwili zdarzenia X sprawdzać położenie gałązek, to zawsze i bez żadnego odstępstwa
musiałyby się ułożyć w taki sam sposób, czyli ich konfiguracja istnieje jako pewne
zachowanie potencjalne, a ściśle uzależnione od zdarzenia X). Tak więc, jeśli
potrafimy właściwie odczytać układ tych gałązek krwawnika podczas wróżenia, to tak
samo dobrze będziemy potrafili określić interesujące nas sprawy większej wagi, ściśle
przecież związane z takim, a nie innym układem gałązek. A te układy wszechświata
opisują właśnie heksagramy, zebrane do kupy i opisane w tak zwanej "Księdze przemian"
(Yi jing). Banalne, prawda? (Kroplą piołunu w tej misce miodu musi to, że dostępne
u nas "Księgi przemian" są jedynie tłumaczeniami i, podobno, dość znacznie różnią
się od siebie; może warto uczyć się chińskiego).
Podchodząc do wróżenia tradycyjnie brano specjalne pudełko zawierające 50 wysuszonych
łodyżek krwawnika o tej samej długości. Odkładano jedną, a pozostały pęk dzielono na
chybił trafił na dwa mniejsze. Później powtarzano tę czynność kilkukrotnie, a ja
nigdy nie znalazłem w sobie dość hartu ducha, żeby zrozumieć, o co w tym wszystkim
chodzi i w jaki sposób dochodzi się do konkretnego symbolu. Za to muszę teraz
przeprosić wszystkich czytelników, że niby coś im obiecuję, a jak przyjdzie co do
czego, to okazuje się, że jestem nieukiem. Duibuqi (对不起). Za to mogę im powiedzieć
dokładnie, jak wróżyć sobie za pomocą monety, więc będzie nawet łatwiej, bo niby
skąd teraz wziąć krwawnik? Bierzemy zatem monetę i ustalamy, która strona jest
reszką, a która orłem. Rzucamy i patrzymy. Jeżeli orzeł, to zapisujemy na kartce 3,
a jeżeli reszka to 2. Powtarzamy czynność trzykrotnie i dodajemy osiągnięte wyniki.
Możemy wówczas mieć następujące sumy:
- 9 (tak zwany "stary yang" albo "duży yang"), czyli linia ciągła,
- 8 ("stary yin" albo "duży yin"), czyli linia przerwana,
- 7 ("młody yang" albo "mały yang"), czyli linia ciągła i wreszcie
- 6 ("młody yin" albo "mały yin"), czyli linia przerwana.
Rysujemy taką linię, jaka nam z trzykrotnego rzucania monetą wyszła. Teraz powtarzamy
tę czynność (trzy rzuty i narysowanie kolejnej linii) jeszcze pięć razy, pamiętając,
żeby każdą kolejną linię rysować ponad dotychczasowymi. W ten sposób linia na samym
dole jest linią pierwszą, ta trochę wyżej - drugą i tak dalej, aż do najwyższej - szóstej.
Stworzyliśmy właśnie pierwszy heksagram, który w sposób doskonały opisuje obecną
chwilę dotyczącą naszego pytania, które zadaliśmy sobie zaczynając wróżenie.
Odszukujemy go w tabeli i idziemy do właściwego opisu w "Księdze przemian". Teraz
wydzielamy z niego dwa trygramy: górny (linie 5, 4 i 3) oraz dolny (linie 4, 3 i 2).
Składamy je do kupy i uzyskujemy heksagram drugi. Przedtem jednak patrzymy, czy
któraś z linii była typu "duży" (albo "stary"), w których wewnętrzne napięcie jest
tak wielkie, że za chwilę po prostu MUSZĄ zmienić się w swoje przeciwieństwo.
Jeśli tak, oznacza to, że nasz drugi heksagram jest niestabilny i trzeba jeszcze
znaleźć jego odpowiednik "po przemianie" (może się jednak zdarzyć i tak, że wszystkie
linie będą stabilne i tego kolejnego heksagramu nie uzyskamy, bo nie będzie z czego).
Przemiany dokonujemy banalnie, zamieniając te linie "dużych yin i yang" na linie
przeciwnego typu (jak była ciągła, to rysujemy w to miejsce przerwaną, a jak przerwana,
to ciągłą). I uzyskaliśmy w ten sposób trzeci heksagram. Też odszukujemy go w tabeli i
idziemy do właściwego opisu w "Księdze przemian". No, to już coś i będzie o czym
czytać. A właściwie nie czytać, bo czytać to można drapiąc się od niechcenia po
pośladkach - wróżący dokona bowiem z całą powagą i skupieniem analizy heksagramów.
Tu muszę rozczarować tych czytelników, którzy sądzą naiwnie, że na pytanie "co robić?"
uzyskają jasną i klarowną odpowiedź typu: "zmienić pracę, bo ta za pół roku się
rozpadnie; kupić psa; wepchnąć stryja Janusza do krokodyli (Egipt)". Nic z tych
rzeczy! Teksty w "Księdze przemian" napisane są językiem usytuowanym pomiędzy
enuncjacjami Pytii Delfickiej oszołomionej ziołem, a Ezopem, unikającym szczegółów
jak ognia. To już tylko tak, z obowiązku, niechętnie zacytuję część informacji
dotyczącej heksagramu numer jeden. >>Niebo nad niebem: ruch pełen potęgi. Człowiek
szlachetny staje się wywyższony. Tworzący przynosi najwyższe szczęście. Korzystna
jest stałość. Ukryty smok. Nie działać. Smok pojawia się na łące. Korzystne jest
spotkać wielkiego człowieka. Człowiek szlachetny jest twórczy przez cały dzień.
Nadchodzi wieczór: jego umysł jest opanowany troską. Niebezpieczeństwo. Bez winy.
Chwiejny lot nad głębinami. Bez winy. Latający smok na niebie. (...)<< (Korzystałem
z posiadanego spolszczenia dokonanego przez pana Oskara Sobańskiego).
Nic więc dziwnego, że interpretacja wykładni wyroczni mogła być bardzo różna i
wiele zależało od inwencji i doświadczenia wróżbity. Dość jednak przesądów światło
ćmiących. Następnym razem już równym krokiem pójdziemy w medycynę, bo źle się
czuję opisując coś, co sam uważam za banialuki.
O wpływie sytuacji w Chinach na politykę rodzinną w latach 1949-1976 (część #4); 18.04.2015
Poprzednio zapoznaliśmy się dość ogólnie z chińskim systemem postrzegania świata
w którym pewną cząstką jest człowiek. Rozumiem, że wystawiło to cierpliwość
czytelników na potężną próbę, ale sądzę jednak, że było to też korzystne dla ich
wiedzy, bo dzięki temu łatwiej zorientować się w pokrętnym sposobie azjatyckiego
myślenia. A przecież ten krótki kurs chińskiej filozofii i teorii otoczenia był
jedynie prymitywnym wypunktowaniem ich niektórych głównych myśli. W dodatku wcale
nie twierdzę, że ja znam go w sposób doskonały (nigdy nie ciągnęła mnie mętna woda),
bo widzę, że przemawia przeze mnie europocentryczna ironia wobec innych ludów,
być może przecież lepszych i mądrzejszych od mojego plemienia.
Ciało człowieka składa się z różnych elementów. W poprzednich tekstach zapoznaliśmy
się z chińskim poglądem, że każdy organ jest jakoś tam powiązany zarówno z którymś
z pięciu elementów, jak i z siłami yin i yang, które owe elementy tworzą. To
przyporządkowanie decyduje o działaniach, które należy podejmować, gdy równowaga
organizmu zostaje w chińskich oczach zachwiana. Teraz dobrze by było uświadomić
sobie, że poszczególne organy są połączone specjalnymi kanałami, (ma ich być razem
czternaście: dwanaście parzystych i dwa nieparzyste) którymi przepływa energia.
I nic to, że nauka zachodnia nic nie słyszała o takich kanałach. Kto by tam przejmował
się dzikimi, choćby nawet i zaawansowanymi technologicznie? Na tych kanałach znajdują
się szczególne punkty, które mają wpływ na poszczególne składowe organizmu. Na
niektórych kanałach jest ich tylko kilka (minimum to dziewięć), a na innych istne
zatrzęsienie (maksimum to 67). Razem jest ich 693. Wielkość takiego aktywnego punktu
ma się wahać od 0,2 do 5 milimetrów średnicy i Chińczycy będą się upierać, że dla
specjalisty wymacanie ich jest sprawą banalną. Energia krąży po organizmie tymi
kanałami i w różnych godzinach doby jej szczyty przypadają na różne organy. Dlatego
należy być szczególnie ostrożnym, bo coś, co rankiem może leczyć konkretny organ,
już po południu może mu szkodzić. I na odwrót. Warto jeszcze podkreślić, że nie
działa tutaj zasada bliskości, to znaczy, że kiedy kłujemy punkty na palcu, to
(najczęściej) wcale nie ten palec leczymy.
Może komuś przyda się wiedza, jak mu owa energia krąży po ciele? To akurat proste
niczym włączenie światła elektrycznego, gdy stoi się przy przełączniku. Wszystkie
organy wewnętrzne dzieli się na trzy grupy: organy nocne, organy dzienno-nocne i,
dość wymyślnie, organy dzienne. Zacznijmy od tych nocnych. Gdzieś tak około 19:00
najwięcej energii jest w układzie moczowo-płciowym, między 21:00 a 23:00 przebywa
ona w potrójnym podgrzewaczu (odmawiam wyjaśniania, co to jest - sami spytajcie
Chińczyka), który opuszcza około 23:00. Później zaszczyca swoją obecnością pęcherzyk
żółciowy i pozostaje w nim do mniej więcej 01:00. Na tym żegnamy organy nocne i
przechodzimy do dzienno-nocnych. Teraz (03:00) wątroba i (05:00) płuca. No i już
przeskakujemy do organów dziennych. O 07:00 jelito cienkie, o 09:00 śledziona,
koło 11:00 serce, a o 13:00 jelito grube. I opuszczamy organy dzienne i znowu (po
raz drugi w cyklu dobowym) wkraczamy w organy dzienno-nocne. Pęcherz moczowy nawiedza
energia o 15:00, zaś nerki o 17:00. I adieu organy dzienno-nocne, bo około 19:00
powracamy do układu moczowo-płciowego, czyli że zatoczyliśmy cały, pełny cykl.
Teraz do rzeczy: na ciele istnieją obszary, w których ogniskuje się obraz całego
ciała. Należą do nich: podbicie stopy
i płatki uszu. Jeśli ktoś jest wykształconym
w odpowiednich szkołach medykiem, ten wie, co i jak. W które miejsce ucha należy
wbić igłę lub je potrzeć, żeby zadziałać na konkretny organ wewnętrzny. Wydaje się
to wam szalbierstwem? Ani chybi jesteście z kręgu kultury pozachińskiej, bo prawdziwy
Chińczyk nawet okiem nie mrugnie, uważając to za oczywistą oczywistość. On przecież
wie, że jeżeli nacisnąć spód stopy 4,1 centymetra w dół od palucha, a 3,2 centymetra
w lewo od wewnętrznego podbicia platfusa, to będzie się stymulować nadnercza. A
kawałek w bok szyszynkę. A jeszcze obok ślinianki. I aortę. A kawałek dalej jądra.
No i z czego się śmiejecie? Że to noga kobiety? No to wówczas chodzi o jajniki.
W dawnych, dawnych czasach żył sobie pewien człowiek, który poszedł na wojnę. Ta
informacja, że chodzi o czasy nieomal prehistoryczne jest nad wyraz ważna, bo
Chińczyk z szacunkiem traktuje sprawy odwieczne, za nic mając nowinki liczące
sobie dwa tysiące lat. Tak więc, w baardzo dawnych czasach poszedł mąż ów na
wojnę. Nie odznaczył się niczym szczególnym, bo ani nie był specjalnie ważny,
ani też specjalnie odważny. Co więcej - miał już swoje lata i strzykało go to
tu, to tam. No i na jego nieszczęście zagwizdało i dostał strzałą, i zniesiono
go z pola bitwy, i trafił do szpitala polowego. Postrzał nie był jakiś tam bardzo
groźny, więc się żołnierz prędko wylizał, nawet w szpitalu armijnym, który służy
głównie do tego, żeby lekarze wojskowi też mogli się dorobić i poznać anatomię na
otwartych ciałach. Ale ważne było coś innego - od chwili zranienia pozbył się
uporczywych bólów głowy, na które cierpiał od zawsze. Powiedział o tym lekarzowi,
a ten rozpoczął natychmiast studia zależności pomiędzy charakterystycznymi punktami
na ciele człowieka, a stanem jego zdrowia. Tak ponoć wystartowała akupunktura.
A później akupresura. A później coś, na co strach patrzeć, a co nie ma dobrego
określenia po polsku. Po angielsku używa się słowa moxibustion
(灸, jiu), co podobno odpowiada słowu "przyżeganie". Polega to na tym, że wbija się igłę
do akupunktury w wybrany i dokładnie już od stuleci opisany punkt na ciele (dzięki
czemu wie się dokładnie, na co się w organizmie pacjenta działa), a chwilę później
zaczyna się ją podgrzewać, żeby ciepło spływało po igle do tego punktu. Można też
dotykać tego punktu bezpośrednio nie igłą, ale specjalną, zapaloną trociczką z
konkretnego typu ziół (dostępne są specjalne cygara piołunowe, chociaż zdaje się, że
nie tylko z tego zielska). Nowoczesność dodała jeszcze jedną opcję - urządzenie na
baterię, które emituje impulsy elektryczne, kierowane na właściwy punkt. Wszystkie
te narzędzia poprawiają zdrowie pacjenta, pozwalając na lepszą cyrkulację zarówno
krwi, jak i qi. A co to znowu za cholera, to "qi"?
Tu pozwolę sobie przytoczyć wiadomości z wikipedii in extenso: >>Qi (氣)
o w filozofii chińskiej hipotetyczna energia życiowa, której manifestacją miałyby
być zjawiska i procesy natury. W szczególności energia owa miałaby być silnie związana
z siłami życiowymi natury i człowieka<<. Chodzi więc o ową energię, która pałęta się po ciele
człowieka w hipotetycznych kanałach, przechodząc w ciągu doby z jednego organu w drugi.
Dalej wikipedia podaje bez żadnego zastanowienia chińskie bzdury, z całą powagą twierdząc,
że: >>chiński znak 'qi' składa się ze znaku reprezentującego gotowany ryż (米) oraz
znaku oznaczającego parę wodną (气), co wskazuje na podwójną, materialną i niematerialną
naturę qi. Dosłownie pojęcie to oznacza więc "gaz" lub "eter", ale także "oddech".
W filozofii chińskiej termin ten używany jest na określenie jednocześnie "życiowego
tchnienia" i "kosmicznej energii". Jest to więc chińska odmiana idei fundamentalnej
jedności człowieka i wszechświata. "Qi" oznacza także "intencje", "emocje", co
obrazuje potoczny zwrot "shengqi" - "złościć się", który oznacza dosłownie "rodzić",
albo "wydawać na świat qi", bowiem zagniewany człowiek nierzadko charakterystycznie
dyszy (sic!)<<. Osoby przyzwyczajone do filozofii greckiej proweniencji ostrzegam tu
przed filozofią chińską: moim zdaniem mętną, niejasną, nieprecyzyjną, wieloznaczną
i zawsze gotową do dalszego komplikowania wszystkiego przy użyciu nieostrych pojęć.
Może wystarczy już dziecinnego zachwytu Europy na chińskimi ideami filozoficznymi.
Na koniec czuję się w obowiązku przypomnieć, że akupunktury nie wolno stosować, gdy
pije się alkohol, co raczej umniejsza jej rolę w ewentualnym zastosowaniu u nas.
Zaciekawiło mnie też (przejrzałem posiadaną książkę o tym sposobie leczenia), że
nie wolno jej stosować, gdy pacjent nosi ubrania z tworzyw sztucznych. No ciekaw
jestem, skąd antyczny Chińczyk wziął te tworzywa sztuczne. W kolejnym odcinku
przejdziemy wreszcie do rzeczy bardziej przyziemnych, ale przecież ważnych.